poniedziałek, 10 listopada 2014

Przemyślenia po aborcji

"Nie morduj!" (2. Księga Mojżeszowa 20, 13 - tłum. Tora Pardes Lauder)
Gdy Bóg mówił te słowa, nie mówił o zabijaniu w ogóle - bowiem nie ma zakazu zabijania zwierząt (co próbują wmówić ideolodzy wegetariańscy), bandytów, którzy na ciebie napadają, wrogów, którzy grabią i niszczą twój kraj, itp... Bóg nawołuje do powstrzymania się od przemocy, od zabijania niewinnych. Jeśli zabicie człowieka, który nam nic nie zawinił jest potwornym grzechem, choć on może się bronić, to o ileż gorsze jest zabijanie dzieci, które nie mają szansy się bronić? Ba! O ileż gorsze jest zabijanie bezbronnych dzieci przez tych, którzy są powołani do chronienia ich i wychowania?

Obejrzyjcie filmik (z polskimi napisami), który umieściła w sieci pewna niedoszła matka, która dziś rozumie, co zrobiła, i bardzo tego żałuje. Forma wypowiedzi być może niedoskonała, ale z doświadczenia wiem, jak trudno mówi się (lub pisze) o pewnych sprawach.

piątek, 7 listopada 2014

Kto zawinił?

"Lecz on zraniony jest za występki nasze, starty za winy nasze. Ukarany został dla naszego zbawienia, a jego ranami jesteśmy uleczeni. Wszyscy jak owce zbłądziliśmy, każdy z nas na własną drogę zboczył, a Pan jego dotknął karą za winę nas wszystkich." (Księga Izajasza 53, 5 - 6)
Są ludzie, którzy szukają winnych śmierci Jezusa. Najczęściej oskarża się o to Żydów. Bo i prawda, że Żydzi si do tego przyczynili - a raczej nie tyle Żydzi, co elity żydowskie, którym Jezus był wielce niewygodny. Jednak, jak gdzieś przeczytałem: "mówić, że to Żydzi zabili Jezusa, to tak, jakby powiedzieć: to Polacy zabili Popiełuszkę". I to jest też prawda! Żydzi, jako naród, nie ponoszą winy za śmierć Chrystusa. Można wskazać na Rzymian, bo to przecież oni osądzili i przybili do krzyża. Niewątpliwa jest wina Piłata, który wprawdzie miał dobre intencje, lecz był... strasznym tchórzem, któremu zależało na "ciepłej posadce". Żołnierze? Dla nich to było działanie rutynowe, oni po prostu wykonywali rozkazy - nie było w tym ich złej woli, choć może byli okrutni - i o nich same Jezus powiedział w modlitwie: "Ojcze, odpuść im, bo nie wiedzą, co czynią" (Ewangelia Łukasza 23, 34). Prawda jest taka - i może bolesna - że jeśli chcemy zobaczyć kto naprawdę zamordował Jezusa, przez kogo On musiał umrzeć, to musimy stanąć... przed lustrem!

Takie rozważania zazwyczaj "zarezerwowane" są na Wielki Piątek, lecz chciałbym zachęcić Was do przeczytania wspaniałego poematu Wojciecha Bąka pt. "Droga Krzyżowa". Sam przeczytałem go w ostatnich dniach - i to kilka razy - i jestem ogromnie poruszony. Wojciech Bąk był luteraninem i w jego utworze nie ma nic z "duchowości pasyjnej", przesadnego koncentrowania się na męce Chrystusa. Są za to bezcenne wskazówki, które pomagają zastanowić się nad sobą samym i umiejscowić siebie samego w biblijnej historii o śmierci Pana. Ja odnajduję siebie w każdym z tych słów! Jezus nie musiałby umierać, gdyby nie moje i nie Twoje grzechy!

I
To czas wiecznością zastygł. I trwa wieczny sąd,
I o śmierć Twą wołają wysocy sędziowie -
I Ty z berłem trzcinowym - i twarz broczy krwią -
I głos grozy się wdziera w wieki: "Oto Człowiek!"

I coraz krzyk głośniejszy: "Złam bolesny kształt!
Ukrzyżuj, by zamilkło śmiercią ciała Słowo!"
I wyroku na Boga napastliwy gwałt -
I Ty, milczący, krwawy - z koroną cierniową.

I tłum krzyczący: "Niechaj na nas spadnie krew!"
I żołnierze, i cieśle, i krzyż, który czeka -
I śmiech - i coraz mściwiej tłumu głośny gniew -

I coraz jaśniej twarz Twa skamieniała w męce,
Przeświecająca Bogiem poprzez kształt człowieka -
I obmywane wodą piłatowe ręce.


II
To ja byłem Twym sędzią! To ja w tłumie stałem
I wołałem: "Ukrzyżuj!" To ja krzyż Twój zbiłem -
I śmiałem się nad Twoim pokrwawionym ciałem,
I rany Twe źrenicom moim były miłe!

To ja na krew patrzyłem, gdy broczyła skronie,
I krzyczałem: "Niech krew Twa na mnie w wieczność spada!"
I ja myłem przed tłumem nieprawości dłonie
I czekałem, aż zaczniesz lękać się i biadać...

A Tyś wziął krzyż w milczeniu tak głośnym, że wieki
Zadrżały przed tym głosem milczenia - i ono
Już nie zamilknie nigdy w okresach dalekich.

I ja co dzień Cię sądzę - zbijam krzyż - i biczem
Smagam Twe krwawe ciało - i o śmierć Twą krzyczę -
I znów Twe ciało broczy - i Twe skronie płoną!

III
Ciężki jest krzyż Twój. Wyszukałem w lesie
Najgrubszy pień, by gorzkie było Twoje brzemię -
Chciałeś mnie zbawić - oto krzyż zbawienia niesiesz!
Chciałeś mnie podnieść - padaj pod krzyżem na ziemię!

Chciałeś miłować mnie - poznaj nienawiść!
Chciałeś ożywić mnie - z mych rąk umieraj!
- I ramię Twe pod krzyżem sinieje i krwawi
I drzewo jak płomienie w Twe ciało się wżera!

Chciałeś, bym Twoim śladem - miłujący - kroczył -
I niósł krzyż - a ja Tobie krzyż nad krzyże zbiłem -
I śledzę Twe kroki, i badam Twą siłę...

Idę z tłumem po Twoich udręczonych śladach,
Patrzę w oblicze Twoje - czytam Twoje oczy
Gdy pod krzyżem na bruku zakrwawiony padasz.


IV
Mario, Ty nie płacz nad Nim, ale jęcz nade mną!
On coraz wyżej świecił - jam wciąż więcej gasnął -
Tak pokochałem zbrodni moich duszną ciemność,
Że Jego zniszczyć chciałem, by zagasła jasność!

Krew nienawiści żółcią płynie w moich żyłach,
On chciał ją na miłości zmienić słodkie wino -
Lecz ponad miłość była mi nienawiść miła
I pragnąłem, by zamilkł prorok jej i zginął...

Cieszyłem się, że nigdy już się głos nie zbudzi,
By wołać do miłości mściwych, gniewnych ludzi
I niepokoić jak muzyką ich nadziemną -

I widząc Jego smutną krew i kruche ciało,
Pragnąłem, by najprędzej na krzyżu skonało -
Mario, Ty nie płacz nad nim, ale jęcz nade mną!

niedziela, 1 czerwca 2014

Za światem, czy za Bogiem?

Antje Jackelén - luterańska "arcybiskup" (nowomodnie:
"arcybiskupka") Uppsali i "prymas" ("prymaska"?) Szwecji
"Kobieta niech się uczy w cichości i w pełnej uległości;  nie pozwalam zaś kobiecie nauczać ani wynosić się nad męża; natomiast powinna zachowywać się spokojnie. Bo najpierw został stworzony Adam, potem Ewa.  I nie Adam został zwiedziony, lecz kobieta, gdy została zwiedziona, popadła w grzech" (1. List do Tymoteusza 2, 11 - 14)
Zbyt wiele energii i czasu poświęca się obecnie dyskusji, czy kobiety mogą być wyświęcane na księży lub ordynowane na pastorów, czy też nie. Tymczasem na uzyskanie odpowiedzi w tej kwestii nie potrzeba więcej, niż minuty - tyle bowiem starcza, by przeczytać, co w tej kwestii ma do powiedzenia apostoł Paweł. Oczywiście jest to odpowiedź minimum - by znaleźć odpowiedź pełną, potrzeba przeczytać wszystkie Ewangelia i Listy Apostolskie - może i po kilka razy. Widzimy tam, że choć kobiety były docenione i traktowane z najwyższym szacunkiem, były w najbliższym otoczeniu Chrystusa (w gronie apostołów), jak np. Maria Magdalena, w ich domach spotykał się Kościół i były pozdrawiane w Listach Apostolskich, to jednak gdy jest mowa o  kierownictwie w Kościele, mowa jest wyłącznie o mężczyznach!

"Choruje kto między wami? Niech przywoła starszych zboru i niech się modlą nad nim, namaściwszy go oliwą w imieniu Pańskim" (List Jakuba 5, 14) Mowa o mężczyznach! "Biskup zaś ma być nienaganny, mąż jednej żony, (...) który by własnym domem dobrze zarządzał, dzieci trzymał w posłuszeństwie i wszelkiej uczciwości,  bo jeżeli ktoś nie potrafi własnym domem zarządzać, jakże będzie mógł mieć na pieczy Kościół Boży?" (1. List do Tymoteusza 3, 2 i 4 - 5) Mowa o mężczyznach! Gdyby te funkcje mogły być sprawowane także przez kobiety, czy Paweł pisałby w taki sposób? Przeczytajmy raz jeszcze. On nie napisał "mąż jednej żony, albo żona jednego męża", on napisał "męż jednej żony"! I kropka! Tego nie da się zignorować, więc mói się, że (uwaga!) Biblia została spisana w środowsiku patriarachalnym (to prawda, bo taki porządek ustanowił Bóg), że trzeba zrozumieć kontekst kulturowy, że zapisy te są w kontekście kulturowym i "nie powinniśmy się ich kurczowo trzymać"... Ale chwila moment! Dokładnie ten sam argument o "kontekście kulturowym" pada, gdy jest dyskusja o tym, czy homoseksualizm jest grzechem, czy też nie i w ten sam sposób tłumaczy się, że Kościoły powinny ordynować także homoseksualnych duchownych i udzielać ślubów homoseksualnym parom! Ta zbieżność jest co najmniej zastanawiająca!
 
Zacytowany na wstępie fragement jest tak oczywisty, że próbuje się go przeinterpretować, sugerując że nie jest pewne czy chodzi o kobiety w ogóle, czy o jakąś konkretną kobietę. Ale spórzmy na dwa wcześniejsze wersy: "Podobnie kobiety - w skromnie zdobnym odzieniu, niech się przyozdabiają ze wstydliwością i umiarem, nie przesadnie zaplatanymi włosami albo złotem czy perłami, albo kosztownym strojem, lecz przez dobre uczynki, co przystoi kobietom, które się przyznają do pobożności" (1. List do Tymoteusza 2, 9 - 10). I już nie ma wątpliwości, że mowa jest o kobietach w ogóle. Pozostaje więc tylko oskarżyć apostoła Pawła o mizoginizm i... zkawestionować jego słowa. Są zresztą i tazy "wierzący", którzy nie ograniczają się do kwestionowania paru wersetów, lecz uważają, że wszystko, co Paweł pisał jest "obciążone jego poglądami" i że w żadnym razie nie powinno się jego listów traktować jako wyznacznika życia chrześcijańskiego - ba! postulują... usunięcie ich z Biblii! Do tego prowadzi niby-chrześcijański liberalizm!

Kościół jest instytucją Bożą i obowiązują w nim Boże zasady, a te są niezmienne. Raz ustanowiony porządek obowiązuje w Kościele po wsze czasy. Kościół nie może ulegać tak daleko idącym przemianom, że zaczyna nagle funkcjonować wbrew Słowu Bożemu, uznając jakieś zapisy ze Słowa Bożego jako nieobowiązujące, bo cały świat się zmienił i inaczej patrzy się na pewne sprawy. Jeśli tak zaczniemy działać, to równie dobrze możemy zakwestionować wszystkie grzechy - bo "dziś się inaczej na to patrzy" i zacząć się śmiać z Chrystusa, bo dał się ukrzyżować bez sensu. Skoro można zakwestionować jeden, drugi, trzeci, dziesiąty werset ze Słowa Bożego, równie dobrze można zakwestionować od razu całą Biblię - po co się tak rozdrabniać? Czasem kobiety mówią, że "dostały powołanie" - ale Bóg nie powowłuje do przekraczania Słowa Bożego! Ktoś mi powiedział: "W Kościele działą Duch Święty i mamy powiedziane, że on nauczy ludzi tego, czego w apostołowie jeszcze nie rozumieli" (w kontekście możliwości ordynowania kobiet) - ale Duch Święty nie może prowadzić do kwestionowania Biblii! Bóg nie jest schizofrenikiem, który najpierw mói jedno, potem drugie, najpierw prowadzi w jedną stronę wskazując dobrą drogę, potem każe zawracać i nową drogę nazywa dobrą. Jeśli kwestionowane jest choćby jedno zdanie ze Słowa Bożego, to nie pochodzi to od Boga.

W Kościele nie ma miejsca na feminizm i inne ludzkie pomysły. Tu obowiąują Boże zasady. Albo je przyjmujesz i się im podporządkowujesz, i jesteś Dzieckiem Bożym, albo buntujesz się i robisz po swojemu. Jeśli ktoś próbuje modernicować, uwspółcześniać Kościół - dostosowując go do światowych tendencji - nie jest to Kościół Boży, a Kościół ludzki, a więc instytucja w gruncie rzeczy bez sensu. Słowo Boże jest niezmienne - takie samo od wieków po wieki. Ludzkie przekonania: wprowadzono ordynację kobiet - czego nie ma w Biblii; wprowadzono akceptację dla homoseksualizmu - który Słowo Boże potępia; jest tendencja do bratania się z islamem, do szerzenia przekonań, że to tak samo "dobra wiara" jak chrześcijaństwo a także z innymi poganami - czego wyraźnie zabrania Słowo Boże; kwestionuje się (lub dopuszcza odmienność poglądów) takie doktryny chrześcijańskie, jak fakt, że Jezus jest Bogiem, że narodził się z dziewicy (!) Marii, itp.; są takie zbory, gdzie wierni rozbierają się do naga; są i takie zbory, gdzie nauczanie powierzono... dzieciom. Liberalizm i... "everything is possible"!

Może i jestem "fanatykiem", który "nie rozumie Ewangelii" i "nie jest prowadzony przez Ducha Świętego" (takie "uczone argumenty" zwykle padają w dyskusji), ale mi nie odpowiada taka "droga", jaką obrali liberałowie. Ja wybieram Słowo Boże, gdyż "trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi" (Dzieje Apostolskie 5, 29). "Niechaj więc mowa wasza będzie: Tak - tak, nie - nie, bo co ponadto jest, to jest od złego" (Ewangelia Mateusza 5, 37) - co po prostu oznacza: mócie jak jest. Słowo Boże mówi nam jak jest - i my mamy mówić tak, jak jest w Słowie Bożym i patrzeć na świat przez pryzmat Słowa Bożego, a nie odwrotnie! Mając do wyboru świat z jego przekonaniami i Boga z jego naukami, ja wybieram Boga.

czwartek, 29 maja 2014

Czy lekarz ma prawo być wierzący?

Źródło: Gazeta Wyborcza /Gazeta.pl / Facebook
Konstytucja RP (art. 53) jednoznacznie mówi, że każdy ma prawo wyznawać swoją wiarę. Wyraźnie mówi także, że nikt nie może być dyskryminowany z jakiejkolwiek przyczyny - a więc także z powodu wiary (art. 32, pkt 2). Jednak jest w naszym kraju całkiem spora grupa ludzi, którzy uważają, że te zapisy nie dotyczą... wierzących! Bo jakże inaczej można wytłumaczyć ataki na katolickich lekarzy i studentów medycyny, którzy przed kilkoma dniami w Częstochowie podpisali deklarację, która mówi, że uznają Boga jako tego, który wyłącznie może do życia powołać i odwołać z tego świata - że ludzkie ciało i życie, będące darem Boga, są święte i nietykalne od poczęcia do naturalnej śmierci, że to Bóg określa płeć i że Prawo Boskie jest ponad prawem ludzkim... Jednym słowem nic szczególnie niezwykłego - normalne konsekwencje wiary. Lekarze i studenci medycyny deklarują wierność Bogu i chrześcijańskiemu sumieniu - prawda, że w świetle nauki Kościoła katolickiego. I okazuje się... że "nie mają prawa", że "powinni zostać pozbawieni prawa wykonywania zawodu", że "powinna zająć się nimi prokuratura", że "chrześcijanami to sobie mogą być w domu"!

Konstytucja gwarantuje wolność wyznania każdemu. Nie zawiera żadnego zapisu, który pozwalałby na ograniczenie tej swobody lekarzom. Tak więc lekarz ma prawo pełnić swą służbę, podporządkowując ją zasadom wiary. Nie można być katolikiem, lub ewangelicznym chrześcijaninem w domu, a idąc do pracy już nie. I jest oczywiste i bezdyskusyjne, że Prawo Boskie jest ponad ludzkim - "Trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi" (Dzieje Apostolskie 5, 29) - i Konstytucja RP, dając wolność wyznania, daje tym samym pełne prawo do tego, by taki właśnie porządek przyjmować! Ludzie niewierzący nie potrafią zrozumieć czym jest wiara. Nie pojmują tego, że wiara (prawdziwa) nie jest płaszczem, który można zdjąć, lub zamienić na inne okrycie, ani jakąś filozofią, którą można stosować lub nie, zależnie od okoliczności, której elementy można sobie swobodnie dobierać. Chrześcijaninem jest się 24/7. Nie można być chrześcijaninem na 20% lub 50%. Nie ma czegoś takiego, jak "chrześcijaństwo prywatnie". Albo jest się chrześcijaninem na 100%, albo nie jest się nim wcale! Chrześcijanin nie może w niedzielę czytać jakie to fajne przykazania dał Bóg, jak dają do myślenia, a w poniedziałek pójść do pracy i dokonać aborcji. Chrześcijanin nie może w niedzielę wierzyć, że Bóg ma rację, mówiąc, że homoseksualizm jest dewiacją, a w poniedziałek mówić pacjentowi, że to, czego doświadcza - pociąg do tej samej płci - jest czymś normalnym, jest alternatywą. Chrześcijanin nie może w niedzielę zachwycać się słowami "jako mężczyznę i niewiastę stworzył ich" (1. Księga Mojżeszowa 1, 27) a w poniedziałek proponować komuś operację zmiany płci. Jeśliby tak czynił, jeśliby dzielił swoje życie: 50% "chrześcijanin w domu", 50% "wolny od Boga w pracy", nie byłby chrześcijaninem. Gdyby Bogu próbował oddać tylko 50% - swoje życie prywatne - w 100% należałby do diabła, a finałem takiego życia byłoby piekło. Tu nie ma miejsca na kompromisy - albo dajesz 100% Bogu, albo 100% jest w rękach diabła! Jeśli Konstytucja RP gwarantuje wolność wyznania, to znaczy, że daje prawo być chrześcijaninem nie tylko w domu i kościele, ale także w pracy, na uczelni, na ulicy. "Klauzula sumienia", o której tak głośno się mówi w odniesieniu do pracowników służby zdrowia, nie jest w gruncie rzeczy niczym innym, jak tylko potwierdzeniem konstytucyjnych praw!

środa, 28 maja 2014

Jak się ma nasze miłosierdzie?


"A oto pewien uczony w zakonie wystąpił i wystawiając go na próbę, rzekł: Nauczycielu, co mam czynić, aby dostąpić żywota wiecznego? On zaś rzekł do niego: Co napisano w zakonie? Jak czytasz? A ten, odpowiadając, rzekł: Będziesz miłował Pana, Boga swego, z całego serca swego i z całej duszy swojej, i z całej myśli swojej, i z całej siły swojej, a bliźniego swego, jak siebie samego. Rzekł mu więc: Dobrze odpowiedziałeś, czyń to, a będziesz żył. On zaś, chcąc się usprawiedliwić, rzekł do Jezusa: A kto jest bliźnim moim? A Jezus, nawiązując do tego, rzekł: Pewien człowiek szedł z Jerozolimy do Jerycha i wpadł w ręce zbójców, którzy go obrabowali, poranili i odeszli, zostawiając go na pół umarłego. Przypadkiem szedł tą drogą jakiś kapłan i zobaczywszy go, przeszedł mimo. Podobnie i Lewita, gdy przyszedł na to miejsce i zobaczył go, przeszedł mimo. Pewien Samarytanin zaś, podróżując tędy, podjechał do niego i ujrzawszy, ulitował się nad nim. I podszedłszy opatrzył rany jego, zalewając je oliwą i winem, po czym wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i opiekował się nim. A nazajutrz dobył dwa denary, dał je gospodarzowi i rzekł: Opiekuj się nim, a co wydasz ponad to, ja w drodze powrotnej oddam ci. Który z tych trzech, zdaniem twoim, był bliźnim temu, który wpadł w ręce zbójców? A on rzekł: Ten, który się ulitował nad nim. Rzekł mu Jezus: Idź, i ty czyń podobnie" (Ewangelia Łukasza 10, 25 - 37). "Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią" (Ewangelia Mateusza 5, 7). "Wtedy powie król tym po swojej prawicy: Pójdźcie, błogosławieni Ojca mego, odziedziczcie Królestwo, przygotowane dla was od założenia świata. Albowiem łaknąłem, a daliście mi jeść, pragnąłem, a daliście mi pić, byłem przychodniem, a przyjęliście mnie, byłem nagi, a przyodzialiście mnie, byłem chory, a odwiedzaliście mnie, byłem w więzieniu, a przychodziliście do mnie. Wtedy odpowiedzą mu sprawiedliwi tymi słowy: Panie! Kiedy widzieliśmy cię łaknącym, a nakarmiliśmy cię, albo pragnącym, a daliśmy ci pić? A kiedy widzieliśmy cię przychodniem i przyjęliśmy cię albo nagim i przyodzialiśmy cię? I kiedy widzieliśmy cię chorym albo w więzieniu, i przychodziliśmy do ciebie? A król, odpowiadając, powie im: Zaprawdę powiadam wam, cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych moich braci, mnie uczyniliście" (Ewangelia Mateusza 25, 34 - 40).
No, jakże się tam ma nasze miłosierdzie? Czy jest w nas jeszcze miłość do bliźniego, czy też przechodzimy, odwróciwszy wzrok, biegniemy w swoich sprawach? Może myślimy: "to nie moja sprawa, ja mam swoje zmartwienia", "są inni, z pewnością ktoś się nim zajmie, ja się nie będę mieszał", "mam co innego do roboty - zresztą to pewnie bezdomny, a może i pijany", "to jakiś menel, lepiej go ominąć"... Powyższy filmik przeraża, bowiem pokazuje naszą ponurą rzeczywistość, naszą znieczulicę, nasz ludzki... egoizm i brak miłości. Przerażające jest to, że ktoś może umierać na ulicy, a dziesiątki i setki osób przejdą obok obojętnie! Obawiam się, że nawet wielu z tych, którzy w każdą niedzielę chodzą do kościoła - i jeśli są katolikami, klękają przed ołtarzem, wierząc, że Chrystus jest białym opłatkiem i winem w kielichu w rękach kapłana - wychodząc z kościoła, mija potem obojętnie, a czasem nawet ze wzgardą, tych, którzy potrzebują pomocy.

niedziela, 25 maja 2014

Refleksje (dość długo) po "Eurowizji"

"Kobieta nie będzie nosiła ubioru męskiego, a mężczyzna nie ubierze szaty kobiecej, gdyż obrzydliwością dla Pana jest każdy, kto to czyni" (5. Księga Mojżeszowa 22, 5)
Dla wielu ludzi to, co zobaczyliśmy na ekranach naszych telewizorów w trakcie tegorocznego konkursu piosenki Eurowizji, było szokiem i powodem zgorszenia. Już na długo przed jego rozpoczęciem "podgrzewano atmosferę" - wiele mówiło się i pisało o Conchicie Wurst, "kobiecie z brodą", a w rzeczywistości mężczyźnie w sukience, mającej / mającego (jak pisać?) reprezentować Austrię. Nie wątpię, że było to obliczone na wywołanie skandalu i wylansowanie kontrowersyjnego artysty. To, co usłyszeliśmy na scenie, mogło się podobać, bo - moim zdaniem - jest to wielki talent. Boleję nad tym, że źle wykorzystany - z powodu grzechu, jaki niszczy życie artysty.

Wielu chrześcijan już sam fakt, że jest to mężczyzna, który występuje jako własne żeńskie "alter ego" jest skandalem. Trzeba od razu podkreślić, że Thomas Neuwirth nie jest transwestytą, on jest mężczyzną i poza sceną, poza czasem przed obiektywami kamer, ubiera się jak każdy inny mężczyzna - to, co tak zbulwersowało wielu ludzi jest... tylko wizerunkiem scenicznym. Gdyby chodziło tylko o sam fakt, że na scenie kreuje się na kobietę, szczerze mówiąc nie dopatrywałbym się w tym grzechu, bowiem zacytowane na wstępie słowa odczytuję jako zakaz transwestytyzmu, przestrogę przed diabelskim zwiedzeniem, jakim jest przekonanie, że rzeczywista płeć człowieka jest odmienna niż płeć jego ciała, co nie jest problemem tylko naszych czasów. Jeśli za gorszącą uznamy sceniczną stylizację austriackiego artysty na kobietę, to dlaczego w równym stopniu nie oburza nas Bronisław Opałko występujący jako Genowefa Pigwa, Bohdan Smoleń zakładający chustę na głowę i odgrywający "Panią Genowefę", czy też ukraiński artysta - znany też z występów podczas konkursu piosenki Eurowizji w 2007 roku - Andij Danyłko występującego jako Wierka Serdiuczka? Jeśli jest jakaś różnica, to taka, że przed chwilą wymienieni, to satyrycy, którzy - mówiąc potocznie - "robią sobie jaja", podczas gdy Thomas Neuwirth vel. Conchita Wurst śpiewa na poważnie. 

Naprawdę nie uważam, byśmy samo przebranie się artysty za kobietę i odgrywanie kobiety w "show" mogli traktować jako występek. Psycholodzy mówią, że Thomas Neuwirth miał po prostu pomysł na rozgłos, sławę. W pewnym stopniu nawet rozumiem Thomasa Neuwirtha, bo - mając talent i marzenia - sławę i uznanie zyskał dopiero przeobraziwszy się na scenie w kobietę. W tym pokręconym świecie nie ten zyskuje uznanie, kto ma talent, ale ten, kto potrafi zrobić "show" i jest bohaterem skandali, a przynajmniej kontrowersji. W skutek tego mamy masę gorąco oklaskiwanych... beztalenci. Problem natury moralnej jest jednak oczywisty. Thomas Neuwirth jest bowiem homoseksualistą i podczas występów w Eurowizji mocno podkreślał, że swoim "show" pragnie nawoływać do "tolerancji". Oczywiście może być to tylko chwyt propagandowy - wszystko to może być obliczone tylko na popularność, ale w tym właśnie jest problem moim zdaniem, nie w udawaniu kobiety na scenie. Jeśli to udawanie nie jest tylko samym odgrywaniem roli, jeśli służy szatańskiej ideologii, staje się w tym momencie grzechem.

poniedziałek, 19 maja 2014

Potrzeba nowych elit!

"Będziesz miłował Pana, Boga swego, z całego serca swego i z całej duszy swojej, i z całej myśli swojej.  To jest największe i pierwsze przykazanie.  A drugie podobne temu: Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego" (Ewangelia Mateusza 22, 37 - 39) "Jeśli kto mówi: Miłuję Boga, a nienawidzi brata swego, kłamcą jest; albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi.  A to przykazanie mamy od niego, aby ten, kto miłuje Boga, miłował i brata swego" (1. List Jana 4, 20 - 21)
Bolesne jest to, że nasi politycy tak bardzo odbiegają od Bożych standardów. Przerażające jest to, że problem ten dotyczy także tych, którzy deklarują wiarę w Boga, czasem wręcz manifestują swoją religijność, zabiegają o poparcie Kościoła (katolickiego) i sami popierają Kościół (katolicki). Dzień po dniu oglądamy spektakl co najmniej niechęci, złośliwości, szkodzenia. Dzień po dniu obserwujemy, jak jedni drugim podkładają nogę i kłócą się. Gdy zaś - jak obecnie - nadchodzi czas "walki o stołki", zaczyna się prawdziwy "festiwal pogardy i nienawiści". Tak mało słyszymy z ich ust o tym, jakie mają pomysły, by w Polsce żyło się lepiej - realne a nie "gruszki na wierzbie"! - a tak wiele za to słyszymy jak to źli i niegodziwi są ich przeciwnicy polityczni. 

Gdy słyszę polityka, który deklaruje wiarę w Boga, a z pogardą odnosi się do drugiego człowieka, nabieram poważnych wątpliwości co do jakości tej wiary. Bo cóż to za wiara, jeśli nie opiera się na Słowie Bożym. "Całe Pismo przez Boga jest natchnione i pożyteczne do nauki, do wykrywania błędów, do poprawy, do wychowywania w sprawiedliwości, aby człowiek Boży był doskonały, do wszelkiego dobrego dzieła przygotowany" (2. List do Tymoteusza 3, 16 - 17). Słowo Boże ma nas naprostowywać do Bożych norm, a nie być dekoracją, mającą pokazać, jak bardzo jesteśmy religijni. Gdy ktoś deklaruje wiarę chrześcijańską, a do drugiego człowieka odnosi się z pogardą, nie zna naprawdę Boga, który sam będąc Miłością, uczy nas miłować. Jan pisze: "...miłość jest z Boga, i każdy, kto miłuje, z Boga się narodził i zna Boga. Kto nie miłuje, nie zna Boga, gdyż Bóg jest miłością" (1. List Jana 4, 7 - 8). Choćby i sto razy dziennie ktoś mówił o Bogu, a z pogardą mówił o innym człowieku, to jest to znak, że mówiąc o Bogu, mówi jako teoretyk wiary, nie jako praktyk. Taki człowiek może wiedzieć sporo o Bogu, może nawet codziennie bywać w kościele i modlić się, nawet żarliwie, ale jeśli pogardza drugim człowiekiem, to świadczy to o nieznajomości Boga, o duchowym bałaganie w jego sercu. Bez miłości "wiara w Boga" jest zwykłą szopką. 

Chrystus mówi: "Nie każdy, kto do mnie mówi: Panie, Panie, wejdzie do Królestwa Niebios; lecz tylko ten, kto pełni wolę Ojca mojego, który jest w niebie. W owym dniu wielu mi powie: Panie, Panie, czyż nie prorokowaliśmy w imieniu twoim i w imieniu twoim nie wypędzaliśmy demonów, i w imieniu twoim nie czyniliśmy wielu cudów? A wtedy im powiem: Nigdy was nie znałem. Idźcie precz ode mnie wy, którzy czynicie bezprawie" (Ewangelia Mateusza 7, 21 - 23) To samo może się przydarzyć każdemu, kto odnosi się wprawdzie w swych słowach do Boga i nawet mówi o sobie: reprezentuję "chrześcijańskie wartości", lecz nie miłuje drugiego człowieka. I Bóg nie przyjmie tłumaczenia: "Bo on źle robił"! Jeśli w ludzkim sercu nie ma miłości, jeśli zżera je pogarda i złość, to nie ma w nim miejsca także dla Boga, nie ma w nim zbawienia. Patrząc na polską scenę polityczną czuję ból, bo widzę ludzi, którzy mają jakaś wiedzę o Jezusie, ale nie są jego uczniami. Trudno mi przy tym oprzeć się wrażeniu, że Bóg, Biblia i wartości to czasem "kwiatek w butonierce", który ma się dobrze prezentować i pozyskiwać ludzi. Źle się czuję, gdy Bóg i Biblia stają się orężem w walce politycznej. Trudno mi się pogodzić z taką polityką, gdy ktoś klęka do modlitwy, a potem wskazuje na innych, mówiąc: "To bezbożnicy!" "A ja wam mówię: Kto się gniewa na swego brata, będzie oddany pod sąd: a kto powie do bliźniego - ty durniu! - winien stanąć przed trybunałem. Kto zaś powie - ty bezbożniku! - tego czeka ogień w piekle" (Ewangelia Mateusza 5, 22 - przekład literacki EIB).

Ktoś kiedyś powiedział, że problemem Polski jest brak prawdziwych elit. Ja natomiast dopowiem: za to mamy wielu, którzy się za "elitę" uważają, a babrzą się w błocie jak... świnie. Włączam telewizor, oglądam polityków i... mam ochotę zaraz wyłączyć i nie patrzeć na to siedlisko brudu i grzechu, jakim jest polityka! Dziś potrzeba modlić się do Boga za nasz kraj, by dotykał się serc przeżartych żądzą władzy i pogardą, by roztoczył swą ojcowską opiekę nad naszą Ojczyzną. Potrzeba wołać o przemianę serc ludzkich nie tylko u polityków, ale wśród naszych rodaków w ogóle, by zwrócili się do Boga, by przyszli do Niego bez szukania pomocy u innych, bez polegania na pośrednikach, którzy nic nie mogą zrobić. Wierzę, że Bóg może uczynić wiele dla Polski i dać nam nowe, chrześcijańskie elity. Oczywiście mamy ludzi, którzy działają w polityce po Bożemu. Nie obnoszą się oni ostentacyjnie ze swoją wiarą, ale też się z nią nie kryją, funkcjonują według Słowa Bożego, które nie jest tylko teorią lecz praktyką w ich życiu. Tak więc mamy jakiś zalążek tej nowej elity - i prośmy Boga o więcej!

wtorek, 13 maja 2014

Bezpieczny seks

Spróbujcie sobie wyobrazić taką scenę. Znany muzyk rockowy staje na skraju sceny i krzyczy na cały głos (w dodatku przez głośniki!): "Ja wierzę w seks!" reakcja publiczności: "Jaaaaaaaa! Łaaaaaa!" Muzyk krzyczy dalej: "Wierzę, że powinniśmy uprawiać tyle seksu ile się da" I znów: "Jaaaaaaaa! Łaaaaaaa!" Ale to jeszcze nie koniec, bo zaraz słychać: "Wierzę, że powinniśmy kochać się cały czas!" I znów: "Jaaaaaaaa! Łaaaaaaa!" Ale i to jeszcze nie koniec, bo artysta zaraz dodaje: "Po ślubie!" i... zamiast wrzasków mamy wśród publiczności pełną konsternację. Widziałem to kilkakrotnie, gdy tylko miałem okazję być na koncertach Davida Pierce'a i jego grupy No Longer Music.
 
W naszych czasach wiele uwagi poświęca się kwestii "bezpiecznego seksu". Mówi się o potrzebie zapobiegania AIDS, chorobom wenerycznym i... ciąży, jakby była ona czymś równie paskudnym i niebezpiecznym. Także w naszym kraju mówi się o potrzebie "edukacji seksualnej", która w gruncie rzeczy ma się ograniczać do: nie rób tego za wcześnie, a jeśli już robisz, to zabezpiecz się, by uniknąć kłopotów. Propagatorzy tej "edukacji" odrzucają tradycyjną moralność. Oni mówią: "to normalne, że młodzi chcą spróbować seksu i nie muszą czekać do małżeństwa", "większość ludzi ma wielu partnerów i jest to naturalne", "młodzi muszą zdobywać doświadczenie seksualne", "potrzeba znaleźć partnera, który będzie do nas seksualnie pasował, a to wymaga prób", "nie ma żadnego znaczenia, czy się robi to z kobietą, czy z mężczyzną - liczy się satysfakcja i uczucie"... Czyż to nie jest hipokryzja, że właśnie oni mówią o czymś takim jak "bezpieczny seks"?  A przecież to właśnie odrzucenie zasad moralnych doprowadziło do sytuacji, że seks wiąże się z ryzykiem! 
 
Nie ma lepszej recepty na "bezpieczny seks" niż Słowo Boże: "I stworzył Bóg człowieka na obraz swój. Na obraz Boga stworzył go. Jako mężczyznę i niewiastę stworzył ich.  I błogosławił im Bóg, i rzekł do nich Bóg: Rozradzajcie się i rozmnażajcie się, i napełniajcie ziemię..." (1. Księga Mojżeszowa 1, 27 - 28), "Dlatego opuści mąż ojca swego i matkę swoją i złączy się z żoną swoją, i staną się jednym ciałem" (1. Księga Mojżeszowa 2, 24), "Dobrze jest, jeżeli mężczyzna nie dotyka kobiety; jednak ze względu na niebezpieczeństwo wszeteczeństwa, niechaj każdy ma swoją żonę i każda niechaj ma własnego męża.  Mąż niechaj oddaje żonie, co jej się należy, podobnie i żona mężowi.  Nie żona rozporządza własnym ciałem, lecz mąż; podobnie nie mąż rozporządza własnym ciałem, lecz żona. Nie strońcie od współżycia z sobą, chyba za wspólną zgodą do pewnego czasu, aby oddać się modlitwie, a potem znowu podejmujcie współżycie, aby was szatan nie kusił z powodu niepowściągliwości waszej." (1. List do Koryntian 7, 1 - 5), "Małżeństwo niech będzie we czci u wszystkich, a łoże nieskalane; rozpustników bowiem i cudzołożników sądzić będzie Bóg" (List do Hebrajczyków 13, 4). Zbyt wiele czasu marnuje się na dyskusje o "zasadach bezpiecznego seksu" i "środkach zapobiegawczych", podczas gdy tak naprawdę potrzeba po prostu zwrócenia się do Boga. Jeśli będziemy żyć według jego reguł, będziemy bezpieczni. Niebezpieczeństwa związane z seksem zaczęły się, gdy człowiek "machnął ręką" na Boże zasady!

poniedziałek, 5 maja 2014

Czy "medycyna jest szatańska"?

"Erast pozostał w Koryncie, a chorego Trofima zostawiłem w Milecie" (2. List do Tymoteusza 4, 20)
Minęło już sporo czasu od publikacji tekstu "Bóg a medycyna", a jeszcze więcej od opisanej w nim dyskusji, i ponownie mam do czynienia z tym samym problemem. Pewien gorliwiec - imieniem Andrzej - zapytany publicznie o dobrodziejstwa medycyny, wybuchnął: "Komu jest potrzebna medycyna i jej wynalazki?" W jego opinii tym ludziom, którzy... nie wierzą w Boże uzdrowienie, a ten, kto chodzi do lekarzy, "odrzuca Słowo Boże" i dopuszcza się "złego uczynku" niewiary. Ba! medycynę przedstawia jako "dzieło szatana"! Oczywiście nie powołuje się na Słowo Boże, gdyż to, choć w wielu miejscach mówi o uzdrowieniach i nawołuje do modlitw o uzdrowienie i namaszczeń, nie zawiera w sobie ani pół wersetu, w którym by Bóg poprzez proroków, Jezusa lub uczniów, potępiał praktyki lekarskie i środki lecznicze! Takie przekonania nie są więc "wiarą biblijną", a zwykłą ludzką filozofią. Gorzej: ta często lansowana na "prawdziwą wiarę" - jak w wypowiedziach Andrzeja - nie są niczym innym, jak... religijnymi dogmatami! W świetle tych przekonań marna musiała być wiara Trofima skoro nie ozdrowiał i jeszcze marniejsza wiara Pawła, skoro go zostawił w Milecie, by spokojnie wracał do zdrowia!
 
Ta filozofia napotyka na dwa zasadnicze problemy. O pierwszym już wspomniałem: Słowo Boże nie mówi nic przeciwko lekarzom i farmacji. Drugi: ewangelista Łukasz... był lekarzem (o czym wspominałem już w tekście "Bóg a medycyna"), o czym wspomina Paweł: "Pozdrawia was Łukasz, kochany lekarz, i Demas" (List do Kolosan 4, 14) Pierwszą przeszkodę jakoś może łatwiej zignorować, powołując się na zapewnienia o uzdrowieniu wskutek wiary i modlitwy, na cuda, ale co zrobić z drugą? Mogło by się wydawać, że nie da się niczego zrobić, bo użyte słowo jest bardzo jasne i jednoznaczne i nie da się go powykręcać. "Argument" przeciwko medycynie i farmacji, jakiego użył Andrzej, mnie obezwładnił. Otóż, jego zdaniem, Łukasz był lekarzem najpóźniej do czasu, aż w dniu Pięćdziesiątnicy doświadczył zesłania Ducha Świętego, a potem zaprzestał praktyki lekarskiej! Oczywiście niczego takiego w Biblii nie znajdujemy. Znajdujemy tylko nazwanie go "lekarzem", i to w wiele lat po zesłaniu Ducha Świętego (a nawet nie wiemy, czy już wówczas Łukasz był uczniem Chrystusa)!

piątek, 2 maja 2014

Spirituals Singers Band

Z wielką przykrością przeczytałem wiadomość o tragicznym wypadku, jakiemu w okolicy Siedlec ulegli członkowie zespołu Spirituals Singers Band. W wyniku wypadku zmarł Włodzimierz Szomański - założyciel i lider zespołu, a siedem kolejnych osób odniosło poważne rany, w tym trzy osoby - jak podają media - walczą teraz o życie (módlmy się o nich!). Mam nadzieję, że pomimo tak wielkiej tragedii i straty, zespół będzie kontynuował działalność, choć bez pana Włodka z pewnością nie będzie już nigdy taki sam. 
 
Wiele osób dziś pyta: "A co to za zespół? Kto to Włodzimierz Szomański?" Nie mam tego za złe i nawet się specjalnie nie dziwię, gdyż byli bardziej znani np. w Niemczech, niż we własnym kraju. Włodzimierz Szomański i jego zespół to... początki muzyki gospel & negro spirituals w naszym kraju. Zaczynali długo przed tym, jak Polacy obejrzeli w kinach "Sister in act", zaskoczeni muzyką, którą można było usłyszeć w filmie i żywiołowością chóru zakonnic. Spirituals Singers Band powstał bowiem w 1978 roku. To także początki mojej fascynacji tą muzyką - jedno z pierwszych nagrań gospel (szeroko rozumianego), jakie pojawiły się na mojej półce to kaseta SSB, fragmenty koncertu z Wiesbaden (Niemcy), który możecie obejrzeć poniżej. Włodzimierz Szomański był też wybitnym pedagogiem i kompozytorem, uhonorowanym pod koniec ubiegłego roku Medalem Zasłużonego Kulturze "Gloria Artis", a jego największym dziełem była "Missa Gospel's" - projekt, lub może bardziej eksperyment, będący próbą adaptacji muzyki gospel do wymogów katolickiej liturgii mszalnej. Choć nie podzielam wiary katolickiej, doceniam piękno tej kompozycji.
 

niedziela, 27 kwietnia 2014

O kulcie świętych i prawdziwej świętości

Gdy piszę te słowa, już za kilka godzin wielu Polaków zasiądzie przed ekranami telewizorów, by śledzić uroczystość w Watykanie, podczas której papież Franciszek ogłosi świętymi dwóch swoich poprzedników - Jana XXIII i Jana Pawła II. Jak już pisałem wcześniej, od jakiegoś czasu media niesamowicie eksploatują ten temat. Tak, jakby ogłoszenie Jana Pawła II "świętym" miało mieć jakiś wpływ na życie naszego kraju, np. redukcję długu, ożywienie gospodarki, zmniejszenie bezrobocia, zmądrzenie ludzi, lepsze rządy, itp. Tysiące Polaków pojechało do Rzymu, a miliony zasiądą przed telewizorami, ale Polska będzie dokładnie taka sama po tym, jak była przedtem. Gdy Jan Paweł II konał, wiele mówiono o tym, jak ta śmierć "zmieniła" Polaków, jak wzrost religijności, jakie pojednanie - nic z tego nie zostało. Beatyfikacja, kanonizacja to tylko dodanie / zmiana tytułu przed imieniem, stosowana przez co bardziej pobożnych - bez żadnego znaczenia dla Polski. Jeden z moich znajomych, zdziwiony moim poirytowaniem z powodu przesadnej promocji osoby zmarłego w mediach, zwłaszcza w TVP, napisał: "Nasz papież został uznany świętym i teraz możemy modlić się do niego". W ramach "narodowych rekolekcji" warto więc być może sobie pewne kwestie wyjaśnić.

Święty - kto to taki? 

"...został uznany świętym..." - pisze mój znajomy. Otóż nikt w całym świecie nie ma od Boga nadanych uprawnień, by uznawać innego człowieka "świętym"! Apostoł Piotr przypomina nam Boże wezwanie: "Świętymi bądźcie, bo ja jestem święty" (1. List Piotra 1, 16). Słowo Boże w wielu miejscach zawiera wzmianki o ludziach nazywanych świętymi, a są to ludzie jak najbardziej żyjący, wyznawcy Chrystusa. Starczy przeczytać adresy listów apostoła Pawła: "Paweł, z woli Bożej apostoł Chrystusa Jezusa, do świętych w Efezie i wierzących w Chrystusa Jezusa" (List do Efezjan 1, 1), "Paweł i Tymoteusz, słudzy Chrystusa Jezusa, do wszystkich świętych w Chrystusie Jezusie, którzy są w Filippi wraz z biskupami i z diakonami" (List do Filipian 1, 1), "Paweł, z woli Bożej apostoł Chrystusa Jezusa, i Tymoteusz, brat, do świętych i wierzących braci w Chrystusie, którzy są w Kolosach" (List do Kolosan 1, 1 - 2). Ten sam Paweł, gdy stanął przed królem Agryppą, mówił: "...gdy otrzymałem pełnomocnictwo od arcykapłanów, wtrąciłem do więzienia wielu świętych, kiedy zaś skazywano ich na śmierć, ja głosowałem za tym..." (Dzieje Apostolskie 26, 10). Do Rzymian pisze: "A teraz idę do Jerozolimy z posługą dla świętych. Macedonia bowiem i Achaja postanowiły urządzić składkę na ubogich spośród świętych w Jerozolimie" (List do Rzymian 15, 25 - 26) i apeluje: "...wspierajcie świętych w potrzebach, okazujcie gościnność..." (List do Rzymian 12, 13). Do Koryntian pisze m.in.: "A proszę was, bracia: wiecie, że domownicy Stefana byli pierwszymi wyznawcami w Achai i że poświęcili się służbie dla świętych" (1. List do Koryntian 16, 15) - i nie ma wątpliwości, że mówi tu o posłudze tych ludzi dla Kościoła i jego członków! Do Filemona pisze: "Miałem bowiem wielką radość i pociechę z miłości twojej, ponieważ serca świętych przez ciebie, bracie, zostały pokrzepione" (List do Filemona 7, 7), a winnym liście: "Pozdrówcie wszystkich przewodników waszych i wszystkich świętych. Pozdrawiają was ci, którzy są z Italii" (List do Hebrajczyków 13, 24). To tylko przykłady - podobnych fragmentów jest znacznie więcej.

sobota, 26 kwietnia 2014

Wolność od... papiestwa racz nam wrócić Panie!

27 kwietnia 2014. Rzym. Kanonizacja naszego "wielkiego Rodaka", "papieża - Polaka"... Cała Polska to "bardzo przeżywa", bo - szczerze mówiąc - do "przeżywania" jesteśmy w zasadzie zmuszeni, czy chcemy, czy nie. Jest dla mnie jasne, że ogromnie przeżywają to katolicy - i szanuję ich prawo do tego. Nie podoba mi się jednak, że dzień po dniu wszyscy - wierzący i niewierzący, katolicy i niekatolicy - jesteśmy zewsząd dosłownie atakowani programami katolickimi i papieskim obliczem. Denerwuje mnie fakt, że dzień po dniu, włączając telewizję, zaraz widzę albo pierwsze wyjście Jana Pawła II na balkon bazyliki, albo papieża w Polsce, albo papieża w Afryce, albo papieża na wakacjach... Przoduje w tym TVP, jakby zapominając, że jest Telewizją Polską, a nie Katolicką Telewizją Polską. Byłem bliski załamania, gdy o papieżu i kanonizacji zaczęto mówić nawet w popularnym programie... "Jaka to melodia"! Gorzej było chyba tylko w 2005 roku, gdy w ten sam sposób narzucano nam smutek związany z papieskim umieraniem - Watykan i Watykan, papież i papież, i wszystko na smutno - żadnej weselszej nuty, żadnego pogodniejszego filmu, bo "tragedia narodowa", papież kona. Bardzo to przeżywałem, tak bardzo, że miałem... naprawdę serdecznie dosyć.
 
Nie mam absolutnie nic przeciwko temu, by w TVP, czy w innych stacjach, mówiono o Janie Pawle II i Kościele katolickim. Nie mam nic przeciwko temu, by transmitowano uroczystość kanonizacji - ba! uważam, że skoro był Polakiem, to TVP ma nie tylko prawo, ale nawet obowiązek to pokazać. Ja natomiast mam pełne prawo wyłączyć telewizor i np. iść w tym czasie na spacer. Nie mam nic przeciwko emisji jakiegoś filmu o nim, o jego życiu - dokumentalnego czy fabularnego. Ale codziennie? W ostatnich dniach, w godzinach największej oglądalności, starczyło włączyć TVP1, by zobaczyć JP2! A jak się kończyło na TVP1, to coś innego zaczynało się na TVP2! Niebawem w Polsce będziemy mieli inne wielkie wydarzenie: przyjeżdża pastor Franklin Graham i w Warszawie odbędzie się Festiwal Nadziei. Jednak o tym TVP nie informuje - ani żadna inna stacja - nie puszcza się filmów dokumentalnych z posługi Franklina Grahama, ani jego ojca, Billy'ego Grahama, nie usłyszymy z głośnika telewizora ich wcześniejszych kazań, ani nawet ich fragmentów, nie zapowiada się głośno tego wydarzenia. DLACZEGO? Pewnie z dokładnie tego samego powodu, dla którego raczej nie zobaczymy w TVP programów o tym, co dobrego dzieje się w Kościołach niekatolickich, a jeśli już, to w godzinach najmniejszej oglądalności (podczas, gdy Kościół katolicki ma regularnie wejścia "w szczycie"!) i bardzo rzadko nabożeństwa z któregoś z Kościołów ewangelicznych... Wyjątek stanowił serial dokumentalny "Byłem gangsterem" - pewnie ze względu na swą sensacyjność.

czwartek, 24 kwietnia 2014

Świat w wirze obłędu

"I stworzył Bóg człowieka na obraz swój. Na obraz Boga stworzył go. Jako mężczyznę i niewiastę stworzył ich.  I błogosławił im Bóg, i rzekł do nich Bóg: Rozradzajcie się i rozmnażajcie się, i napełniajcie ziemię, i czyńcie ją sobie poddaną; panujcie nad rybami morskimi i nad ptactwem niebios, i nad wszelkimi zwierzętami, które się poruszają po ziemi!" (1. Księga Mojżeszowa - tzw. "Rodzaju" - 1, 17 - 18)
Słowa te przyszły mi do głowy po przeczytaniu najświeższych wiadomości z Parlamentu: "Posłowie odrzucili dziś poselski projekt ustawy przewidujący wprowadzenie "wiedzy o seksualności człowieka" jako obowiązkowego przedmiotu w szkołach. (...) - To kolejna próba wprowadzenia przymusowej edukacji seksualnej jako leku na wszelkie bolączki - ocenił Dariusz Piontkowski (PiS). Jak podkreślał, autorzy projektu "próbują doprowadzić do czysto technicznego zapoznania dzieci z technikami seksualnymi" i dodał, że nie powinno to być w oderwaniu od edukowania o miłości i rodzinie. Zaznaczył, że taki przymus edukacyjny byłby ponadto sprzeczny z prawem rodziców do wychowania dzieci zgodnie ze swoimi poglądami, co gwarantuje Konstytucja RP" (źródło: Gazeta.pl) "Edukacja seksualna" jest jednym z tych tematów, które powracają wciąż i wciąż i o których można "swobodnie dyskutować", dopóki nie zacznie się mówić o nauce społecznej Kościoła katolickiego, tradycyjnych wartościach, Słowie Bożym. Taki zwrot w dyskusji sprawia, że "postępowcy" wpadają w furię. Dziwnym zbiegiem okoliczności te tematy powracające wciąż i wciąż to niemal zawsze kwestie moralne - obok "edukacji seksualnej" także "prawo" do aborcji, "tolerancja" dla homoseksualizmu ( i innych dewiacji), itd.

Gdybym kiedykolwiek miał dzieci, nigdy w życiu nie zgodziłbym się na to, aby w szkole słuchały o seksie. Zwłaszcza, że z pewnością nie byłaby to edukacja oparta na wartościach chrześcijańskich. Nikt by nie mówił, że współżycie jest zarezerwowane przez Boga dla małżeństw, że najpierw musi być miłość i zawarte małżeństwo, a potem "cała reszta". Ba! Ci, którzy tak bardzo chcą "edukacji seksualnej" w szkołach - jestem tego najzupełniej pewien - najgłośniej by wówczas protestowali, bo ich celem jest laicyzacja społeczeństwa i rozmycie wartości moralnych. Oni nigdy by się nie zgodzili na to, by w ramach szkolny zajęć mówiono o Bogu! Nawet gdyby ktoś spróbował zrobić osobne zajęcia dla dzieci z chrześcijańskich rodzin, oni chcieliby zapewne wypchnąć te zajęcia ze szkoły, tak samo jak chcą wypchnąć lekcje "religii" i powyrzucać krzyże. Ja zaś nigdy nie zgodziłbym się na udział własnych dzieci w takich zajęciach, gdyż nie wolno uczyć o seksie w oderwaniu od fundamentalnych wartości, nie przywiązując uwagi do tego, co na ten temat mówi Bóg!

Droga do nieba

"Lech Wałęsa w piątek rusza do Rzymu. W Wiecznym Mieście były prezydent ma serię komercyjnych spotkań, ale jak podkreśla, najważniejszym elementem wyjazdu będzie uczestnictwo w uroczystości kanonizacji Jana Pawła II. - To jest trzeci święty, którego znam – stwierdził Wałęsa mówiąc o kanonizacji Jana Pawła II. - Mam nadzieję, że będzie mi tam łatwiej po tamtej stronie mając trzech znajomych świętych. To jest Matka Teresa z Kalkuty, Popiełuszko no i teraz papież – dodał" (źródło: TVN24.pl)
 
Jeśli ktokolwiek tak wierzy, to bramy "nieba"... pozostaną przed nim zamknięte! Dlaczego? "Odpowiednie znajomości" mogą człowiekowi wiele w życiu ułatwić. Mogą pomóc załatwić jakąś sprawę, przyspieszyć coś, dostać dobrą pracę lub wysokie stanowisko... To W ŻYCIU! Ale z Bogiem tak się spraw nie da załatwić. Jest tylko jedna droga do nieba - nawrócenie i zbawienie, przyjaźń z Chrystusem. "Jezus, rzekł mu: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się kto nie narodzi na nowo, nie może ujrzeć Królestwa Bożego" (Ewangelia Jana 3, 3), "...jeśli przez upadek jednego człowieka umarło wielu, to daleko obfitsza okazała się dla wielu łaska Boża i dar przez łaskę jednego człowieka, Jezusa Chrystusa" (List do Rzymian 5, 15) "I nie ma w nikim innym zbawienia; albowiem nie ma żadnego innego imienia pod niebem, danego ludziom, przez które moglibyśmy być zbawieni" (Dzieje Apostolskie 4, 12) Ten, kto powierza sprawę swego zbawienia ludziom, nie będzie zbawiony. Ten, kto uczestniczy w kultach, zamiast przyjść pod krzyż Chrystusa, nie będzie zbawiony. Nikt dla nas "nieba" nie załatwi - z wyjątkiem Syna Bożego, gdy przyjdziemy do Niego ze skruszonym sercem.

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Taktyka diabła

"Jeśli świat was nienawidzi, wiedzcie, że mnie wpierw niż was znienawidził. Gdybyście byli ze świata, świat miłowałby to, co jest jego; że jednak ze świata nie jesteście, ale Ja was wybrałem ze świata, dlatego was świat nienawidzi. Wspomnijcie na słowo, które do was powiedziałem. Nie jest sługa większy nad pana swego. Jeśli mnie prześladowali i was prześladować będą; jeśli słowo moje zachowali i wasze zachowywać będą. A to wszystko uczynią wam dla imienia mego, bo nie znają tego, który mnie posłał" (Ewangelia Jana 15, 20 - 21)
Nigdy nie brakowało ludzi, którzy z pogardą odnosili się do Boga i do tych, którzy Jemu zawierzyli. Powód nienawiści zawsze był ten sam: ci ludzie stawali się inni. Gdy oddajesz życie Chrystusowi, twoje życie nigdy nie będzie już takie samo - w twoim życiu będzie manifestowała się potęga Boga, twoje życie stanie się świadectwem tego, że ON JEST. Szatana to wkurza. Ci, którzy zawierzyli Bogu, zaczynają też o Nim mówić, przekazywać innym, co Bóg dla nich uczynił o co Bóg ma do powiedzenia światu.  Szatan tego nienawidzi! Nie może tego ścierpieć! Za wszelką cenę pragnie zniszczyć Boże dzieło - najchętniej wymazałby Chrystusa z dziejów świata - lecz nie jest w stanie tego uczynić, i to potęguje jego wściekłość. Niektórzy ludzie, by rozładować negatywne emocje, walą w worek bokserski - to zapewne pomaga. Szatan natomiast nie ma pewnie w piekle takiego worka (żart) i podejmuje działanie - z wściekłością uderza w ludzi. Nie potrzebuje tego czynić osobiście (choć i takie bezpośrednie ataki demoniczne się zdarzają), bowiem ma na świecie aż nadto ludzi, którzy jemu służą - to poganie, ateiści i ludzie z pozoru tylko wierzący w Boga, zaangażowani w trzy wielkie siły religijno-ideologiczne, które stworzył, by okłamywać i niszczyć ludzi. 

Ci, którzy Jemu zawierzyli nigdy nie mieli lekko - prześladowali ich najpierw kapłani żydowscy, potem ginęli na arenach Rzymu, potem na stosach Inkwizycji... Bogu dziękować, że obecnie wielu może żyć spokojnie, ale pamiętajmy, że poganie i ateiści wciąż tępią chrześcijaństwo i mordują wyznawców - myśli moje biegną w tym momencie ku krajom islamskim, ku Chinom i Korei Północnej. To wcale nie znaczy, że w Europie czy Ameryce szatan nagle przestał działać. On działa nadal, lecz stosuje inną strategię - ośmieszanie wiary i tłamszenie chrześcijaństwa. Jeśli już pojawiają się prześladowania faktyczne, to najczęściej tam, gdzie diabłu udało się wprowadzić "tolerancję" dla homoseksualizmu i innych dewiacji. Niepokoić powinien szerzący się islam, który obok ateizmu i homo-ideologii jest najbardziej antychrześcijańską siłą. Szatan działa obecnie jednak głównie przez ludzi, którzy są nie tyle ateistami, co antyteistami, aktywnie walczącymi z Bogiem i plującymi na każdego, kto wierzy. Może nie giniemy dziś w paszczach lwów, ani w ogniu, ale słowa Jezusa są dziś tak samo aktualne, jak w ciągu tych wszystkich wieków! To, że diabeł - być może chwilowo tylko - zmienił metody działania, to nie znaczy, że "odpuścił".

piątek, 18 kwietnia 2014

O Kościele... obrzydliwym

Są takie chwile, gdy przeżywam zwątpienie, kryzys wiary - nie w istnienie Boga jednak i nie w prawdziwość Słowa Bożego, lecz w Kościół. Bóg jest dobry i doskonały, ale Kościół nie jest tak dobry i na pewni nie jest doskonały, bo w nim jesteśmy my, ludzie - wiara w Boga, nawet żarliwa i szczera, nie czyni nas doskonałymi, ani odpornymi na złe wpływy, na podszepty szatana.  Boli mnie ogromnie, gdy widzę diabelskie infekcje w Kościele. My, ewangelicznie wierzący, czasem mówimy o bałwochwalstwie w Kościele katolickim, lecz sami mamy nie mniejszy problem, a jest nim niesprawiedliwość i brak miłości bliźniego.

Bardzo mnie dotknęło w ostatnim czasie, gdy ktoś (anonimowo!) umieścił na Facebooku zdjęcie Josepha Ratzingera - Benedykta XVI (obraz powyżej). Na podstawie tego zdjęcia oskarżono go o... satanizm. Gest, jaki oburącz wykonuje na tym zdjęciu "B16", zinterpretowany został jako "manus cornuta" ("rogata dłoń") symbol szatana. Tymczasem jest to zupełnie inny gest: ILY - "I Love You", jeden ze znaków ASL. Od "manus cornuta" różni się nieznacznie, ale w sposób zasadniczy, ułożeniem kciuka.  Niektórzy uważają, że ILY wywodzi się od "manus cornuta", tymczasem ILY jest znakiem stworzonym na początku XX wieku, a "manus cornuta" jest elementem pop-satanizmu 2 poł. XX wieku! Gdy próbowałem to wyjaśnić, zrobiła się awantura, a ja zostałem oskarżony o... satanizm!

Jeden z faryzeuszy pewnego dnia zapytał Jezusa o to, które przykazanie jest najważniejsze. On zaś odpowiedział: "Będziesz miłował Pana, Boga swego, z całego serca swego i z całej duszy swojej, i z całej myśli swojej. To jest największe i pierwsze przykazanie. A drugie podobne temu: Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się cały zakon i prorocy" (Ewangelia Mateusza 22, 37 - 41). Z tym pierwszym - "Będziesz miłował Pana, Boga swego..." - zdało by się, że nie mamy w Kościele większego problemu, lecz z drugim - tym o miłości bliźniego - niestety bardzo często. Apostoł Jan jednak pisze: "Jeśli kto mówi: Miłuję Boga, a nienawidzi brata swego, kłamcą jest; albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi" (1. List Jana 4, 20). Miłość jest jednym z tych dobrych owoców, które powinno przynosić w naszym życiu nawrócenie. Jeśli więc w życiu społeczności Kościoła, lub chrześcijanina, brak jest miłości, jest to przejaw duchowego kryzysu.

niedziela, 30 marca 2014

Wiosenne uwielbienie

"Wszystko, co żyje, niech chwali Pana! Alleluja" (Psalm 150, 6 - tłum. "Biblia Tysiąclecia")
Wybrałem się wczoraj nad leśne jezioro - cudowne miejsce, jakie odkryłem kilka tygodni temu. Jeszcze nie tak dawno było nad nim niemal zupełnie cicho - od czasu do czasu tylko odzywał się jakiś ptak. Teraz przez cały czas świergotały ptaki najróżniejszych gatunków, czasem podrywając się z gałęzi, by przelecieć na inne drzewo - niemal wszystkie parami. Gdzieś z daleka odezwały się nawet żurawie! Jeziorko zaroiło się od żab i ropuch. Wśród "bazi" jakichś nabrzeżnych krzaków buszowały trzmiele.

Jakże wielkim cudem jest to całe życie! Cudem jest także to, że możemy to oglądać i słyszeć. Na co dzień nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo złożone i skomplikowane są wszystkie te mechanizmy, które są w przyrodzie, każdy z organizmów. To, że ptak śpiewa i fruwa, że rośliny wypuszczają pąki, że mamy oczy, by to widzieć i uszy, by słyszeć... Za tym wszystkim kryją się... technologie, które stworzył Bóg. We wszystkim tym są mechanizmy i procesy, które najzwyczajniej w świecie nie mogły się pojawić same. Wszystko ostało stworzone i zaprogramowane!

Są ludzie, którzy domagają się od wierzących: "udowodnij, że Bóg istnieje!" Często podkreślają, że swoje przekonania opierają na "nauce", a w świetle nauki... "nie ma żadnego boga", wszelkie wierzenia "to tylko mity". Wiara w Boga jest - ich zdaniem - nie tylko nienaukowa, lecz sprzeczna z rozumem. To prawda, że nie da się w "sposób naukowy" opisać Boga o udowodnić jego istnienie. Nie da się bezpośrednio - natomiast mamy pośrednie dowody Jego istnienia. Jest to... cały otaczający nas świat! To fruwające w powietrzu ptaki, pływające ryby i żaby, rośliny wypuszczające liście i kwiaty... Wszystko to może wydawać się proste i naturalne, ale gdy przyglądamy się temu bliżej, gdy badamy konstrukcję, gdy wnikamy do wnętrza komórek, staje się jasne, że mamy do czynienia z... inżynierią na najwyższym poziomie! Niewierzący mówią coś o "ewolucji", o "siłach natury", o "nauce". Nauka! Gdy przyglądamy się tak blisko wszelkiemu stworzeniu, widzimy systemy, których ewolucja nie mogła wykształcić, gdyż nie w pełni wykształcone, nie funkcjonowałyby wcale. Naukowcy mówią: "No jakoś się to jednak musiało wykształcić, ale nie wiemy jeszcze jak" - i tkwią wciąż w tym samym "punkcie". To "punkt", w którym albo człowiek uzna z pokorą istnienie Boga, albo będzie w nim trwał wiecznie, uparcie przecząc Jego istnieniu.

Jeśli naukę oddzielamy od wiary, nigdy nie pojmiemy tego, co widzimy wokół. Nigdy nie znajdziemy odpowiedzi na wszystkie pytania, jeśli będziemy odrzucać istnienie Boga. Nauka (rozum) i wiara nie są sobie przeciwstawne, lecz doskonale się uzupełniają. Gdy odrzucimy naukę (rozum), albo gdy odrzucimy wiarę, to jest tak, jakbyśmy próbowali chodzić tylko na jednej nodze! Bóg dał nam zdolność do tego, byśmy - korzystając z rozumu - potrafili badać, analizować i w końcu zrozumieli, że... On jest! W tym momencie istnienie Boga przestaje być kwestią tylko wiary, a staje się logicznym wnioskiem! Wszystko, co żyje, wychwala Pana - choć bez rozumu - gdyż Bóg to stworzył na swoją chwałę. I tylko człowiek - posiadając rozum - potrafi... nie dostrzegać - wbrew rozumowi! - tych wszystkich cudowności i mówić: "Boga nie ma!"

Stając przed takim pięknem nie mogę nie podziwiać kunsztu Tego, który je stworzył, tak, jak stając przed wspaniałym obrazem nie mogę zapomnieć i talencie artysty, który go namalował. Nie mogę wątpić w jego istnienie - tak samo, jak patrząc na "Ostatnią Wieczerzę", nie mogę wątpić, że żył kiedyś mistrz Leonardo. Nie mogę Go nie uwielbiać. Nie mogę nie oddać Bogu chwały, spoglądając na ptaki, żaby i pąki na drzewach - bo On w tym wszystkim zostawił "odcisk swoich palców"!

poniedziałek, 24 marca 2014

Kogo widział Jezus z krzyża?

"A szła za nim liczna rzesza ludu i niewiast, które biadały i płakały nad nim. Jezus zaś, zwróciwszy się do nich, rzekł: Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade mną; lecz płaczcie nad sobą i nad dziećmi swoimi..." (Ewangelia Łukasza 23, 27 - 28)
Miałem wczoraj przyjemność wysłuchać koncertu pieśni wielkopostnych... "Przyjemność" - to może dziwnie brzmieć w kontekście pieśni, które są w gruncie rzeczy poetyckimi opisami najbardziej bolesnych scen z Ewangelii. Owa przyjemność wynika z dobrego wykonania przez ciekawego artystę, niebanalnych aranżacji, ciekawego miejsca i - nade wszystko - z przemyśleń, do których pieśni te skłaniają.

Nie jestem zwolennikiem "duchowości pasyjnej", tak bardzo katolickiej. Wieczne rozpamiętywanie męki Chrystusa, "drogi krzyżowe", "misteria męki pańskiej", "wielkie posty", copiątkowe wspominanie (pamiętam oburzenie pewnej zakonnicy, gdy w piątek jako młodzi ludzie spędzaliśmy czas przy muzyce, na tańcach i zabawach) czy krzyż z "pasyjką" (tj. figurą umęczonego Chrystusa) to zdecydowanie "nie moje klimaty". Nim napiszę o tym coś więcej, musimy sobie coś wyjaśnić.

Znaczenie Gologoty

Nie wątpię, że to, co wydarzyło się na Golgocie, jest najważniejszym wydarzeniem w dziejach świata. W całej historii ludzkości zapisało się wiele zdarzeń o dużym znaczeniu, które mają daleki wpływ. Może nie zawsze sobie to uświadamiamy, ale na naszą sytuację wciąż ma wpływ nie tylko pół wieku komunizmu, ale II wojna światowa, a nawet zabory. Wiele się jeszcze może wydarzyć, lub dzieje się dosłownie na naszych oczach, a jeszcze nie jesteśmy świadomi. To nie są tylko złe wydarzenia, to także dobre - choć złe zazwyczaj łatwiej dostrzegamy i odczuwamy. Historycy analizują to, co się zdarzyło i pokazują konsekwencje - czasem ukazując takie powiązania zdarzeń, których my nie jesteśmy nawet świadomi. Czasem próbują także pokazać, jakby wyglądał świat, gdyby do pewnych zdarzeń nie doszło, gdyby historia się potoczyła inaczej. Dziś - na przykład - patrzymy na Rosję i Ukrainę i zastanawiamy się, jak to, co się dzieje, wpłynie na losy ludzi i świata. Wszystko to jednak nie ma żadnego znaczenia, blednie wobec Golgoty!

środa, 12 marca 2014

O zmienianiu krwi na złoto

"Nikt nie może lojalnie służyć dwóm panom. Bo albo jednego będzie nienawidził, a drugiego polubi, albo na odwrót – pierwszemu będzie okazywał przywiązanie, a drugim wzgardzi. Nie możecie równocześnie żyć dla Boga i dla pieniędzy." (Ewangelia Łukasza 16, 13 - tłum. "Słowo Życia")
W naszym jakże katolickim kraju wiele się mówi o bogactwie Kościoła katolickiego, o pazerności księży, o plebaniach przypominających pałace, o limuzynach biskupich... Wiele w tym jest, niestety, prawdy. Samochody biskupów to przegląd najlepszych marek i modeli, a niektórzy zwykli księża próbują również biskupom dorównać. Bogactwo Kościoła katolickiego nie jest tajemnicą, choć chyba nikt spoza Kościoła nie wie jaki dokładnie jest to majątek. Wiemy o księżach bardzo bogatych - choć może daleko im do najbogatszych Polaków. 

Sam mógłbym wskazać plebanie, w których byłem, przypominające wewnątrz pałace i parafie, gdzie posługa księdza jest za "co łaska, ale nie mniej, niż...." Z drugiej zaś strony znam wspaniałych księży, którzy są gotowi do służby w każdej potrzebie i nie pytają o pieniądze, którzy żyją nadzwyczaj skromnie, którzy raczej z własnej kieszeni dadzą biedakowi, niż będą od niego czegoś chcieli... Znam nawet takiego, który, mając bardzo biednych parafian, sprzedał własny samochód, by pozyskać pieniądze na niezbędną inwestycję, zabezpieczenie kościoła! I dobrze się stało, że jeden z takich stał się przywódcą wszystkich katolików choć nie sądzę, by udało mu się przemienić cały swój Kościół. Nie wolno nam generalizować i z powodu chciwości i życia w przepychu jednych, oskarżać o to wszystkich - czyniąc tak, a jeszcze tym bardziej tak przedstawiając Kościół katolicki, sami popadamy w grzech. Duch Święty podpowiada: "...nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni, i nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni..." (Ewangelia Łukasza 6, 37), "Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Albowiem jakim sądem sądzicie, takim was osądzą, i jaką miarą mierzycie, taką i wam odmierzą" (Ewangelia Mateusza 7, 1 - 2),  "Nie sądźcie z pozoru, ale sądźcie sprawiedliwie" (Ewangelia Jana 7, 24). Bóg nie poleca nam, byśmy udawali, że nie widzimy grzechów, lecz powołuje nas do napominania i nawoływania do nawrócenia, nie do osądzania i potępiania człowieka. Na pewno też winą niektórych nie wolno nam obarczać wszystkich - choć wolno nam i potrzeba mówić o winach systemu.

poniedziałek, 10 marca 2014

Majowie wybierają Chrystusa

"Powiadam wam: Większa będzie radość w niebie z jednego grzesznika, który się upamięta, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują upamiętania" (Ewangelia Łukasza 15, 7)
"Majowie wybierają Chrystusa. Chcą zostać chrześcijanami po obejrzeniu filmu. Ponad 400 osób zdecydowało się zostać chrześcijanami po obejrzeniu filmu „Jezus”. Pokaz odbywał się przez trzy noce na Półwyspie Jukatan w trzech różnych wioskach. Erick Schenkel, dyrektor wykonawczy The Jesus Film Project, który współpracował z organizacją The Message for Mayans (Orędzie dla Majów), w trakcie tej krótkiej podróży wyświetlił także „Historię Jezusa dla dzieci” i „Magdalenę”. O swoich doświadczeniach z pobytu na Półwyspie Jukatan podzielił się na swoim blogu. Filmy prezentowane były w języku Majów i przyciągały od 250 do 500 mieszkańców każdej nocy. – Byliśmy szczególnie poruszeni trzeciej nocy przez dwie małe, pomarszczone, starsze panie, które siedziały w pierwszym rzędzie tuż za dziećmi. Obie zachwyciły się filmem, gdy tylko usłyszały, że aktorzy mówią w ich ojczystym języku. Kiedy Jezus został aresztowany, obie panie wychyliły się do przodu, intensywnie wpatrywały się w ekran, a swoim dłońmi zakryły usta – pisze Schenkel. – Także dzieci siedziały cicho, miały otwarte usta, brwi ściągnięte w niepokoju. Gdy Jezus został przybity do krzyża, wszyscy wstrzymali oddech – dodaje. Po wyświetleniu filmu obie panie, a także połowa wioski zdecydowała się pójść krok dalej – zacząć się modlić i przyjąć Jezusa, jako Pana i Zbawiciela." (źródło: Gość.pl)

Aniołowie w niebie bezustannie wychwalają Pana. Jednak gdy na ziemi dzieją się takie rzeczy, w niebie się czyni zapewne "nieziemski" (zaiste!) rejwach. Skoro jeden nawrócony może być powodem radości, to cóż się dzieje, gdy jest ich tak wielu? Jestem realistą, który choć może "z głową w chmurach", to jednak nogami "chodzi po ziemi", i zdaję sobie sprawę z tego, że być może nie wszystkie z tych 400 serc uległy rzeczywistej przemianie... Bo deklaracja to nie nawrócenie, to tylko deklaracja. Nawet chrzest nie dowodzi jeszcze nawrócenia i zbawienia. Część ludzi pod wpływem emocji mówi wprawdzie "tak", ale potem wraca do dawnego życia. Raduję się jednak, bo wierzę, że przynajmniej niektórzy z tych 400 przeżyli realne nawrócenie - choćby nawet tylko co drugi lub co piąty, lub choćby tylko kilku, to już jest powód do radości, bo to oznacza, że Królestwo Boże się rozrasta!

Film "Jezus" powstał w 1979 roku. Choć postać Jezusa pojawia się w wielu filmach, ten jest jednak bardzo szczególny. Dołożono wszelkich starań, by jak najwierniej przekazać Ewangelię, a przy tym równie wiernie zobrazować życie Chrystusa. Ideą jest przede wszystkim to, żeby Chrystus "przemawiał do ludzi" w tym filmie w ich własnym języku - jak dotąd dokonano tłumaczeń na ponad 1200 języków i dialektów! Wśród nich jest także język polski (film możesz obejrzeć poniżej). Ta ogromna praca przynosi niezmiennie, od wielu, wielu lat, wspaniałe owoce - tak, jak to opisano powyżej.


niedziela, 9 marca 2014

Coś więcej, niż znak...

Choć w życiu chrześcijańskim nie odgrywa żadnego znaczenia, czy się nosi krzyżyk na szyi, czy nie, osobiście lubię, gdy ludzie, którzy wierzą, mają ten element. Nie chodzi o to, żeby robić coś "na pokaz" (niektórzy, niestety, tak postępują, żeby tylko pokazać swoje "chrześcijaństwo"), ale swego rodzaju jako "identyfikator". Nie jest ważna forma krzyża. Mój krzyżyk - który kocham - to wzór sprzed około 1000 lat. W swej formie jest to "krzyż celtycki", z charakterystycznym okręgiem. Wzór, który na nim widzimy, to tzw. "splot łańcuchowy" (tzw. styl borre), charakterystyczny dla sztuki wikińskiej. Jest więc to krzyżyk celtycko - wikiński. Krzyżyk mój prawdopodobnie pochodzi więc z wyspy Mann, gdzie zetknęły się obie te kultury.

Okrąg w kulturze celtyckiej jest - jak się dowiedziałem swego czasu - symbolem światłości, słońca. Krzyż celtycki jest symbolem, który mówi przede wszystkim: "Jezus Chrystus - światłość świata". Jakiś cas temu przeczytałem interesującą książkę popularno - naukową, w której przedstawiono tezę, że w krzyż celtycki wpisany jest też znak świata i jego czterech stron - okrąg z wpisanym w niego krzyżem równoramiennym (znak ten oparty jest na starożytnym instrumencie nawigacyjnym, który umożliwiał żeglugę oceaniczną, a w naszych czasach został on odtworzony). Oznacza to dla mnie więc także: "Jezus Chrystus - Pan świata" (zaznaczam jednak, że jest to moja własne interpretacja). Dziś natomiast dowiedziałem się, jak pięknie - z użyciem tego krzyża - można zobrazować życie chrześcijańskie.

Środek krzyża symbolizuje Jezusa: "Z Chrystusem jestem ukrzyżowany; żyję więc już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus; a obecne życie moje w ciele jest życiem w wierze w Syna Bożego, który mnie umiłował i wydał samego siebie za mnie" (List do Galatów 2, 20). Okrąg to życie i działanie posłusznego Bogu chrześcijanina, którego "filarami" są: MODLITWA - "Proście, a będzie wam dane, szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam" (Ewangelia Mateusza 7, 7); SŁOWO - "I ponieważ od dzieciństwa znasz Pisma święte, które cię mogą obdarzyć mądrością ku zbawieniu przez wiarę w Jezusa Chrystusa. Całe Pismo przez Boga jest natchnione i pożyteczne do nauki, do wykrywania błędów, do poprawy, do wychowywania w sprawiedliwości, aby człowiek Boży był doskonały, do wszelkiego dobrego dzieła przygotowany" (2. List do Tymoteusza 3, 15 - 17); UWIELBIENIE - "...i baczmy jedni na drugich w celu pobudzenia się do miłości i dobrych uczynków, nie opuszczając wspólnych zebrań naszych, jak to jest u niektórych w zwyczaju, lecz dodając sobie otuchy, a to tym bardziej, im lepiej widzicie, że się ten dzień przybliża" (List do Hebrajczyków 10, 24 - 25), ŚWIADECTWO - "I rzekł do nich: Pójdźcie za mną, a zrobię was rybakami ludzi!" (Ewangelia Mateusza 4, 19). Opieram się w tym na materiałach Billi Graham Evengelistic Association.

Jakże wiele wspaniałych treści można przekazać poprzez znak celtyckiego krzyża! Mój krzyżyk zawsze był dla mnie ważny i ciekawy, a teraz stał się jeszcze ciekawszym. To coś więcej, niż znak - to też doskonałe narzędzie dla ewangelizacji!

sobota, 8 marca 2014

Spotkajmy się u źródła!

„Jeśli chrześcijanie ignorują wezwanie do jedności ze strony Pana, narażają się na to, że zignorują Jego samego i zbawienie, które On daje za pośrednictwem swego ciała, Kościoła” - powiedział zwierzchnik Kościoła katolickiego na spotkaniu z przedstawicielami Światowej Rady Kościołów (Gość.pl). A ja się pytam: jeśli tak bardzo pragną jedności, to dlaczego tak mało czynią, by ją osiągnąć? Droga do jedności w zasadzie jest prosta, a problemem jest "tylko" wizja jedności.

Jedność chrześcijan może opierać się tylko na bazie Prawdy, na bazie Ewangelii. Nie ma innej drogi do jedności, jak tylko Słowo Boże i naprostowywanie do niego swoich nauk, odrzucenia tego, co nie jest zgodne ze Słowem Bożym i czerpania z jednego, doskonałego i czystego źródła Ewangelii. U tego źródła jest "miejsce" spotkania, przy którym zgromadziło się wielu chrześcijan i każdy jest tam mile widziany. Tym, którzy tam doszli jest w tym "miejscu" tak dobrze, tak "błogo", że pragną, by przyszło jak najwięcej kolejnych. Wielu ludzi niesie jednak w sobie wielki ładunek, który nie mieści się na drodze, która prowadzi na to "miejsce" spotkania. To bagaż przekonań, wierzeń i praktyk (własnych lub narzuconych / nakazanych), nauk ludzkich (niektóre dziś są już tak stare, że mylnie uważa się je za "apostolskie", niektóre nowe przedstawiane jako "prastare" i "apostolskie", niektóre zaś - tak w katolicyzmie, jak i w protestantyzmie - są zupełnie nowomodne) i zwyczajów przejętych po przodkach i kultywowanych bez zastanowienia i choćby próby spojrzenia na nie przez pryzmat Słowa Bożego. To wszystko trzeba zostawić, jeśli chce się dojść do tego "miejsca" spotkania "u źródła", i po prostu pójść za Jezusem.

Nie jestem człowiekiem naiwnym i wiem doskonale zarówno to, jak Kościół katolicki rozumie "jedność", jak również to, że to własny Kościół katolicy i ich przywódcy uważają za "ciało Chrystusa". "Jedność" - czego wcale nie kryją - ma polegać na tym, by wszyscy inni powracali do niego. Należę do Kościoła Chrystusowego, pierwotnego, prawdziwie powszechnego, istniejącego od 2000 lat. Początek Kościoła katolickiego - instytucji religijnej - to IV wiek. Wówczas pojawia się papiestwo i stopniowo także typowo katolickie nauki i praktyki. Kto więc gdzie powinien powracać? Trzeba tylko wracać do źródła, do Ewangelii, a tam znajdziemy jedność!

czwartek, 6 marca 2014

Czy modlitwa ma sens?

"Wielką moc posiada usilna modlitwa sprawiedliwego" (List Jakuba 5, 16)
Tymi słowami obudził mnie Pan przed kilkoma dniami... Obudził mnie bardzo dosłownie, gdyż "ni z tego ni z owego" po prostu mi się przyśniły o świcie i we śnie zacząłem je rozważać. Sen, oczywiście zaraz uleciał. Obudziłem się w realnym świecie - mniej więcej o 4.00 nad ranem - i rozmyślałem dalej. Słowa te wracały do mnie praktycznie przez cały dzień. Dlaczego? Być może dlatego, że w ostatnim czasie tak często słyszałem od wielu ludzi, że modlitwa nie ma sensu, że zamiast się modlić, lepiej jest zrobić coś konkretnego dla ludzi. Trudno mi pojąć ludzi, którzy uważają, że chrześcijanie mogliby robić więcej dobrego, gdyby... "przestali tracić czas na modlitwę". Gdziekolwiek się coś dzieje na świecie, możemy zobaczyć od razu chrześcijan "na pierwszej linii frontu" - niosących pomoc, wsparcie, pociechę. Gdy gdzieś są trzęsienie ziemi, gdy gdzieś się toczą wojny, lub - jak ostatnio na Ukrainie - dochodzi do rewolucji i walk ulicznych... Wszędzie można spotkać chrześcijan, którzy modlą się, opatrują rany, obejmują płaczących, płaczą nad zabitymi, rozdają jedzenie, koce, namioty - co gdzie aktualnie jest potrzebne. Jeśli tak działają, to dzięki temu, że są zakorzenieni w Bogu, karmią się Słowem Bożym i modlą się. Modlitwę można przyrównać do krwi - tak, jak krew utrzymuje życie ciała, tak modlitwa utrzymuje nasze życie duchowe. Nie ma chrześcijanina, bez modlitwy i nie byłoby tak wielkiego zaangażowania charytatywnego chrześcijan, gdyby nie modlitwa.

Czyny - dobro, które możemy ofiarować innym - są bez wątpienia ważne, ale dla Boga mają znaczenie tylko wówczas, gdy wynikają z wiary. Dobre uczynki - innymi słowy: okazywanie miłosierdzia - są ważnym elementem i świadectwem naszej wiary. "Nad tym, który nie okazał miłosierdzia, odbywa się sąd bez miłosierdzia, miłosierdzie góruje nad sądem. Cóż to pomoże, bracia moi, jeśli ktoś mówi, że ma wiarę, a nie ma uczynków? Czy wiara może go zbawić? Jeśli brat albo siostra nie mają się w co przyodziać i brakuje im powszedniego chleba, a ktoś z was powiedziałby im: Idźcie w pokoju, ogrzejcie się i nasyćcie, a nie dalibyście im tego, czego ciało potrzebuje, cóż to pomoże? Tak i wiara, jeżeli nie ma uczynków, martwa jest sama w sobie. (...) Widzicie, że człowiek bywa usprawiedliwiony z uczynków, a nie jedynie z wiary" (List Jakuba 2, 13 - 17 i 24). Dzięki uczynkom nijak nie możemy być zbawieni, ale one są owocem wiary, która nas zbawia. A nie ma wiary, tam gdzie nie ma modlitwy! Jakże więc ktoś może mówić, że czyny są bardziej potrzebne, niż modlitwa?

Odpowiedzialność

"Nie wolno ci mordować" (2. Księga Mojżeszowa - tzw. "Wyjścia" 20, 13 - tłum. Tora Pardes Lauder)
Bardzo podoba mi się najnowsza prowokacja kogoś / czegoś, kto / co kryje się pod nazwą "Ruch Higieny Moralnej". Cenię sobie mądre i dające do myślenia akcje prowokacyjne, a jeśli do tego jest odrobina humoru, to tym lepiej.

Seks nie jest dla ludzkiej rozrywki. Słowo Boże mówi: "A wreszcie rzekł Bóg: Uczyńmy człowieka a Nasz obraz, podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi! Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę. Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną..." (1. Księga Mojżeszowa - tzw. "Rodzaju" - 1, 26 - 28 - tłum. "Biblia Tysiąclecia"). I temu służy współżycie seksualne. A że Bóg dodał do niego też przyjemność dla człowieka, to chyba po to, by realizacja Bożego błogosławieństwa, będącego zarazem poleceniem była realizowana z radością, i by ziemia zapełniała się ludźmi. 

Niestety, wielu ludzi traktuje seks jako rozrywkę, jako chwilę przyjemności - lekceważąc sobie całkowicie instrukcje życiowe i moralne Stworzyciela, niezgodnie z przeznaczeniem tej funkcji naszych ciał. Współżycie, oczywiście, nie zawsze prowadzi do zapłodnienia i... Słowo Boże wcale na nas nie nakłada takiego obowiązku. Bóg dał człowiekowi rozum, a człowiek, który używa rozumu, potrafi zapanować nad żądzami, a dzięki wiedzy także nad rozmnażaniem. Człowiek rozumny jest także odpowiedzialny i powinien zdawać sobie sprawę z konsekwencji własnych czynów. Odpowiedzialność jest jednym z przejawów mentalnej dojrzałości. Bóg dał człowiekowi seks i powiedział, jak go używać, a szatan poprowadził człowieka w otchłań grzechu, dał rozwiązłość i podpowiedział jak radzić sobie z "problemem", który może się wskutek tego pojawić. 

piątek, 28 lutego 2014

Otwarta droga

"Albowiem tak Bóg umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał, aby każdy, kto weń wierzy, nie zginął, ale miał żywot wieczny" (Ewangelia Jana 3, 16)
Niektórzy ludzie wierzą, że niebo jest dla tych, którzy będą pełnić dobre uczynki. Są przekonani, że Bóg będzie patrzył na ilość dobra, jakie będzie w naszym życiu, więc powinniśmy się bardzo starać, by tego dobra zgromadzić jak najwięcej, by Bogu się spodobać.

Gdybyśmy mogli wejść do nieba na podstawie własnych dobrych uczynków, nie potrzebowalibyśmy Zbawiciela! Nasze dobre uczynki mają dla Boga znaczenie - bowiem są świadectwem wiary i miłości - ale nie są "biletem do nieba". Choć dla wielu jest to szok, nie wystarczy być dobrym i przyzwoitym człowiekiem, by zostać zbawionym. Miliarder może rozdać cały swój majątek potrzebującym, a mimo to zostać odrzuconym, jeśli jego gest nie wypływał z wiary, jeśli nie nawrócił się i nie poszedł za Chrystusem. "Biletem do nieba" dla nas jest krzyż Chrystusa, nie nasze starania, nasze uczynki. Nie jesteśmy w stanie o własnych siłach iść do nieba, a też nie musimy zabiegać o zbawienie. "Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę. A to pochodzi nie od was, lecz jest darem Boga..." (List do Efezjan 2, 8 - tłum. Biblia Tysiąclecia). Droga do nieba jest dla nas otwarta i Przewodnik, który tą drogę dla nas sam otworzył, czeka, by każdego chętnego nią przeprowadzić. Wyciąga On rękę do każdego i przyzywa: "Zostaw wszystko i zaraz chodź za Mną!"

Jedność - na fundamencie Ewangelii

"Napominam was tedy ja, więzień w Panu, abyście postępowali, jak przystoi na powołanie wasze, z wszelką pokorą i łagodnością, z cierpliwością, znosząc jedni drugich w miłości, starając się zachować jedność Ducha w spójni pokoju: jedno ciało i jeden Duch, jak też powołani jesteście do jednej nadziei, która należy do waszego powołania; jeden Pan, jedna wiara, jeden chrzest; jeden Bóg i Ojciec wszystkich, który jest ponad wszystkimi, przez wszystkich i we wszystkich." (List do Efezjan 4, 1 - 6)
W ostatnich dniach "przebojem internetu" stało się papieskie przesłanie do uczestników zgromadzenia zorganizowanego przez charyzmatycznego amerykańskiego teleewangelistę Kennetha Copelanda. Nagrane zostało przez anglikańskiego (episkopalnego) biskupa, którego słowa cytuje "Gość Niedzielny": "Jak może istnieć kościół protestancki, skoro protest Lutra się skończył? Czas abyśmy stali się katolikami". Katolicy bardzo często nawołują do jedności - ma być to jednak jedność bardzo konkretna, w Kościele katolickim. Kościół katolicki uprawia przy tym aktywny prozelityzm, podczas gdy za to potępiane są przez duchownych katolickich Kościoły ewangeliczne ("dobrze, gdy Kali ukraść krowę, źle gdy Kalemu ukraść krowę"?). Watykan umiejętnie wykorzystał w ostatnich latach kryzys w Kościele anglikańskim, przeciągając duchownych i wiernych, tworząc dla nich specjalny "ordynariat". Teraz na celowniku znaleźli się charyzmatycy. Nie zdziwiłbym się, gdyby w najbliższym czasie Watykan i dla nich utworzył jakiś "ordynariat" i zachęcał do przejścia.

Tym, co mnie zastanawia jest fakt, że jak dotąd wielu katolików naigrywało się z Kościołów ewangelicznych, pokazując szaleństwa niektórych "charyzmatyków" i krytykując "ewangelię sukcesu". W tym osądzie całego chrześcijaństwa ewangelicznego na podstawie tych wynaturzeń, nie przeszkadzał wcale fakt, że większość ewangelicznych chrześcijan się od tego odcina i nazywa zwiedzeniem. Teraz czytam zaś słowa pełne nadziei na zjednoczenie i nikt jakoś nie widzi tego, że Kenneth Copeland to nie tradycyjny, stateczny zielonoświątkowiec, lecz właśnie reprezentant ruchu charyzmańskiego, nie charyzmatycznego, i "ewangelii sukcesu"! Czyżby to nagle przestało być ważne, gdy pojawiła się nadzieja, że może on poprowadzi swych sympatyków do Kościoła katolickiego? Myślę, że słuszne jest spostrzeżenie sceptyków, że wielu charyzmatyków ma skłonności do jednania się z Kościołem katolickim, do wspólnego przeżywania uniesień i całkowitego ignorowania poważnych rozbieżności pomiędzy naukami i praktykami katolickimi, a Biblią.