czwartek, 29 maja 2014

Czy lekarz ma prawo być wierzący?

Źródło: Gazeta Wyborcza /Gazeta.pl / Facebook
Konstytucja RP (art. 53) jednoznacznie mówi, że każdy ma prawo wyznawać swoją wiarę. Wyraźnie mówi także, że nikt nie może być dyskryminowany z jakiejkolwiek przyczyny - a więc także z powodu wiary (art. 32, pkt 2). Jednak jest w naszym kraju całkiem spora grupa ludzi, którzy uważają, że te zapisy nie dotyczą... wierzących! Bo jakże inaczej można wytłumaczyć ataki na katolickich lekarzy i studentów medycyny, którzy przed kilkoma dniami w Częstochowie podpisali deklarację, która mówi, że uznają Boga jako tego, który wyłącznie może do życia powołać i odwołać z tego świata - że ludzkie ciało i życie, będące darem Boga, są święte i nietykalne od poczęcia do naturalnej śmierci, że to Bóg określa płeć i że Prawo Boskie jest ponad prawem ludzkim... Jednym słowem nic szczególnie niezwykłego - normalne konsekwencje wiary. Lekarze i studenci medycyny deklarują wierność Bogu i chrześcijańskiemu sumieniu - prawda, że w świetle nauki Kościoła katolickiego. I okazuje się... że "nie mają prawa", że "powinni zostać pozbawieni prawa wykonywania zawodu", że "powinna zająć się nimi prokuratura", że "chrześcijanami to sobie mogą być w domu"!

Konstytucja gwarantuje wolność wyznania każdemu. Nie zawiera żadnego zapisu, który pozwalałby na ograniczenie tej swobody lekarzom. Tak więc lekarz ma prawo pełnić swą służbę, podporządkowując ją zasadom wiary. Nie można być katolikiem, lub ewangelicznym chrześcijaninem w domu, a idąc do pracy już nie. I jest oczywiste i bezdyskusyjne, że Prawo Boskie jest ponad ludzkim - "Trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi" (Dzieje Apostolskie 5, 29) - i Konstytucja RP, dając wolność wyznania, daje tym samym pełne prawo do tego, by taki właśnie porządek przyjmować! Ludzie niewierzący nie potrafią zrozumieć czym jest wiara. Nie pojmują tego, że wiara (prawdziwa) nie jest płaszczem, który można zdjąć, lub zamienić na inne okrycie, ani jakąś filozofią, którą można stosować lub nie, zależnie od okoliczności, której elementy można sobie swobodnie dobierać. Chrześcijaninem jest się 24/7. Nie można być chrześcijaninem na 20% lub 50%. Nie ma czegoś takiego, jak "chrześcijaństwo prywatnie". Albo jest się chrześcijaninem na 100%, albo nie jest się nim wcale! Chrześcijanin nie może w niedzielę czytać jakie to fajne przykazania dał Bóg, jak dają do myślenia, a w poniedziałek pójść do pracy i dokonać aborcji. Chrześcijanin nie może w niedzielę wierzyć, że Bóg ma rację, mówiąc, że homoseksualizm jest dewiacją, a w poniedziałek mówić pacjentowi, że to, czego doświadcza - pociąg do tej samej płci - jest czymś normalnym, jest alternatywą. Chrześcijanin nie może w niedzielę zachwycać się słowami "jako mężczyznę i niewiastę stworzył ich" (1. Księga Mojżeszowa 1, 27) a w poniedziałek proponować komuś operację zmiany płci. Jeśliby tak czynił, jeśliby dzielił swoje życie: 50% "chrześcijanin w domu", 50% "wolny od Boga w pracy", nie byłby chrześcijaninem. Gdyby Bogu próbował oddać tylko 50% - swoje życie prywatne - w 100% należałby do diabła, a finałem takiego życia byłoby piekło. Tu nie ma miejsca na kompromisy - albo dajesz 100% Bogu, albo 100% jest w rękach diabła! Jeśli Konstytucja RP gwarantuje wolność wyznania, to znaczy, że daje prawo być chrześcijaninem nie tylko w domu i kościele, ale także w pracy, na uczelni, na ulicy. "Klauzula sumienia", o której tak głośno się mówi w odniesieniu do pracowników służby zdrowia, nie jest w gruncie rzeczy niczym innym, jak tylko potwierdzeniem konstytucyjnych praw!

Żyjemy w dziwnych czasach, gdy trzeba sporej odwagi, by powiedzieć: "wierzę w Boga i chcę żyć i pracować zgodnie ze swoją wiarą". Obserwując reakcje lewicowych publicystów i internautów na wieści z Częstochowy mam takie dziwne skojarzenie z... biegunką! Nagle wylatuje z nich wszystko, wielkie ilości brudu: wyłazi cała pogarda, złośliwość, nienawiść, jakby się piekło nagle otworzyło. Wśród setki wypowiedzi trudno wówczas znaleźć choćby jedną sensowną, łagodną, popartą jakimikolwiek argumentami, z którą do się jakoś polemizować. Bluzgi, obelgi, pomówienia, bełkot... Znudziło mi się już czytać o tym, jakim to trzeba być "pomyleńcem", by wierzyć w "jakiegoś tam Boga", że Biblię napisały "bez ładu i składu" jakieś "najarane pastuchy", że "chrześcijaństwo było dobre w średniowieczu, gdy ludzie byli ciemni i niekumaci", że nasza wiara to "wstecznictwo", a "Kościół zawsze był hamulcem postępu"... Ludwik Pasteur - jeden z tych, którzy (choć nie był lekarzem) najbardziej popchnęli medycynę do przodu - powiedział kiedyś: "Mało wiedzy oddala od Boga. Dużo wiedzy sprowadza do Niego z powrotem". Gdyby to samo powiedział dziś i podpisałby się pod tą deklaracją, która tak oburzyła "postępowców", pewno by mu tego nie darowali i chcieliby, by sadził truskawki. (żart) Ludzie ci, nie są świadomi tego, jak wielu spośród tych, którzy pchnęli medycynę na poziom, na którym jest obecnie, byli chrześcijanami. Skoro chrześcijanie przyczynili się do rozwoju medycyny, mają też pełne prawo praktykować ją i dalej rozwijać, w zgodzie z zasadami własnej wiary.
 
Słowo Boże jest bardzo solidnym fundamentem nie tylko dla wiary, lecz dla całego życia. To, co w nim znajdujemy to najwyższe i niewzruszone normy etyczne. Skoro mówimy o medycynie, trzeba powiedzieć: Hipokrates nie godził się na to, by medyk mógł kogoś uśmiercić - czy to dorosłego, czy nienarodzone dziecko. Gdyby mógł przeczytać przykazanie: "Nie będziesz mordował", zaklaskałby - jestem tego pewien - z radości! A dziś "normy" obraca się o 180 stopni! Dziś tak wielu chce, by lekarz robił to, czego oni oczekują: by leczył, lub zabijał. "Etyka" zaś miałaby się unosić na falach, wciąż dostosowywana do aktualnie panujących tendencji, poglądów. Bałbym się lekarza, którego "etyka" byłaby taka, bo nie mógłbym być pewien, czy będzie mnie leczył, czy też mnie zabije, by "skrócić cierpienia". Chrześcijanin nie tylko wykorzysta całą swą wiedzę i wszystkie możliwości, by ocalić życie, lecz będzie się także kierował troską o pacjenta, będzie widział w nim człowieka, a nie tylko ciało. "Postępowca" nie można być tak pewnym i już teraz mamy sytuację, że starsi ludzie uciekają z krajów, gdzie szerzy się eutanazja, w obawie, że mogą zostać zabici w szpitalu. Boję się chwili, gdy tak "postępowo" myślący ludzie - którzy chcą stłamsić tych, dla których ważne są Boże zasady - dojdą do władzy i zaczną stanowić prawo według własnych poglądów!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz