czwartek, 29 maja 2014

Czy lekarz ma prawo być wierzący?

Źródło: Gazeta Wyborcza /Gazeta.pl / Facebook
Konstytucja RP (art. 53) jednoznacznie mówi, że każdy ma prawo wyznawać swoją wiarę. Wyraźnie mówi także, że nikt nie może być dyskryminowany z jakiejkolwiek przyczyny - a więc także z powodu wiary (art. 32, pkt 2). Jednak jest w naszym kraju całkiem spora grupa ludzi, którzy uważają, że te zapisy nie dotyczą... wierzących! Bo jakże inaczej można wytłumaczyć ataki na katolickich lekarzy i studentów medycyny, którzy przed kilkoma dniami w Częstochowie podpisali deklarację, która mówi, że uznają Boga jako tego, który wyłącznie może do życia powołać i odwołać z tego świata - że ludzkie ciało i życie, będące darem Boga, są święte i nietykalne od poczęcia do naturalnej śmierci, że to Bóg określa płeć i że Prawo Boskie jest ponad prawem ludzkim... Jednym słowem nic szczególnie niezwykłego - normalne konsekwencje wiary. Lekarze i studenci medycyny deklarują wierność Bogu i chrześcijańskiemu sumieniu - prawda, że w świetle nauki Kościoła katolickiego. I okazuje się... że "nie mają prawa", że "powinni zostać pozbawieni prawa wykonywania zawodu", że "powinna zająć się nimi prokuratura", że "chrześcijanami to sobie mogą być w domu"!

Konstytucja gwarantuje wolność wyznania każdemu. Nie zawiera żadnego zapisu, który pozwalałby na ograniczenie tej swobody lekarzom. Tak więc lekarz ma prawo pełnić swą służbę, podporządkowując ją zasadom wiary. Nie można być katolikiem, lub ewangelicznym chrześcijaninem w domu, a idąc do pracy już nie. I jest oczywiste i bezdyskusyjne, że Prawo Boskie jest ponad ludzkim - "Trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi" (Dzieje Apostolskie 5, 29) - i Konstytucja RP, dając wolność wyznania, daje tym samym pełne prawo do tego, by taki właśnie porządek przyjmować! Ludzie niewierzący nie potrafią zrozumieć czym jest wiara. Nie pojmują tego, że wiara (prawdziwa) nie jest płaszczem, który można zdjąć, lub zamienić na inne okrycie, ani jakąś filozofią, którą można stosować lub nie, zależnie od okoliczności, której elementy można sobie swobodnie dobierać. Chrześcijaninem jest się 24/7. Nie można być chrześcijaninem na 20% lub 50%. Nie ma czegoś takiego, jak "chrześcijaństwo prywatnie". Albo jest się chrześcijaninem na 100%, albo nie jest się nim wcale! Chrześcijanin nie może w niedzielę czytać jakie to fajne przykazania dał Bóg, jak dają do myślenia, a w poniedziałek pójść do pracy i dokonać aborcji. Chrześcijanin nie może w niedzielę wierzyć, że Bóg ma rację, mówiąc, że homoseksualizm jest dewiacją, a w poniedziałek mówić pacjentowi, że to, czego doświadcza - pociąg do tej samej płci - jest czymś normalnym, jest alternatywą. Chrześcijanin nie może w niedzielę zachwycać się słowami "jako mężczyznę i niewiastę stworzył ich" (1. Księga Mojżeszowa 1, 27) a w poniedziałek proponować komuś operację zmiany płci. Jeśliby tak czynił, jeśliby dzielił swoje życie: 50% "chrześcijanin w domu", 50% "wolny od Boga w pracy", nie byłby chrześcijaninem. Gdyby Bogu próbował oddać tylko 50% - swoje życie prywatne - w 100% należałby do diabła, a finałem takiego życia byłoby piekło. Tu nie ma miejsca na kompromisy - albo dajesz 100% Bogu, albo 100% jest w rękach diabła! Jeśli Konstytucja RP gwarantuje wolność wyznania, to znaczy, że daje prawo być chrześcijaninem nie tylko w domu i kościele, ale także w pracy, na uczelni, na ulicy. "Klauzula sumienia", o której tak głośno się mówi w odniesieniu do pracowników służby zdrowia, nie jest w gruncie rzeczy niczym innym, jak tylko potwierdzeniem konstytucyjnych praw!

środa, 28 maja 2014

Jak się ma nasze miłosierdzie?


"A oto pewien uczony w zakonie wystąpił i wystawiając go na próbę, rzekł: Nauczycielu, co mam czynić, aby dostąpić żywota wiecznego? On zaś rzekł do niego: Co napisano w zakonie? Jak czytasz? A ten, odpowiadając, rzekł: Będziesz miłował Pana, Boga swego, z całego serca swego i z całej duszy swojej, i z całej myśli swojej, i z całej siły swojej, a bliźniego swego, jak siebie samego. Rzekł mu więc: Dobrze odpowiedziałeś, czyń to, a będziesz żył. On zaś, chcąc się usprawiedliwić, rzekł do Jezusa: A kto jest bliźnim moim? A Jezus, nawiązując do tego, rzekł: Pewien człowiek szedł z Jerozolimy do Jerycha i wpadł w ręce zbójców, którzy go obrabowali, poranili i odeszli, zostawiając go na pół umarłego. Przypadkiem szedł tą drogą jakiś kapłan i zobaczywszy go, przeszedł mimo. Podobnie i Lewita, gdy przyszedł na to miejsce i zobaczył go, przeszedł mimo. Pewien Samarytanin zaś, podróżując tędy, podjechał do niego i ujrzawszy, ulitował się nad nim. I podszedłszy opatrzył rany jego, zalewając je oliwą i winem, po czym wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i opiekował się nim. A nazajutrz dobył dwa denary, dał je gospodarzowi i rzekł: Opiekuj się nim, a co wydasz ponad to, ja w drodze powrotnej oddam ci. Który z tych trzech, zdaniem twoim, był bliźnim temu, który wpadł w ręce zbójców? A on rzekł: Ten, który się ulitował nad nim. Rzekł mu Jezus: Idź, i ty czyń podobnie" (Ewangelia Łukasza 10, 25 - 37). "Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią" (Ewangelia Mateusza 5, 7). "Wtedy powie król tym po swojej prawicy: Pójdźcie, błogosławieni Ojca mego, odziedziczcie Królestwo, przygotowane dla was od założenia świata. Albowiem łaknąłem, a daliście mi jeść, pragnąłem, a daliście mi pić, byłem przychodniem, a przyjęliście mnie, byłem nagi, a przyodzialiście mnie, byłem chory, a odwiedzaliście mnie, byłem w więzieniu, a przychodziliście do mnie. Wtedy odpowiedzą mu sprawiedliwi tymi słowy: Panie! Kiedy widzieliśmy cię łaknącym, a nakarmiliśmy cię, albo pragnącym, a daliśmy ci pić? A kiedy widzieliśmy cię przychodniem i przyjęliśmy cię albo nagim i przyodzialiśmy cię? I kiedy widzieliśmy cię chorym albo w więzieniu, i przychodziliśmy do ciebie? A król, odpowiadając, powie im: Zaprawdę powiadam wam, cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych moich braci, mnie uczyniliście" (Ewangelia Mateusza 25, 34 - 40).
No, jakże się tam ma nasze miłosierdzie? Czy jest w nas jeszcze miłość do bliźniego, czy też przechodzimy, odwróciwszy wzrok, biegniemy w swoich sprawach? Może myślimy: "to nie moja sprawa, ja mam swoje zmartwienia", "są inni, z pewnością ktoś się nim zajmie, ja się nie będę mieszał", "mam co innego do roboty - zresztą to pewnie bezdomny, a może i pijany", "to jakiś menel, lepiej go ominąć"... Powyższy filmik przeraża, bowiem pokazuje naszą ponurą rzeczywistość, naszą znieczulicę, nasz ludzki... egoizm i brak miłości. Przerażające jest to, że ktoś może umierać na ulicy, a dziesiątki i setki osób przejdą obok obojętnie! Obawiam się, że nawet wielu z tych, którzy w każdą niedzielę chodzą do kościoła - i jeśli są katolikami, klękają przed ołtarzem, wierząc, że Chrystus jest białym opłatkiem i winem w kielichu w rękach kapłana - wychodząc z kościoła, mija potem obojętnie, a czasem nawet ze wzgardą, tych, którzy potrzebują pomocy.

niedziela, 25 maja 2014

Refleksje (dość długo) po "Eurowizji"

"Kobieta nie będzie nosiła ubioru męskiego, a mężczyzna nie ubierze szaty kobiecej, gdyż obrzydliwością dla Pana jest każdy, kto to czyni" (5. Księga Mojżeszowa 22, 5)
Dla wielu ludzi to, co zobaczyliśmy na ekranach naszych telewizorów w trakcie tegorocznego konkursu piosenki Eurowizji, było szokiem i powodem zgorszenia. Już na długo przed jego rozpoczęciem "podgrzewano atmosferę" - wiele mówiło się i pisało o Conchicie Wurst, "kobiecie z brodą", a w rzeczywistości mężczyźnie w sukience, mającej / mającego (jak pisać?) reprezentować Austrię. Nie wątpię, że było to obliczone na wywołanie skandalu i wylansowanie kontrowersyjnego artysty. To, co usłyszeliśmy na scenie, mogło się podobać, bo - moim zdaniem - jest to wielki talent. Boleję nad tym, że źle wykorzystany - z powodu grzechu, jaki niszczy życie artysty.

Wielu chrześcijan już sam fakt, że jest to mężczyzna, który występuje jako własne żeńskie "alter ego" jest skandalem. Trzeba od razu podkreślić, że Thomas Neuwirth nie jest transwestytą, on jest mężczyzną i poza sceną, poza czasem przed obiektywami kamer, ubiera się jak każdy inny mężczyzna - to, co tak zbulwersowało wielu ludzi jest... tylko wizerunkiem scenicznym. Gdyby chodziło tylko o sam fakt, że na scenie kreuje się na kobietę, szczerze mówiąc nie dopatrywałbym się w tym grzechu, bowiem zacytowane na wstępie słowa odczytuję jako zakaz transwestytyzmu, przestrogę przed diabelskim zwiedzeniem, jakim jest przekonanie, że rzeczywista płeć człowieka jest odmienna niż płeć jego ciała, co nie jest problemem tylko naszych czasów. Jeśli za gorszącą uznamy sceniczną stylizację austriackiego artysty na kobietę, to dlaczego w równym stopniu nie oburza nas Bronisław Opałko występujący jako Genowefa Pigwa, Bohdan Smoleń zakładający chustę na głowę i odgrywający "Panią Genowefę", czy też ukraiński artysta - znany też z występów podczas konkursu piosenki Eurowizji w 2007 roku - Andij Danyłko występującego jako Wierka Serdiuczka? Jeśli jest jakaś różnica, to taka, że przed chwilą wymienieni, to satyrycy, którzy - mówiąc potocznie - "robią sobie jaja", podczas gdy Thomas Neuwirth vel. Conchita Wurst śpiewa na poważnie. 

Naprawdę nie uważam, byśmy samo przebranie się artysty za kobietę i odgrywanie kobiety w "show" mogli traktować jako występek. Psycholodzy mówią, że Thomas Neuwirth miał po prostu pomysł na rozgłos, sławę. W pewnym stopniu nawet rozumiem Thomasa Neuwirtha, bo - mając talent i marzenia - sławę i uznanie zyskał dopiero przeobraziwszy się na scenie w kobietę. W tym pokręconym świecie nie ten zyskuje uznanie, kto ma talent, ale ten, kto potrafi zrobić "show" i jest bohaterem skandali, a przynajmniej kontrowersji. W skutek tego mamy masę gorąco oklaskiwanych... beztalenci. Problem natury moralnej jest jednak oczywisty. Thomas Neuwirth jest bowiem homoseksualistą i podczas występów w Eurowizji mocno podkreślał, że swoim "show" pragnie nawoływać do "tolerancji". Oczywiście może być to tylko chwyt propagandowy - wszystko to może być obliczone tylko na popularność, ale w tym właśnie jest problem moim zdaniem, nie w udawaniu kobiety na scenie. Jeśli to udawanie nie jest tylko samym odgrywaniem roli, jeśli służy szatańskiej ideologii, staje się w tym momencie grzechem.

poniedziałek, 19 maja 2014

Potrzeba nowych elit!

