środa, 5 lutego 2014

John Michael Talbot - ewangeliczny... katolik

Dawno nie było nic "muzycznego", więc może archiwalny artykuł o jednym z moich ulubionych wykonawców muzyki chrześcijańskiej. Artykuł ukazał się w 2010 roku, w związku z przyjazdem JMT do Polski. Miałem wówczas ogromny przywilej być na jego koncercie w Krakowie - w dominikańskim kościele, wypełnionym po brzegi ludźmi. Pamiętam, że zagrał wówczas niejedną spośród moich ulubionych pieśni (choć nie zagrał tej, którą kocham najbardziej - "Heart of the Shepherd"), a podczas niektórych wręcz łzy płynęły po policzkach - tak bardzo bowiem ta muzyka dotyka serca. Sama możliwość słuchania była głębokim przeżyciem duchowym. Po koncercie miałem też okazję spotkać się z nim bezpośrednio i poznać jako wspaniałego, otwartego, pełnego niesamowitej pokory i serdecznego względem ludzi człowieka.

Zdaję sobie sprawę z tego, że dla wielu moich braci i przyjaciół słowa "ewangeliczny katolik" - jakie zawarłem w tytule - brzmią jak oksymoron. Jasne jest, że można wiele pisać o błędnych doktrynach i krwawej historii - i czasem to czynię - ale błędem jest myślenie, że w katolicyzmie nie ma niczego dobrego, nie ma prawdziwej relacji z Bogiem, nie ma nic prawdziwie duchowego. Muzyki JMT  słucham od bardzo wielu lat i ma on swój udział nie tylko w przyjemności, jakiej przy tym doświadczam, ale także i w tym, że zacząłem poważnie myśleć o Bogu i swoich z Nim relacjach. Jego pieśni są zawsze mocno zakorzenione w Biblii, nawet jeśli niekiedy oparte są na pismach "świętych" Kościoła katolickiego. Niewiele w jego twórczości znajduję takich, które muszę odrzucić z powodów duchowych.

Czasem wydaje nam się, że im głośniej będziemy uwielbiać Boga, tym Bóg będzie lepiej uwielbiony, im mocniej uderzymy w bęben i głosniej będziemy wykrzykiwać, tym lepszy będzie efekt. Czasami nasze zbory są zwyczajnie... za głośne i znam kilka takich, z których wyszedłem ogłuszony i zmęczony. Muzyka JMT jest miłą odmianą - i w zasadzie wszędzie na świecie jest tak samo chętnie słuchany przez katolików i przez protestantów. Gdy sięgamy po starsze nagrania JMT, z lat 70-tych, możemy posłuchać fantastycznego chrześcijańskiego folk-rocka, "muzyki hipisów", najbardziej klasyczną "Jesus music", która rozwinęła się pośród nawróconych "hippie". Późniejsze nagrania jednak często są bardzo stonowane i mają medytacyjny charakter. No właśnie - uważam, że największym błędem ewangelicznych chrześcijan było odrzucenie medytacji, czy to prywatnej czy wspólnotowej - być może jako "zbyt katolickiej". Wiele pieśni JMT powstaje z... głębokiego milczenia przed Panem.

John Michael Talbot podczas koncerty w Krakowie



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz