niedziela, 15 marca 2015

Chrześcijanin - apostoł, a nie "mysz pod miotłą"

"Wy jesteście solą ziemi; jeśli tedy sól zwietrzeje, czymże ją nasolą? Na nic więcej już się nie przyda, tylko aby była precz wyrzucona i przez ludzi podeptana. Wy jesteście światłością świata; nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapalają też świecy i nie stawiają jej pod korcem, lecz na świeczniku, i świeci wszystkim, którzy są w domu. Tak niechaj świeci wasza światłość przed ludźmi..." (Ewangelia Mateusza 5, 13 - 16) "Każdego więc, który mię wyzna przed ludźmi, i Ja wyznam przed Ojcem moim, który jest w niebie; ale tego, kto by się mnie zaparł przed ludźmi, i Ja się zaprę przed Ojcem moim, który jest w niebie" (Ewangelia Mateusza 10, 32 - 33)
Jedna z ateistycznych akcji antychrześcijańskich.
O "głębi" intelektualnej chyba nawet nie ma co mówić
"Wiara to twoja prywatna, bardzo intymna sprawa. Praktykuj ją sobie - jeśli chcesz - w domu (byleś tylko nie narzucał jej swoim dzieciom i nie 'formatował' ich zgodnie z własnymi przekonaniami!), i w kościele, ale nie poza swoją prywatną sferą życia! Nie masz prawa narzucać nikomu swoich przekonań, więc twoje religijne zasady musisz zostawić w domu i kościele. Możesz sobie być prywatnie chrześcijaninem, ale poza tym powinieneś funkcjonować tak, jakbyś nim wcale nie był!" 

To nie jest typowy cytat, ale właśnie tak mogłaby wyglądać wypowiedź, gdyby w jedną zebrać wszystko to, co mówią przeróżni "postępowi" ateiści, lansujący idee "świeckiego państwa" i "świeckiego społeczeństwa". Chcieliby, abyśmy swoje "religijne sprawy" załatwiali możliwie dyskretnie, jak... seks... Choć może nie do końca. Seks bowiem wypłynął w ostatnich dziesięcioleciach na wierzch, i dziś "modne jest" chwalenie się kto z kim i jak. Ci sami ludzie, którzy mówią, że "wiara to kwestia bardzo intymna", najczęściej nie mają nic przeciwko szerokiej dostępności pornografii (nazywając to "wolnością" i "prawem obywateli"), chwalą "parady równości" i z podziwem odnoszą się do ludzi, którzy całemu światu ogłaszają tajemnice swojej "alkowy", "odważnie" wyznając, że np. są gejami. W tym dziwnym świecie, gdy powiesz: "jestem gejem i dobrze mi z tym", usłyszysz oklaski i pochwały za "odwagę", a gdy powiesz: "jestem chrześcijaninem i wierzę w to, co mówi Bóg", zostaniesz wygwizdany, wyśmiany i opluty. Ten porąbany świat to, co powinno być jawne, publiczne, spycha do sfery intymnej, a to, co intymne i co powinno być "wstydliwe", wyciąga publicznie. Na zachodzie już w "paradach" goło chodzą! Takim mówi się: "nie wstydźcie się tego, kim jesteście!", a chrześcijanom: "nie obnoście się ze swoją wiarą!"

Czasem podejmuję dyskusję z takimi "postępowymi" zwolennikami "tolerancji" i laicyzmu społecznego - choć to nie zawsze ma sens i zwykle, wcześniej czy później, zaczynam odnosić wrażenie, że prędzej bym przekonał... (bez obrazy!) betonowy słupek. Często mówię / piszę coś w stylu: "Słuchaj, ja jestem chrześcijaninem, a ty ateistą. OK. Ty mi mówisz: 'Wychodząc ze swojego domu zostaw w nim swojego Boga i swoje poglądy!' a czy ty, wychodząc ze swojego domu, zostawiasz w nim swój ateizm?" I to jest pewnie dobre pytanie - a jako takie musiało zostać podszepnięte przez Ducha Świętego - bo jeszcze nikt na nie nie odpowiedział. Jest jasne, że oni wychodząc z domu do pracy, czy na ulicę, idą tam razem ze swoimi ateistycznymi przekonaniami, ze swoją wiarą, że "Boga nie ma", że "czytanie Biblii i modlitwy to strata czasu" i że "wiara to kwestia bardzo intymna, o której nie powinno się mówić i której nie powinno się mieszać w sprawy społeczne". Ateistą, rzecz jasna, jest się 24/7. Równie oczywiste jest, że nie ma człowieka, który by mógł oderwać się od swoich przekonań. Można w życiu zmienić przekonania (i modlę się o to, by w wielu ludziach się one zmieniły!), ale nie można nie mieć żadnych! Istotne pytanie: jeśli on (ów ateista) wychodzi z domu i swoje przekonania niesie ze sobą i według nich funkcjonuje, to jakim prawem ode mnie wymaga, bym czynił inaczej?


Jednego z takich bojowników o "neutralność światopoglądową" w życiu społecznym (czyt: zamilknięcie i wycofanie się chrześcijan) zapytałem kiedyś: "czy byłeś choć raz w życiu zakochany? A jeśli tak, to czy ukrywałeś to, czy też miałeś ochotę śpiewać, tańczyć i wykrzykiwać o swoim szczęściu, opowiadać o swojej dziewczynie, jaka jest cudowna i jak ci jest z nią dobrze?" Mała dygresja. Mamy jakieś takie dziwne wyobrażenie, że to tylko dziewczyny "pytlują o miłości i chłopakach" - a przecież faceci robią to samo, tylko na swój specyficzny sposób, bo mamy trochę inną psychikę. Faceci także potrafią mówić o tym, jaka to ta czy tamta dziewczyna jest fantastyczna i jak bardzo są szczęśliwi. Gdy człowiek jest zakochany, to wzlatuje pod niebo ze szczęścia i ma ochotę świergotać jak skowronek! Być chrześcijaninem, to znaczy być człowiekiem... zakochanym w Bogu, którego serce bije dla Boga. Jakże my mamy o tym milczeć? Jakże nie mamy się dzielić ze światem naszym szczęściem? Ania mówi o tym, jak wspaniały jest Roman, Agnieszka wychwala Michała, a Andrzej zachwyca się Hanią... a my mamy siedzieć cicho i nikomu nie mówić, że kochamy Jezusa i to z wzajemnością i że ten Jezus jest tak w nas zakochany, że ocalił nas przed śmiercią, zasłaniając własnym ciałem, które zawisło na krzyżu na Golgocie? Panowie ateiści, bojownicy o "świeckość państwa i społeczeństwa" raczą od nas zbyt wiele wymagać! ;)

Całkiem niedawno natrafiłem na książeczkę pewnego katolickiego księdza, o. Kazimierza Lubowickiego OMI, a w niej niezwykle ciekawe rozważanie - modlitwę, a przy tym trochę i poezję:

Abym nie potrafił

Mówią, że wiara to moja prywatna sprawa.
Wiem, że to nie prawda.
Przecież nie ma sensu 
kochać kogoś po cichu i prywatnie,
a publicznie do niego się nie przyznawać!
Tym bardziej jest to bezsensowne,
gdy chodzi o Ciebie.
Czasami jednak - niestety - pozwalam sobie
myśleć i działać w ten sposób.
To podłość, niewierność i niewdzięczność
z mojej strony.
Rozpal moją Miłość ku Tobie,
abym nie potrafił
mówić o Tobie tylko czasami i gdzieniegdzie,
abym nie myślał o Tobie jedynie od święta.

Rozpal moją Miłość,
abym nie potrafił dzielić mego życia
na modlitwę i praktyki religijne
oraz na życia zawodowe, publiczne,
w którym nie dojrzy się nawet śladu
naszej zażyłości.
Niech mój styl bycia, mówienia i traktowania ludzi,
wszystkie moje czyny i wszystkie decyzje,
wprost krzyczą, że jesteśmy z Tobą
przyjaciółmi.
Niech tam, gdzie żyję, pracuję i odpoczywam
ludzie widzą owoce naszej przyjaźni.
"Nie możemy przecież nie mówić tego,
cośmy widzieli i słyszeli" (Dz 4, 20)
I nie możemy też mówić
tylko słowami, w zaufanym gronie.
W trochę piękniejszych słowach wyraził on to samo, co ja w swoim "złośliwym" pytaniu, na które także zresztą nigdy nie doczekałem się odpowiedzi, bo ludziom "zabetonowanym" w ateizmie i dogmacie o koniecznej "świeckości" państwa i społeczeństwa, bardzo trudno jest dostrzec, że to, co głoszą z takim zapałem, to... absurd!

Niestety, diabeł w tym dziele odniósł spore sukcesy (wybaczcie, nie będę mu jednak gratulował!) i wielu ludzi wierzących uwierzyło w te brednie diabelskie, i pochowali się gdzieś po kątach, po cichu odmawiać swoje pacierze. Czy tak czyniąc, można być "solą ziemi" i "światłością świata"? Nawet jeśli bardzo kochamy Boga, a nie mamy odwagi iść z tą miłością do ludzi i głosić Ewangelię, to jesteśmy zwietrzałą solą i stłumionym światłem, z których nie ma żadnego pożytku! I wówczas ta miłość i ta wiara może są, bo są, ale... gdzie są ich owoce? Nie po to narodził się Jezus i nie po to Bóg dotknął się naszych serc, abyśmy siedzieli "cicho jak myszy pod miotłą" i nie mieli odwagi świadczyć, lecz byśmy szli przez świat ogłaszając Dobrą Nowinę, mówiąc o wspaniałym Jezusie, o grzechu i o zbawieniu. Jezus powiedział: "idźcie i nauczajcie", a nie "powiedziałem wam co i jak, a teraz cicho sza!" ;) "Gdy zaś zbliżał się już do podnóża Góry Oliwnej, zaczęła cała rzesza uczniów radośnie chwalić Boga wielkim głosem za wszystkie cuda, jakie widzieli, mówiąc: Błogosławiony, który przychodzi jako król w imieniu Pańskim; na niebie pokój i chwała na wysokościach. A niektórzy faryzeusze z tłumu mówili do niego: Nauczycielu, zgrom uczniów swoich. I odpowiadając, rzekł: Powiadam wam, że jeśli ci będą milczeć, kamienie krzyczeć będą" (Ewangelia Łukasza 19, 37 - 40) Jezus nie chce, byśmy byli cicho - te słowa znaczą, że jeśli my zamilkniemy, zapanuje cisza, która dla nas będzie powodem wstydu!

Nie brak też, niestety i takich, którzy nawet przyłączyli się do grona tych "postępowych" i mówią: "Ja jestem wierzący, ale nie powinniśmy wynosić swojej wiary do życia społecznego, musimy się nauczyć otwartości i tolerancji - ja mam swoje przekonania, ale to nie upoważnia mnie, bym zawsze postępował w zgodzie z nimi. Trzeba zrozumieć, że nie zawsze można działać w zgodzie z tym, co mówi Bóg... zwłaszcza, jeśli piastuje się ważne społeczne stanowisko, lub pracuje w takim, a nie innym zawodzie." To tak, jakby powiedzieć: "Kocham moją dziewczynę i nie ma dla mnie innej, ale wiesz, czasem jest taka potrzeba, że się idzie do burdelu"! "Postępowi" na pewno im poklaszczą, ale... Bóg zdecydowanie nie. Jezus mówi: "Nie każdy, kto do mnie mówi: Panie, Panie, wejdzie do Królestwa Niebios; lecz tylko ten, kto pełni wolę Ojca mojego, który jest w niebie. W owym dniu wielu mi powie: Panie, Panie, czyż nie prorokowaliśmy w imieniu twoim i w imieniu twoim nie wypędzaliśmy demonów, i w imieniu twoim nie czyniliśmy wielu cudów? A wtedy im powiem: Nigdy was nie znałem. Idźcie precz ode mnie wy, którzy czynicie bezprawie. Każdy więc, kto słucha tych słów moich i wykonuje je, będzie przyrównany do męża mądrego, który zbudował dom swój na opoce. I spadł deszcz ulewny, i wezbrały rzeki, i powiały wiatry, i uderzyły na ów dom, ale on nie runął, gdyż był zbudowany na opoce. A każdy, kto słucha tych słów moich, lecz nie wykonuje ich, przyrównany będzie do męża głupiego, który zbudował swój dom na piasku. I spadł ulewny deszcz, i wezbrały rzeki, i powiały wiatry, i uderzyły na ów dom, i runął, a upadek jego był wielki" (Ewangelia Mateusza 7, 21 - 27).

Jestem chrześcijaninem... A to służba 24/7! To nie jest moja "osobista sprawa", bo wcale mi się nie uśmiecha bycie zwietrzałą solą - która jest już w zasadzie zwykłym pyłem bez smaku, bez charakteru, ani ledwie tlącym się knotem, który dusi się gdzieś pod przykryciem i kopci bez sensu. Kocham Boga i jestem z Niego dumny, że takiego Pana i Przyjaciela mam. I nie chcę milczeć, bo nie mam ochoty być zawstydzony przez "kamienie"! :) Gdybym miał milczeć... Gdybyśmy mieli milczeć... i nie mówić o wierze, o Bożych zasadach, o zbawieniu wszędzie tam, gdzie jesteśmy - nie tylko w naszych domach i kościołach, ale na ulicy, w pracy, w szkole, na uczelni, w urzędzie - i nie świadczyć słowem i życiem, byłoby to nieposłuszeństwo wobec Boga, który powołał nas do bycia apostołami, wysłannikami... Każdy chrześcijanin jest powołany do tego, aby być apostołem! A diabeł chce, byśmy sobie odpuścili tą misję... Nie będę słuchał diabła i jego wysłanników, którzy mi wmawiają, że "wiara to moja prywatna sprawa i że powinienem ją praktykować dyskretnie"! Nie jestem powołany - żaden z nas nie jest - na to, byśmy byli "myszami pod miotłą" i "tańczyli" tak, jak nam diabeł zagra!

5 komentarzy:

  1. Z drugiej strony nie dziwię się ateistom że tak reagują jak na pokazanym wyżej obrazku. Ponad 1000 lat panowania zamordyzmu religijnego w Europie zrobiło swoje. Nie dziwota, że ludzie teraz odreagowują.

    Swoją drogą, dojrzali ateiści i do tego tacy mocno zdeklarowani, wywodzący się ze środowisk naukowych nawiasem mówiąc - uważają tego rodzaju akcje za dziecinadę. I nie szczędzą krytyki panu R. Dawkinsowi, twierdząc, że jest co najmniej infantylny.

    Takie billboardy świadczą więc o prymitywnych umysłach tych, którzy je wieszają. Nie warto się tym przejmować.

    Taki sobie ktoś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie masz sporo racji jak chodzi o to odreagowywanie. Chociaż to chyba też duża podbudowa ideologiczna - taki "kult nauki i rozumu", zwrócenie się ku temu, co da się dotknąć i / lub zbadać. Wielu ludzi ma problem z tym, że jest też jakiś "świat ducha". Inni poszli tą drogą pod presją "naukowości" i silnej propagandy. Na pewno jest w tym jakaś rozsądna elita, ale... bez możliwości sterowania, bez posłuchu - generalnie, niestety, najwięcej do powiedzenia, największą siłę, mają prostaczkowie. Rzecz w tym, żeby nie dać się im stłamsić i zakneblować! :)
      Pozdrawiam! :)

      Usuń
  2. Taaaaa, kult nauki i rozumu. Zwłaszcza w społeczeństwach europejskich czy amerykańskich. Mój drogi, epoka racjonalizmu w naszej kulturze co najmniej od lat 60-tych XX wieku jest "passe", jak mawiają nad Sekwaną. Dzisiaj ludziska jak ich zapytasz, dlaczego myślą to co myślą, odpowiedzą Ci: "Bo ja tak czuję". Dziś liczą się emocje, doznania emocjonalne. Owszem, gdzieniegdzie odradza się, zwłaszcza w USA, skarłowaciała forma pozytywizmu i darwinizmu, ale mało kto już idzie na to.

    To na Zachodzie, a w Polsce mamy mieszankę ludowego katolicyzmu, przefiltrowanego przez media i seriale buddyzmu, a wszystko to okraszone astrologią i innymi zabobonami, podlane sosem pseudonaukowości (bo nawet nie sosem popularnonaukowym...). Popytaj sobie ludzi na ulicy, w co wierzą, a usłyszysz, że Pan Bóg zbawia z dobrych uczynków, potem jest reinkarnacja, a do tego jak się rodzisz, to Twój znak zodiaku wpływa na Twoje życie. No i Wielkanoc to święto żurków i zajączków.

    Tak niestety myśli i wierzy jakieś 3/4 naszego społeczeństwa. Nawet większość polskich ateistów tak naprawdę jest pseudoateistami, których rozumienie spraw duchowych zostało na poziomie bardzo dziecinnym. Nieprzypadkowo ich "pobożność" (jakichś 90% z nich) zatrzymała się na I komunii. Ci sami ludzie bluźnią, gadają na księży czy inne duchowieństwo, a za chwilę biegną prędziutko do najbliższej parafii ochrzcić niemowlę.

    Taki sobie ktoś.

    OdpowiedzUsuń
  3. To może zależy, jak się trafi. :) Ja na ogół trafiam albo na ateisto-agnostyków - takich, co to "nie wiedzą, ale raczej się skłaniają" ;) - albo na twardych materialistów.

    OdpowiedzUsuń
  4. Założę się, że 90% tych "twardych materialistów" istnieje tylko w Internecie i mają lat kilkanaście. I z nimi lepiej nie rozmawiać w ogóle, tylko poczekać na rozmowę za jakieś 5-10 lat. Dla nich "ateizm" to bunt przeciwko dewocji tak naprawdę albo bunt przeciwko rodzicom, którzy bywają fanatykami (zwłaszcza w małych miejscowościach) i nie jest niczym innym, jak tylko takim intelektualnym kolczykiem w brzuchu. Pozostałe 10% to starsi ludzie, którym zostały naleciałości z czasów ustroju słusznie minionego i... Z nimi też lepiej nie rozmawiać, bo im się myślenia już nie zmieni.

    Najgorszymi wrogami chrześcijan nie są wbrew pozorom ateiści, liberałowie czy masoni, ale ci, którzy za chrześcijan się uważają, a w rzeczywistości służą przeciwnikowi Boga.

    Pozdrawiam

    Taki sobie ktoś, vel Ktosiowaty.

    OdpowiedzUsuń