"Będziesz miłował Pana, Boga swego, z całego serca swego i z całej duszy swojej, i z całej myśli swojej.  To jest największe i pierwsze przykazanie.  A drugie podobne temu: Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego" (Ewangelia Mateusza 22, 37 - 39) "Jeśli kto mówi: Miłuję Boga, a nienawidzi brata swego, kłamcą jest; albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi.  A to przykazanie mamy od niego, aby ten, kto miłuje Boga, miłował i brata swego" (1. List Jana 4, 20 - 21)
Bolesne jest to, że nasi politycy tak bardzo odbiegają od Bożych standardów. Przerażające jest to, że problem ten dotyczy także tych, którzy deklarują wiarę w Boga, czasem wręcz manifestują swoją religijność, zabiegają o poparcie Kościoła (katolickiego) i sami popierają Kościół (katolicki). Dzień po dniu oglądamy spektakl co najmniej niechęci, złośliwości, szkodzenia. Dzień po dniu obserwujemy, jak jedni drugim podkładają nogę i kłócą się. Gdy zaś - jak obecnie - nadchodzi czas "walki o stołki", zaczyna się prawdziwy "festiwal pogardy i nienawiści". Tak mało słyszymy z ich ust o tym, jakie mają pomysły, by w Polsce żyło się lepiej - realne a nie "gruszki na wierzbie"! - a tak wiele za to słyszymy jak to źli i niegodziwi są ich przeciwnicy polityczni. 

Gdy słyszę polityka, który deklaruje wiarę w Boga, a z pogardą odnosi się do drugiego człowieka, nabieram poważnych wątpliwości co do jakości tej wiary. Bo cóż to za wiara, jeśli nie opiera się na Słowie Bożym. "Całe Pismo przez Boga jest natchnione i pożyteczne do nauki, do wykrywania błędów, do poprawy, do wychowywania w sprawiedliwości, aby człowiek Boży był doskonały, do wszelkiego dobrego dzieła przygotowany" (2. List do Tymoteusza 3, 16 - 17). Słowo Boże ma nas naprostowywać do Bożych norm, a nie być dekoracją, mającą pokazać, jak bardzo jesteśmy religijni. Gdy ktoś deklaruje wiarę chrześcijańską, a do drugiego człowieka odnosi się z pogardą, nie zna naprawdę Boga, który sam będąc Miłością, uczy nas miłować. Jan pisze: "...miłość jest z Boga, i każdy, kto miłuje, z Boga się narodził i zna Boga. Kto nie miłuje, nie zna Boga, gdyż Bóg jest miłością" (1. List Jana 4, 7 - 8). Choćby i sto razy dziennie ktoś mówił o Bogu, a z pogardą mówił o innym człowieku, to jest to znak, że mówiąc o Bogu, mówi jako teoretyk wiary, nie jako praktyk. Taki człowiek może wiedzieć sporo o Bogu, może nawet codziennie bywać w kościele i modlić się, nawet żarliwie, ale jeśli pogardza drugim człowiekiem, to świadczy to o nieznajomości Boga, o duchowym bałaganie w jego sercu. Bez miłości "wiara w Boga" jest zwykłą szopką. 

