czwartek, 31 października 2013

Czy jest dla nas jeszcze miejsce na tym świecie?

"I będziecie w nienawiści u wszystkich dla imienia mego; ale kto wytrwa do końca, będzie zbawiony" (Ewangelia Matka 13, 13)
W 1973 roku Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne ogłosiło, że homoseksualizm nie jest chorobą, lecz "orientacją seksualną". Ustalono to nie drogą badań naukowych, lecz w zwykłym głosowaniu (w sposób demokratyczny można wybierać władze, ale nie ustalać czy coś jest chorobą, czy nią nie jest!). Czy ludzie ci zdawali sobie sprawę z tego, co robią? Drzwi, które otworzyli nie są początkiem drogi do rozwiązania problemów homoseksualistów, lecz droga ta jest udawaniem (!), że problem nie istnieje. To raz. Poza tym ich decyzja dziś przynosi przerażające skutki. Nie zdawali sobie być może sprawy z tego, że ludzie dotknięci homoseksualizmem będą domagać się, by mogli zawiązywać "małżeństwa" i adoptować dzieci. Nie przewidzieli, że potępiany będzie każdy, kto nie będzie chciał uznać homoseksualizmu za "normalność". Potępiany? Nie tylko potępiany - bo od wielu lat dochodzi do PRZEŚLADOWAŃ z tego powodu! Mógłbym długo wymieniać znane przypadki. Być może nie przewidzieli, że ci ludzie będą drzeć Biblię, z powodu "homofobicznych" fragmentów Słowa Bożego, domagać się "równego traktowania" w Kościele - prawa do zawierania "małżeństw" podczas kościelnych uroczystości, prawa do święceń kapłańskich / ordynacji pastorskiej. Pewnie nie przewidzieli, że ludzie ci będą atakować Kościoły, zakłócać nabożeństwa i inne spotkania wierzących a nawet dopuszczą się ekshibicjonizmu i agresji fizycznej. Czy pomyśleli, że w 30 lat później kto inny poszerzy drogę przez nich uczynioną i że także pedofilia zostanie uznana za "preferencję" / "orientację seksualną" (jak donoszą dziś światowe media, a w Polsce np. "Gość Niedzielny")? Przyznam szczerze, że wolę wierzyć w ich głupotę i bezmyślność, niż złą wolę - wolę wierzyć, że gdyby przewidzieli to wszystko, by tej krzywdy światu nie wyrządzili. Być może jestem naiwny...

Ile nam jeszcze zostało wolności po tej nieszczęsnej rewolucji? To pokazuje nam walka "postępowców" z pewnym lokalem, którego właściciel nad barem wywiesił NOPowski "zakaz pedałowania" - ten "rażący przykład dyskryminacji i prześladowań" mocno napiętnowała "Gazeta Wyborcza". Nie jestem zwolennikiem NOPu, ani tym podobnych organizacji. Wprost przeciwnie: uważam ich działalność za szkodliwą, a postawę ludzi w nich zrzeszonych - którzy nieraz podkreślają swój katolicyzm, a przy tym obrażają homoseksualistów - za całkowite przeciwieństwo chrześcijańskiej. Nie umieściłbym nigdzie u siebie znaczka "zakaz pedałowania" - bo szanuję ludzi a walczę tylko z grzechem. Wolę inny znaczek - taki jak do góry. Natomiast na sprawę tej naklejki patrzę w kontekście tego, gdzie ona się znajduje, a obok niej widnieje w tym barze... zakaz palenia. Chodzi więc nie o to, kto kim jest, lecz jak się w lokalu ma zachowywać. Nikt nie wywiesił tabliczki: "Zakaz wstępu dla palaczy", lecz "zakaz palenia". Nalepka, choć wulgarna, także nie oznacza, że homoseksualistom wstęp wzbroniony, lecz tylko tyle, że pewne zachowania - uzewnętrznianie homoseksualizmu - są zakazane. Lokal jest prywatny, w prywatnej kamienicy, więc prawem właściciela jest ustanawiać w nim zasady zgodne z własnymi poglądami i jedyne do czego można mieć zastrzeżenia to nie zakaz, lecz naruszający godność osób homoseksualnych sposób wyrażenia.

niedziela, 27 października 2013

"Dziady" z piekła rodem

"Nie będziecie się zwracać do wywoływaczy duchów ani do wróżbitów. Nie wypytujcie ich, bo staniecie się przez nich nieczystymi; Ja, Pan, jestem Bogiem waszym" (Księga Kapłańska 19, 31)
Gdy mowa o halloween, często podkreśla się jego obcość kulturową - i jest to niewątpliwie prawda. Jednak powiedzieć: "jest to obce święto", to znaczy powiedzieć tylko PÓŁ PRAWDY. Są wśród nas ludzie, którzy sprzeciwiają się halloween i przypominają, że mamy własne zwyczaje, własną kulturę i... obrzędy "dziadów" - wspólne dla Słowian i Bałtów - barwnie opisane przez Mickiewicza. Ale z chrześcijańskiego punktu widzenia wcale nie jest ważne, czy ktoś świętuje "halloween" czy praktykuje "dziady" (jak polscy i litewscy neopoganie), bo pochodzenie obu jest w gruncie rzeczy to samo. Doprawdy nie jest ważne, jak diabłu jest na imię i pod jaką nazwą się skryje jego obrzędy. Nie! W oporze chrześcijańskim przeciw halloween  nie chodzi o "zachowanie własnych tradycji", lecz o realizację Słowa Bożego. Bóg nie mówi ani jednego słowa przeciwko konkretnym wierzeniom i obrzędom, lecz przeciwko wszystkiemu, co pogańskie - i nawet jeśli padają konkretne imiona bóstw (demonów), w odniesieniu do konkretnych sytuacji, należy ro rozumieć bardziej ogólnie. Bóg pragnie, by wszelkie obrzędy, których nauczył ludzi diabeł, były wyparte, by ludzie zaprzestali tych praktyk - Słowo Boże jest jasne!

Ukryta inwazja pogaństwa

Zbliża się 31 października. Przypominają nam o tym plakaty o imprezach halloweenowych. Do drzwi wielu z nas zapukają wkrótce poprzebierane dzieciaki - niewolnicy (!) mediów, które rozpropagowały halloween na całym świecie. Niestety mało kto wie czym naprawdę jest halloween, jakie jest jego pochodzenie, jego "korzeń" i "pień" - pisałem o tym dość szczegółowo w artykule "Halloween - święto diabła!" O problemie mówią księża katoliccy (chwała im za to - choć pochwała może być tylko częściowa, gdyż równocześnie zachęcają do kultu świętych i obchodzenia święta zmarłych, które również ma pogańskie korzenie), pastorzy, egzorcyści, znawcy problematyki zagrożeń duchowych. Niestety, wielu ludzi drwi sobie z tego - nawet jeśli głos w sprawie zabierają byli sataniści, którzy mówią o związkach halloween z satanizmem, że jest to demoniczne święto, o wielkim znaczeniu dla satanistów / okultystów. Wielu mówi: "Dajcie spokój! Halloween to tylko zabawa, a nie kult demona!" Tymczasem diabeł wie, że gdyby halloween lansował hasłem: "Przyjdźcie wielbić demona", nie zyskałby pewnie dla tego "święta" wielu sympatyków, więc mówi: "Przyjdźcie się bawić!"

Martwi mnie to, że niektórzy księża i nawet ewangelicznie wierzący chrześcijanie nie widzą problemu i halloween bywa, niestety, organizowany w salkach parafialnych / zborowych. W ten sposób pomagają oni diabelskiej propagandzie. Zwiedzionych przekonują oni, że ci, którzy się sprzeciwiają halloween to tylko grupka nawiedzonych fanatyków. Przyczyniają się w ten sposób nawet do wzmożenia ataków na współwyznawców. Dowodem na to, że tak właśnie się dzieje może być komentarz z Facebooka, umieszczony pod postem księdza, który wyraził swój sprzeciw wobec halloween.





Tym samym jeden ksiądz - gdzieś z Niemiec - przyczynił się do ataku na innego księdza - z Polski - do oplucia jego przekonań, jego wiary. Podobnie się dzieje gdy ewangeliczni chrześcijanie się bawią w halloween - obracane jest to przeciwko tym, którzy nawołują, by tego nie robić. Już sam ten fakt powinien być dostatecznym powodem, by tego nie robić - ani publicznie, ani ;prywatnie, po cichu. Fakt, że takie ataki występują - i to naprawdę często - jest dla mnie osobiście jednym z dowodów diaboliczności tego "święta".

piątek, 18 października 2013

Idźcie... także do więzień!



Oglądając ten filmik - część obszerniejszego reportażu, którego jednak (niestety!) nie mogę nigdzie w internecie znaleźć - przypominam sobie słowa Jezusa: "...byłem w więzieniu a przyszliście do mnie" (Ewangelia Mateusza 25, 36). Jezus wskazuje nam na więźniów jako na tych, którzy potrzebują naszej pomocy. Uczy nas, byśmy realizując jego polecenie: "Idąc na cały świat, głoście ewangelię wszystkiemu stworzeniu. Kto uwierzy i ochrzczony zostanie, będzie zbawiony, ale kto nie uwierzy, będzie potępiony" (Ewangelia Marka 16, 15 - 16) pukali także do więziennych bram, byśmy ram wnosili Ewangelię. Nie chodzi tylko o egzemplarze Pisma Świętego czy mówienie o Bogu - bo to nie zawsze będzie od razu możliwe - lecz o obecność, o służbę człowiekowi. Mamy przychodzić z miłością i wnosić tą miłość za więzienne mury - miłość (i związana z nią troska o drugiego człowieka) jest kluczem, który może otworzyć "drzwi serca" na przyjęcie Ewangelii.

Religia = samo zło?

"Szczęśliwi prześladowani z powodu sprawiedliwości, gdyż ich jest Królestwo Niebios. Szczęśliwi jesteście, gdy was będą znieważać, prześladować i kłamliwie zarzucać wam wszelkie zło ze względu na mnie. Cieszcie się, radujcie niezmiernie, bo w niebie czeka was wielka zapłata. Podobnie prześladowano proroków, którzy byli przed wami." (Ewangelia Mateusza 5, 10 - 12 - tłum. Przekład Literacki EIB)
Fałszywe wyobrażenie chrześcijaństwa:
- jest religią tak samo jak inne religie
- jest złe, tak samo jak inne religie
Niekiedy słyszymy, że jakiś ksiądz dopuścił się pedofilii lub jechał po pijanemu. Czasem słyszymy też o takich - także pastorach! - którzy Kościół przekształcili w biznes i o ich nadużyciach finansowych. Ludzie wierzący - lub pozornie wierzący! - także czynią zło. Pamiętamy akty terroryzmu - Nowy Jork, Madryt, Londyn - przygotowane przez muzułmanów, w których zginęły setki i tysiące osób (od razu podkreślam: islam jest religią pogańską i nie należy go łączyć z chrześcijaństwem - co nie znaczy, że nie szanuję muzułmanów i nie dostrzegam pewnych "punktów stycznych" stwarzających nam możliwości dialogu). Jakże często wówczas podnoszą się głosy: "zobaczcie czym jest w istocie religia!", "religia to zło i zabobon!" Diabeł umiejętnie wykorzystuje zło, do którego już doszło, do dalszego niszczenia - do szerzenia pogardy i nienawiści, do podkopywania wiary, do działania przeciwko Bogu. Umiejętnie steruje ludźmi, których oburza zło, by służyli jemu, który jest twórcą zła. 

A czy ktoś zadał sobie odrobinę trudu, by zrobić sondę wśród przestępców dotyczącą ich życia religijnego? Oczywiście nie! A starczyłoby pójść do więzień i zacząć rozmawiać z tam osadzonymi o sprawach wiary. Gdyby religia była źródłem zła, powinno być to bardzo proste, bo z pewnością każdy złoczyńca (a przynajmniej większość z nich) byłby bardzo religijnym człowiekiem (sarkazm). Tymczasem w więzieniach spotykamy ludzi, którzy są zbuntowani przeciwko Bogu, którzy nie wyznają żadnej religii, którzy często nie chcą wcale o Bogu słyszeć ani rozmawiać. Nigdy nie byłem w więzieniu - ani po jednej, ani po drugiej stronie krat - i nie znam realiów życia w zakładach karnych. Znam jednak relacje ludzi, którzy pełnią służbę ewangelizacyjną w więzieniach i takich, którzy byli więźniami. Z ich świadectw jasno wynika, jak wielu osadzonych jest agnostykami (w najlepszym wypadku), lub ateistami - u jak wielu z nich jest wręcz wrogo nastawionych do wszystkiego, co ma jakiś związek z wierzeniami. Jeśli ktoś nie wierzy, niech porozmawia z ludźmi, którzy pełnią służbę w więzieniach, którzy tam głoszą Ewangelię!

Znam ludzi, którzy byli przestępcami. Moi przyjaciele i bracia byli kiedyś włóczęgami, złodziejami, narkomanami, alkoholikami, bandytami, a jeden z nich spędził nawet 20 lat swego życia w więzieniu za zabójstwo... ojca. Ten ostatni nawrócił się w więzieniu i tam był bity... nie, nie bity - KATOWANY! ...przez innych więźniów za to, że czytał Biblię. Fakt, że dziś są niegroźni, że żyją w wolności, nie piją i nie ćpają, że nie usłyszysz z ich ust wulgarnych słów, że możemy sobie siedzieć, popijając razem herbatkę, nie jest zasługą naszego systemu penitencjarnego, lecz Jezusa Chrystusa, który przemienił ich serca! Niektórzy ludzie trafiający do aresztów, a dalej na ławy oskarżonych i do więzień bywają niczym "dzikie zwierzęta", a każdego z nich Bóg może przemienić w łagodnego baranka. To, że dziś nie są już bandytami i menelami, nie są już niebezpieczni, jest skutkiem przyjęcia Chrystusa do serca, skutkiem wiary, jest efektem wpływu religii (choć, trzeba podkreślić, że chrześcijaństwo w rzeczywistości nie jest wcale religią, bo słowo to oznacza "związanie", a chrześcijaństwo przynosi wolność).

Jeśli więc ktoś mówi, że "religia" - nie znając chrześcijaństwa a przez to nie pojmując różnicy pomiędzy religiami a chrześcijaństwem i postrzegając chrześcijaństwo jako "jedną z religii" - przynosi zło, to znaczy, że nie zna prawdziwego życia, nie zna prawdziwego świata, że nie wie o czym mówi. Człowiek taki żyje w świecie "własnych" - a w rzeczywistości wyreżyserowanych przez diabła - urojeń. Ideologia, którą głosi, jest zdeformowanym obrazem chrześcijaństwa i może być denerwująca. Kiedyś ostro się sprzeciwiałem takim poglądom, w taki sposób wyrażanym, lecz sprzeciw przynosi odwrotny skutek. Tu potrzeba podejścia do drugiego człowieka z miłością i modlitwą. Oni potrzebują zrozumieć, że Bóg jest dobry i pełen miłości. Oni potrzebują dowiedzieć się, co mówi Bóg (Ewangelia) i że ci, którzy czynią nieprawość nie mają nic wspólnego z Bogiem - choćby tysiąc razy dziennie się na Pana powoływali i mówili o wierze. Oni potrzebują zrozumieć, że zło, na które oni się oburzają, oburza także Boga. I może i to, że Bóg w gruncie rzeczy wcale nie jest... religijny. ;P

Imela!

Dziś będzie kilka postów w krótkim czasie - wszystko po to, by zdążyć przed weekendowym wyjazdem. :) Na początek "Imela" - piękny hymn uwielbienia prosto z Nigerii, w którym przeplata się modlitwa po angielsku i w języku ibo. "Imela" znaczy "dziękuję" / "dziękujemy". Oczarowany "Imela" wyśpiewanym niedawno przez moich przyjaciół z Poznania - znajdziecie je w video dodanym do tekstu "Kawałek Afryki w... sercu Polski" - zacząłem przeszukiwać internet w poszukiwaniu tekstu (zakładając, że moi przyjaciele mogli użyć tylko krótkiego fragmentu). Nie znalazłem, ale znalazłem właśnie to nagranie i poczułem się szczęśliwy. Ten utwór naprawdę dotyka serca i mogę tylko Bogu powiedzieć: "Imela! Imela za tak wspaniałych ludzi, którym dałeś taki talent i za ich serca, z których płynie tak wspaniałe uwielbienie!" :)

wtorek, 15 października 2013

Bóg uzdrawia

Pozwalam sobie przytoczyć kolejne niezwykle poruszające i inspirujące historie mówiące o działaniu Boga w naszych czasach. Jest to obszerny fragment z cytowanej już w jednym z wcześniejszych wpisów książki Dennisa J. Bennetta "Trzecia godzina dnia". Czynię to, ponieważ książka została wydana ponad 30 lat temu i dziś jest praktycznie niedostępna, a zawiera świadectwa warte poznania. Tym razem chciałbym się podzielić się z wami opisami niezwykłych uzdrowień. Są to świadectwa tak niesamowite, że moja wiara w ich prawdziwość opiera się na tym, że znam osobiście ludzi, którzy zostali uzdrowieni w podobnie spektakularny sposób. Do opisanych zdarzeń doszło w latach 60-tych, a związane były z przebudzeniem charyzmatycznym w Kościele episkopalnym.

"- Co się stało, Al? - zapytał ktoś na spotkaniu rady parafialnej. - Wyglądasz na zmartwionego.
- Moja synowa - powiedział Al - jest w Szpitalu Szwedzkim [chodzi o Swedish Medical Center w Seattle, USA - uwaga moja] i czeka na operację. Wrzody na jelitach.
Dowiedziałem się, że ta młoda kobieta bardzo krwawiła i była w krytycznym stanie. Lekarz zalecał natychmiastową operację w celu usunięcia jelita grubego - jest to nieprzyjemny zabieg, a szczególnie przykry dla młodej kobiety po dwudziestce.
zadzwoniłem do Karen do szpitala i po krótkim zapoznaniu się powiedziałem:
- Czy myślałaś o tym, żeby się modlić o uzdrowienie?
- Raczej nie - odrzekła raczej nieśmiało.
- Czy masz coś przeciw temu, żebym się pomodlił za ciebie?
Nie miała nic przeciw temu, więc pomodliłem się. odwiedziłem ją znowu w tygodniu. Nie była z tego niezadowolona. Krwawienie ciągle nie ustępowało i lekarz nadal niecierpliwie trzymał w ręku skalpel!
- Czy mogę się znowu pomodlić? - zapytałem.
Tym razem wydawało mi się, że w jej odpowiedzi było więcej zainteresowania modlitwą. I znowu wołałem do Boga w tej sprawie.
Przy moich trzecich odwiedzinach powiedziała:
- Nadal mam krwawienie i lekarz mówi, że muszę mieć operację. Czy możesz się znowu za mnie pomodlić? - dodała.
Modliliśmy się - i krwawienie ustało.
Przez pięć miesięcy, tydzień po tygodniu, modliliśmy się za Karen.
- Mam iść na operację w przyszłym tygodniu - mówiła.
- Czy lekarz twierdzi, że istnieje bezpośrednie niebezpieczeństwo, tak, że musisz mieć operację w przyszłym tygodniu? - pytałem.
- Nie.
- Czy możesz go poprosić, żeby ci dał jeszcze tydzień łaski? - zaproponowałem.
Tak też zrobiła, lekarz zgadzał się, a my modliliśmy się dalej. Za każdym razem lekarz miał trochę więcej nadziei i trochę mniej chęci, żeby operować. Wreszcie przyszedł zwycięski dzień, kiedy powiedział:
- Karen, nie spodziewałem się tego, ale te wrzody zniknęły całkowicie. Odłożymy operację na czas nieograniczony!

Przyjdź!

Jestem bardzo podekscytowany... Dlaczego? Ano dlatego, że już zaledwie kilka dni pozostało do kolejnego Weekendu Uwielbienia w Poznaniu. To zawsze jest niezwykły czas spotkania z Bogiem i drugim człowiekiem. Nie lubię przychodzić tylko na chwilę - gdy mogę spędzić tam tylko kilka godzin, czuję, że wiele tracę. Nie lubię spać w tym czasie - i najchętniej bym nie spał, gdyby nie to, że potrzebuję snu - bo modlitwa nocą, gdy wokół panuje cisza, gdy miasto jest uśpione, często jest najbardziej niezwykła, ma swój szczególny klimat. Tak bardzo chciałbym już to przeżywać! Ale muszę czekać do piątku.

Jeśli mieszkasz - mój drogi Gościu - w Poznaniu lub okolicach, to bardzo serdecznie Cię zapraszam! Nie jest ważne to, kim jesteś i do jakiego Kościoła należysz. W modlitwie tej biorą udział ludzie różnych wyznań, a także tacy, którzy z żadnym wyznaniem się nie identyfikują, a po prostu są chrześcijanami. Jeśli przyjdziesz, możesz spotkać baptystów, zielonoświątkowców, katolików. Nie musisz się bać, że będziesz "obcym", że "nikogo nie znasz". Wiesz, choć gromadzimy się w biurowcu, gdzie w tygodniu ludzie przychodzą do pracy i w interesach, to Jezus mówi: "gdzie są dwaj lub trzej zgromadzeni w imię moje, tam jestem pośród nich" (Ewangelia Mateusza 18, 20) i przychodząc tam, gdzie gromadzą się chrześcijanie - choć nie jest to kościół ani nawet kaplica, nie jest to miejsce szczególnie poświęcone Bogu - przychodzisz do Domu Bożego, w którym nikt nie jest obcym. Nawet jeśli myślisz: "nikogo tam nie znam!" PRZYJDŹ! Możesz spotkać - prócz Boga - wielu nowych PRZYJACIÓŁ. :)



Jezus karmi lud

"Potem odszedł Jezus na drugi brzeg Morza Galilejskiego, czyli Tyberiadzkiego. A szło za nim mnóstwo ludu, bo widzieli cuda, które czynił na chorych. Wstąpił tedy Jezus na górę i tam usiadł z uczniami swoimi. A była blisko Pascha, święto żydowskie. A Jezus podniósłszy oczy i ujrzawszy, że mnóstwo ludu przychodzi doń, rzekł do Filipa: Skąd kupimy chleba, aby mieli co jeść? A mówił to, wystawiając go na próbę; sam bowiem wiedział, co miał czynić. Odpowiedział mu Filip: Za dwieście denarów nie wystarczy dla nich chleba, choćby każdy tylko odrobinę otrzymał. Rzekł do niego jeden z uczniów jego, Andrzej, brat Szymona Piotra: Jest tutaj chłopiec, który ma pięć chlebów jęczmiennych i dwie ryby, lecz cóż to jest na tak wielu? Jezus: Każcie ludziom usiąść. A było dużo trawy na tym miejscu. Usiedli więc mężczyźni w liczbie około pięciu tysięcy. Jezus wziął więc chleby i podziękowawszy rozdał uczniom, a uczniowie siedzącym, podobnie i z ryb tyle, ile chcieli. A kiedy się nasycili, rzekł do uczniów swoich: Pozbierajcie pozostałe okruchy, aby nic nie przepadło! Pozbierali więc, i z pięciu chlebów jęczmiennych napełnili dwanaście koszów okruchami, pozostawionymi przez tych, którzy jedli." (Ewangelia Jana 6, 1 - 14)


Czy historia o rozmnożeniu chlebów i ryb może być prawdziwa? Czasem - nawet jeśli wierzymy w Boga i wierzymy, że Jezus jest Bogiem - tak trudno nam uwierzyć w to, co On czynił. Mamy naturę niedowiarków, każdy z nas ma w sobie takiego "niewiernego Tomasza" - tak, że jeśli czegoś nie dotkniemy lub nie zobaczymy na własne oczy, to trudno nam w to uwierzyć, a nawet jeśli zobaczymy coś, co przekracza możliwości naszego rozumu, to zaczynamy się zastanawiać, czy aby nam się coś nie przywidziało.

Paradoksalnie niektórym ludziom łatwiej jest uwierzyć w Boga niż w to, że pięcioma chlebami i dwoma rybami mogły się nasycić tysiące ludzi. Bo Bóg bywa dla nas pewną "abstrakcyjną ideą" - wiemy, że nie można go zobaczyć, że nasze zmysły nam nie pomogą. Natomiast świat jest rzeczywistością, którą możemy poznawać naszymi zmysłami, zarejestrować rozumowo. I właśnie rozum płata nam figla, bo podpowiada nam, że coś nie może powstać z niczego, że z dwóch ryb w ciągu krótkiej chwili nie może zrobić się cztery, szesnaście, dwieście pięćdziesiąt sześć, itd. Łatwiej nam przyjąć istnienie Boga niż to, że ma on jakiś wpływ na naszą rzeczywistość i że może czynić to, co logicznie rzecz biorąc stać się nie może. Łatwiej nam wierzyć w Boga, niż w to, że może On wciąż kreować i przekształcać naszą rzeczywistość - to, co możemy zobaczyć, dotknąć, posmakować. Zapominamy, że Jezus jest tym, który stworzył każdą rybę i każde ziarno, dające nam plon, że stworzył każdą, najmniejszą nawet, cząstkę tego, co istnieje. Jeśli nie było dla niego problemu, by stworzyć ogromny Wszechświat, to czymże dla niego jest odrobina pokarmu? Jeśli stworzył Wszechświat i wszystko, co żyje, to nie jest dla niego żadnym problemem stworzyć kilka dodatkowych ryb (nawet od razu usmażonych!) czy chlebów.

poniedziałek, 14 października 2013

Chrześcijanie a alkohol

Gdy kilka lat temu rozdawałem na ulicy ulotki, zapraszające na jedno ze spotkań ewangelizacyjnych, napotkani młodzi ludzie zapytali, czy to prawda, że nie wolno nam pić alkoholu, nawet piwa. Wielu ewangelicznie wierzących chrześcijan rzeczywiście tak uważa - picie alkoholu traktując jako grzech i zgorszenie. Niektórzy poszli w tym przekonaniu tak daleko, że w Wieczerzy wino zamienili na sok z winogron, twierdząc, że tak właśnie pił z uczniami Jezus, że sok z winogron jest nazywany "winem" i że pierwsi chrześcijanie również pili sok (tak wierzącym polecam przeczytanie 1. Listu do Koryntian 11, 20 - 21). Przeciwnicy alkoholu często powołują się na słowa mądrego króla Salomona: "Nie patrz na wino, jak się czerwieni, jak się skrzy w pucharze i lekko spływa do gardła. Bo w końcu ukąsi jak wąż, wypuści jad jak żmija" (Księga Przysłów 23, 31 - 32) - jednak nie jest to uczciwe, bo słowa te wyrywa się z kontekstu. Te same słowa, czytane wraz z sąsiednimi wersami, okazują się mówić nie o piciu wina, lecz o upijaniu się! Pisząc do Tymoteusza apostoł Paweł pisze: "Biskup więc powinien być nienaganny (...), nieprzebierający miary w piciu wina..." (1. List do Tymoteusza 3, 2 - 3 - tłum. "Biblia Tysiąclecia") Nie pisze: "nie pijacy wina", lecz "nieprzebierający miary w piciu wina" - i nie chodzi tu o sok z winogron! W Liście do Efezjan zaś pisze: "I nie upijajcie się winem, które powoduje rozwiązłość, ale bądźcie pełni Ducha..." (List do Efezjan 5, 18) Nie pisze: "nie pijcie wina" lecz "nie upijajcie się"! To duża różnica!

W całym Słowie Bożym nie ma przykazania: nie będziesz używał alkoholu. Bóg ani jednym słowem nie potępia picia piwa, wina, czy nawet mocniejszych trunków - jedynie upijanie się. Gdy wytrąca się radykałom argumenty biblijne, zaczynają mówić, że alkohol uzależnia. To prawda - jeśli pija się regularnie (np. księża są zagrożeni alkoholizmem!), ale lampka wina czy szklanka piwa wychylane od czasu do czasu nie niszczą człowieka, nie wpędzają w alkoholizm. Być może kogoś zgorszę, ale pijam alkohol od kiedy ukończyłem 18 lat - nigdy w całym swoim życiu nie byłem pijany i jestem duchowo i psychicznie wolnym. Niektórzy twierdzą, że jeśli ktoś pije alkohol, nie jest "duchowym człowiekiem" (nawiązanie do Listu do Efezjan 5, 18), że "picie jest światowe", bo "to ludzie ze świata piją",a chrześcijanin "nie jest z tego świata" (por. Ewangelia Jana 15, 19), więc nie czyni tego,c o jest "światowe" - bo ludzie bywają prędcy w osądzaniu innych, niestety. Piję - i chętnie porozmawiam z kimś o Bogu, wychylając z nim szklankę piwa - lecz nie upijam się. Nie upijam się = postępuję zgodnie ze Słowem Bożym.

Z ust ewangelicznych chrześcijan często można usłyszeć słowa: "Słowo Boże mówi - my mówimy; Słowo Boże milczy - my milczymy". I to jest bardzo dobra zasada! Jej drugi człon ma zastosowanie w kwestii spożywania alkoholu. Słowo Boże potępia upijanie się, nie picie, więc chrześcijanie powinni napominać nie w kwestii picia, ale tracenia umiaru w piciu. Jeśli Słowo Boże czegoś zakazuje lub coś nakazuje, sprawa jest jasna - tego trzeba się trzymać. Jeśli zakazu ani nakazu nie ma, każdy może postępować według własnego uznania i nie powinien narzucać swych idei innemu, a na pewno nie wolno według własnych poglądów ustanawiać "normy życia chrześcijańskiego".

Kawałek Afryki w... sercu Polski

Tej niedzieli miałem wielką przyjemność być gościem poznańskiej społeczności The Way Church. Pastorem wspólnoty jest Nigeryjczyk, Dennis Ezewusi. Wielu jej członków także pochodzi z Afryki. Ich cotygodniowe nabożeństwa nie odbiegają - jak słyszę od bywalców - znacznie od tego, co można usłyszeć i zobaczyć w innych Kościołach, jednak co kilka miesięcy przygotowują oni uwielbienie w prawdziwie afrykańskim stylu. Czy uwierzylibyście, gdyby wam ktoś powiedział, że niemal w samym sercu Polski działa... afrykański Kościół? Za zgodą Pastora zarejestrowałem fragmenty nabożeństwa i mogę się częścią tej radości, którą przeżywaliśmy, podzielić z Wami.


niedziela, 13 października 2013

Belka

"A dlaczego widzisz źdźbło w oku brata swego, a belki w oku własnym nie dostrzegasz? Albo jak powiesz bratu swemu: Pozwól, że wyjmę źdźbło z oka twego, a oto belka jest w oku twoim? Obłudniku, wyjmij najpierw belkę z oka swego, a wtedy przejrzysz, aby wyjąć źdźbło z oka brata swego." (Ewangelia Łukasza 6, 41 - 42)
Gdy wczoraj zmarł W.K. - były dyrygent jednego z naszych najwspanialszych chórów, oskarżony o pedofilię - niektórzy nie kryli radości. Tak często zdarza się, że (nawet ludzie deklarujący "wiarę"!) nie mają litości. "Niech mu ziemia ciężką będzie", "jednego zboczeńca mniej" - tak skomentowali śmierć W.K. sympatycy jednego z katolickich (!) portali. Muszę podkreślić, że wielu innych wyraziło swój sprzeciw wobec takiego podejścia. Przy jednej z takich wypowiedzi, człowiekowi wypowiadającemu się w taki sposób, zadałem proste pytanie: "Czy czujesz się lepszy i godniejszy od niego?" Ten człowiek był winny - tak orzekł sąd... Tak samo była winna cudzołożnica, którą przyprowadzono pewnego dnia do Jezusa, by orzekł co z nią zrobić. Jezus wówczas powiedział: "Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem" (por. Ewangelia Jana 8, 1 - 11) To jest tak naprawdę to samo pytanie! I chyba "trafiłem w punkt"... Faryzeusze, o których wzmiankuje Jan, odeszli zawstydzeni, zaś mój "rozmówca" zaczął ciskać kamieniami - już nie tylko w W.K., ale także we mnie. Być może jest jeszcze bardziej przekonany o swojej doskonałości, niż ci, przeciw którym stanął Jezus (żart). Nie chcę osądzać tego człowieka - chcę tylko pokazać, że w naszym podejściu do innych, gdy zapędzamy się w wytykaniu grzechów i osądzaniu, bywamy hipokrytami większymi niż ci, którzy są "uosobieniem hipokryzji"!

Czasem nic tak nas, ludzi, nie cieszy jak... występki (grzechy) naszych bliźnich. A w zasadzie może zamiast "bliźnich" należałoby napisać "innych", bo tak łatwo zapominamy o tym, kim ci ludzie dla nas są lub być powinni. Nie ma dnia, by nie było jakiegoś skandalu. Nie ma dnia, by ktoś  gdzieś komuś nie zrobił jakiegoś świństwa. Odnoszę wrażenie, że lubimy móc określić kogoś jako: łajdaka, zbrodniarza, zboczeńca. Gdy mamy przed sobą kogoś, kogo możemy wskazać palcem, wykrzykując o jego niegodziwości, wskazując każdą, choćby najmniejszą "plamkę" zła na jego osobie, chyba sami czujemy się lepsi, czyści, a może wręcz doskonali. Im bardziej ktoś jest utytłany, tym większa w nas pokusa, by się nadymać. Może właśnie dlatego tak chętnie wyłapujemy wszelkie skandale? Może to dlatego tak dobrze sprzedają się gazety "brukowe"? Bo gdy nakarmimy się brudami tego świata i gdy mamy kogo wytykać palcem, bardziej nam lśni nasze własne oblicze, z dumą patrzymy w lustro na "przyzwoitego człowieka", który nie jest jak ci "inni".

Potrzebujemy sobie uświadomić, że jeśli będziemy postępować w taki sposób, będziemy mieli całą wieczność na omawianie z tymi, których potępiamy w taki sposób ich grzechów. Nie będzie żadnych problemów z rozmówieniu się, bo będziemy może w tym samym "kotle" w piekle! Oczywiście są jeszcze dwie możliwości. Pierwsza: zaczniemy się zajmować własnymi grzechami i z modlitwą na ustach bić się w piersi (jak pewien celnik w świątyni) - wówczas dla nas jest niebo. Druga: możemy w dalszym ciągu zajmować się cudzymi grzechami, aż do własnej śmierci, a jeśli akurat obwiniony wyzna je przed Bogiem i nawróci się, to - ten łachmyta! - on będzie w niebie, a my - "sprawiedliwi" i "porządni" - w piekle. Wniosek? Lepiej się zająć belką we własnym oku, niż drzazgą w cudzym!

sobota, 12 października 2013

Bóg zaopatruje

"Nie troszczcie się o życie swoje, co będziecie jedli albo co będziecie pili, ani o ciało swoje, czym się przyodziewać będziecie. Czyż życie nie jest czymś więcej niż pokarm, a ciało niż odzienie? Spójrzcie na ptaki niebieskie, że nie sieją ani żną, ani zbierają do gumien, a Ojciec wasz niebieski żywi je; czyż wy nie jesteście daleko zacniejsi niż one? A któż z was, troszcząc się, może dodać do swego wzrostu jeden łokieć? A co do odzienia, czemu się troszczycie? Przypatrzcie się liliom polnym, jak rosną; nie pracują ani przędą. A powiadam wam: Nawet Salomon w całej chwale swojej nie był tak przyodziany, jak jedna z nich. Jeśli więc Bóg tak przyodziewa trawę polną, która dziś jest, a jutro będzie w piec wrzucona, czyż nie o wiele więcej was, o małowierni? Nie troszczcie się więc i nie mówcie: Co będziemy jeść? albo: Co będziemy pić? albo: Czym się będziemy przyodziewać? Bo tego wszystkiego poganie szukają; albowiem Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Ale szukajcie najpierw Królestwa Bożego i sprawiedliwości jego, a wszystko inne będzie wam dodane. Nie troszczcie się więc o dzień jutrzejszy, gdyż dzień jutrzejszy będzie miał własne troski. Dosyć ma dzień swego utrapienia." (Ewangelia Mateusza 6, 25 - 34)
Czy potrafimy zaufać Panu? Czy potrafimy przestać się troszczyć o rzeczy doczesne? Każdego dnia miewamy tak wiele problemów i patrzymy z obawą na dzień jutrzejszy - bo problemy z pracą, bo za mało nam płacą, bo kraj nasz pogrążony jest w kryzysie, bo długi rosną, bo system emerytalny jest na skraju zapaści, bo możemy się w każdej chwili spodziewać kolejnego globalnego kryzysu (słyszymy przecież, że USA stoją na progu bankructwa)... Mnożące się problemy i widmo katastrofy sprawiają, że pytanie: "Co z nami będzie?" urasta do gigantycznych rozmiarów. Czy nie za wiele czasu poświęcamy na zamartwianie się, podczas gdy moglibyśmy spędzić go na modlitwie? Przecież Bóg jest większy i potężniejszy niż największe nasze problemy, nawet niż wszystkie problemy tego świata zebrane razem. Jeśli tylko zaufamy Bogu, on może dać nam pokarm i odzienie, zapewnić byt na jutro...

George Müller był niezwykłym człowiekiem: kaznodzieją i misjonarzem Kościoła "Braci Plymuckich", a nade wszystko opiekunem sierot - założycielem i wieloletnim dyrektorem wielkiego sierocińca w Bristolu. Gdy jego misja w pełni rozkwitła, opiekował się nawet 2.000 dzieci jednocześnie! Nigdy przy tym nie zabiegał o fundusze, nigdy nie prosił o pieniądze i zwykle wieczorem nie wiedział skąd będzie miał pieniądze na to, by jutro zaspokoić głód i inne potrzeby wciąż powiększającej się gromadki dzieci. Swoje życie, życie własnej rodziny, swoją służbę i swoje dzieci, nad którymi roztoczył opiekę, wszelkie sprawy życiowe - wszystko to zawierzył Bogu, a Bóg zaopatrywał, dajac zawsze to, czego potrzebowali. Chciałbym się z Wami podzielić dziś pewną historią z jego życia.

"Pewnego dnia, kiedy Abigail [córka Johna Townsenda - bliskiego przyjaciela i współpracownika George'a - Mathetes] miała osiem lat, postanowiła rano odwiedzić sierociniec. George był akurat w biurze z Jimem Wrightem, gdzie omawiali wielkość nakładu nowych traktatów dla Instytutu Wiedzy Biblijnej. Kiedy podniósł oczy znad papierów, zobaczył przez okno jak dziewczynka bawi się beztrosko w ogrodzie. Na jej widok George szeroko się uśmiechnął. Ciągle jeszcze patrzył przez okno z uśmiechem na twarzy, kiedy ktoś zapukał energicznie do drzwi. Po sekundzie do pokoju weszła przełożona Pierwszego Domu.
- Bardzo przepraszam, że panu przeszkadzam, panie Müller - powiedziała - ale niestety stało się. Dzieci siedzą przy stołach i czekają na śniadanie, a my nie mamy nic, co moglibyśmy im podać. Co mam im powiedzieć?
George wstał od biurka.
- Zaraz się tym zajmę. Proszę tylko dać mi minutkę - powiedział.
Zanim poszedł do jadalni Pierwszego Domu, udał się najpierw do ogrodu.
- Abigail, kochanie, chodź tu do mnie! - zawołał.
Abigail natychmiast do niego przybiegła.
- Co się stało? - zapytała.
George schylił się i wziął ją za rękę.
- Chodź, zobaczysz, co może zrobić Bóg - powiedział, idąc razem z dziewczynką w kierunku jadalni.
W pomieszczeniu trzysta dzieci stało w równych rzędach wzdłuż stołów. Przed każdym dzieckiem stał talerz, kubek, a obok nich widelec, nóż i łyżeczka. Na żadnym ze stołów nie było jednak jedzenia. George patrzył jak oczy Abigail rosną ze zdziwienia.
- Gdzie jest jedzenie? - zapytała szeptem dziewczynka.
- Bóg je zaraz nam da - odparł cicho George, a następnie zwrócił się do wszystkich dzieci: - Nie mamy zbyt wiele czasu. Nie chciałbym, abyście się spóźnili do szkoły, więc rozpocznijmy od razu modlitwę - ogłosił.
Kiedy dzieci pochyliły głowy, George pomodlił się prostymi słowami:
- Drogi Ojcze, dziękujemy ci za jedzenie, którego nam udzielisz. Amen.

środa, 9 października 2013

Z radością - tak, jak Król Dawid...


Być może będziecie zaskoczeni, gdy wyjawię wam, że to, co możecie zobaczyć na tych filmikach, to nie żadna "potańcówka", lecz... nabożeństwo chrześcijańskie! W taki sposób chrześcijanie z dalekiego Peru - należący do jednego ze zborów zielonoświątkowych - czczą naszego Pana. Rozmawiałem ostatnio z bratem Bryanem Bardalezem - który wraz ze swoim zespołem Munay Ruru (w języku quechua znaczy to "Dobry Owoc") prowadzi widoczne powyżej uwielbienie - i z nich wynika, że folklor andyjski jest powszechnie obecny w ich zborach, i że widoczne na nagraniach kobiety uwielbiają Boga tańcem regularnie. 

Podziwiam RADOŚĆ, która jest nie tylko słyszalna, ale i widoczna w ich Kościele, a której nam czasem tak bardzo brakuje. Nie wiem skąd w nas, w naszej europejskiej tradycji, pojawiło się przekonanie, że w kościele powinniśmy zachowywać się "w sposób godny", czyli... z pełną powagą i skupieniem. Takie przekonania nie mają żadnych podstaw biblijnych. Starczy spojrzeć na to, co robił Król Dawid, gdy uwielbiał Pana: "Tańczył też Dawid z całej siły przed Panem, odziany zaś był w lniany efod. I sprowadził Dawid wraz z całym domem Izraela Skrzynię Pana wśród okrzyków i donośnego trąbienia. A gdy Skrzynia Pańska dotarła do Miasta Dawida, Michal, córka Saula, wyjrzała przez okno i widziała, że król Dawid skakał i tańczył przed Panem, i wzgardziła nim w swoim sercu" (2. Księga Samuela 6, 14 - 16). Wychodzę z założenia, że gdyby Bóg miał coś przeciwko wyrażaniu uwielbienia tańcem, czy w ogóle poprzez ruch ciała, pewnie by o tym coś nam powiedział. Ludzie potępili Króla Dawida, lecz Bóg, jak się zdaje, był zadowolony!

Słowo Boże wcale nie zachęca nas, byśmy ubrali mnisi habit i tylko klękali w pełnej skupienia modlitwie, byśmy oddawali się tylko kontemplacji. Owszem, można i tak. Lecz Słowo Boże zachęca nas do radości i do radosnego przeżywania swej wiary. "
Radujcie się w Panu zawsze; powtarzam, radujcie się" (List do Filipian 4, 4) "Wykrzykujcie na cześć Pana, wszystkie ziemie; służcie Panu z weselem! Wśród okrzyków radości stawajcie przed Nim!" (Psalm 100, 1 - 2). Bardzo bym chciał, byśmy w naszych Kościołach mogli się otwierać w ten sposób podczas uwielbienia, by Kościoły takę i u nas "pulsowały uwielbieniem". Tańczą i wykrzykują żydzi (także ci mesjańscy), mieszkańcy Andów, Afryki i Azji. Dlaczego u nas miałoby tego nie być? W Kościołach nie zawsze możemy - choć i u nas są Kościoły, gdzie nikogo nie zgorszy taniec na cześć Boga. Ale nawet jeśli nie możemy pośród braci, to przynajmniej możemy wówczas, gdy jesteśmy sami przed naszym Bogiem. Gdy czujemy potrzebę uwielbiania Boga, uwielbiajmy go i nie martwmy się o to, co ludzie powiedzą - tak, jak nie martwił się tym Król Dawid.

Z Bogiem na autostopie


Stare dzieje (żeby przeczytać trzeba klikąć w obrazek prawym przyciskiem myszki i dać polecenie "otwórz w nowym oknie")! To historia o tym, że Dzieci Boże niekoniecznie podróżują pierwszą klasą, ale Bóg się o nie troszczy. To jedna z najciekawszych historii - można opowiedzieć więcej. Któregoś dnia, gdy stałem przy drodze i byłem już naprawdę zmęczony, i modliłem się o przejeżdżających kierowców, o szczęśliwą drogę dla nich i by mnie któryś zabrał, zatrzymało się przy mnie auto. Kierowca jechał "w moją stronę", więc byłem bardzo szczęśliwy w tym momencie. Gdy tak jechaliśmy, nagle powiedział: "Wie pan, nie wiem dlaczego pana zabrałem, bo ja na ogół nie biorę autostopowiczów..." Ja wiedziałem dlaczego! :) Jeśli zaufamy Bogu, to okazuje się, że ma on dla nas sporo niespodzianek!

Nowe "porządki" na świecie

Sodoma i Gomora to biblijny symbol wszystkiego, co obrzydliwe, wszelkiej deprawacji i wynaturzenia, odwrócenia się od Boga. Jeśli ten świat nie jest już wierną kopią - i to na skalę globalną - Sodomy i Gomory, to w każdym razie niewiele się już od nich różni. Wszelkiej maści "postępowcy" być może mają nawet ambicję, by w "postępowości" - "tolerancji" i "swobodach obyczajowych" - pójść nawet dalej, niż "zacni obywatele" obu opisanych na kartach Biblii grodów. "Postępowość" w tym wypadku to iść dalej i dalej na drodze zepsucia i deprawacji. Każda droga gdzieś ma swój koniec - a ta prowadzi do piekła.

Bóg ustanowił porządek tego świata. Ustanowił także rodzinę. Stworzył kobietę i mężczyznę - stworzył kobietę dla mężczyzny, a mężczyznę dla kobiety. Uczynił Adama i Ewę pierwszym małżeństwem i powołał ich, by byli rodzicami: "I błogosławił im Bóg, i rzekł do nich Bóg: Rozradzajcie się i rozmnażajcie się, i napełniajcie ziemię, i czyńcie ją sobie poddaną..." (1. Księga Mojżeszowa - tzw. "Rodzaju" - 1, 28). Kobietę - powtarzam - uczynił dla mężczyzny, a mężczyznę dla kobiety i wyłącznie takiej "konfiguracji" błogosławi - wszystkie inne są wypaczeniem (dewiacją) i przejawem buntu przeciwko Bogu. By utrwalić związek pomiędzy ludźmi, Bóg stworzył odpowiednie "oprogramowanie" - MIŁOŚĆ. To jeden z wielu programów, jakie "wgrał" człowiekowi. A ponieważ "programista" w tym wypadku jest Doskonałością, jego oprogramowanie jest równie doskonałe i nie potrzeba do niego żadnych "apgrejdów" (upgrade), nowszych wersji, "łatek" (patch). MIŁOŚĆ jest bardzo rozbudowanym i uniwersalnym programem, a miłość małżeńska jest jednym z jego elementów. Miłość małżeńska czyli miłość męża (mężczyzny) i żony (kobiety), obejmująca także sferę seksualną - celem prokreacji.

Lecz w tym świecie, cudownie stworzonym przez Boga, działa także arcyszarlatan, mistrz fałszerstw. On kiedyś w raju prarodzicom powiedział: "Na pewno nie umrzecie, lecz Bóg wie, że gdy tylko zjecie z niego, otworzą się wam oczy i będziecie jak Bóg, znający dobro i zło" (1. Księga Mojżeszowa - tzw. "Rodzaju" - 3, 4 - 5). "Będziecie jak Bóg" - znaczy także: sami będziecie oceniać co jest dla was dobre, a co złe, będziecie mogli żyć tak, jak wam się żywnie spodoba, będziecie mogli gwizdać na Boga, bo sami będziecie dla siebie bogami, nie będziecie się musieli oglądać na niego ani kierować jego opiniami i wskazówkami, bo będziecie sami w sobie dostatecznie mądrzy. I ludzie posłuchali. A potem szatan powiedział (choć tego w Biblii nie ma, możemy się domyślać tego z dalszych wydarzeń): "Bóg powiedział, że mężczyzna jest dla kobiety, a kobieta dla mężczyzny? A czemu nie mielibyście spróbować czegoś innego? Rodzina? Możecie ją stworzyć w dowolnym układzie!" a gdy postęp cywilizacyjny poszedł odpowiednio daleko, dopowiedział jeszcze: "zobaczcie, nawet możecie sobie stworzyć potomstwo!" Szatan sfałszował przy tym i pojęcie miłości i pojęcie rodziny!

wtorek, 8 października 2013

Wątpliwości co do ewolucji...

Kolejny materiał archiwalny - opublikowany w styczniu 2006 na łamach "Słowo Prawdy" - lecz wciąż aktualny pod względem merytorycznym. Powinien to przeczytać każdy, kto wierzy w to, czego nauczył się w szkole. Tym zaś, którym oczy już się otwierają, lub otworzyły - i którzy widzą, że nasza przeszłość niekoniecznie jest taka, jak opisują podręczniki i liczne publikacje, utrzymane w duchu darwinistyczno - lyellowskim - lektura ta także może dostarczyć wiele materiału do poważnych przemyśleń. Jak zawsze aby zobaczyć tekst w wielkości nadającej się do czytania, należy kliknąć na obrazek prawym przyciskiem myszy i dać polecenie "otwórz w nowym oknie".


Brazylia - to jeszcze nie przebudzenie

Materiał sprzed ładnych kilku lat - ukazał się w grudniu 2007 roku w baptystycznym miesięczniku "Słowo Prawdy". Myślę jednak, że dla wielu ludzi wciąż może być interesujący i inspirujący - tak, jak pouczające i budujące było spotkanie z pastorem Paulo. Aby zobaczyć materiał w pełnej wielkości należy kliknąć na obrazek prawym przyciskiem myszy i dać polecenie "otwórz w nowym oknie".


Apostoł "najciemniejszej Anglii"

Chrześcijaństwo to coś więcej niż wierzenia. To coś więcej niż czytanie Biblii - indywidualne lub grupowe - niż modlenie się i uczestnictwo w nabożeństwach. Chrześcijaństwo to nie rytuały i zwyczaje, lecz sposób życia. Jednym z aspektów życia chrześcijańskiego jest służba drugiemu człowiekowi - głoszenie Ewangelii (tak!), ale także troska o to, by miał co jeść i gdzie spać. Gdy mamy do czynienia z ubogimi troska o ich byt doczesny jest równie ważna jak troska o ich życie wieczne, bo mową o Bogu nie uratujemy tego, kto umiera z głodu. "...Kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi" (1. List Jana 4, 20). Jeśli nie służymy ludziom, możemy wznosić swe ręce w modlitwie do Boga, ale one są... puste! Są puste, bo nasza wiara jest martwa (por. List Jakuba 2, 13).

Armia Zbawienia - pewnie wielu z nas słysząc / czytając te słowa pierwsze skojarzenie ma mniej więcej takie: ludzie, którzy w okresie Bożego Narodzenia stają przed sklepami, by zbierać datki na ubogich, zwykle dzwonią dzwoneczkami lub grają staromodne hymny religijne. I choć jest to dość trafne skojarzenie - oparte głównie o amerykańskie filmy - to jednocześnie jest to najlepszy dowód na to, jak mało wiemy o Armii Zbawienia, która jest prężną organizacją charytatywną i jednocześnie związkiem wyznaniowym opartym na wierze chrześcijańskiej. Salwacjoniści na całym świecie prowadzą szeroko zakrojoną działalność na rzecz pomocy ubogim i zniewolonym przez nałogi ludziom. Od 2005 roku działają także w Polsce. Choć nie mogę Armii Zbawienia uznać za Kościół ewangeliczny - gdyż nie wykonują postanowień Pana odnośnie chrztu i pamiątki wieczerzy - sama organizacja, jak i osoba jej założyciela, są dla mnie fascynujące, a jeśli pominiemy błędne doktryny, a spojrzymy na czyny miłosierdzia, mogą być dla nas wzorem chrześcijańskiej postawy.

Choć Armię Zbawienia kojarzymy głównie z Ameryką, to jednak zrodziła się ona w XIX-wiecznej Anglii, w najbardziej ponurych zaułkach Londynu, pośród ludzi brudnych, pijanych i bez nadziei. W tą ciemność wkroczył niezwykły - prawdziwie niezłomny - człowiek, jakim był William Booth (1829 - 1912). Znał on dobrze biedę - w biedzie bowiem dorastał. I gdy się nawrócił, poszedł od razu do innych biednych, by im głosić Ewangelię i wielu ludzi - mieszkańców slamsów swego rodzinnego Nottingham - przyprowadził wkrótce do Chrystusa. Lecz gdy przyprowadził ich także do Kościoła, Kościół... z pogardą ich odrzucił - nie chciano na nabożeństwach tych, którzy się nigdy nie myli, bo nie było ich stać na ten luksus, i przychodzili w swych jedynych ubraniach, przesiąkniętych ich potem i "zapachami" ich codziennej pracy. Od swych pasterzy (w Kościele metodystycznym) William usłyszał: niech ci ludzie będą sobie tam, gdzie są, niech mają swoje spotkania w swojej dzielnicy, no ewentualnie niech siadają za zasłoną, gdzie ich nie będzie widać - jeśli przyjdą czyści, nie będą tam nikomu przeszkadzać. Wielu z nas pewnie, doświadczając takiej oziębłości w Kościele, poddałoby się, "złożyło miecz". Ale nie William Booth! Bóg dał mu misję i on postanowił ją wykonać. Myślę, że można go dokładnie opisać zaledwie trzema słowami: PRAWDZIWY WOJOWNIK BOŻY!

Po lewej: William i Carherine Booth w dniu ślubu. Po prawej: generał Booth w mundurze Armii Zbawienia

William długo nie mógł znaleźć pracy w swym rodzinnym mieście - nie ukończywszy szkoły i znając tylko pracę w lombardzie, nie miał szerszych perspektyw. Trudne życiowe położenie zmusiło go do wyjazdu do Londynu. Tak naprawdę - myślę - nie znajdował pracy w Nottingham, bo Bóg potrzebował go w Londynie. Bóg miał plan! Tam znalazł pracę w lombardzie - i tam zaczął wychodzić na ulice, by tam znajdować ludzi dla Chrystusa. Pragnął robić tylko to, ale nie miał żadnego "zaplecza", no i kto by chciał kaznodzieję, który nie ukończył szkoły? A jednak Bóg otworzył mu drzwi: do poświęcenia się całkowicie kaznodziejstwu, do zostania pastorem - nawet do kierowania całymi prowincjami Kościoła, a w końcu do stanie się jednym z największych ludzi XIX wiecznej Anglii, cieszącym się szacunkiem nawet na dworach królewskich. Kto by się spodziewał, że biedak z Nottingham będzie miał dla świata tak wielkie znaczenie? Kto by się spodziewał, że będzie stał przed królami i załatwiał sprawy dla Królestwa Niebieskiego?

poniedziałek, 7 października 2013

Pieniądz nie może być naszym "bogiem"

"Żaden sługa nie może dwóm panom służyć, gdyż albo jednego nienawidzieć będzie, a drugiego miłować, albo jednego trzymać się będzie, a drugim pogardzi. Nie możecie Bogu służyć i mamonie" (Ewangelia Łukasza 16, 13)
Wszystko, co mamy, należy do Boga. Nawet jeśli my coś wykonaliśmy naszymi własnymi rękoma, wykonaliśmy to z materiału powierzonego nam przez Boga, używając do tego zdolności, które także mamy od Boga. Także nasz czas należy przede wszystkim do Boga - bo On nam go dał! Także nasze siły są od Boga i do Niego przede wszystkim należą. Wszystko wiec, co mamy, lub wykonujemy - wróćmy do pierwszego zdania - należy przede wszystkim do Boga, a dopiero w dalszej kolejności do nas, bo mamy to dzięki Bogu, nie dzięki nam samym. My mamy taki problem, że przywykliśmy myśleć: "moje, moje" a tymczasem powinniśmy mówić: "twoje, twoje (Boże)", "To jest twoje i dzięki ci, że mi to dajesz". gdy coś osiągniemy, to też lubimy myśleć: "Doszliśmy do tego o własnych siłach", podczas gdy siły i materiał są od Boga, więc to wszystko tak naprawdę od Niego jest nam dane. Myślę, że takie podejście - pełne pokory i wdzięczności - we właściwy sposób ustawia hierarchię priorytetów w naszym życiu, hierarchię wartości. Szczytem arogancji i głupoty jest czcić to, co jest nam dane, zamiast dawcy.

Co się dzieje, gdy zapominamy o Bogu, gdy pieniądze zaczynają być najważniejsze. Można by dużo o tym pisać - a chyba każdy z nas to widzi w tym świecie. Bardzo dobrze oddał to w swojej twórczości człowiek, z którym spotykam się tylko czasem, ale zwykłem go traktować jako przyjaciela: 


niedziela, 6 października 2013

Tęcza zawłaszczona przez diabła

Trwa batalia o tęczę, stojącą od czerwca 2012 roku na Placu Zbawiciela w Warszawie. Tęcza jest pięknym, biblijnym symbolem: "Potem rzekł Bóg: To będzie znakiem przymierza, które Ja ustanawiam między mną a między wami i między każdą istotą żyjącą, która jest z wami, po wieczne czasy; łuk mój kładę na obłoku, aby był znakiem przymierza między mną a ziemią. Kiedy zbiorę chmury i obłok będzie nad ziemią, a na obłoku ukaże się łuk, wspomnę na przymierze moje, które jest między mną a wami i wszelką istotą żyjącą we wszelkim ciele i już nigdy nie będzie wód potopu, które by zniszczyły wszelkie ciało. Gdy tedy łuk ukaże się na obłoku, spojrzę nań, aby wspomnieć na przymierze wieczne między Bogiem a wszelką istotą żyjącą, wszelkim ciałem, które jest na ziemi" (1. Księga Mojżeszowa - tzw. "Rodzaju" - 9, 12 - 16). Niestety, symbol ten został zawłaszczony przez diabła i uczyniony symbolem walki o "tolerancję" dla grzechu: homoseksualizmu, transwestytyzmu, transseksualizmu, itd. 

Autorka projektu, Julita Wójcik, twierdzi, że jej tęcza nawiązuje do pozytywnych emocji związanych z takimi wydarzeniami, jak Parada Równości, EURO 2012 oraz... katolicka uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (tzw. Bożego Ciała). Choć nie uznaję wspomnianej uroczystości, samo zestawienie "Parady Równości" z czymkolwiek odnoszącym się do Boga - Boga, który homoseksualizm określa jako grzech, obrzydliwość i wynaturzenie - jest prowokacją i (myślę, że można użyć tego słowa) bluźnierstwem, gdyż Bóg brzydzi się grzechem i nie ma z nim nic wspólnego. Tęcza stworzona jako symbol religijno - homoseksualny (łączenie wiary i diabelskiej ideologii) mi także przeszkadza. I chyba nie tylko mi, skoro już czterokrotnie płonęła i właśnie po raz kolejny ma być odbudowana. Oczywiście to wszystko za "pieniądze podatnika" - czyli za ten symbol płacimy my wszyscy, także ty, mój czytelniku, i ja.

Nie popieram aktów wandalizmu, natomiast jasne jest dla mnie, że tęczę trzeba odzyskać! Po co palić tęczę? Zwłaszcza, że sama w sobie jest naprawdę piękna! Lepiej by było na niej napisać na przykład: "Albowiem tak Bóg umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał, aby każdy, kto weń wierzy, nie zginął, ale miał żywot wieczny" (Ewangelia Jana 3, 16) :) Można też i krócej, za to większymi literami: JEZUS ZBAWIA! I przypomnieć Boże zasady. Tym samym tęcza, która jest znakiem dawnego przymierza, zawartego przez Boga z ludźmi, mogła by się stać na nowo pięknym symbolem szansy danej ludziom, obietnicy życia wiecznego z Bogiem. :) Wandalizm jest zbyt mało wyrafinowany. ;)

sobota, 5 października 2013

Krzyż to nie narzędzie walki

Zaciekawił mnie wywiad, jakiego jednemu z katolickich portali udzielił Stanisław Małkowski - kapłan katolicki, lansowany od kilku lat niemal na "ikonę opozycji antykomunistycznej". Od razu drugie pytanie zaczęło się od słów: "Był Ksiądz na Krakowskim Przedmieściu, gdzie dochodziło do najgłośniejszych aktów profanacji krzyża w III RP..." i właściwie już było wiadomo, o czym dalej będzie można przeczytać. Padły słowa, że ci, którzy "walczą z krzyżem w przestrzeni publicznej" są uczniami szatana, należą do diabła. Nie nazwał tak wprawdzie bezpośrednio Prezydenta RP, Bronisława Komorowskiego i pani prezydent Warszawy, Hanny Gronkiewicz - Waltz, lecz wskazał na nich jako na tych, którzy "walczą z krzyżem". Czy jest przypadkiem, że takie słowa padają właśnie teraz, gdy opozycja (PiS) dąży do stopniowego odsuwania od władzy partii, która zwyciężyła w ostatnich wyborach (PO). Niestety, krzyż ponownie staje się narzędziem walki politycznej.

Jako chrześcijanin z wielkim bólem obserwowałem to, co się działo w 2010 roku na Krakowskim Przedmieściu. Dobrze się stało, że ustawiono tam krzyż - na czas żałoby, gdy przychodzili ludzie, by modlić się i zapalać znicze. Ja sam na wiadomość o katastrofie poszedłem pod pomnik, spod którego ledwie miesiąc wcześniej przemawiał Prezydent RP, Lech Kaczyński i zapaliłem znicz w miejscu, gdzie wówczas stał, i modliłem się za nasz kraj, o lepsze dni dla nas wszystkich. Jednak po zakończeniu żałoby powinien on stamtąd zniknąć, bo jego rola w tamtym miejscu się skończyła. Nikt z krzyżem nie walczył - to krzyżem zaczęto wojować. I zelżono nawet katolickich kapłanów, którzy wraz z harcerzami, już długo po katastrofie, przyszli, by krzyż przenieść procesyjnie (uroczyście) do kościoła. Nie mam wątpliwości, że krzyż został tam splugawiony. Ale przez kogo bardziej? Przez tych, którzy pluli, oddawali mocz, ustawiali butelki po alkoholu i używali niecenzuralnych słów, czy też przez tych, którzy krzyża używali do walki? To, co się działo wokół krzyża nie było manifestacją nienawiści do Boga, lecz sprzeciwem wobec walki toczonej z użyciem krzyża. Któż więc odpowiada za to, jak potraktowano krzyż?

piątek, 4 października 2013

Pastor Chuck Smith odszedł do Pana


Ze smutkiem przyjąłem wiadomość, że 3 października odszedł z tego świata pastor Chuck Smith. Nigdy nie spotkałem go osobiście - mam jednak nadzieję, że spotkamy się w przyszłości "tam", na nowej Ziemi - lecz zrobił on wiele dla mego życia poprzez swoją wspaniałą (choć niezbyt obszerną) książkę "Charyzma czy charyzmania", będącą jedną z najpiękniejszych książek o Duchu Świętym i jego działaniu w Kościele. Urodził się w 1927, ukończył "LIFE Bible College" i został ordynowany na pastora w Międzynarodowym Kościele Poczwórnej Ewangelii (choć nazwa ta brzmi dość dziwnie i nawet "podejrzanie", jest to po prostu jeden z Kościołów nurtu zielonoświątkowego). W latach 60-tych był zaangażowany w ruch "Jesus movement", głoszenie Ewangelii wśród hipisów. W 1965 roku został pastorem społeczności chrześcijańskiej "Calvary Chapel" w Costa Mesa w Kalifornii, która z czasem przerodziła się w globalną sieć Kościołów (obecnie jest to ponad 1000 zborów, w tym cztery w Polsce). Był szanowanym kaznodzieją, choć nie uniknął błędów, z których największym było przewidywanie końca świata na początek 1981 roku.W 2011 zdiagnozowano u niego raka płuc.

czwartek, 3 października 2013

"Pobożność maryjna"... obowiązkowa?

Tym razem o nadzwyczaj przykrej, a nawet naprawdę bolesnej sprawie...

Przyznam, że trudno było mi w to uwierzyć - tym bardziej, że do tej akurat gazety wielkiego zaufania nie mam. Jednak o sprawie informowały także inne media. Skąd mógł komuś do głowy przyjść aż tak absurdalny pomysł? Trochę kpiarsko można powiedzieć: ksiądz chyba za dużo kadzidła użył i komuś poważnie zaszkodziło. Zastanawiam się cóż miałbym zrobić, gdybym był rodzicem dziecka chodzącego do szkoły, której kierownictwo ma takie pomysły. Gdyby pomysł był zrealizowany (na szczęście się z niego wycofano, gdy zrobiło się o sprawie głośno), nie mógłbym dziecka posyłać przez tydzień do szkoły! Dziecku musiałbym zorganizować ponadto opiekę. Pół biedy, gdyby dzieckiem się mógł zająć dziadek lub babcia - gorzej, gdyby była konieczność wynajęcia kogoś (wówczas szkoła powinna zwrócić koszty). Ktoś chyba zapomniał jakie zapisy dotyczące swobód wyznaniowych są w polskiej konstytucji: każdy ma prawo wierzyć lub nie wierzyć, wolno być katolikiem, a wolno nim nie być i żadna wiara nikomu nie może być narzucana. Jeśli dla kierownictwa tej szkoły sprawy religii są tak bliskie i ważne, niech się zatrudnią jako katecheci, a kierowanie placówką oświatową zostawią komu innemu, kompetentnym ludziom!

Trudno mi nie zwrócić uwagi na milczenie ze strony kleru - milczenie, które może oznaczać aprobatę. Jeszcze trudniej mi zrozumieć pewne kręgi wyznawców katolicyzmu, którzy zareagowali na sprzeciw wyrażony przez polityków lewicy. Sprzeciw wobec nachalnej indoktrynacji określono jako "walkę z Kościołem i wiarą", a sprzeciwiających się nazwano "idiotami"! Ze zgrozą przeczytałem, że "dzieci powinny poznawać kulturę kraju, w którym żyją". A "to przecież katolicki kraj" i niekatolicy powinni także malować obrazki maryjne, uczyć się modlitw, miłować papieża i radować się tak licznymi sanktuariami. Ja już wiele razy słyszałem / czytałem pod swoim adresem (przepraszam za nieeleganckie słowo - cytuję wypowiedzi pewnej części katolików): "Polska jest krajem katolickim, a jak ci coś nie pasuje to w********aj!" Czy naprawdę niekatolicy mają być "obywatelami drugiej klasy"?

Polska kultura i polskie tradycje... Ja bardzo chętnie zachodzę do katolickich kościołów, zwiedzam je - kiedyś na prośbę przyjaciółki ze zboru oprowadziłem nawet po jednym z nich, który dobrze znam, grupę przyjezdnych protestanckich dzieci. Bardzo chętnie o nich opowiadam i piszę. Ale nie klękam wchodząc do nich, nie klękam przed obrazami, nie modlę się tam - bo nikt mnie nie może do tego zmusić. Nikt nie może nikogo zmuszać do kultu. Nikt nie może nikogo zmuszać, by malował "święte obrazki", uczył się modlitw, itp. - jeśli jest inaczej, jest to sprawa dla Prokuratury, gdyż stanowi to naruszenie prawa. Gdybym miał dziecko chodzące do tej szkoły, poszedłbym nie tylko do mediów i polityków, lecz także do tych, którzy stoją na straży moich praw obywatelskich. Słowo Boże wypowiada się bowiem dostatecznie precyzyjnie na temat kultu wizerunków i osób i nikt nie ma prawa zmuszać nas, którzy się katolikami nie czują, by postępować wbrew Słowu Bożemu!
"Jam jest Pan, Bóg twój, który cię wyprowadził z ziemi egipskiej, z domu niewoli. Nie będziesz miał innych bogów obok mnie. Nie czyń sobie podobizny rzeźbionej czegokolwiek, co jest na niebie w górze, i na ziemi w dole, i tego, co jest w wodzie pod ziemią. Nie będziesz się im kłaniał i nie będziesz im służył, gdyż Ja Pan, Bóg twój, jestem Bogiem zazdrosnym..." (2. Księga Mojżeszowa - tzw. "Wyjścia" - 20, 2 - 5)

środa, 2 października 2013

Jezus musi być w centrum naszego życia

"Maria wzięła funt czystej, bardzo drogiej maści nardowej, namaściła nogi Jezusa i otarła swoimi włosami, a dom napełnił się wonią maści. A Judasz Iskariot, jeden z uczniów jego, syn Szymona, który miał go wydać, rzekł: Czemu nie sprzedano tej wonnej maści za trzysta denarów i nie rozdano ubogim? (...) Tedy rzekł Jezus: Zostaw ją; chowała to na dzień mojego pogrzebu. Albowiem ubogich zawsze u siebie mieć będziecie, lecz mnie nie zawsze mieć będziecie." (Ewangelia Jana 12, 3 - 5 i 7 - 8)
Czytając te słowa zazwyczaj dostrzegamy oddanie Marii z jednej strony, a bezczelność i obłudę Judasza z drugiej. Lecz fragment ten to nie tylko zestawienie postaw tych dwóch osób, lecz równocześnie niezwykle interesujące słowa pouczenia, jakie padają z ust Jezusa: "ubogich zawsze u siebie mieć będziecie, lecz mnie nie zawsze mieć będziecie".   

Słowo Boże w wielu miejscach zachęca nas, byśmy służyli ludziom, byśmy dzielili się z potrzebującymi tym, co mamy od Boga - byśmy karmili, ubierali, opiekowali się chorymi i słabymi. Judasz pozornie to właśnie chce czynić - bardziej z korzyścią dla siebie, niż dla bliźnich. W naszych czasach też wielu ludzi myli Kościół z jakiegoś rodzaju fundacją, która powinna się skupiać na potrzebach materialnych ludzi (czasem słyszę, że Kościół powinien pomagać, a nie... głosić Ewangelię). Jezus - w tych słowach - porządkuje nasze priorytety. Pokazuje, że Kościół, jako wspólnota wierzących, nie ma poświęcać się działalności charytatywnej, lecz skupiać na Bogu. Bo być chrześcijaninem to znaczy odpowiedzieć na wezwanie Pana: "Pójdź za Mną!", a czynienie dobra nie jest celem, lecz konsekwencją podjęcia tego wyzwania.

Jezus nie mówi: "to nie jest ważne!", lecz wskazuje na sprawę ważniejszą. Chodzi o by wszystko, co robimy na rzecz innych, było głęboko zakorzenione w wierze, by wynikało z naszego bycia przy Chrystusie. Chodzi o to, byśmy nie byli działaczami, lecz znakiem dla świata - by nasze czyny były świadectwem, byśmy zarówno naszymi słowami, jak i czynami wskazywali na Jezusa Chrystusa i by Jemu była chwała z tego, co On robi dla ludzi poprzez nasze ręce. Zachowanie tego porządku w priorytetach jest ważne dla życia Kościoła, ale także dla każdego z nas
. Bo - choć wydaje się to absurdalne - także z własnego zaangażowania w pomoc innym, z własnej szlachetności, można uczynić cel sam w sobie, można sobie zrobić... bożka. Nasza dobroczynność nie ma wielkiego znaczenia bez zakorzenienia w Jezusie, bez skoncentrowania się na Nim.

PILNE! Potrzebna pomoc!

Gdy mówi się o kościelnej pomocy charytatywnej, większość Polaków myśli: "Caritas". Jednak nie tylko Kościół katolicki prowadzi taką działalność - pomagają także Kościoły ewangeliczne. W naszym kraju funkcjonują m.in. ośrodki, w których pomoc znajdują ludzie pragnący porzucić nałogi (głównie alkohol i narkotyki), wyjść z bezdomności i tacy, którzy właśnie opuścili więzienie - niekiedy po wieloletnim tam pobycie - i potrzebują pomocy w powrocie do normalnego życia. Potrzebujący otrzymują tam nie tylko fachową pomoc psychologów, lekarzy i różnych doradców, lecz objęci są także opieką duchową, jest im głoszona Ewangelia - i w tym jest sekret większej ich skuteczności.

Jeden z takich ośrodków - prowadzony przez Stowarzyszenie "Antidotum" - znajduje się w Janowie, niedaleko Nowego Dworu Mazowieckiego. Jego celem jest przywracanie do życia ludzi w sensie fizycznym, psychicznym i duchowym. Na terenie ośrodka mieszka obecnie 60 osób potrzebujących pomocy - są to samotne matki, osoby niepełnosprawne i chore... Niedawno zaczęła się jesień. Dni są coraz chłodniejsze, a w nocy jest już zimno. Niestety właśnie teraz zepsuł się piec, dzięki któremu podopieczni mieli ciepło w swoim domu. Temperatura w ich pokojach spada w nocy do zaledwie 12 stopni. Fachowcy ocenili, że pieca nie da się już naprawić. Jest więc pilna potrzeba, by dom ten wyposażyć w nowe urządzenie. Jego koszt to 25.000 złotych (po dużym upuście), z czego 10.000 złotych musi być wpłacone od razu, by urządzenie zostało dostarczone i uruchomione. Stowarzyszenie pozyskało na ten cel już 5.000 złotych - jednak jest to wciąż zbyt mało, a ich podopieczni marzną.
"A gdy przyjdzie Syn Człowieczy w chwale swojej i wszyscy aniołowie z nim, wtedy zasiądzie na tronie swej chwały. (...) Wtedy powie król tym po swojej prawicy: Pójdźcie, błogosławieni Ojca mego, odziedziczcie Królestwo, przygotowane dla was od założenia świata. Albowiem łaknąłem, a daliście mi jeść, pragnąłem, a daliście mi pić, byłem przychodniem, a przyjęliście mnie, byłem nagi, a przyodzialiście mnie, byłem chory, a odwiedzaliście mnie, byłem w więzieniu, a przychodziliście do mnie. Wtedy odpowiedzą mu sprawiedliwi tymi słowy: Panie! Kiedy widzieliśmy cię łaknącym, a nakarmiliśmy cię, albo pragnącym, a daliśmy ci pić? A kiedy widzieliśmy cię przychodniem i przyjęliśmy cię albo nagim i przyodzialiśmy cię? I kiedy widzieliśmy cię chorym albo w więzieniu, i przychodziliśmy do ciebie? A król, odpowiadając, powie im: Zaprawdę powiadam wam, cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych moich braci, mnie uczyniliście." (Ewangelia Mateusza 25, 31 - 40)
Mam nadzieję, że znajdą się kolejni ludzie, którzy zechcą ofiarować Bogu pieniądze na ten cel. Podkreślam: ofiarować Bogu, bowiem w myśl powyższych słów to właśnie Jemu je dajemy, by On je dobrze wykorzystał na pomoc ludziom, których miłuje (tak rozumiem te słowa). Może Bóg dziś porusza twoje serce - przy tym nieważne jakiego jesteś wyznania - byś wspomógł to dzieło? Może to uczynić:

Stowarzyszenie ANTIDOTUM
Janowo 42, 05-180 Pomiechówek
46 8011 0008 0030 0300 0983 0001

Stary, nie nadający się już do użytku, piec ośrodka w Janowie i nowy, który wkrótce - mam nadzieję, że także dzięki wam -
może dać ciepło podopiecznhym tego domu. Fot. Stowarzyszenie "Antiditum" / Firma "Krzaczek"

Dlaczego nie należy chrzcić dzieci?



Ten krótki filmik jest jednym z najlepszych argumentów przeciwko chrzczeniu dzieci, jakie kiedykolwiek widziałem. Choć powstał z pobudek zupełnie niechrześcijańskich, jest dobrą ilustracją jednego z powodów, dla których ewangeliczni chrześcijanie nie chrzczą niemowląt. Oczywiście pierwszym i najważniejszym powodem jest fakt, że Biblia nic nie mówi o chrzcie niemowląt. Ilekroć jest mowa o chrzcie, dotyczy to ludzi, którzy świadomie przyjmują wiarę - na przykład: "A gdy tak jechali drogą, przybyli nad jakąś wodę, a eunuch rzekł: Oto woda; cóż stoi na przeszkodzie, abym został ochrzczony? Filip zaś powiedział mu: Jeśli wierzysz z całego serca, możesz. A odpowiadając, rzekł: Wierzę, że Jezus Chrystus jest Synem Bożym. I kazał zatrzymać wóz, zeszli obaj, Filip i eunuch, do wody, i ochrzcił go" (Dzieje Apostolskie 8, 36 - 38) - i choć niekiedy jest mowa o "chrzcie całych domów", to jednak nigdzie nie ma mowy o niemowlętach. Bóg nie jest tyranem stosującym przymus i nikogo nie przymusza do wiary - on powołuje ludzi: "chodź za mną", lecz dał nam wolną wolę, dał nam prawo odmowy. I tą wolność trzeba uszanować.

Oczywiście wychowanie dzieci w wierze to nie tylko prawo, ale obowiązek rodziców. Ich podstawowym obowiązkiem jest wychowanie dzieci, co obejmuje także wychowanie ich w pobożności - a więc uczenie ich o Bogu, czytanie Słowa Bożego, wpojenie zwyczaju modlitwy. Mocno podkreśla ten obowiązek apostoł Paweł, gdy pisze o tym, kto może sprawować posługę w Kościele: "
Biskup zaś ma być nienaganny, mąż jednej żony, (...) który by własnym domem dobrze zarządzał, dzieci trzymał w posłuszeństwie i wszelkiej uczciwości, bo jeżeli ktoś nie potrafi własnym domem zarządzać, jakże będzie mógł mieć na pieczy Kościół Boży? (...) Diakoni niech będą mężami jednej żony, mężami, którzy potrafią dobrze kierować dziećmi i domami swoimi" (1. List do Tymoteusza 3, 2 - 5 i 12), "Pozostawiłem cię na Krecie w tym celu, abyś uporządkował to, co pozostało do zrobienia, i ustanowił po miastach starszych, jak ci nakazałem, takich, którzy są nienaganni, są mężami jednej żony, którzy mają dzieci wierzące, które nie stoją pod zarzutem rozpusty albo krnąbrności. Biskup bowiem jako włodarz Boży, powinien być..." (List do Tytusa 1, 5 - 7). Jezus często był w otoczeniu dzieci, lecz nie chrzcił ich i nie polecał tego innym. "I przynosili do niego dzieci, aby się ich dotknął, ale uczniowie gromili ich. Gdy Jezus to spostrzegł, oburzył się i rzekł do nich: Pozwólcie dziatkom przychodzić do mnie i nie zabraniajcie im, albowiem takich jest Królestwo Boże. Zaprawdę powiadam wam, ktokolwiek by nie przyjął Królestwa Bożego jak dziecię, nie wejdzie do niego. I brał je w ramiona, i błogosławił, kładąc na nie ręce." (Ewangelia Marka 10, 13 - 16). Mamy wychowywać do wiary, lecz nie przymuszać do niej - bo Bóg nie stosuje przymusu.