piątek, 22 listopada 2013

Polityka w Kościele, Kościół w polityce

Źródło: Wyborcza.pl
Słowo Boże nie mówi nam o polityce, lecz uczy dobrego, pobożnego życia i wskazuje nam drogę zbawienia. Tak samo ma robić Kościół. Kościół nie jest od polityki, lecz od nauczania, co mówi Bóg, jakie są oczekiwania Boga względem nas i co Bóg chce nam dać. To jednak nie znaczy, że chrześcijanie nie mają się angażować w politykę i że nie mają wnosić w nią chrześcijańskich wartości. To nie znaczy też, że kwestie polityczne mają być wcale nie poruszane. Bo polityka to także kwestie moralne, sprawy grzechu. Niektóre grzechy to także przestępstwa cywilne: kradzież, gwałt, zabójstwo, pedofilia, itp. Inne nie: homoseksualizm, niewierność małżeństwa, aborcja (de facto też będąca zabójstwem) itp. Z niektórych - np. aborcji czy homoseksualizmu uczyniono elementy polityki.

Pomysł SLD zdaje się być "wielce pożytecznym", pozornie (!) ma służyć "rozdziałowi Kościoła od Państwa", lecz obawiam się, że w gruncie rzeczy nie chodzi wcale o to, by Kościół nie mieszał się w sprawy świeckie. Myślę, że chodzi o to, by chrześcijaństwo nie miało żadnych wpływów na życie społeczne - by chrześcijanie nie mogli występować w obronie życia, czy potępiać zło, jakie się dzieje w świecie (np. legalizacja związków homoseksualnych). Obawiam się, że ma to służyć ograniczaniu swobód - stopniowemu "zamykaniu" wiary w murach kościołów / salek kościelnych i domów. Już dziś często słyszymy: "wasza wiara to wasza prywatna sprawa i nie może wychodzić poza wasz dom, nie może mieć wpływu na was i wasze postępowanie poza waszym domem". Obawiam się, że chodzi o wyrzucenie wartości chrześcijańskich poza nawias życia społeczno - politycznego. 

Obawiam się też tego, że politykom "antyklerykalnym" marzy się pójście nawet krok dalej. Skoro np. kwestie aborcji i dewiacji to dziś sprawy polityczne, to potępianie ich przez Kościoły i związki wyznaniowe mogłoby być uznane za... agitację polityczną. To nie pomysł na "demokratyzację", lecz na... ZNIEWALANIE! Kościół nie powinien być miejscem / przestrzenią agitacji, lecz nawet jeśli ta agitacja w Kościele jest, to jest to wewnętrzna sprawa Kościoła. Politycy nie mają prawa żadnemu Kościołowi i żadnej wspólnocie dyktować od czego oni są - to byłoby naruszeniem Konstytucji, która gwarantuje nie tylko neutralność światopoglądową Państwa, ale także i to, że Państwo nie będzie się mieszać w sprawy Kościołów i związków wyznaniowych. Kościół (w sensie: każda instytucja i wspólnota) musi być niezależny, nie może być poddany zewnętrznym wpływom i nic nie może mu być narzucane. Propozycja, jaką złożyli posłowie SLD to - gdyby została zrealizowana - pierwszy krok do nowego totalitaryzmu.

"Rozdział Kościoła od Państwa" musi działać w obie strony - że Państwo nie da się zdominować przez żaden Kościół, ani nie będzie się mieszać w wewnętrzne sprawy żadnego Kościoła i w to, co tam się dzieje i co jest głoszone, z wyjątkiem naruszenia prawa. Przy tym nawet jeśli prawo świeckie będzie zakazywało nazywania homoseksualizmu dewiacją, chrześcijanie muszą mieć prawo określania go zgodnie ze Słowem Bożym i jeśli prawo będzie zakazywało "dyskryminacji", chrześcijanie muszą mieć prawo do nie wyświęcania takich ludzi na księży, nieordynowania na pastorów, nie zatrudniania w obrębie Kościoła. Państwo musi pamiętać, że Kościół (każdy) podlega Bogu, a nie Państwu. Państwo musi szanować tą zależność Kościoła. Państwo nie może powiedzieć: o tym w Kościele rozmawiać nie wolno! 

W Kościele musi być swoboda mówienia o kwestiach moralnych, także o tych, które są elementami polityki. Kościół musi mieć prawo przypominać tym, którzy wierzą, że takich ludzi powinni wybierać, których zasady moralne - nie deklarowane, a rzeczywiste! - są zgodne ze Słowem Bożym. Naturalne jest, że chrześcijanin poprze chrześcijanina, a przynajmniej kogoś o poglądach zbliżonych do chrześcijańskich. Jasne jest, że nie może poprzeć kogoś, kto działa wbrew Bogu i np. opowiada się za aborcją czy "małżeństwami" homoseksualnymi. Kościół (każdy!) ma prawo przypominać, że chrześcijaństwo to nie mogą być deklaracje, lecz życie - i że chrześcijaństwo musi się przekładać także na to, jaką politykę prowadzimy i jaką politykę popieramy. Kościół (każdy!) ma prawo nawoływać do poprawy moralnej, ma prawo publicznie napominać i także piętnować zło, które się dzieje. Czy ma prawo wskazywać konkretne osoby lub ugrupowania? Jestem temu przeciwny, bowiem to już by było upolitycznianie Kościoła - jednak to, co się w obrębie Kościoła dzieje, to sprawa Kościoła a nie polityków, nie partii politycznych. Za to odpowiadają ci, którzy Kościołami kierują, którzy za porządek w Kościele są odpowiedzialni.
"Niech każda dusza będzie podporządkowana władzom zwierzchnim, bo nie ma władzy, jak tylko za sprawą Boga; istniejące władze zajmują swe względne pozycje za sprawą Boga. Dlatego ten, kto się sprzeciwia władzy, przeciwstawił się porządkowi Bożemu, ci zaś, którzy się mu przeciwstawili, ściągną na siebie wyrok." (List do Rzymian 13, 1 - 2)
Mamy być posłuszni władzom i prawu przez władzę stanowionemu, lecz nasze poddanie jest ograniczone tym, co mówi Słowo Boże, co przykazuje Bóg. Bóg nie mówi: nie wtrącajcie się do polityki, nie zajmujcie się polityką. Bóg mówi: czyńcie uczniami, nauczajcie, głoście światu to, co Ja mam ludziom do powiedzenia. Polityka / prawodawstwo zajmuje się m.in. moralnością i my mamy nie tylko prawo się tym zajmować. Jeśli prawo coś nakaże lub czegoś zabroni, czemuś powie "tak, czemuś "nie" a Słowo Boże na odwrót, my musimy być posłuszni Słowu Bożemu i prawu danemu przez Boga, bo ono musi być dla nas ponad prawem stanowionym przez ludzi. "Trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi" (Dzieje Apostolskie 5, 29) - odpowiedzieli pewnego dnia uczniowie, wyjaśniając brak posłuszeństwa władzom i ich decyzjom... Kościół podlegać władzom może tylko wówczas, jeśli nie oznacza to nieposłuszeństwa Bogu.

Nawet gdybym był człowiekiem niewierzącym, bałbym się żyć w kraju, gdzie politycy decydowaliby o tym, co ma się dziać w Kościele, lub co jest niedopuszczalne, jakie i o czym słowa mają padać z ambon. Nawet gdybym był człowiekiem niewierzącym bałbym się żyć w kraju, gdzie Kościoły miałyby być całkowicie pozbawione wpływu na życie społeczno - polityczne, gdzie ludzie nie mieliby prawa żyć i postępować zgodnie z tym, w co wierzą. Takim samym zagrożeniem jest dominacja poszczególnych wyznań, jak też eliminacja ich z życia społeczno-politycznego. najgorsze rzeczy się działy zawsze wtedy o tam, gdzie władza wiązała się ściśle z Kościołem (lub innym kultem) i tam, gdzie Kościół pozbawiono prawa głosu, zdelegalizowano i zaczęto prześladować.

3 komentarze:

  1. Faktem jest jedno - przedstawiciele dominującego w naszym kraju wyznania nieraz nadużywają koscielnych ambon do agitacji przedwyborczej wskazując na "jedynie słusznych" polityków czy "jedynie słuszne" ugrupowanie. Agitacja często przybiera formę imiennego wskazywania: skoro uważasz się za katolika to powinieneś głosować na polityka X z ugrupowania Y". Klinicznym wręcz przypadkiem jest tu działalność mediów określających się jako "katolicki głos w twoim domu" co sugeruje że są oficjalnymi reprezentantami KK.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, niestety. Sam widziałem plakaty wyborcze na kościelnych tablicach ogłoszeń. Chyba nie muszę mówić jakiej partii materiały to były. ;P Wiadomo. :] Jednak było by bardzo niebezpieczne, gdyby politycy mieli regulować życie Kościołów i to, co płynie z ambon. Jest sprawą zupełnie naturalną, że kwestie związane z życiem społeczno - politycznym są obecne w Kościele i na odwrót, że chrześcijaństwo jest obecne w życiu społeczno - politycznym. Są ludzie, którzy chcieliby całkowicie to przenikanie zlikwidować. I my, o antyklerykałowie, mówimy o rozdziale Kościoła od Państwa, lecz mamy zdecydowanie co innego na myśli. Oni by chcieli postawić mur - zamknąć wierzących w gettach kościelnych, by tylko tam mogli realizować swoją wiarę, a w dodatku te getta mieć pod kontrolą. :/ Można wiele powiedzieć o problemach, jakie mają poszczególne Kościoły (bo protestanci też bywają upolitycznieni, a znam nawet taką społeczność, dla której polityka jest głównym nurtem działalności i tematem ich wystąpień), ale to wierni i "duchowni" powinni się tymi problemami zajmować, powinni je dostrzegać i eliminować.

      Co prawda politycy SLD mówią tylko o "zakazie agitacji", ale cóż jest agitacją? W "GW" czytam: "Rzecznik SLD Dariusz Joński, uzasadniając zgłoszenie projektu, powiedział, że powstał on pod wpływem sugestii wyborców Sojuszu, osób wierzących, które 'mają dość polityki w kościołach', a także po to, aby 'uwolnić polski Kościół od polityki'." O ile powoływanie się na "wierzących wyborców SLD" nie jest tylko manipulacją to ja mam obawy, że może wcale nie chodzić o to, że Kościół (katolicki - w domyśle) agituje za konkretnymi partiami / osobami, ale też o to, że potępia niemoralność, którą środowiska lewicowe traktują jako "normalność", "wolność" i "prawa" i mówi, że takie czyny, a także wspieranie takich poglądów, są grzechem. Myślę, że tak naprawdę "tu ich boli". Poza tym mamy w polityce i także w Parlamencie ludzi wierzących - katolików, prawosławnych, protestantów. I teraz pytanie: jeśli np. John Godson chrześcijańskiej (kościelnej) gazecie udzieli wywiadu, w którym będzie mówił o polityce i wartościach, to... może być to uznane za "agitację" w Kościele! To jest poważne zagrożenie dla naszych swobód - bo ja się cieszę, gdy w kościelnych mediach jest o wartościach, także w życiu politycznym - byle był zachowany umiar. Ja się boję, że oni chcą, byśmy się zamknęli i tylko śpiewali psalmy a całą resztę zostawili im i... diabłu. :(

      Usuń
  2. w tym przypadku masz rację - to co proponuje SLD stwarza niebezpieczny precedens do ingerencji państwa w życie Kościołów. A politykierów można znależć wszędzie - tak jak w KK pewną "katolicką" rozgłośnię, tak samo tą społeczność o którejś wspominałeś czy również tych którzy swego czasu obecnego premiera ogłaszali jako "Bożego pomazańca".
    Faktem jest jedno - lewicowcom nie można tak do końca ufać....

    OdpowiedzUsuń