Chrystus mówi: "Nie każdy, kto do mnie mówi: Panie, Panie, wejdzie do Królestwa Niebios; lecz tylko ten, kto pełni wolę Ojca mojego, który jest w niebie. W owym dniu wielu mi powie: Panie, Panie, czyż nie prorokowaliśmy w imieniu twoim i w imieniu twoim nie wypędzaliśmy demonów, i w imieniu twoim nie czyniliśmy wielu cudów? A wtedy im powiem: Nigdy was nie znałem. Idźcie precz ode mnie wy, którzy czynicie bezprawie" (Ewangelia Mateusza 7, 21 - 23) To samo może się przydarzyć każdemu, kto odnosi się wprawdzie w swych słowach do Boga i nawet mówi o sobie: reprezentuję "chrześcijańskie wartości", lecz nie miłuje drugiego człowieka. I Bóg nie przyjmie tłumaczenia: "Bo on źle robił"! Jeśli w ludzkim sercu nie ma miłości, jeśli zżera je pogarda i złość, to nie ma w nim miejsca także dla Boga, nie ma w nim zbawienia. Patrząc na polską scenę polityczną czuję ból, bo widzę ludzi, którzy mają jakaś wiedzę o Jezusie, ale nie są jego uczniami. Trudno mi przy tym oprzeć się wrażeniu, że Bóg, Biblia i wartości to czasem "kwiatek w butonierce", który ma się dobrze prezentować i pozyskiwać ludzi. Źle się czuję, gdy Bóg i Biblia stają się orężem w walce politycznej. Trudno mi się pogodzić z taką polityką, gdy ktoś klęka do modlitwy, a potem wskazuje na innych, mówiąc: "To bezbożnicy!" "A ja wam mówię: Kto się gniewa na swego brata, będzie oddany pod sąd: a kto powie do bliźniego - ty durniu! - winien stanąć przed trybunałem. Kto zaś powie - ty bezbożniku! - tego czeka ogień w piekle" (Ewangelia Mateusza 5, 22 - przekład literacki EIB).

Ktoś kiedyś powiedział, że problemem Polski jest brak prawdziwych elit. Ja natomiast dopowiem: za to mamy wielu, którzy się za "elitę" uważają, a babrzą się w błocie jak... świnie. Włączam telewizor, oglądam polityków i... mam ochotę zaraz wyłączyć i nie patrzeć na to siedlisko brudu i grzechu, jakim jest polityka! Dziś potrzeba modlić się do Boga za nasz kraj, by dotykał się serc przeżartych żądzą władzy i pogardą, by roztoczył swą ojcowską opiekę nad naszą Ojczyzną. Potrzeba wołać o przemianę serc ludzkich nie tylko u polityków, ale wśród naszych rodaków w ogóle, by zwrócili się do Boga, by przyszli do Niego bez szukania pomocy u innych, bez polegania na pośrednikach, którzy nic nie mogą zrobić. Wierzę, że Bóg może uczynić wiele dla Polski i dać nam nowe, chrześcijańskie elity. Oczywiście mamy ludzi, którzy działają w polityce po Bożemu. Nie obnoszą się oni ostentacyjnie ze swoją wiarą, ale też się z nią nie kryją, funkcjonują według Słowa Bożego, które nie jest tylko teorią lecz praktyką w ich życiu. Tak więc mamy jakiś zalążek tej nowej elity - i prośmy Boga o więcej!

wtorek, 13 maja 2014

Bezpieczny seks

Spróbujcie sobie wyobrazić taką scenę. Znany muzyk rockowy staje na skraju sceny i krzyczy na cały głos (w dodatku przez głośniki!): "Ja wierzę w seks!" reakcja publiczności: "Jaaaaaaaa! Łaaaaaa!" Muzyk krzyczy dalej: "Wierzę, że powinniśmy uprawiać tyle seksu ile się da" I znów: "Jaaaaaaaa! Łaaaaaaa!" Ale to jeszcze nie koniec, bo zaraz słychać: "Wierzę, że powinniśmy kochać się cały czas!" I znów: "Jaaaaaaaa! Łaaaaaaa!" Ale i to jeszcze nie koniec, bo artysta zaraz dodaje: "Po ślubie!" i... zamiast wrzasków mamy wśród publiczności pełną konsternację. Widziałem to kilkakrotnie, gdy tylko miałem okazję być na koncertach Davida Pierce'a i jego grupy No Longer Music.
 
W naszych czasach wiele uwagi poświęca się kwestii "bezpiecznego seksu". Mówi się o potrzebie zapobiegania AIDS, chorobom wenerycznym i... ciąży, jakby była ona czymś równie paskudnym i niebezpiecznym. Także w naszym kraju mówi się o potrzebie "edukacji seksualnej", która w gruncie rzeczy ma się ograniczać do: nie rób tego za wcześnie, a jeśli już robisz, to zabezpiecz się, by uniknąć kłopotów. Propagatorzy tej "edukacji" odrzucają tradycyjną moralność. Oni mówią: "to normalne, że młodzi chcą spróbować seksu i nie muszą czekać do małżeństwa", "większość ludzi ma wielu partnerów i jest to naturalne", "młodzi muszą zdobywać doświadczenie seksualne", "potrzeba znaleźć partnera, który będzie do nas seksualnie pasował, a to wymaga prób", "nie ma żadnego znaczenia, czy się robi to z kobietą, czy z mężczyzną - liczy się satysfakcja i uczucie"... Czyż to nie jest hipokryzja, że właśnie oni mówią o czymś takim jak "bezpieczny seks"?  A przecież to właśnie odrzucenie zasad moralnych doprowadziło do sytuacji, że seks wiąże się z ryzykiem! 
 
Nie ma lepszej recepty na "bezpieczny seks" niż Słowo Boże: "I stworzył Bóg człowieka na obraz swój. Na obraz Boga stworzył go. Jako mężczyznę i niewiastę stworzył ich.  I błogosławił im Bóg, i rzekł do nich Bóg: Rozradzajcie się i rozmnażajcie się, i napełniajcie ziemię..." (1. Księga Mojżeszowa 1, 27 - 28), "Dlatego opuści mąż ojca swego i matkę swoją i złączy się z żoną swoją, i staną się jednym ciałem" (1. Księga Mojżeszowa 2, 24), "Dobrze jest, jeżeli mężczyzna nie dotyka kobiety; jednak ze względu na niebezpieczeństwo wszeteczeństwa, niechaj każdy ma swoją żonę i każda niechaj ma własnego męża.  Mąż niechaj oddaje żonie, co jej się należy, podobnie i żona mężowi.  Nie żona rozporządza własnym ciałem, lecz mąż; podobnie nie mąż rozporządza własnym ciałem, lecz żona. Nie strońcie od współżycia z sobą, chyba za wspólną zgodą do pewnego czasu, aby oddać się modlitwie, a potem znowu podejmujcie współżycie, aby was szatan nie kusił z powodu niepowściągliwości waszej." (1. List do Koryntian 7, 1 - 5), "Małżeństwo niech będzie we czci u wszystkich, a łoże nieskalane; rozpustników bowiem i cudzołożników sądzić będzie Bóg" (List do Hebrajczyków 13, 4). Zbyt wiele czasu marnuje się na dyskusje o "zasadach bezpiecznego seksu" i "środkach zapobiegawczych", podczas gdy tak naprawdę potrzeba po prostu zwrócenia się do Boga. Jeśli będziemy żyć według jego reguł, będziemy bezpieczni. Niebezpieczeństwa związane z seksem zaczęły się, gdy człowiek "machnął ręką" na Boże zasady!

poniedziałek, 5 maja 2014

Czy "medycyna jest szatańska"?

"Erast pozostał w Koryncie, a chorego Trofima zostawiłem w Milecie" (2. List do Tymoteusza 4, 20)
Minęło już sporo czasu od publikacji tekstu "Bóg a medycyna", a jeszcze więcej od opisanej w nim dyskusji, i ponownie mam do czynienia z tym samym problemem. Pewien gorliwiec - imieniem Andrzej - zapytany publicznie o dobrodziejstwa medycyny, wybuchnął: "Komu jest potrzebna medycyna i jej wynalazki?" W jego opinii tym ludziom, którzy... nie wierzą w Boże uzdrowienie, a ten, kto chodzi do lekarzy, "odrzuca Słowo Boże" i dopuszcza się "złego uczynku" niewiary. Ba! medycynę przedstawia jako "dzieło szatana"! Oczywiście nie powołuje się na Słowo Boże, gdyż to, choć w wielu miejscach mówi o uzdrowieniach i nawołuje do modlitw o uzdrowienie i namaszczeń, nie zawiera w sobie ani pół wersetu, w którym by Bóg poprzez proroków, Jezusa lub uczniów, potępiał praktyki lekarskie i środki lecznicze! Takie przekonania nie są więc "wiarą biblijną", a zwykłą ludzką filozofią. Gorzej: ta często lansowana na "prawdziwą wiarę" - jak w wypowiedziach Andrzeja - nie są niczym innym, jak... religijnymi dogmatami! W świetle tych przekonań marna musiała być wiara Trofima skoro nie ozdrowiał i jeszcze marniejsza wiara Pawła, skoro go zostawił w Milecie, by spokojnie wracał do zdrowia!
 
Ta filozofia napotyka na dwa zasadnicze problemy. O pierwszym już wspomniałem: Słowo Boże nie mówi nic przeciwko lekarzom i farmacji. Drugi: ewangelista Łukasz... był lekarzem (o czym wspominałem już w tekście "Bóg a medycyna"), o czym wspomina Paweł: "Pozdrawia was Łukasz, kochany lekarz, i Demas" (List do Kolosan 4, 14) Pierwszą przeszkodę jakoś może łatwiej zignorować, powołując się na zapewnienia o uzdrowieniu wskutek wiary i modlitwy, na cuda, ale co zrobić z drugą? Mogło by się wydawać, że nie da się niczego zrobić, bo użyte słowo jest bardzo jasne i jednoznaczne i nie da się go powykręcać. "Argument" przeciwko medycynie i farmacji, jakiego użył Andrzej, mnie obezwładnił. Otóż, jego zdaniem, Łukasz był lekarzem najpóźniej do czasu, aż w dniu Pięćdziesiątnicy doświadczył zesłania Ducha Świętego, a potem zaprzestał praktyki lekarskiej! Oczywiście niczego takiego w Biblii nie znajdujemy. Znajdujemy tylko nazwanie go "lekarzem", i to w wiele lat po zesłaniu Ducha Świętego (a nawet nie wiemy, czy już wówczas Łukasz był uczniem Chrystusa)!

piątek, 2 maja 2014

Spirituals Singers Band

Z wielką przykrością przeczytałem wiadomość o tragicznym wypadku, jakiemu w okolicy Siedlec ulegli członkowie zespołu Spirituals Singers Band. W wyniku wypadku zmarł Włodzimierz Szomański - założyciel i lider zespołu, a siedem kolejnych osób odniosło poważne rany, w tym trzy osoby - jak podają media - walczą teraz o życie (módlmy się o nich!). Mam nadzieję, że pomimo tak wielkiej tragedii i straty, zespół będzie kontynuował działalność, choć bez pana Włodka z pewnością nie będzie już nigdy taki sam. 
 
Wiele osób dziś pyta: "A co to za zespół? Kto to Włodzimierz Szomański?" Nie mam tego za złe i nawet się specjalnie nie dziwię, gdyż byli bardziej znani np. w Niemczech, niż we własnym kraju. Włodzimierz Szomański i jego zespół to... początki muzyki gospel & negro spirituals w naszym kraju. Zaczynali długo przed tym, jak Polacy obejrzeli w kinach "Sister in act", zaskoczeni muzyką, którą można było usłyszeć w filmie i żywiołowością chóru zakonnic. Spirituals Singers Band powstał bowiem w 1978 roku. To także początki mojej fascynacji tą muzyką - jedno z pierwszych nagrań gospel (szeroko rozumianego), jakie pojawiły się na mojej półce to kaseta SSB, fragmenty koncertu z Wiesbaden (Niemcy), który możecie obejrzeć poniżej. Włodzimierz Szomański był też wybitnym pedagogiem i kompozytorem, uhonorowanym pod koniec ubiegłego roku Medalem Zasłużonego Kulturze "Gloria Artis", a jego największym dziełem była "Missa Gospel's" - projekt, lub może bardziej eksperyment, będący próbą adaptacji muzyki gospel do wymogów katolickiej liturgii mszalnej. Choć nie podzielam wiary katolickiej, doceniam piękno tej kompozycji.