piątek, 28 lutego 2014

Otwarta droga

"Albowiem tak Bóg umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał, aby każdy, kto weń wierzy, nie zginął, ale miał żywot wieczny" (Ewangelia Jana 3, 16)
Niektórzy ludzie wierzą, że niebo jest dla tych, którzy będą pełnić dobre uczynki. Są przekonani, że Bóg będzie patrzył na ilość dobra, jakie będzie w naszym życiu, więc powinniśmy się bardzo starać, by tego dobra zgromadzić jak najwięcej, by Bogu się spodobać.

Gdybyśmy mogli wejść do nieba na podstawie własnych dobrych uczynków, nie potrzebowalibyśmy Zbawiciela! Nasze dobre uczynki mają dla Boga znaczenie - bowiem są świadectwem wiary i miłości - ale nie są "biletem do nieba". Choć dla wielu jest to szok, nie wystarczy być dobrym i przyzwoitym człowiekiem, by zostać zbawionym. Miliarder może rozdać cały swój majątek potrzebującym, a mimo to zostać odrzuconym, jeśli jego gest nie wypływał z wiary, jeśli nie nawrócił się i nie poszedł za Chrystusem. "Biletem do nieba" dla nas jest krzyż Chrystusa, nie nasze starania, nasze uczynki. Nie jesteśmy w stanie o własnych siłach iść do nieba, a też nie musimy zabiegać o zbawienie. "Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę. A to pochodzi nie od was, lecz jest darem Boga..." (List do Efezjan 2, 8 - tłum. Biblia Tysiąclecia). Droga do nieba jest dla nas otwarta i Przewodnik, który tą drogę dla nas sam otworzył, czeka, by każdego chętnego nią przeprowadzić. Wyciąga On rękę do każdego i przyzywa: "Zostaw wszystko i zaraz chodź za Mną!"

Jedność - na fundamencie Ewangelii

"Napominam was tedy ja, więzień w Panu, abyście postępowali, jak przystoi na powołanie wasze, z wszelką pokorą i łagodnością, z cierpliwością, znosząc jedni drugich w miłości, starając się zachować jedność Ducha w spójni pokoju: jedno ciało i jeden Duch, jak też powołani jesteście do jednej nadziei, która należy do waszego powołania; jeden Pan, jedna wiara, jeden chrzest; jeden Bóg i Ojciec wszystkich, który jest ponad wszystkimi, przez wszystkich i we wszystkich." (List do Efezjan 4, 1 - 6)
W ostatnich dniach "przebojem internetu" stało się papieskie przesłanie do uczestników zgromadzenia zorganizowanego przez charyzmatycznego amerykańskiego teleewangelistę Kennetha Copelanda. Nagrane zostało przez anglikańskiego (episkopalnego) biskupa, którego słowa cytuje "Gość Niedzielny": "Jak może istnieć kościół protestancki, skoro protest Lutra się skończył? Czas abyśmy stali się katolikami". Katolicy bardzo często nawołują do jedności - ma być to jednak jedność bardzo konkretna, w Kościele katolickim. Kościół katolicki uprawia przy tym aktywny prozelityzm, podczas gdy za to potępiane są przez duchownych katolickich Kościoły ewangeliczne ("dobrze, gdy Kali ukraść krowę, źle gdy Kalemu ukraść krowę"?). Watykan umiejętnie wykorzystał w ostatnich latach kryzys w Kościele anglikańskim, przeciągając duchownych i wiernych, tworząc dla nich specjalny "ordynariat". Teraz na celowniku znaleźli się charyzmatycy. Nie zdziwiłbym się, gdyby w najbliższym czasie Watykan i dla nich utworzył jakiś "ordynariat" i zachęcał do przejścia.

Tym, co mnie zastanawia jest fakt, że jak dotąd wielu katolików naigrywało się z Kościołów ewangelicznych, pokazując szaleństwa niektórych "charyzmatyków" i krytykując "ewangelię sukcesu". W tym osądzie całego chrześcijaństwa ewangelicznego na podstawie tych wynaturzeń, nie przeszkadzał wcale fakt, że większość ewangelicznych chrześcijan się od tego odcina i nazywa zwiedzeniem. Teraz czytam zaś słowa pełne nadziei na zjednoczenie i nikt jakoś nie widzi tego, że Kenneth Copeland to nie tradycyjny, stateczny zielonoświątkowiec, lecz właśnie reprezentant ruchu charyzmańskiego, nie charyzmatycznego, i "ewangelii sukcesu"! Czyżby to nagle przestało być ważne, gdy pojawiła się nadzieja, że może on poprowadzi swych sympatyków do Kościoła katolickiego? Myślę, że słuszne jest spostrzeżenie sceptyków, że wielu charyzmatyków ma skłonności do jednania się z Kościołem katolickim, do wspólnego przeżywania uniesień i całkowitego ignorowania poważnych rozbieżności pomiędzy naukami i praktykami katolickimi, a Biblią.

środa, 19 lutego 2014

W Bożej rodzinie

"A gdy On jeszcze mówił do tłumów, oto matka i bracia jego stanęli na dworze, chcąc z nim mówić. I rzekł mu ktoś: Oto matka twoja i bracia twoi stoją na dworze i chcą z tobą mówić. A On, odpowiadając, rzekł temu, co mu to powiedział: Któż jest moją matką? I kto to bracia moi? I wyciągnąwszy rękę ku uczniom swoim, rzekł: Oto matka moja i bracia moi! Albowiem ktokolwiek czyni wolę Ojca mojego, który jest w niebie, ten jest moim bratem i siostrą, i matką." (Ewangelia Mateusza 12, 46 - 50)

Trzeba przyznać, że sytuacja jest mocno zaskakująca, zwłaszcza w świetle przykazania: "Czcij ojca swego i matkę swoją, aby długo trwały twoje dni w ziemi, którą Pan, Bóg twój, da tobie" (2. Księga Mojżeszowa - tzw. "Wyjścia" - 20, 12), którego ważność potwierdza także sam Jezus: "...czcij ojca i matkę..." (Ewangelia Mateusza 19, 19). Mogłoby się zdawać, że Jezus lekceważy sobie własną Matkę i własnych braci (byli to najprawdopodobniej bracia przyrodni Jezusa, synowie Marii i Józefa). Żydzi bardzo poważnie traktowali to przykazanie i łatwo sobie wyobrazić szum, jaki wśród słuchaczy wywołały słowa Pana: "Któż jest moją matką? I kto to bracia moi?" - w kulturze żydowskiej bowiem mogło być to odebrane jako brak szacunku. "Traktowanie współwyznawców jako braci i siostry było zjawiskiem powszechnym. (...) Jednak pozwolenie, by więzi łączące społeczność religijną przeważały nad więzami rodzinnymi było w judaizmie zupełnie nieznane" (Craig S. Keener "Komentarz historyczno-kulturowy do Nowego Testamentu", Oficyna Wydawnicza "Vocatio", Warszawa 2000, str. 89). Ale przecież Jezus szanował swą matkę i kochał ją miłością doskonałą, Boską. Sam będąc Bogiem (Synem Bożym), zachowywał dane przed wiekami przez Boga (Boga Ojca), przykazania. O co więc chodzi w tym fragmencie?

Nie wiemy dokładnie jaki był powód, dla którego Maria chciała się spotkać niezwłocznie z Jezusem. Sprawę jednak musiała uważać za niezwykle ważną, skoro w ogóle zdecydowała się zakłócić jego posługę, prosić by przerwał swe nauczanie i do niej wyszedł. Ponadto przyszła nie sama, lecz z całą "rodzinną delegacją". Większość komentatorów zgadza się, że powodem tego najścia było prawdopodobnie zaniepokojenie coraz bardziej "napiętą" sytuacją. Działalność Jezusa coraz bardziej irytowała przywódców religijnych. Jezusowi grozi coraz poważniejsze niebezpieczeństwo - i łatwo zrozumieć zaniepokojenie matki i braci. Być może chcieli go przestrzec, lub nawet nalegać na niego, by przestał tak ryzykować, by nie narażał się, a może nawet, by zaprzestał swej działalności i by się ukrył. Próbowano przecież - jak sądzę w dobrej wierze - i bardziej radykalnych środków: "A krewni, gdy o tym usłyszeli, przyszli, aby go pochwycić, mówili bowiem, że odszedł od zmysłów" (Ewangelia Marka 3, 21). Czy Jezus nie wiedział, że ryzykuje, że jego nauki złoszczą kapłanów i uczonych w piśmie. On to wiedział bardzo dobrze, lecz potrafił także doskonale sobie z nimi radzić - zarówno wówczas, gdy próbowano podstępów intelektualnych, jak i wówczas, gdy chciano go zabić. Nie potrzebował ukrywać się. Nie potrzebował niczyjej pomocy.

Trucizna nienawiści

"Jeśli kto mówi: Miłuję Boga, a nienawidzi brata swego, kłamcą jest; albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi. A to przykazanie mamy od niego, aby ten, kto miłuje Boga, miłował i brata swego" (1. List Jana 4, 20 - 21)
Nie ma nic bardziej przerażającego, niż nienawiść. Nie ma silniejszej trucizny, niż nienawiść, choć w porównaniu z innymi truciznami działa wolniej, lecz niezawodnie niszczy życie człowieka, w którego serce wchodzi. Nienawiść nie uśmierca ciała, lecz uśmierca ducha, może przy tym prowadzić do obłędu. Najpotężniejsza broń, jaką może skonstruować człowiek, nie jest w stanie uczynić w świecie większego zła, niż nienawiść. Człowiek, który nienawidzi i pielęgnuje w sobie nienawiść, równa w pewnym sensie do Hitlera i Stalina - bo każda zbrodnia na tym świecie brała się z nienawiści. Ten, kto nienawidzi jakiegokolwiek człowieka, tym samym z nienawiścią obraca się przeciwko Bogu, który tego człowieka miłuje. Tam, gdzie w sercu jest nienawiść, tam nie ma w nim miejsca dla Boga. Nienawiść pochodzi od diabła i pcha ludzi do piekła.

Jedynym, który może ocalić człowieka od tego strasznego jadu nienawiści, jest Bóg. Jedynym antidotum jest MIŁOŚĆ! Człowieka nawróconego, zbawionego możemy rozpoznać po miłości. Miłość pochodzi od Boga - i do miłości człowiek dojrzewa na drodze zbawienia. Miłość napędza ludzi zbawionych! Nie jest przypadkiem, że Bóg tak często mówi o miłości, nawołuje nas do miłowania - nawet nieprzyjaciół! Miłość niesie życie i zwycięstwo, a nienawiść tylko śmierć i porażkę.

wtorek, 18 lutego 2014

Módlmy się!...

I chyba już niewiele więcej jestem w stanie napisać... Nie potrafię "ogarnąć" tego, co się stało w Kijowie! Nie potrafię zrozumieć... Módlmy się o ten kraj - o pokój i pojednanie, o Boże zmiłowanie i łaskę, o mądrość dla ludzi, by nie było już krwi... Módlmy się za tych, którzy po prostu chcą lepszego życia - chcą żyć jak ludzie... Módlmy się za prezydenta Janukowycza, by Bóg dotknął się jego serca... Módlmy się za rannych i za rodziny tych, którzy zginęli... I nie myślę tylko o ludziach z Majdanu, bo mamy informacje o wielu rannych i nawet zabitych milicjantach... Otaczajmy i ich naszą modlitwą! Proszę dziś Boga o pokój dla kraju, który jest głęboko w moim sercu... AMEN!

niedziela, 16 lutego 2014

Kolejny Weekend Uwielbienia!

Już w najbliższy piątek w Poznaniu zaczyna się kolejny Weekend Uwielbienia. Jeśli jesteś z Poznania, mój drogi Gościu, lub masz blisko do tego miasta, przyjdź / przyjedź na wspaniałe spotkanie z Bogiem i braćmi / siostrami! Nie jest ważne kim jesteś, lecz czy wierzysz i czy masz pragnienie, by uwielbiać Boga. Jeśli wierzysz i pragniesz uwielbiać - PRZYJDŹ! Jeśli nie wierzysz lub nie wiesz, czy Bóg jest, może szukasz - PRZYJDŹ także! Dla każdego DRZWI SĄ OTWARTE!

Uwielbienie rozpędzamy od godz. 19.00 w piątek i hamujemy dopiero o godz. 19.00 w niedzielę! Tym razem spotykamy się w kaplicy Kościoła Zielonoświątkowego ("baraki", okolice Ronda Jana Nowaka - Jeziorańskiego, pierwszy barak po lewej - zaraz przy wejściu).

sobota, 15 lutego 2014

Bądź wdzięczny!

Za nami dziś wielkie sportowe emocje. Najpierw nasz znakomity panczenista, Zbigniew Bródka, wygrał na dystansie 1500 metrów, a wieczorem Kamil Stoch wyskoczył po swoje drogie złoto tej Olimpiady. Nie zapominajmy też o znakomitej Justynie Kowalczyk! Mamy się z czego cieszyć! Ale dlaczego piszę o tym na tym blogu?

Otóż bardzo podoba mi się postawa Kamila Stocha, który, odnosząc coraz większe sukcesy, mówi: "Dziękuję Bogu!" Dziękując Bogu oddajemy Jemu chwałę. W tych słowach zawiera się także uznanie, że wszystko, co mamy i co osiągnęliśmy, mamy od Niego i Jemu zawdzięczamy. Kamil (katolik) nie jest pierwszy, ani jedyny, który ma dobre zrozumienie w tej kwestii. Bogu dziękował także Adam Małysz (luteranin) i bardzo wielu sportowców z całego świata. Nie wszystkim się to podoba - niektórzy nie chcą w ogóle słyszeć o Bogu i ostro krytykują tą postawę. Mówią: "oni to mają dzięki własnej i innych pracy, dzięki treningom, więc niech przestaną gadać o bogu." Ale ciała, siły, zdrowie i talenty - wszystko to każdy z nas ma od Boga! Efekt końcowy to wynik Bożego daru i ludzkiego wysiłku, umiejętnego wykorzystania tego, co otrzymaliśmy.

Nie każdy jest utalentowanym sportowcem, ale każdy ma jakieś talenty, uzdolnienia, które może wykorzystać i ciężko pracując odnieść sukces. Czy odnosząc sukcesy w swoim życiu, w pracy, w pasjach, pamiętamy o tym, komu to zawdzięczamy i potrafimy powiedzieć: "Boże, dziękuję!"? Podziwiamy Stocha za jego osiągnięcia... Większość z nas nie miałaby odwagi nawet usiąść na belce startowej, a na pewno nie potrafilibyśmy tak skoczyć - a przynajmniej mało kto z nas - ale w tym jednym każdy z nas powinien być jak Stoch i jesteśmy w stanie mu dorównać: w dziękowaniu Bogu! Podziękował on Bogu po pierwszym medalu zdobytym w Soczi i teraz też z pewnością podziękuje. My też dziękujmy, choć może za nasze osiągnięcia medali nikt nie daje. Bóg nie żąda od nas wiele - ludzkie "dziękuję" sprawia mu ogromną przyjemność.


Wolność w Chrystusie

"Ktokolwiek bowiem zachowa cały zakon, a uchybi w jednym, stanie się winnym wszystkiego. Bo Ten, który powiedział: Nie cudzołóż, powiedział też: Nie zabijaj; jeżeli więc nie cudzołożysz, ale zabijasz, jesteś przestępcą zakonu. Tak mówcie i czyńcie, jak ci, którzy mają być sądzeni przez zakon wolności" (List Jakuba 2, 10 - 12)
Aby w pełni zrozumieć te słowa, należy przeczytać cały rozdział - ja jednak chcę się dziś skoncentrować na tych dwóch wersach. Apostoł odnosi się do pewnego problemu, jaki z pewnością dostrzegł w Kościele, gdzie jednym przyznawano pewne przywileje, zaszczytniejsze miejsca, przez wzgląd na ich pozycję społeczną i bogactwo (być może licząc na korzyści od nich), a innych spychano na margines z powodu ich biedy. Apostoł poucza, że Kościół nie jest "elitarnym klubem" i napomina wiernych - a przede wszystkim przywódców zborów, by z równą miłością i troską traktować każdego człowieka. W Kościele nie wolno nikogo faworyzować i jednakowo należy traktować tego, który ma pełną sakiewkę i stać go na piękne ubranie, jak i tego, który nie ma grosza i chodzi w połatanych ciuchach. Jeśli czynimy różnicę pomiędzy człowiekiem a człowiekiem, świadczy to o braku miłości. Apostoł posuwa się nawet dalej, sugerując, że to w ogóle nie jest droga chrześcijańska i kwestionując zbawienie tych, którzy tak czynią - bo choć nie ma słów wprost kwestionujących ich zbawienie, to jest mowa o sądzie nad nimi, a przecież ci, którzy należą do Chrystusa sądzeni nie będą, bowiem są ułaskawieni przez Jezusa Chrystusa, który wszystkie ich winy poniósł na krzyż (cóż by to była za łaska, gdybyśmy jeszcze mieli być sądzeni i niepewni tego, co nas czeka?).

Omówiwszy krótko kontekst, skupmy się teraz na tych dwóch wersach. Gdy mówimy o przykazaniach, najczęściej myślimy: "Dekalog". Tymczasem "Dekalog" to tylko "ogólne wytyczne", gdyż w rzeczywistości Prawo dane przez Boga jest znacznie bardziej rozbudowane - znajdujemy w nim, według Halachy, aż 613 przykazań, w tym 248 zakazów i 365 nakazów. Jest to Boży wyznacznik jak mamy żyć - i nie można się podobać Bogu, lekceważąc sobie te zasady. Z drugiej zaś strony nie ma żadnego człowieka, który by im sprostał i dlatego "wszyscy zgrzeszyli i brak im chwały Bożej" (List do Rzymian 3, 2). Bóg nie czyni różnicy pomiędzy grzechem a grzechem i nie ma dla niego znaczenia, jakie kto popełnił przewinienie. Możemy wiele dyskutować o "wadze" poszczególnych grzechów, o rozmiarze zła z nimi związanymi, ale prawd jest taka, że każdy grzech ma dostateczną wagę, by ciągnąć nas do piekła. Możemy nie być mordercami, ale kradnąc czy oszukując, idziemy w to samo miejsce, w które idą ludzie, którzy dopuścili się morderstwa czy nawet ludobójstwa. Ty możesz tylko kogoś okraść, a poza tym być całkiem "dobrym człowiekiem", a znajdziesz się w tym samym miejscu, w którym najpewniej spotkamy ludzi pokroju Hitlera, Stalina czy Pol Pota. Jeśli uchybiasz w czymkolwiek, nie ma żadnego znaczenia, że poza tym jesteś "przyzwoitym człowiekiem". Możesz zachowywać 612 przykazań, ale jeśli brak ci tego jednego... ty masz problem!

piątek, 14 lutego 2014

Słowo Boże a demokracja

"Każdy człowiek niech się poddaje władzom zwierzchnim; bo nie ma władzy, jak tylko od Boga, a te, które są, przez Boga są ustanowione. Przeto kto się przeciwstawia władzy, przeciwstawia się Bożemu postanowieniu; a ci, którzy się przeciwstawiają, sami na siebie potępienie ściągają" (List do Rzymian 13, 1 - 2)
Słowo Boże mówi nam: człowiek ma przyjmować władzę taką, jaka jest, podporządkowywać się jej. Z wyjątkiem jednak sytuacji, gdy oznaczałoby to działanie wbrew Bogu: "Trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi" (Dzieje Apostolskie 5, 29) - powiedzieli apostołowie, sprzeciwiając się władzy (!) religijnej arcykapłanów. Czy Bogu podobała się władza Stalina lub Hitlera? Z całą pewnością nie - Bogu podobali się ci, którzy mieli odwagę przeciwstawiać się ich zbrodniom. Gdy władza nakazuje np. mordować, Bóg uśmiecha się do tych, którzy mają odwagę powiedzieć "nie" i przeciwdziałają takiej władzy. Bóg brzydzi się zbrodnią i może użyć nawet ludu, by strącić z tronu takich władców. Trudno mi uwierzyć, by Bóg mógł potępić np. zamach na Hitlera - którego celem było ocalenie ludzi: Niemców, Żydów, Polaków, powstrzymanie "machiny terroru". Nawet w Biblii mamy pokazane sytuacje, gdy Bóg strącał władców z tronu, gdy okazywali się niegodni, postępowali niemoralanie.

Od tygodni z niepokojem przyglądam się sytuacji na Ukrainie. Mój niepokój jest tym większy, że mam tam wielu przyjaciół, a część z nich jest głęboko zaangażowana w to, co się dzieje na kijowskim Majdanie i w innych miastach Ukrainy. Jeszcze nie tak dawno sam byłem przeciwnikiem buntów i prób zmiany władzy, lecz po zastanowieniu jestem zmuszony zrewidować swoje poglądy, pozostając jednak zdecydowanym przeciwnikiem przemocy - i z tego powodu z przerażeniem patrzyłem, gdy w Kijowie pokojowa manifestacja przerodziła się w rozruchy - a zwolennikiem rewolucji modlitewnej. Dlaczego zmieniły się moje poglądy? Nie stało się to pod wpływem czytania Słowa Bożego, lecz zastanowienia nad naszą rzeczywistością, nad systemem, w którym żyjemy. A chyba każdy jest świadomy, że żyjemy w innych realiach, niż te opisane w Biblii - Słowo Boże jest niezmienne, ale nasza sytuacja się radykalnie zmieniła! 

Dawne systemy władzy przeminęły i nasza sytuacja w niczym nie przypomina tej, w której żyli apostołowie i pierwsi chrześcijanie. Nie mamy ani cesarzy, ani królów... Bóg dał nam żyć w demokracji (choć w niektórych krajach jest ona czysto teoretyczna). Czym że jest ta demokracja? Demokracja - od greckiego "dēmokratía" - to nic innego, jak... Tak! Tak! ...rządy ludu. Jeśli więc "nie ma władzy, jak tylko od Boga" to możemy sobie postawić pytanie: czyż więc włada ludu, demokracja, nie pochodzi tak samo od Boga? W demokracji sami wybieramy swoje władze: Parlament i Prezydenta, a oni z kolei tworzą rząd, wybierając Premiera, powołując ministrów, itd. Nie są jednak władzami takimi, o jakich czytamy w Słowie Bożym, nie są władcami - oni podlegają ludowi, którego są REPREZENTANTAMI, są powołani do sprawowania władzy w imieniu narodu i mają działać zgodnie z interesami narodu. Naród jest de facto władzą nad nimi - choć oni często pamiętają o tym tylko w okresie wyborów, gdy trwa "walka o stołki", wówczas potrafią się uśmiechać, obiecywać i robić wiele rzeczy. Jeśli w ten sposób spojrzymy na naszą rzeczywistość, to pojawia się ciekawe pytanie: kto komu powinien być uległy?

Gdy mówi się o wydarzeniach na Ukrainie, pojawiają się głosy: "Ukraińcy sami Janukowycza wybrali, to teraz powinni go cierpliwie znosić." Jeszcze nie tak dawno - rok czy półtora temu - sam bym się z tym zgodził, lecz Janukowycz (tak samo każdy polityk, którego władza od ludu pochodzi) nie powinien zapominać kim jest i że jego obowiązkiem (!) jest SŁUŻYĆ obywatelom i że jest ich REPREZENTANTEM. I nie może działać w pełni według własnego uznania, lecz powinien słuchać tych, którzy wybrali go na to stanowisko. Nie powinno być to dla niego okazją do robienie własnych interesów, do bogacenia się i budowania własnej pozycji - ma być to służba ludowi. Skoro Bóg dał nam demokrację i skoro "nie ma władzy, jak tylko od Boga", to można to zrozumieć i tak, że Bóg powierza im te urzędy - lub przynajmniej godzi się na nie - lecz równocześnie władzą wciąż jest lud. Jeśli władze kraju są powołane przez lud, to czyż lud nie ma prawa ich również odwołać? Uważam, że ma takie prawo. Ważne jest jednak, by były zachowane zasady demokratyczne - by był to rzeczywiście lud, a nie jakaś grupka krzykaczy. W naszych czasach alkuinowskie "vox populi, vox dei" jest szczególnie realne.

czwartek, 13 lutego 2014

The Hope Singers w Polsce

"Ziarno Prawdy" - wspaniałe mennonickie czasopismo wydawane przez Fundację "Dziedzictwo", działającą w Polsce w ramach misji mennonickiej - trafia do mojej skrzynki pocztowej od pierwszego miesiąca, gdy się pojawiło. W 2010 roku zamieszczono w nim informację o koncertach mennonickiego chóru The Hope Singers. O chórze nigdy wcześniej nie słyszałem, więc zdawałem sobie sprawę z tego, że nie jest to jakiś znany zespół, lecz bardzo pociągał mnie fakt, że są oni mennonitami. Mennonici bowiem są głęboko wpisani w dzieje ewangelicznego chrześcijaństwa i... także historię naszego kraju, choć na długo z niego zniknęli. Ich "duchowe pochodzenie" było dla mnie najsilniejszym "magnesem" - ewentualne doznania artystyczne nie były dla mnie tak istotne. Chciałem ich posłuchać, ale przede wszystkim POZNAĆ!

Jadąc na koncert nie miałem wielkich oczekiwań - liczyłem na to, że chór okaże się "przyzwoity" i że będzie to czas błogosławieństwa i duchowego "relaksu", oderwania od codziennych trosk i zajęć. I tak było, a chór okazał się być wcale nie "przyzwoitym", ale BARDZO DOBRYM! Nie obyło się wówczas bez drobnych problemów. Gdy chór śpiewał piękną pieśń "an uncloudy day" ("bezchmurny dzień") nad nami solidnie grzmiało i lały się z nieba strumienie wody. Burza wyłączyła nam też na dłuższy czas prąd w kaplicy. Było... PIĘKNIE! Miłą niespodzianką było, gdy chór śpiewał także po polsku - choć trzeba było się wsłuchać, żeby zrozumieć. Wielkim zaskoczeniem była zaś zaśpiewana przez chór kolęda - zwłaszcza, że był to... sierpień!  Serce poruszyło zaś szczególnie przepiękne wykonanie "Barki". Jakież było moje zdumienie, gdy dowiedziałem się, że chór w zasadzie... nie istnieje, lecz POJAWIA SIĘ. Dyrygent zespołu, Lloyd Kauffman, gromadzi ich - utalentowaną mennonicką młodzież - co dwa lata, by wspólnie przyjechać do Polski. Każdy z chórzystów ćwiczy indywidualnie, a dopiero po przyjeździe do Polski mają kilka dni wspólnych prób i ruszają w trasę.

Po tym pierwszym spotkaniu długo jeszcze nuciłem sobie usłyszane hymny, wracając do domu, skacząc i omijając kałuże. Gdy w 2012 roku chór miał ponownie wystąpić w tym samym miejscu, wówczas już nic nie mogło mnie zatrzymać. Było tak samo cudownie, a po koncercie pojawiła się myśl: "A gdyby tak następnym razem u nas?" W chwili obecnej trwają przygotowania do trasy A.D. 2014. Jest już ustalony repertuar - bardzo atrakcyjny! - i trwają rozmowy, by to marzenie sprzed 1,5 roku za kolejne pół roku mogło się spełnić. I bardzo proszę braci i siostry o modlitwę w tej sprawie.

Miłość - droga do lepszego świata

"Będziesz miłował Pana, Boga swego, z całego serca swego i z całej duszy swojej, i z całej myśli swojej. To jest największe i pierwsze przykazanie. A drugie podobne temu: Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego" (Ewangelia Mateusza 22, 7 - 9)
Trzeba uczciwie przyznać, że nawet my, chrześcijanie mamy problem z tą miłością, że czasem brakuje jej w naszym życiu, w naszych relacjach z innymi, w naszym sposobie działania. Choć mówimy o sobie: "chrześcijanie", i że "naśladujemy Chrystusa", "idziemy za Chrystusem", to... idziemy za Nim "kulawo", a czasem wchodzimy w rowy i chaszcze. Gdy kiedyś, robiąc wywiad dla jednej z gazetek młodzieżowych, zapytałem Krzysztofa Krawczyka o jego nawrócenie, on odpowiedział mi, że on każdego dnia musi się nawracać. Wielu ewangelicznych chrześcijan na takie słowa by głośno zaprotestowało, bowiem są przekonani, że nawrócić się można tylko raz - do Boga i Biblii, ale mój rozmówca miał wiele racji, bowiem nawet znając Pana  każdego dnia gdzieś "odchylamy się od pionu" i powinniśmy do niego równać. Biblię mamy nie tylko po to, by pouczać innych, lecz by przede wszystkim naprostowywać siebie, i uczyć się pokory. My nie mamy ciągnąc innych do doskonałości,m lecz powinniśmy doskonalić własne serce a innym tylko wskazywać drogę.

I druga myśl - od której tak naprawdę zacząłem dziś rozważać to słowo. Są w naszym społeczeństwie ludzie, którzy z ogromną zaciętością zwalczają chrześcijaństwo, sami nie wierzą i kpią z wiary innych, są przeciwni każdej chrześcijańskiej inicjatywie. Przeszkadza im ogromnie to, że inni wierzą i modlą się, że kochają Boga, że chcą tą miłość okazywać, że chcą mówić światu o tym, że życie może być piękne, o grzechu i o zbawieniu, że jest Ktoś, kto nas miłuje, że nasze życie wymaga naprawy i że jest Ktoś, kto chce się tym, zająć... Przeszkadza im nawet radość i świętowanie - właśnie dziś przeczytałem kpiny z "Marszu dla Jezusa", że "po co", że "lepiej zostać w domu", albo "zabawić się"... Bo co? Bo "Boga nie ma", bo "Jezus jest zmyśloną postacią" (wielu tak uważa - wbrew jasnym świadectwom historycznym). "Marsz dla krasnoludków" by pewnie niektórzy poparli, jako interesujący festyn, ale nie "Marsz dla Jezusa". Tacy ludzie wyliczają grzechy Kościoła (rzadko są przy tym zdolni rozróżnić pomiędzy Kościołem Chrystusowym - rzeczywistością Boga i człowieka, a Kościołem katolickim - instytucją), a gdy widzą ludzi rozmodlonych, na kolanach, są gotowi nazwać ich "oszołomami" i "dewotami". Nie jesteśmy doskonali i "kulejemy" idąc za Jezusem - ale gdybyśmy nawet szli marszowym, równym krokiem, i tak się nie spodobamy.

Wielu ludzi żyje  w przekonaniu, że to ludzie sami sobie wymyślili Boga i są przekonani, że modląc się i czytając Biblię tylko traci się czas. Przeważnie nie znają oni w ogóle Słowa Bożego, bo sięgnięcie po nie nie ma dla nich sensu, skoro "Boga nie ma". Nie mają czasu, by poczytać, co jest zawarte w Biblii, ale chętnie i wiele mówią o wszelkich nieprawościach - czy to rzeczywistych, czy tylko zmyślonych - jakie można zarzucić chrześcijanom. Nikt z nich jakoś nie dostrzega prostego faktu, że gdyby każdy człowiek na tym świecie żył tak, jak nauczał Jezus - "Będziesz miłował Pana Boga swego a bliźniego swego jak siebie samego" (że posłużę się formą z katolickiego katechizmu dla dzieci) - to ten świat byłby doprawdy cudownym miejscem! Można by przejść spokojnie ulicą o każdej porze dnia i nocy. Nie trzeba by było zamykać mieszkań, ani montować dodatkowych zamków, wzmocnionych drzwi, domofonów, alarmów i kamer. Nie trzeba by było martwić się, że w tłoku, ktoś sięgnie nam do kieszeni po nasz portfel czy telefon. Nie trzeba by się obawiać, czy ktoś nie zgwałci na dyskotece naszej córki, lub czy pijany kierowca nie rozjedzie nam dziecka. Gdyby na świecie żyli sami ludzie posłuszni Bogu, nie była by potrzebna ani policja ani wojsko!

Jeśli martwimy się o takie sprawy i zabiegamy o bezpieczeństwo, to dlatego, że wśród nas są ludzie, którzy za nic mają Boga i Boże zasady zawarte w przykazaniach! Całe zło tego świata bierze się z nieposłuszeństwa Bogu i z pozbawienia go autorytetu. Jeśli ktoś mówi, że chce lepszego świata, bezpieczeństwa i pokoju, a jest przeciwko Bogu i kpi z Ewangelii, to tym samym przyczynia się do utrwalenia złej kondycji tego świata, a nawet pogorszenia. Bez Boga i posłuszeństwa Bogu nie ma nadziei na lepszy świat! Jeśli pragniemy lepszego - bezpieczniejszego i sprawiedliwszego - świata, to najpierw trzeba uklęknąć przed Bogiem i pochylić si nad Słowem Bożym, bo właśnie te słowa "będziesz miłował..." pokazują nam DROGĘ! To droga zarówno do "lepszego świata" doczesnego, choć na nim zło zawsze będzie, jak i tego nowego świata, na którym nie będzie już żadnego zła...

niedziela, 9 lutego 2014

Czy Biblia mówi nam o mszach świętych?

"Ci więc, którzy przyjęli słowo jego, zostali ochrzczeni i pozyskanych zostało owego dnia około trzech tysięcy dusz. I trwali w nauce apostolskiej i we wspólnocie, w łamaniu chleba i w modlitwach" (Dzieje Apostolskie 2, 41 - 42)
Nie opieram swojej wiary na sprzeciwie wobec Kościoła katolickiego - nie unikam jednak ani rozmów z katolikami, ani konfrontacji poglądów. Nie tak dawno na jednym z serwisów społecznościowych odbyła się dość mocna wymiana zdań na temat ekumenizmu i tego, co w ruch ekumeniczny wnoszą ewangeliczni chrześcijanie. Z wypowiedzi katolików wynikało, że ich zdaniem protestantyzm nie ma nic do zaoferowania ani katolicyzmowi - wyraźnie zapomniano o tym, że np. ruch oazowy, Odnowa w Duchu Świętym i Koinonia "Jan Chrzciciel" czerpią z ruchu zielonoświątkowego! - ani też... Bogu, że w Kościele katolickim jest "pełnia" a u protestantów... "pustka". W końcu ktoś położył "koronę" na ten cały osąd, stwierdzając: "protestanci odrzucają wiarę w ofiarę Mszy św., nie składają ofiary Baranka Bożego", co ma być rzekomo (!) "oczywistym" obrazem duchowego zubożenia / spłycenia w protestantyzmie.

O mszy

To, oczywiście jest prawdą: w zborach chrześcijańskich nie odprawia się mszy (choć początkowo w kościołach reformowanych używano tego określenia). Nie ma uroczystych liturgii, ani specjalnych strojów liturgicznych. Nie ma "kapłanów" w ornatach unoszących kielich z winem i patenę z chlebem. Jest jednak i chleb i wino, gdyż takie było postanowienie Pana naszego - jak często, to już zależy od zwyczajów danego zboru. Nie ma jednak "przeistoczenia", bo chleb i wino nie stają się Bogiem., przekonania, że jest to rzeczywiste ciało  krew Chrystusa, ani że jest to "ofiara Krzyża". Nie odprawiamy  mszy z tego prostego powodu, że... Jezus nie polecił sprawować żadnych nadzwyczajnych liturgii i w żadnej Ewangelii, w Dziejach Apostolskich ani w listach nie mamy najdrobniejszej choćby wzmianki o mszach!

Przez wiele lat swego życia byłem katolikiem i wiem dokładnie czym jest msza dla katolika, znam dość dokładnie doktryny z nią związane i nawet próby uzasadnienia biblijnego. Ks. prof. Franciszek Spirago pisał przed laty o mszy z (przesadnym) uniesieniem: "Msza św. jest w stosunku do innych nabożeństw podobnie jak brylant kosztowny do otaczającego oprawy (Hurter). Jest ona jeziorem, w którym zbierają się strumienie łask ofiary krzyżowej i spływają zeń na ludzkość przez upusty Sakramentów świętych..." Katechizm Kościoła Katolickiego: "Msza święta jest równocześnie i nierozerwalnie pamiątką ofiarną, w której przedłuża się ofiara Krzyża, i świętą ucztą Komunii w Ciele i Krwi Pana. Sprawowanie Ofiary eucharystycznej jest nastawione na wewnętrzne zjednoczenie wiernych z Chrystusem przez Komunię. Przystępować do Komunii świętej oznacza przyjmować samego Chrystusa, który ofiarował się za nas" (KKK 1382). Msza sama w sobie jest dla katolików tak wielką "świętością", że samo pisanie słowa "msza" a nie "Msza", czy "eucharystia" a nie "Eucharystia" bywa traktowane jako co najmniej niewłaściwe - choć słowo to nie jest nazwą własną - tak samo, jak określanie jej jako... "nabożeństwo". Ludziom przykazano wierzyć, że chleb staje się ciałem, a wino krwią i że jest to ta sama ofiara, która się dokonała na Golgocie, a nakaz ten tak obwarowano przekleństwami, że wielu ludzi z samego strachu przed piekłem bało się myśleć, że może być inaczej. Wielu też w przeszłości straciło życie za to, że nauki te zakwestionowali!

Złudzenie "sposobnej chwili"

"A po kilku dniach przybył Feliks z żoną swoją Druzyllą, która była Żydówką. Kazał więc sprowadzić Pawła i przysłuchiwał się mu, co mówił o wierze w Jezusa Chrystusa. Lecz gdy zaczął mówić o usprawiedliwieniu, o wstrzemięźliwości i o przyszłym sądzie, Feliks zaniepokoił się: Na teraz dość, odejdź; w sposobnej chwili każę cię zawezwać" (Dzieje Apostolskie 24, 24 - 25)
 Feliks, a właściwie Marek Antoniusz Feliks, był Grekiem, prawdopodobnie (według Tacyta) potomkiem władców Arkadii. Pomimo szlacheckiego pochodzenia wiele lat swego życia spędził - na równi ze swoim bratem - w niewoli. Obaj ostali wyzwoleni bądź to przez cesarza Klaudiusza, bądź też przez jego matkę, Antonię Młodszą. Jego wierną służbę Klaudiusz wynagrodził, czyniąc go zarządcą Judei, którą to funkcję Feliks sprawował w latach 52 - 58. Słynął on z bezwzględności i deprawacji, które w połączeniu z korupcją doprowadziły do znacznego wzrostu przestępczości w zarządzanej przez niego prowincji. Okres jego panowania obfitował w wewnętrzne konflikty i niepokoje, które on brutalnie tłumił. Wspomniana w Dziejach Apostolskich Druzylla była jego drugą żoną - z pierwszą, również Druzyllą, się rozwiódł, a drugą wpierw skłonił do rozwodu z jej poprzednim mężem. Przed takim to człowiekiem został postawiony apostoł Paweł.

To, co wiemy o życiu Feliksa, może tłumaczyć niepokój, jaki wywołały w nim słowa apostoła, który swą sytuację postanowił wykorzystać jako okazję podjęcia próby pozyskania Feliksa dla Chrystusa. Z drugiej jednak strony mogło chodzić o zwykłe zniecierpliwienie człowieka całkowicie obojętnego na sprawy duchowe, nie mającego wcale ochoty rozważać ani swego życia ani tego, co mówił jakiś Chrystus. Rozmowa z Pawłem interesowała go prawdopodobnie tylko o tyle, ile ten filozof mówiący o Chrystusie będzie gotów zapłacić za swoją wolność. jego odpowiedź mogła jednak też znaczyć: "Dziś nie mam ochoty o tym słuchać, ale może kiedyś znajdę czas, by się nad tym zastanowić..."

I w późniejszych wiekach nie brakowało ludzi, których kwestie duchowe zupełnie nie obchodziły. Na obrazku możemy zobaczyć ulicznego kaznodzieję - ewangelistę, jednego z tych, którzy nie zamykali się w ścianach kościoła, lecz wychodzili do ludzi. Wokół niego zebrał się spory tłum - jedni słuchają uważnie, inni rozglądają się dookoła, ktoś mija obojętnie, spoglądając nań jak na nieszkodliwego dziwaka. W naszych czasach także nie brakuje takich, którzy uważają, że słuchanie o Jezusie, o grzechu i o zbawieniu, jest stratą czasu... Czasem są nawet świadomi tego, że w ich życiu "coś jest nie w porządku", lecz myślą: "dziś się nad tym nie ma co zastanawiać - Biblia i Kościół są dobre dla ludzi starych, ja mam jeszcze czas..." Chyba każdy, kto głosi Ewangelię, słyszy czasem: "Pogadamy innym razem", "Wiesz, chętnie przyjdę do Kościoła, ale.... kiedyś... tak, kiedyś przyjdę...", "Pewnie coś trzeba zrobić z moim życiem... Pomyślę o tym, ale jeszcze nie teraz".

sobota, 8 lutego 2014

Ilość, czy jakość?

"Albowiem gdzie są dwaj lub trzej zgromadzeni w imię moje, tam jestem pośród nich" (Ewangelia Mateusza 18, 20)
Raduję się, gdy przychodząc na nabożeństwo, widzę kaplicę pełną ludzi - jak na zdjęciu obok. Dobrze jest modlić się mając wokół siebie wielu braci i sióstr. Jednak w minioną niedzielę  byłem na nabożeństwie w bardzo niewielkiej wspólnocie Kościoła Bożego w Chrystusie. Było nas pięć osób, wliczając w to Pastora i jego żonę. Początkowo musieliśmy się obyć nawet bez muzycznego uwielbienia i uwielbialiśmy Boga po prostu... inaczej. Sądzę, że gdyby na salę wszedł ktoś niezorientowany, mógłby w ogóle nie poznać, że odbywa się tam chrześcijańskie nabożeństwo - kilka osób, kilka krzeseł... Każdy z nas modlił się jakby z osobna, a Pastor na głos - nie jestem zbyt przyzwyczajony do takiej formy, było to nowe doświadczenie. Po nabożeństwie zapytałem: "a jak wiele osób przychodzi zazwyczaj?" i dostałem odpowiedź: "No tak, jak dzisiaj, 4 - 5 osób", Pastor zaś martwił się, że mogłem się czuć rozczarowany nabożeństwem...

Czy czułem się rozczarowany? Nie, gdyż ani forma nabożeństwa, ani też frekwencja nie są bardzo istotne. Pełne Kościoły to radość i błogosławieństwo. I jasne jest, że jest przyjemnie, gdy jest wielu braci i wiele sióstr, gdy jest wiele dzieci na szkółce niedzielnej, gdy jest zespół muzyczny - a nawet chór i orkiestra. To może być bardzo pięknie! Nie wolno nam jednak ulegać pokusie, by Kościoły oceniać na podstawie ich wielkości i frekwencji, bo Jezus nigdy nie stawiał na ilość, ale na jakość. To nie jest ważne czy jest 5000 osób czy 3 osoby - ważne, żeby był między nimi Chrystus.

środa, 5 lutego 2014

John Michael Talbot - ewangeliczny... katolik

Dawno nie było nic "muzycznego", więc może archiwalny artykuł o jednym z moich ulubionych wykonawców muzyki chrześcijańskiej. Artykuł ukazał się w 2010 roku, w związku z przyjazdem JMT do Polski. Miałem wówczas ogromny przywilej być na jego koncercie w Krakowie - w dominikańskim kościele, wypełnionym po brzegi ludźmi. Pamiętam, że zagrał wówczas niejedną spośród moich ulubionych pieśni (choć nie zagrał tej, którą kocham najbardziej - "Heart of the Shepherd"), a podczas niektórych wręcz łzy płynęły po policzkach - tak bardzo bowiem ta muzyka dotyka serca. Sama możliwość słuchania była głębokim przeżyciem duchowym. Po koncercie miałem też okazję spotkać się z nim bezpośrednio i poznać jako wspaniałego, otwartego, pełnego niesamowitej pokory i serdecznego względem ludzi człowieka.

Zdaję sobie sprawę z tego, że dla wielu moich braci i przyjaciół słowa "ewangeliczny katolik" - jakie zawarłem w tytule - brzmią jak oksymoron. Jasne jest, że można wiele pisać o błędnych doktrynach i krwawej historii - i czasem to czynię - ale błędem jest myślenie, że w katolicyzmie nie ma niczego dobrego, nie ma prawdziwej relacji z Bogiem, nie ma nic prawdziwie duchowego. Muzyki JMT  słucham od bardzo wielu lat i ma on swój udział nie tylko w przyjemności, jakiej przy tym doświadczam, ale także i w tym, że zacząłem poważnie myśleć o Bogu i swoich z Nim relacjach. Jego pieśni są zawsze mocno zakorzenione w Biblii, nawet jeśli niekiedy oparte są na pismach "świętych" Kościoła katolickiego. Niewiele w jego twórczości znajduję takich, które muszę odrzucić z powodów duchowych.

Czasem wydaje nam się, że im głośniej będziemy uwielbiać Boga, tym Bóg będzie lepiej uwielbiony, im mocniej uderzymy w bęben i głosniej będziemy wykrzykiwać, tym lepszy będzie efekt. Czasami nasze zbory są zwyczajnie... za głośne i znam kilka takich, z których wyszedłem ogłuszony i zmęczony. Muzyka JMT jest miłą odmianą - i w zasadzie wszędzie na świecie jest tak samo chętnie słuchany przez katolików i przez protestantów. Gdy sięgamy po starsze nagrania JMT, z lat 70-tych, możemy posłuchać fantastycznego chrześcijańskiego folk-rocka, "muzyki hipisów", najbardziej klasyczną "Jesus music", która rozwinęła się pośród nawróconych "hippie". Późniejsze nagrania jednak często są bardzo stonowane i mają medytacyjny charakter. No właśnie - uważam, że największym błędem ewangelicznych chrześcijan było odrzucenie medytacji, czy to prywatnej czy wspólnotowej - być może jako "zbyt katolickiej". Wiele pieśni JMT powstaje z... głębokiego milczenia przed Panem.

John Michael Talbot podczas koncerty w Krakowie



poniedziałek, 3 lutego 2014

Hierarchia w Kościele

To nieprawda, że w chrześcijaństwie ewangelicznym  nie ma "hierarchii kościelnej" - ona jak najbardziej jest i wyraża się słowami: "Ojcze nasz, któryś jest w niebie..." (Ewangelia Mateusza 6, 9). To zasłyszane, a od siebie do tej hierarchii dodałbym jeszcze: "Albowiem jeden jest Bóg, jeden też pośrednik między Bogiem a ludźmi, człowiek Chrystus Jezus..." (1. List do Tymoteusza 2, 5) A pomiędzy ludźmi, kto może być wyżej w hierarchii niż wszyscy inni? "Ale wy nie pozwalajcie się nazywać Rabbi, bo jeden tylko jest - Nauczyciel wasz, Chrystus, a wy wszyscy jesteście braćmi" (Ewangelia Mateusza 23, 8) - nawet gdy jest ustalony pewien porządek, przywództwo w Kościele, to jeden nie jest ponad drugiego. Czego / kogo więcej potrzeba w Kościele prócz brata / siostry obok i Boga ponad nami?