poniedziałek, 18 listopada 2013

W wypełnaniu woli Boga odnalazła szczęście

O niektórych książkach nie wiem, co napisać - zwłaszcza, że recenzje nie są moją specjalnością. Najtrudniej jest pisać wówczas, gdy w bohaterze książki poznaję prawdziwą "bratnią duszę". A tak właśnie jest w przypadku Amy Carmichael - niezwykłej kobiety, która całe swoje życie poświęciła dzieciom z południa Indii. Może ona  być przykładem gorliwego poszukiwania woli Boga i bezkompromisowego wypełniania jej.

Urodziła się w 1867 roku w Irlandii, w bogatej, wielodzietnej rodzinie prezbiteriańskiej. Jej ojciec był właścicielem młyna i handlował mąką.Wkrótce jednak kres dobrobytowi położył rozwój żeglugi - szybkie transatlantyki o napędzie parowym zaczęły przywozić w dużych ilościach tańszą mąkę z Ameryki. Sytuacje rodziny pogorszyła się jeszcze, gdy w 1885 roku zmarł ojciec Amy - rodzina Carmichaelów musiała odtąd żyć bardzo oszczędnie.

Amy Carmichael
Pewnego dnia, po niedzielnym nabożeństwie wraz z braćmi pomogła starej, schorowanej, ubogiej kobiecie - odprowadzili ją do domu, niosąc jej węzełek chrustu. Inni członkowie zboru mijali ich... z pogardą (!), widząc, że prowadzą żebraczkę. Ta przykra postawa sprawiła, że poczuli się bardzo nieswojo, poczuli się zawstydzeni i pragnęli uciec przed wzrokiem ludzkim. Wówczas Amy doświadczyła pierwszego mistycznego przeżycia, które pchnęło jej życie na zupełnie nowe tory - usłyszała głos, który mówił: "Ze złota, srebra, drogich kamieni, z drzewa, siana, słomy... Jakie jest dzieło każdego, wypróbuje ogień. Jeśli czyjeś dzieło, zbudowane na tym fundamencie, się ostoi, ten zapłatę odbierze." Są to słowa z 1. Listu do Koryntian 3, 12 - 14. Amy zrozumiała, że Bóg powołuję ją, by służyła ludziom, zwłaszcza tym najuboższym - nie oglądając się na innych ludzi z Kościoła i nie przejmując tym, jak oni będą ją postrzegać.

Chciała nie tylko pomagać, lecz przede wszystkim głosić Ewangelię. Rozpoczęła od najbliższego otoczenia swego domu, do którego zaczęła zapraszać okoliczne dzieci, by mówić im o Bogu i pomagać w nauce. Wkrótce jednak Bóg powierzył jej o wiele poważniejszą misję - posłał ją do najgorszych dzielnic Belfastu, do robotników żyjących w skrajnej biedzie. W swoim zborze - ku oburzeniu wielu jego członków - zaczęła organizować spotkania dla robotnic fabrycznych. Wkrótce tak wiele osób chciało słuchać o Jezusie, że zbudowano specjalny budynek na terenie ofiarowanym przez jednego z bogatych fabrykantów i powołano misję, która z czasem przekształciła się w "The Welcome" Evangelical Church (Ewangeliczny Kościół "Powitanie"). Podobną działalność rozwinęła potem w Manchesterze, w Anglii, dokąd zaprosił ją Robert Wilson, przyjaciel rodziny i bogaty właściciel kopalni. Zrealizowała w ten sposób wielkie Boże zamierzenie. Bóg powierzył jej rozpoczęcie tej misji, lecz nie jej prowadzenie.

Robert Wilson był nie tylko bogatym przedsiębiorcą, lecz także człowiekiem głęboko wierzącym (kwakrem) i przywódcą Keswick Convenction. Amy, która po kilku miesiącach życia pośród manczesterskiej biedoty, zamieszkała w jego domu - traktowana przez niego praktycznie jako córka - również zaangażowała się w spotkania Keswick, pomagając w ich organizacji. Podczas pierwszego, na jakim była, miała okazję słuchać Hudsona Taylora, który mówił o wielkiej potrzebie głoszenia Ewangelii w Chinach. Pięć lat później zrodziło się w jej sercu powołanie misyjne i usłyszała ponownie ten sam głos, który już raz słyszała w Belfaście przed laty, tym razem mówiący: "Idź!" Pragnęła jechać do Chin, lecz nie pozwolił jej na to zły stan zdrowia. Pojechała do Japonii, lecz choroba zmusiła ją do opuszczenia tego kraju. Przez krótki czas pracowała na Cejlonie (obecnie Sri Lanka). Wreszcie w 1895 roku - po krótkim pobycie w Anglii - wyruszyła do Indii, gdzie została już do ostatnich swoich dni.

Niedługo po tym, jak Amy rozpoczęła działalność w Indiach, zaczęły się nawracać kobiety, którym głosiła Ewangelię. Tak powstała grupa "Gwiaździsta Gromada" - mająca, zdaniem niektórych charakter trochę zbliżony do zakonu żeńskiego, gdyż jej członkinie pozostawały w stanie bezżennym, a jeśli wychodziły za mąż, opuszczały grupę. Podróżowały razem po licznych wsiach, głosząc Ewangelię. Bóg powołał ją jednak do szczególnego zadania - otoczyła opieką hinduskie dziewczęta, a potem także chłopców, organizując dla nich schronienie (przytułek) i naukę w miejscowości Dohnavur. Bóg, powołując ją do życia bez męża, uczynił ją matką dla setek dzieci. Była dla nich nie tylko opiekunką, lecz także duchową przewodniczką, rozbudzając w nich wiarę chrześcijańską, dzięki czemu Dohnavur stało się wkrótce jednym z najważniejszych ośrodków chrześcijańskich w Indiach.

Dzieci Amy Carmichael i fragment ośrodka w Dohnavur

Żyjemy w czasach, gdy wielu ludzi zachwyca się hinduską kulturą - barwną, egzotyczną. Gdyby chodziło tylko o zwykłą fascynację kulturą, nie było by problemu, ale od dziesięcioleci Europa i Ameryka stopniowo wchłaniają wierzenia dalekowschodnie - przede wszystkim oparte na hinduizmie - i praktyki medytacyjne (m.in. medytacja transcendentalna, różne formy buddyzmu, joga, itp). Hinduizm promowany jest jako "droga rozwoju duchowego" "duchowe doskonalenie" i "atrakcyjna" alternatywa dla chrześcijaństwa. Ten wizerunek hinduizmu, jaki się u nas przedstawia  jest najzupełniej fałszywy. Jest to coś zupełnie "zmielonego" i "przyprawionego" przez dalekowschodnich guru, by wciągnąć w kult i w krąg swoich wpływów (interesów) szeroką rzeszę ludzi na świecie, którzy nigdy by się nie zainteresowali hinduizmem, gdyby pokazana go im takim, jakim jest. Działania tych oszustów religijnych to jednak temat na osobny artykuł.

Amy Carmichel
z dziećmi w Dohnavur
Pisząc o Amy Carmichael, Janet i Geoff Benge pokazują nam przy okazji Indie oczami Amy, i hinduizm takim, jakim jest on w rzeczywistości - jako religię bezwzględną, nieludzki system, powód wielu cierpień i poważną diabelską przeszkodę w ewangeliacji. Było by dobrze, gdyby na polskim rynku księgarskim pojawiły się książki jej autorstwa - byśmy mogli zobaczyć w pełni rzeczy takimi, jakimi są (jej pierwsza książka opisująca rzeczywistość Indii nosiła tytuł "Things as they are"), bo jej biografia daje nam tylko część obrazu. Oczami Amy oglądamy na kartach książki okropieństwa podziału kastowego, dyskryminację kobiet, biedę, kilkuletnie dziewczątka oddawane do świątyń, więzione tam i przygotowywane do roli... świątynnych prostytutek, morderstwa na tle religijnym... O wiele dzieci Amy musiała walczyć z ludźmi i czczonymi przez nich demonami - dosłownie wyrywając je mocom ciemności i dając im bezpieczne schronienie, dom i rodzinę w Dohnavur.

Dohnavur jawi nam się na kartach książki jako malutki raj w indyjskim piekle, a Amy jako prawdziwy anioł dobroci i ocalenia. Anioł. Możemy podziwiać w pełni jej miłość i ogromne zaangażowanie, jej całkowite oddanie Bogu i drugiemu człowiekowi... Od chwili swego przyjazdu do Indii w 1895 roku, już nigdy nie opuściła tego kraju. Swoją matkę ujrzała, gdy ta przyjechał do Indii, by przez półtora roku pomagać córce w Dohnavur. Swego rodzeństwa - zwłaszcza, że bracia żyli już wówczas w różnych stronach świata - ani "adoptowanego ojca" Roberta Wilsona (którego nazwiska także używała, podpisując się Amy Wilson Carmichael) nie ujrzała już nigdy, podtrzymując jedynie kontakt listowy. Nam może się to wydawać straszne. My żyjemy już w innym świecie - mamy szybkie statki, jeszcze szybsze samoloty, możemy do siebie dzwonić - a nawet się widzieć podczas rozmowy. Wówczas każda podróż trwała wiele tygodni, była niezwykle kosztowna i częściej niż dziś także niebezpieczna. Amy przez wszystkie te lata tęskniła za swymi bliskimi, bardzo ich miłując - lecz Bóg i misja znaczyły dla niej więcej. Wiedziała, co ma robić. W wypełnianiu woli Boga odnalazła swe szczęście. Do dziś jest wzorem i inspiracją dla wielu misjonarzy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz