środa, 19 lutego 2014

W Bożej rodzinie

"A gdy On jeszcze mówił do tłumów, oto matka i bracia jego stanęli na dworze, chcąc z nim mówić. I rzekł mu ktoś: Oto matka twoja i bracia twoi stoją na dworze i chcą z tobą mówić. A On, odpowiadając, rzekł temu, co mu to powiedział: Któż jest moją matką? I kto to bracia moi? I wyciągnąwszy rękę ku uczniom swoim, rzekł: Oto matka moja i bracia moi! Albowiem ktokolwiek czyni wolę Ojca mojego, który jest w niebie, ten jest moim bratem i siostrą, i matką." (Ewangelia Mateusza 12, 46 - 50)

Trzeba przyznać, że sytuacja jest mocno zaskakująca, zwłaszcza w świetle przykazania: "Czcij ojca swego i matkę swoją, aby długo trwały twoje dni w ziemi, którą Pan, Bóg twój, da tobie" (2. Księga Mojżeszowa - tzw. "Wyjścia" - 20, 12), którego ważność potwierdza także sam Jezus: "...czcij ojca i matkę..." (Ewangelia Mateusza 19, 19). Mogłoby się zdawać, że Jezus lekceważy sobie własną Matkę i własnych braci (byli to najprawdopodobniej bracia przyrodni Jezusa, synowie Marii i Józefa). Żydzi bardzo poważnie traktowali to przykazanie i łatwo sobie wyobrazić szum, jaki wśród słuchaczy wywołały słowa Pana: "Któż jest moją matką? I kto to bracia moi?" - w kulturze żydowskiej bowiem mogło być to odebrane jako brak szacunku. "Traktowanie współwyznawców jako braci i siostry było zjawiskiem powszechnym. (...) Jednak pozwolenie, by więzi łączące społeczność religijną przeważały nad więzami rodzinnymi było w judaizmie zupełnie nieznane" (Craig S. Keener "Komentarz historyczno-kulturowy do Nowego Testamentu", Oficyna Wydawnicza "Vocatio", Warszawa 2000, str. 89). Ale przecież Jezus szanował swą matkę i kochał ją miłością doskonałą, Boską. Sam będąc Bogiem (Synem Bożym), zachowywał dane przed wiekami przez Boga (Boga Ojca), przykazania. O co więc chodzi w tym fragmencie?

Nie wiemy dokładnie jaki był powód, dla którego Maria chciała się spotkać niezwłocznie z Jezusem. Sprawę jednak musiała uważać za niezwykle ważną, skoro w ogóle zdecydowała się zakłócić jego posługę, prosić by przerwał swe nauczanie i do niej wyszedł. Ponadto przyszła nie sama, lecz z całą "rodzinną delegacją". Większość komentatorów zgadza się, że powodem tego najścia było prawdopodobnie zaniepokojenie coraz bardziej "napiętą" sytuacją. Działalność Jezusa coraz bardziej irytowała przywódców religijnych. Jezusowi grozi coraz poważniejsze niebezpieczeństwo - i łatwo zrozumieć zaniepokojenie matki i braci. Być może chcieli go przestrzec, lub nawet nalegać na niego, by przestał tak ryzykować, by nie narażał się, a może nawet, by zaprzestał swej działalności i by się ukrył. Próbowano przecież - jak sądzę w dobrej wierze - i bardziej radykalnych środków: "A krewni, gdy o tym usłyszeli, przyszli, aby go pochwycić, mówili bowiem, że odszedł od zmysłów" (Ewangelia Marka 3, 21). Czy Jezus nie wiedział, że ryzykuje, że jego nauki złoszczą kapłanów i uczonych w piśmie. On to wiedział bardzo dobrze, lecz potrafił także doskonale sobie z nimi radzić - zarówno wówczas, gdy próbowano podstępów intelektualnych, jak i wówczas, gdy chciano go zabić. Nie potrzebował ukrywać się. Nie potrzebował niczyjej pomocy.

Wydaje się, że słuszność ma Craig S. Keener, kiedy stwierdza, że nie okazuje swymi słowami braku szacunku do swych krewnych, lecz mówi o swych priorytetach. Gdy był jeszcze dzieckiem - choć dziwnie tak pisać o Bogu - pewnego razu wraz z Józefem i Marią obchodził święto Paschy w Świątyni. gdy wracali do domu Maria z Józefem nie mogli znaleźć Jezusa i zdecydowali się wrócić i szukać go w Jerozolimie. Gdy go znaleźli, rozprawiającego w Świątyni z nauczycielami religijnymi (dysputa ta trwała zapewne od kilku dni), usłyszeli od Niego: "Czy nie wiecie, że powinienem zajmować się sprawami mojego Ojca?" (Ewangelia Łukasza 2, 49 - tłum. "Słowo Życia", z drobną moją zmianą). Wówczas, choć dyskusja była z pewnością ciekawa i wspaniale się rozwijała, dając przykład jak dziecko powinno być posłuszne rodzicom, poszedł wraz z nimi do domu. Tym razem, gdy matka i bracia przychodzą po niego, zdaje się odpowiadać: "Robię to, co do mnie należy i co musi być zrobione". Nie jest już dzieckiem, które ma być posłuszne matce i opiekunowi, lecz dorosłym człowiekiem, którego już nic nie może powstrzymywać w realizacji zadań, których się podjął, który ma dużo do zrobienia w stosunkowo krótkim czasie i nie chce, by mu przeszkadzano. Jego misja jest dla niego ważniejsza, niż troska jego najbliższych - matki, która wyraźnie nie wiedziała co robić, jak się odnaleźć w sytuacji i braci, którzy wyraźnie nie zdawali sobie wcale sprawy z tego kim naprawdę jest Jezus. Ratowanie ludzi jest ważniejsze niż drżenie serca Marii o jego bezpieczeństwo. Zauważmy, że tego lęku i troski w żaden sposób nie potępia, jednak nie daje się zatrzymać.

Jezus szanuje matkę i braci, lecz ważniejsze dla niego jest przygotowywanie podwalin przyszłego Kościoła, zakładanie Rodziny Dzieci Bożych. Jego krewni też do niej wejdą we właściwym dla siebie czasie, gdy zrozumieją, kim jest w istocie ich brat, Jezus - także. Jezus był nauczycielem, który lubił swymi słowami wprawiać swych uczniów i słuchaczy w osłupienie, by za chwilę powiedzieć o czymś bardzo ważnym. Jezus podkreśla, jak ważni i bliscy są mu ci, którzy są Jego uczniami, którzy przyjmują słowo i podporządkowują swoje życie Bogu, a o których świat usłyszy wkrótce jako o "chrystusowych ludziach", "chrześcijanach" (gr. χριστιανός - "christianos"). Przy innej okazji Jezus powiedział: "Jesteście przyjaciółmi moimi, jeśli czynić będziecie, co wam przykazuję. Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego; lecz nazwałem was przyjaciółmi, bo wszystko, co słyszałem od Ojca mojego, oznajmiłem wam" (Ewangelia Jana 15, 14 - 15). Tym razem nie mówi o przyjaźni, lecz o związku jeszcze nieporównanie bliższym. Ten bowiem, kto doznaje nawrócenia, staje się dzieckiem Boga żywego, staje się Jego domownikiem (por. List do Efezjan 2, 19) - członkiem rodziny. Stając się dziećmi Ojca Niebieskiego, wchodzimy tym samym w najbliższe możliwe relacje z Chrystusem. Ten związek jest nawet silniejszy i bardziej osobisty niż w najlepszej nawet ziemskiej rodzinie! Jest to bliskość, która przekracza nasze zrozumienie.

Są ludzie, którzy lubią się chwalić swoją rodziną, swoimi koneksjami rodzinnymi... Cóż może powiedzieć chrześcijanin? Może ktoś ma tatę, znanego muzyka i "nazwisko" otworzyło mu drzwi do kariery, a ktoś inny matkę w zarządzie wielkiej korporacji. A ja mam Ojca w niebie, który stworzył wszystkie dźwięki i wszelką materię, z której wielkie korporacje wytwarzają swe produkty, i który uzdolnił ludzi do myślenia i przetwarzania tego. W Jezusie mam brata, który za mnie poszedł na krzyż, bo tak bardzo mnie kocha i który jest tak "wpływowy", że powołuje do życia (On wykonał prace przy stwarzaniu świata), ma władzę nad życiem (wskrzeszał z martwych i sam zmartwychpowstał) i nawet najważniejszy prezes zarządu czy prezydent wielkiego mocarstwa będzie musiał kiedyś przed Nim stanąć i zdać sprawę z wykonanych zadań.. Czyjś ojciec może być prezesem i zapewnić pracę swemu synowi, choćby ten nic nie umiał robić, a ja mam Ojca - Króla, i choć może w tym życiu nie będzie mi lekko, to on mi zapewnia najlepszą przyszłość, zbawienie! I chce ode mnie tylko tego, bym pełnił Jego wolę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz