piątek, 7 listopada 2014

Kto zawinił?

"Lecz on zraniony jest za występki nasze, starty za winy nasze. Ukarany został dla naszego zbawienia, a jego ranami jesteśmy uleczeni. Wszyscy jak owce zbłądziliśmy, każdy z nas na własną drogę zboczył, a Pan jego dotknął karą za winę nas wszystkich." (Księga Izajasza 53, 5 - 6)
Są ludzie, którzy szukają winnych śmierci Jezusa. Najczęściej oskarża się o to Żydów. Bo i prawda, że Żydzi si do tego przyczynili - a raczej nie tyle Żydzi, co elity żydowskie, którym Jezus był wielce niewygodny. Jednak, jak gdzieś przeczytałem: "mówić, że to Żydzi zabili Jezusa, to tak, jakby powiedzieć: to Polacy zabili Popiełuszkę". I to jest też prawda! Żydzi, jako naród, nie ponoszą winy za śmierć Chrystusa. Można wskazać na Rzymian, bo to przecież oni osądzili i przybili do krzyża. Niewątpliwa jest wina Piłata, który wprawdzie miał dobre intencje, lecz był... strasznym tchórzem, któremu zależało na "ciepłej posadce". Żołnierze? Dla nich to było działanie rutynowe, oni po prostu wykonywali rozkazy - nie było w tym ich złej woli, choć może byli okrutni - i o nich same Jezus powiedział w modlitwie: "Ojcze, odpuść im, bo nie wiedzą, co czynią" (Ewangelia Łukasza 23, 34). Prawda jest taka - i może bolesna - że jeśli chcemy zobaczyć kto naprawdę zamordował Jezusa, przez kogo On musiał umrzeć, to musimy stanąć... przed lustrem!

Takie rozważania zazwyczaj "zarezerwowane" są na Wielki Piątek, lecz chciałbym zachęcić Was do przeczytania wspaniałego poematu Wojciecha Bąka pt. "Droga Krzyżowa". Sam przeczytałem go w ostatnich dniach - i to kilka razy - i jestem ogromnie poruszony. Wojciech Bąk był luteraninem i w jego utworze nie ma nic z "duchowości pasyjnej", przesadnego koncentrowania się na męce Chrystusa. Są za to bezcenne wskazówki, które pomagają zastanowić się nad sobą samym i umiejscowić siebie samego w biblijnej historii o śmierci Pana. Ja odnajduję siebie w każdym z tych słów! Jezus nie musiałby umierać, gdyby nie moje i nie Twoje grzechy!

I
To czas wiecznością zastygł. I trwa wieczny sąd,
I o śmierć Twą wołają wysocy sędziowie -
I Ty z berłem trzcinowym - i twarz broczy krwią -
I głos grozy się wdziera w wieki: "Oto Człowiek!"

I coraz krzyk głośniejszy: "Złam bolesny kształt!
Ukrzyżuj, by zamilkło śmiercią ciała Słowo!"
I wyroku na Boga napastliwy gwałt -
I Ty, milczący, krwawy - z koroną cierniową.

I tłum krzyczący: "Niechaj na nas spadnie krew!"
I żołnierze, i cieśle, i krzyż, który czeka -
I śmiech - i coraz mściwiej tłumu głośny gniew -

I coraz jaśniej twarz Twa skamieniała w męce,
Przeświecająca Bogiem poprzez kształt człowieka -
I obmywane wodą piłatowe ręce.


II
To ja byłem Twym sędzią! To ja w tłumie stałem
I wołałem: "Ukrzyżuj!" To ja krzyż Twój zbiłem -
I śmiałem się nad Twoim pokrwawionym ciałem,
I rany Twe źrenicom moim były miłe!

To ja na krew patrzyłem, gdy broczyła skronie,
I krzyczałem: "Niech krew Twa na mnie w wieczność spada!"
I ja myłem przed tłumem nieprawości dłonie
I czekałem, aż zaczniesz lękać się i biadać...

A Tyś wziął krzyż w milczeniu tak głośnym, że wieki
Zadrżały przed tym głosem milczenia - i ono
Już nie zamilknie nigdy w okresach dalekich.

I ja co dzień Cię sądzę - zbijam krzyż - i biczem
Smagam Twe krwawe ciało - i o śmierć Twą krzyczę -
I znów Twe ciało broczy - i Twe skronie płoną!

III
Ciężki jest krzyż Twój. Wyszukałem w lesie
Najgrubszy pień, by gorzkie było Twoje brzemię -
Chciałeś mnie zbawić - oto krzyż zbawienia niesiesz!
Chciałeś mnie podnieść - padaj pod krzyżem na ziemię!

Chciałeś miłować mnie - poznaj nienawiść!
Chciałeś ożywić mnie - z mych rąk umieraj!
- I ramię Twe pod krzyżem sinieje i krwawi
I drzewo jak płomienie w Twe ciało się wżera!

Chciałeś, bym Twoim śladem - miłujący - kroczył -
I niósł krzyż - a ja Tobie krzyż nad krzyże zbiłem -
I śledzę Twe kroki, i badam Twą siłę...

Idę z tłumem po Twoich udręczonych śladach,
Patrzę w oblicze Twoje - czytam Twoje oczy
Gdy pod krzyżem na bruku zakrwawiony padasz.


IV
Mario, Ty nie płacz nad Nim, ale jęcz nade mną!
On coraz wyżej świecił - jam wciąż więcej gasnął -
Tak pokochałem zbrodni moich duszną ciemność,
Że Jego zniszczyć chciałem, by zagasła jasność!

Krew nienawiści żółcią płynie w moich żyłach,
On chciał ją na miłości zmienić słodkie wino -
Lecz ponad miłość była mi nienawiść miła
I pragnąłem, by zamilkł prorok jej i zginął...

Cieszyłem się, że nigdy już się głos nie zbudzi,
By wołać do miłości mściwych, gniewnych ludzi
I niepokoić jak muzyką ich nadziemną -

I widząc Jego smutną krew i kruche ciało,
Pragnąłem, by najprędzej na krzyżu skonało -
Mario, Ty nie płacz nad nim, ale jęcz nade mną!



V
To nieprawda, że byłem z Cyreny Szymonem
I krzyż wziąłem, pomocnie dźwigając, na ramię -
Oczy me były zimne, usta niewzruszone,
Gdy szeptałem: "Cóż z tego? Niechaj się załamie!"

Ramię me bezlitosne było jako kamień,
Dłonie me pogardliwe, płuca nienawistne,
Szeptałem: "Ciało swoje w jedną ranę zamień -
Nie pomogę z innymi - ale głazem cisnę!"

I tak przez wieki kroczy, a ja z śmiechem stoję
I zimna jest krew moja, gniewne myśli moje
I sowa me szyderstwa tną Go mściwym biczem -

A On idzie - i chwieje się pod krzyża skałą,
I pod ciężarem łamie się krwawiące Ciało -
Nieprawda, że pomogłem Mu z Cyrenejczykiem!


VI
Widziałem, jak Weronika z chustą nadchodzi,
I wołałem: "Nie wstrzymuj krwawego pochodu!"
Słyszałem: głos jej płaczem litości zawodził
I przerażone dłonie jej były jak z lodu...
On czoło w chustę złożył - i twarz się odbiła
Niezmazaną pieczęcią męczeństwa i grozy -
A kiedy chustę nagle ku tłumom zwróciła,
On raz drugi w tej chuście krwawym kształtem ożył!
Śmiałem się: "Weroniko! Nie strasz dziś nikogo!
Nie przejmiesz nas litością, nie przerazisz trwogą
Tą umęczoną i boleśnie smutną twarzą!"

A przecież dusza moja jest jak białą chusta
I czoło na niej krwawe i zsiniałe usta -
I wieki nie zmywają z niej tego obrazu!
VII
Potem upadłeś znowu! Nie jam Cię podnosił!
Wołałem tylko: "Powstań - i spokojnie idź!"
I były długie ciernie w moim głosie -
I był w nim smagający Twe ramiona bicz!
I pięść arcykapłana, i sądy kłamliwe,
I śmiech północnych straży i kapłańskich sług -
I był w nich słup biczowań i wołanie mściwe:
"Odgadnij, kto uderzył - skoro jesteś Bóg!"
I było zaprzeczenie Piotra, biała szata
I ten tłum wołający: "Skazuj Go na krzyż!"
I powtórzony wyrok śmiertelny Piłata -
I śmiech wzgardy - i zimny nienawiści świst...
Słowo me podwoiło mękę Twą, gdyś padł,
Ty, któryś męką Twoją chciał wyzwolić świat!
VIII
Jak śmiałeś litującym się niewiastom rzec:
"Niewiasty, nie nade mną płaczcie, lecz nad sobą -
I nad synami - kiedy mnie oddadzą grobom..."
Twe słowa w serce dziejów wbiły się jak miecz!
I dzieje ciągle krwawią od ciosu tych słów,
I coraz głośniej echo ich rozbrzmiewa w czasie -
I jawa nimi rośnie - i kwitną ze snów -
I wszystkie słowa milkną, lecz płacz ich nie gaśnie!
Brzmi w nich jęk matek wszystkich, synów głuchy płacz,
I wnuków szloch, prawnuków bolesne biadanie -
I słychać, Ty nad jękiem wieków w słowach łkasz!
I gwiazdy bledną z grozy i drżą z wielkiej trwogi,
I światło ich, gdy wspomną słowa, dźwięczy łkaniem -
Nad tym płaczącym ponad płaczem wieków Bogiem!
IX
Znowu padłeś? W upadku twoim była groza,
Że kamienie pragnęły rąk, by Ciebie podnieść.
Złamanym ludzkim ciałem krwawiła moc Boża -
I triumfem nad Bogiem stały ludzkie zbrodnie.

Patrzyłem na Twą mękę, ale moje oczy
Nie popłynęły łzami, lecz trwały szkłem chłodnym -
Dłoń ma dłonią pogardy była - nie pomocy
I słuch mój Twego jęku i łkanie był głodny...

Takiej męki nie widział świat! Bóg padł na ziemię
I krew lał, i na bruku udręczony leżał,
Pisząc tą męką nowy, wieczny znak przymierza.

Gdy krzyżem Go przygniotło zbrodni ludzkich brzemię -
I ja stałem wzgardliwy - ja, któremu dano
To przymierze, by domem było mi - i bramą!


X
Zerwałem szatę Twoją - grałem o nią w kości,
Gdy zawisłeś na krzyżu zsiniały i nagi -
I stałeś w napastliwej oczu tłumów chłoście,
Sieczony krzykiem mściwym i biczem zniewagi.
Jeszcze dzisiaj ją zrywam! Szatę niezszywaną
Mieczem wojny na części krwawiące rozdzieram -
A Ty patrzysz na ziemię - krwawisz każdą raną,
I serce Twe sercami milionów umiera.
Padają miasta w zgliszczach, głucho grzmią armaty,
Bomby lecą z obłoków, płaczą ranne dzieci
I dym pożarów z wszystkich domów się unosi.
A Ty trwasz wyniesiony męczeństwem nad światem
I w oczach Twych milionów ból i groza świeci -
A ja drę Twoją szatę - i gram o nią w kości!
XI
Ja w dłoni miałem młot! I gwóźdź po gwoździu
Wpijał się w Twoje dłonie i żyły rozdzierał –
Wlałem ogień w Twe ciało i łamałem kości.
Byś płonący cierpieniem na krzyżu umierał.
Ja poiłem Cię żółcią i octem, gdyś wołał
Konający z pragnienia drżącym głosem:, Pragnę!"
I śledziłem, jak długo pierś oddychać zdoła,
Zanim zgonem zamilkną wargi Twe pobladłe...
Co dzień pierś Twoją darłem, łamałem golenie.
I octem z żółcią Twoje cieszyłem pragnienie,
To ja śledziłem, jak twarz Twoja dogorywa...

I wiecznie gwóźdź mój ciało skrwawione rozdziera,
I włócznia moja piersi zsiniałe rozrywa –
I wiecznie pod ciosami moimi umierasz!
XII
I stoi krzyż - dojrzewa męka Twa -
Widziałem: ciało Twoje mdleje i sinieje -
A krzyż jedyny nad wiekami trwa,
Zwycięsko wyniesiony ponad ziemię!
On miał byś śmiercią - i widziałem: gest
Zastyga każdy, kamienieją dłonie -
A krzyż konania - krzyżem życia jest,
I jak pochodnia wieczna wiekom płonie!
On miał być godłem hańby i niemocy,
A on jedynym światłem dni i nocy
I on jedyny siłą jest i sławą -
Czas jak piasek rozsypał państwa wichrem wojen -
A krzyż jedynym Życiem i Pokojem -
I coraz wyżej świeci jego prawo.
XIII
Płakano nad Twym ciałem. Ale to nie ja
Łzy lałem nad owocem mściwej zbrodni mojej.
Nie obmyła źrenicy mojej skruchy łza -
I wciąż zimny przez wieki nad Twym ciałem stoję!
Maria milczeniem grozy wyższym ponad jęk
I boleśniejszym niż łzy wszystkich wieków stała -
Moja warga milczała, lecz nie był w niej lęk,
Ale kształtem pogardy chłodnym skamieniała!
Niewiasty zwłoki Twoje w białe płótno z lnu
Ubierały, by zakryć smutną nagość zgonu -
To nie ja owijałem w płótno krwawe łono -
Jan ręce łamał z grozy i wybuchał płaczem -
ja patrzyłem na nędzę Twą obco jak ze snu -
I patrzę!

XIV
Grób zawaliłem skałą. Postawiłem straż,
Byś nie mógł powstać więcej z kamiennego grobu -
A Ty wciąż zmartwychwstajesz - i wysoki - trwasz -
A ja Cię znów krzyżuję! - I Ty wstajesz znowu!
I wiecznie się powtarza sąd i tłumu śmiech,
I biczowanie, upadanie, krzyżowanie -
I zimny pot na skroniach, i zastygła krew,
I grób w skale - i z grobu nowe zmartwychwstanie.
Ty jesteś wiecznym Życiem! Z Ciebie spłynął świat!
Ty jesteś wieczną Miłością! Żywym w ciele Słowem!
Tyś jest źródłem i morzem! W Tobie Moc i Ład!
- Ja jestem Twym siepaczem i zdrajcą, i sędzią,
I krzyżem jestem twoim, i trzydniowym grobem,
Ty, któryś był i jest, i będziesz!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz