sobota, 28 lutego 2015

Ludzie jak puste kłosy...

"Nowe przykazanie daję wam, abyście się wzajemnie miłowali, jak Ja was umiłowałem; abyście się i wy wzajemnie miłowali. Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli miłość wzajemną mieć będziecie." (Ewangelia Jana 13, 34 - 35)
Miłość to fundamentalna cnota chrześcijańska. Tam, gdzie brakuje miłości i pokoju w sercu, nie ma też prawdziwego uczniostwa, naśladowania Chrystusa. Jezus mówi do każdego z nas: "Zostaw wszystko i chodź za mną" - nie powołuje nas na słuchaczy, lecz na uczniów. To ogromna różnica! Wielu ludzi słuchało Jezusa i chodziło za Nim, żeby jeszcze posłuchać, albo żeby się najeść, lub zobaczyć jakieś inne cuda. Jezusowi zaś nie zależało na tym, aby Go słuchali i chodzili za nim krok w krok po ziemi, lecz by Go usłyszeli, zrozumieli i wcielali to, co mówi w życie, żeby brali sobie to, co mówi, głęboko do serca i by szli za Nim na sposób duchowy. Często bywało tak, że słuchały Go tysiące ludzi, a potem zostawała przy Nim ledwie garstka uczniów. Dziś jest podobnie - mamy wielu ludzi, którzy w mniejszym czy większym stopniu są zafascynowani naukami Jezusa, i nawet przyjęli chrzest i regularnie praktykują, ale brak miłości w ich sercach pokazuje, że jest to jedynie wzniosła... ideologia!

Tam, gdzie nie ma miłości i pokoju w sercu, nie ma też działania Ducha Świętego. Apostoł Paweł pisze: "Owocem zaś Ducha są: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, wstrzemięźliwość. Przeciwko takim nie ma zakonu. A ci, którzy należą do Chrystusa Jezusa, ukrzyżowali ciało swoje wraz z namiętnościami i żądzami. Jeśli według Ducha żyjemy, według Ducha też postępujmy" (List do Galatów 5, 22 - 25). Tam, gdzie nie ma miłości i pokoju w sercu, tam nie ma przynależności do Chrystusa, tam nie ma chrześcijaństwa. Bez miłości w sercu nie można być tak naprawdę cząstką Kościoła Chrystusowego, gdyż ten opiera się na miłości: miłości Boga - Ojca, Syna i Ducha Świętego - do człowieka, miłości człowieka do Boga, miłości braterskiej pomiędzy dziećmi Boga, miłości do bliźnich, nawet do nieprzyjaciół. Bez miłości nie ma Kościoła! Bez miłości w sercu nie można być w Kościele! Czasem czujemy, że miłość w nas wygasa - dzieje się to wskutek grzechu i wówczas powinniśmy biec do Ojca po pomoc, by poprzez Ducha Świętego wypełnił nas tym, czego nam w naszym sercu zaczyna brakować.

Jeśli w nie ma w sercu pokoju i miłości, dobroci, cierpliwości, to nie ma w człowieku chrześcijaństwa, choćby i stale taki ktoś mówił o sobie z dumą: "Jestem dzieckiem Boga" i "narodziłem się na nowo". Jezus mówi: "Nie każdy, kto do mnie mówi: Panie, Panie, wejdzie do Królestwa Niebios; lecz tylko ten, kto pełni wolę Ojca mojego, który jest w niebie" (Ewangelia Mateusza 7, 21). Tacy ludzie są taką "atrapą chrześcijaństwa" - czasem nawet na pozór efektowną. Ale w ich sercach nie ma tak naprawdę chrześcijaństwa.  Cóż więc jest? Odruchowo chciałem napisać: "pusta w środku", ale to niestety nie jest prawda. Gdyby była to pustka, nie byłoby to jeszcze takie najgorsze. Nie ma pustki, bo jest ktoś, komu zależy na tym, by ludzie walczyli ze sobą, nienawidzili się, pogardzali sobą, by byli chciwi i pyszni... Diabeł! On potrafi wypełnić taką atrapę wszelkim plugastwem i posłać, by funkcjonowała w obrębie Kościoła, by niszczyć go od środka. Diabeł potrafi sfałszować chrześcijaństwo, nawet podrobić dary Ducha Świętego! Diabeł potrafi stworzyć tak doskonałą atrapę, że nabierają się na to nawet ci, których tak przerobił!

Apostoł Paweł pisze także: "Choćbym mówił językami ludzkimi i anielskimi, a miłości bym nie miał, byłbym miedzią dźwięczącą lub cymbałem brzmiącym. I choćbym miał dar prorokowania, i znał wszystkie tajemnice, i posiadał całą wiedzę, i choćbym miał pełnię wiary, tak żebym góry przenosił, a miłości bym nie miał, byłbym niczym. I choćbym rozdał całe mienie swoje, i choćbym ciało swoje wydał na spalenie, a miłości bym nie miał, nic mi to nie pomoże" (1. List do Koryntian 13, 1 - 3) Jeśli tak, to czy nie znaczy to, że miłość i pokój w sercu są skutkiem zbawienia, a ich brak oznacza, że nie jest się wcale zbawionym? Sądzę, że tak właśnie jest. Nie wierzę w to, że zbawienie można utracić - bo to Boży dar, ale sądzę, że po miłości i pokoju w sercu, po codziennym życiu i po tym, jak ktoś traktuje innych dookoła, można rozpoznać kto ten dar otrzymał i przyjął, a kto nie. Apostoł Jan pisze: "Jeśli kto mówi: Miłuję Boga, a nienawidzi brata swego, kłamcą jest; albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi. A to przykazanie mamy od niego, aby ten, kto miłuje Boga, miłował i brata swego" (1. List Jana 4, 20 - 21). I wracamy do "atrapy" - bo jeśli w naszym sercu zabraknie miłości do człowieka, to wiara ogranicza się tylko do opanowanej rozumowo teorii i pustych, nic nie znaczących słów przez nas wypowiadanych. Nie ma w sercu ludzkim prawdziwej wiary, jeśli nie ma w nim prawdziwej miłości!


Bardzo lubię iść latem wśród pól, gdy zboże jest już dojrzałe. Czasami zrywam kłos i rozcieram w dłoniach, żeby zobaczyć i posmakować ziarno. Niektóre kłosy są pełne ziarna. W innych jest go trochę mniej. Bywają i takie - choć znam to raczej z opowieści - w których zupełnie nie ma ziarna, są całkowicie puste. Sprawiają one ogromny zawód, nawet rozpacz... Jeśli takich kłosów jest wiele, rolnik załamuje ręce, bo jego trud poszedł na marne, bo taki kłos nie jest do niczego przydatny, choć wyrósł i ładnie wyglądał, cieszył oko na polu - jest jakby martwy. Podobnie jest z ludźmi. Ludzie, którzy w ręku mają Biblię, śpiewają nabożne pieśni, chodzą każdej niedzieli do kościoła, są jak te puste kłosy, które fajnie wyglądają i cieszą oko, lecz przy bliższym poznaniu bardzo rozczarowują. Tak, jak rolnik modli się o dobry plon, o pełne, ciężkie od ziarna kłosy, tak my módlmy się, by nasze serca przepełniały owoce Ducha Świętego: miłość, radość, pokój, etc. etc. i pielęgnujmy je w sobie samych i w innych wokół nas.

środa, 18 lutego 2015

Mścić się? Nie ma sensu!

"Nie oddawajcie złem za zło ani obelgą za obelgę, lecz przeciwnie, błogosławcie, gdyż na to powołani zostaliście, abyście odziedziczyli błogosławieństwo." (1. List Piotra 3, 9)
Muszę przyznać, że czasem miewam w tym pewien problem. Pewnie każdy z nas. Odpowiedzieć ciosem na cios, złym słowem na złe słowo - to czasem odruch. Gdy doświadczam na sobie czyjejś złości i pogardy, czuję, jak we mnie także wzbiera złość i pogarda dla tej osoby, i miewam ochotę powiedzieć choćby kilka przykrych dla niej słów. Ale czy to ma sens? Zdarza mi się czasem wybuchnąć, ale... nigdy nic dobrego z tego nie wynika. Nie ma sensu się mścić. "Błogosławcie tych, którzy was prześladują, błogosławcie, a nie przeklinajcie. (...) Nikomu złem za złe nie oddawajcie, starajcie się o to, co jest dobre w oczach wszystkich ludzi. Jeśli można, o ile to od was zależy, ze wszystkimi ludźmi pokój miejcie. Najmilsi! Nie mścijcie się sami, ale pozostawcie to gniewowi Bożemu, albowiem napisano: Pomsta do mnie należy, Ja odpłacę, mówi Pan. Jeśli tedy łaknie nieprzyjaciel twój, nakarm go; jeśli pragnie, napój go; bo czyniąc to, węgle rozżarzone zgarniesz na jego głowę. Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj" (List do Rzymian 12, 14 i 17 - 21) Jeśli złem odpowiadamy na zło, to generujemy tylko kolejne fale zła w tym świecie! Głupca w ten sposób niczego nie nauczymy, nie stanie się przez to ani trochę mądrzejszy. Agresywnemu nie spiłujemy "kłów", ani nie upuścimy z niego ani trochę agresji. A w imię czego mamy się stawać do nich podobni? Kłócisz się z głupcem? Bijesz się z agresywnym? To kimże sam jesteś? Głupców i agresywnych najlepiej zostawić samych sobie i... Bogu. 

Bóg ma wejrzenie w każde ludzkie serce. Bóg widzi nasze zranienia i potrafi je uzdrowić i widzi "choroby serca" tych, którzy nas zranili i również może je uzdrowić. Gdy doznajemy krzywdy, powinniśmy wiedzieć, że choć doznajemy jej od ludzi, to nie działają oni sami z siebie, lecz są narzędziem w ręku diabła - są jego ofiarami. Gdy to zrozumiemy, zmienia się całkowicie nasze patrzenie. W naszym sercu wciąż jest uczucie przykrości, ale zwraca się ono w inną stronę. Oczywiście, gdy doświadczam zła, jest mi wciąż przykro z powodu tego, czego doświadczyłem, ale bardziej jeszcze z powodu ludzi, którzy stali się narzędziami w ręku tego, od którego całe zło tego świata pochodzi, szatana. Ja mogę odczuwać przykrość w moim sercu, ale to ich sytuacja jest gorsza. Ja bym miał się jeszcze na nich mścić i pogardzać nimi? Przecież oni są pożałowania i współczucia godni, nie pogardy! Gdybym miał się na nich mścić i pogardzać nimi, byłbym jak człowiek, który znęca się nad staruszkiem, inwalidą na wózku, lub chorym i słabym...