niedziela, 24 listopada 2013

Więziona z powodu Chrystusa

Żyjemy w kraju, gdzie nie ma prześladowań z powodu wiary... Gdy piszę te słowa, jest niedzielny poranek (choć zapewne nim się pojawią na blogu będzie już wieczór) - i każdy z nas może iść swobodnie na mszę lub nabożeństwo. Księża mogą swobodnie sprawować "eucharystię" - ja nie zgadzam się z tymi praktykami, ale szanuję tych, którzy w to wierzą - a pastorzy z Biblią w ręku wygłaszać kazania. Czy wśród wielu intencji, jakie dziś przynosimy Bogu jest też wdzięczność za wolność, którą się cieszymy? Czy potrafimy docenić to, że choć nie zawsze zapewne doświadczaliśmy sprawiedliwości, to jednak od wieków w naszym kraju nie było prawdziwych prześladowań z powodu wiary? Przecież nawet w czasach, gdy w innych krajach szalała Inkwizycja, w Polsce panował względny spokój - i było tu schronienie dla tych, którzy uciekali przed prześladowaniami za wiarę. Czy w naszych sercach jest wdzięczność? Czy w ogóle dostrzegamy to że jesteśmy wolni, że nie musimy się kryć i obawiać?

Obawiam się, że w ten niedzielny poranek bardzo niewiele ust - o ile w ogóle jakieś - błogosławią Bogu za wolność. Bo wolność, gdy ją mamy, jest dla nas czymś tak zwyczajnym, że przestajemy ją zauważać i doceniać. "A ja? Kiedy ostatnio ja dziękowałem Bogu za wolność i bezpieczeństwo?" - to pytanie zadałem sobie, gdy dzisiejszego ranka pochylałem się nad książką Helen Berhane "Pieśń słowika" i ze smutkiem stwierdziłem, że nie potrafię sobie przypomnieć. Być może... NIGDY? A przecież wolność i swoboda gromadzenia się na modlitwach, dostęp do Biblii i możliwość głoszenia Ewangelii, mówienia publicznie o Jezusie, dawania świadectwa wiary, jest ŁASKĄ. Nie wszędzie na świecie chrześcijanie mogą żyć tak spokojnie, jak my. Niedawno w Korei Północnej rozstrzelano 80 osób - m.in. za posiadanie Biblii. Do wielu krajów islamskich krajów nie wolno wwozić Słowa Bożego, ani niczego, co wiąże się z wiarą chrześcijańską. Gdy my w niedzielę idziemy do naszych pięknych kaplic i kościołów, zasiadamy na wygodnych krzesłach lub ławkach, uwielbiamy Boga przy muzyce, gdzieś w świecie być może właśnie wierzący gromadzą się w ciemności, przemykając się chyłkiem - gdzieś na pustkowie, do domów lub szop - by również wielbić naszego Pana. Na całym świecie tysiące chrześcijan zamkniętych jest w więzieniach i obozach pracy tylko dlatego, że są wyznawcami Chrystusa.

Helen Berhane pochodzi z Erytrei - niewielkiego państwa we Wschodniej Afryce, które oderwało się na początku lat 90-tych XX wieku od Etiopii i od początku znalazło się pod władzą jednego człowieka, Isajasa Afewerkiego i Ludowego Frontu Erytrei, którzy wprowadzili w państwie totalitaryzm. Helen urodziła się i wychowała w rodzinie prawosławnej, należącej do monofizyckiego Kościoła podległego patriarchatowi Aleksandrii (koptyjskiemu), przez jakiś czas uczęszczała do Kościoła katolickiego, lecz w końcu - uznając autorytet Biblii i tylko na niej chcąc opierać swą wiarę - przyłączyła się do nieuznawanego przez dyktaturę Kościoła zielonoświątkowego "Rhema". Kilkakrotnie była aresztowana za głoszenie Ewangelii, aż w końcu - pojmana podczas jednego z organizowanych potajemnie nocnych nabożeństw - bez wyroku osadzona na 2,5 roku w najgorszych erytrejskich więzieniach.

Najdłużej przebywała w wojskowym więzieniu - obozie Mai Serwa, zamknięta wraz z wieloma innymi "niewygodnymi dla władz" ludźmi, wśród których było wielu chrześcijan. Ich "celami" były stare, metalowe, rdzewiejące kontenery, długie na 6 metrów a szerokie na 2,5 - takie, w jakich transportuje się przez morza towary i jakie nieraz widzimy na naszych drogach, przewożone na naczepach ciężarówek. W ich ścianach wycięte były niewielkie otwory - jak pisze autorka nie większe od książki - jedyne źródło światła i świeżego powietrza. W dzień nagrzewały się mocno od słońca, w nocy zaś osadzonym groziła śmierć z wyziębienia. Helen była często torturowana i zakatowana niemal na śmierć. Warunki, w jakich żyła przez ten czas Helen, i inni osadzeni, porównać można chyba tylko z hitlerowskimi obozami zagłady. Jedynym warunkiem, jaki jej stawiano obiecując - jej wolność - było zaparcie się wiary i zobowiązanie, że już nigdy nie będzie uczestniczyła w zgromadzeniach chrześcijańskich i ewangelizowała. Ona jednak "wybrała kajdany" - nie tylko odmówiła zaparcia się Jezusa, lecz - będąc pieśniarką chrześcijańską i ewangelistką - śpiewała, gdy tylko mogła, na cześć Pana i głosiła Ewangelię współwięźniom, a nawet strażnikom, wielu przyprowadzając do Chrystusa. Po zwolnieniu z więzienia udało jej się uciec z Erytrei i wydostać stamtąd też ukochaną córkę. Dziś obie mogą się cieszyć spokojem i bezpieczeństwem, żyjąc w Danii.

Opisy obozowego życia i zadawanych chrześcijanom tortur szokują. Ból i łzy są na każdej stronie tej książki, lecz równocześnie z każdej strony bije ogromna radość i nadzieja płynące z wiary. To książka, gdzie nie ma użalania się nad sobą, to książka pełna mocy - niezwykłe świadectwo potęgi Boga, której nie są w stanie przemóc słudzy diabła. Według szacunków Helen 10% erytrejskich chrześcijan  przebywa w więzieniach, a w sumie połowa ma za sobą więzienne doświadczenia. Prześladowania przynoszą odwrotny od zamierzonego skutek - wiara, zamiast zanikać, umacnia się i kolejne osoby uznają Chrystusa jako swego Pana i Boga i Zbawiciela.  Niezwykła jest moc wiary, która pozwoliła Helen nie tylko przetrwać, lecz także... miłować swoich prześladowców

Jeśli dziś nikt cię nie bije za to, że wierzysz w Boga, że modlisz się i mówisz o Jezusie - to kolejny powód, byś wysławiał Jego dobroć. Książka ta pomaga doceniać wolność, którą mamy. Dziękując Bogu za to, że możemy się czuć bezpiecznie, módlmy się też za tych, którzy cierpią prześladowania. Bardzo polecam tą książkę - każdy powinien ją przeczytać!

1 komentarz:

  1. Amen! Polecam wspieranie organizacji służących prześladowanym chrześcijanom, np. Open Doors: http://www.opendoors.pl/ . :)

    OdpowiedzUsuń