piątek, 20 grudnia 2013

O "świętym Mikołaju"

Któż z nas, wychowanych w rodzinach katolickich, nie wyglądał w dzieciństwie "świętego Mikołaja". Kościół katolicki obchodzi jego wspomnienie 6 grudnia, ale wiele domów "odwiedza" on w święta Bożego Narodzenia. Wywodzi się z tradycji religijnej - katolickiej i prawosławnej. Fakt, że "przynosi prezenty" związany jest z przypisywaną mu w legendach o nim działalnością dobroczynną - przede wszystkim z obdarowaniem pewnych panien, które nie mają posagu nie mogły wyjść za mąż i w związku z tym ich ojciec chciał z nich uczynić prostytutki. "Święty" ten stał się też w XX wieku elementem pop-kultury: zażywny jegomość w czerwonej opończy, z długą siwą brodą, pohukujący "Ho ho ho! Weeesooołyyych świąt!" W tej postaci niemal równocześnie zaczął się pojawiać w reklamach i bajkach, potem także filmach. Według nich mieszka na Biegunie Północnym, w otoczeniu skrzatów - pomagierów (a nawet z małżonką!), podróżuje po świecie latającymi saniami z zaprzęgiem reniferów, wchodzi przez komin, etc. Przede wszystkim zaś przynosi spory dochód jako element reklamy i atrakcja w centrach handlowych.

Przeciwko komercjalizacji postaci tego "świętego" - a także (co słuszne!) komercjalizacji świąt Bożego Narodzenia - występuje zarówno Kościół katolicki, jak i Cerekiew prawosławna (dla której jest on jednym z najważniejszych i najbardziej czczonych świętych). Regularnie, co roku, duchowni tych wspólnot i ich media przypominają kim był "prawdziwy święty Mikołaj". Według legend (!) był on biskupem Miry Licyjskiej (dzisiejsza Turcja), osobą bardzo wpływową, dobroczyńcą i cudotwórcą. Podobno (!) zburzył świątynię Artemidy i był jednym z głównych mówców przeciw herezji Ariusza na soborze nicejskim. We włoskim mieście Bari do dziś przechowywane są jego "relikwie". Nawet w naszym kraju jest wiele kościołów i kaplic pod jego wezwaniem. Duchowni zacięcie walczą z "fałszywym" świętym Mikołajem, choć ich "niewątpliwie historyczny" biskup Miry (jak przeczytałem niedawno w "Gościu Niedzielnym") zdaniem historyków jest prawdopodobnie... równie zmyślony.

"Najstarszy tekst literacki opowiadający o losach św. Mikołaja to żywot świętego napisany na początku IX wieku przez Michała Archimandrytę. O autorze tej biografii nie wiemy nic. Nie wiemy także, jakie źródła wykorzystywał. Utwory hagiograficzne, utkane z fantazji, są pełne cudów i niezwykłych opowieści, a ich bohaterowie to postacie wymyślone przez autorów; ponadto zawierają wiele zapożyczeń z innych podobnych źródeł i zwykle są mało wiarygodne. Im czas powstania żywotu jest bliższy czasom jego bohatera, tym bardziej utwór jest wiarygodny i w większym stopniu odnosi się do realnych wydarzeń. W przypadku św. Mikołaja minęło kilka wieków od jego domniemanej śmierci do napisania jego żywotu. To nie dodaje mu wiarygodności. (...) W Wikipedii (polskiej i angielskiej) oraz na wielu katolickich stronach internetowych podaje się jako realne wydarzenia fakty zaczerpnięte z żywotów napisanych przez Michała Archimandrytę i Metodego. Mało tego, podaje się nawet daty życia św. Mikołaja. Tymczasem jest to wątpliwe i metodologicznie błędne. Oba żywoty powstały wiele stuleci po czasach Dioklecjana i Konstantyna, opisują rzeczywistość kościelną czasów swoich twórców. W III - IV wieku ciągle jeszcze chrzczono dorosłych, a nie dzieci. Chrześcijanie niszczyli pogańskie przybytki pod koniec IV i na początku V wieku, a nie stuleci wcześniej. Dodane przez Metodego 'fakty' nie znajdują uzasadnienia i świadczą o jego nie najlepszej znajomości historii. Nic nie wiadomo o udziale Mikołaja w soborze nicejskim. Nasza wiedza o sytuacji Kościoła w Azji Mniejszej w IV wieku jest stosunkowo dobra dzięki obfitości źródeł, a żadne z nich nie wspomina biskupa Miry. Jeśli istotnie żył w tamtym czasie, to nie odgrywał żadnej roli w sporach doktrynalnych pierwszej połowy IV wieku. O ile na podstawie tych faktów nie można zupełnie wykluczyć istnienia św. Mikołaja, o tyle jest oczywiste, że autorzy jego żywotów nie dysponowali żadną wiedzą o nim. Tym samym nie można uznać świętego za realnie istniejącą postać." (Robert Suski, "Jak to było ze świętym Mikołajem", w: "Mówią Wieki" 12/2013, str. 10 - 13)

Ciekawe jest to, że o ile Cerkiew prawosławna - według mojej wiedzy - wciąż czci ślepo świętego, który najprawdopodobniej nigdy nie istniał, to Kościół katolicki formalnie wykreślił go z listy świętych w 1969 roku (tylko ludziom się jakoś nie mówi, że czczą postać najpewniej fikcyjną, że... ich parafie - takich też nie brakuje - mają patrona, który nie istniał). Jednak ten fakt jakoś nie dotarł do naszego duchowieństwa, które uparcie promuje "prawdziwego" św. Mikołaja, starając się wyprzeć "przerośniętego krasnoluda" rodem z Bieguna. Jednym zdaniem: próbują zdetronizować postać bajkową, by w jego miejsce umieścić... legendarną, i to wcale nie w znaczeniu sławy i znakomitości! Tylko PO CO? Oczywiście, jeśli spojrzymy wokół - na kościoły, kaplice i cerkwie pod wezwaniem św. Mikołaja Biskupa - robi się doprawdy śmiesznie, jeśli jest on równie historyczny, co Królewna Śnieżka, siedem krasnoludków, Gargamel, smerfy i Baba Jaga...

Tym, co mnie zastanawia, jest popularność "świętego Mikołaja" na świecie. Jest jakiś specyficzny urok tego "świętego", skoro pojawia się nawet w krajach orientu i lewantu. Każdego roku duchowni muzułmańscy przypominają, że muzułmanie popełniają grzech obchodząc chrześcijańskie święto. Wiadomo, że muzułmanom nie chodzi o Boże Narodzenie - bo wierzą w innego boga, który nigdy nie pochylił się z miłością nad człowiekiem - lecz o "świętego" Mikołaja i choinkę. W książce "Śmierć guru" Rabi Maharaj opisuje m.in. jak obchodzono to święto w jego hinduskiej społeczności, w której akceptowano "świętego" Mikołaja jako jednego z... chrześcijańskich bogów. I jest to spojrzenie nawet w pełni uzasadnione, jeśli zauważymy, że to "święty Mikołaj" dokonuje osądu postępowania dzieci i za dobre wynagradza a za złe karze. Wielu rodziców katolickich wychowywało (i wychowuje) swe dzieci nie w bojaźni Bożej, lecz w bojaźni... mikołajowej :"Bądź grzeczny, bo dostaniesz rózgę od Mikołaja", "Tylko grzeczne dzieci mogą liczyć na prezenty" - w czym zresztą utwierdzają dzieci filmy o przygodach tego "świętego". Choć kult świętych jako taki wywodzi się z pogaństwa, to właśnie ten jeden "święty" w sposób szczególny "zastępuje" Boga. Czy to tylko pewien "folklor" czy diabelska sztuczka?

Obdarowywanie się prezentami jest pięknym zwyczajem. Trzeba jednak przy tym pamiętać, że nie to jest istotą tych świąt. Do "świętego" Mikołaja - przyznam - też mam duży sentyment. Uważam jednak, że tą legendarną postać powinniśmy radykalnie odsunąć na bok, by nikomu z nas nie przysłaniała Jezusa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz