niedziela, 29 września 2013

Bóg i... TYLKO BÓG!

"Nie wolno ci mieć innych bogów oprócz Mnie" (2. Księga Mojżeszowa - tzw."Wyjścia" - 20, 3 - tłum. Tora Pardes Lauder) "Ja Pan, a takie jest moje imię, nie oddam mojej czci nikomu... (...) ...mojej chwały nie oddam innemu" (Księga Izajasza 42, 8 i 48, 11) "Panu Bogu swemu pokłon oddawać i tylko jemu służyć będziesz" (Ewangelia Mateusza 4, 10)
Prawosławni zwykli mawiać, że Bóg jest Monarchą i że w niebie nie ma demokracji, nie mamy "Republiki Niebieskiej", lecz "Królestwo Niebieskie". To prawda, że Pan nasz jest Królem - jedynym (!) władcą i tylko przed nim ma się zginać nasze kolano. Tak mówi Słowo Boże i to podkreśla Jezus Chrystus. Dla siebie i tylko (!) dla siebie Bóg rezerwuje wszelką chwałę i cześć. Bóg mówi nam, że chce wyłączności na bycie tym, kogo czcimy! Tylko Bóg ma być tym, do kogo przychodzimy w modlitwie i kogo uwielbiamy. Człowiek, gdy zwraca się ku komuś innemu i przed kim innym zgina kolano, tym samym uznaje inną zwierzchność, inne panowanie, wchodzi w inną zależność, w inną służbę. To jest moje osobiste, najgłębsze przekonanie - to jest to, co znajduję w Słowie Bożym.

czwartek, 26 września 2013

Chrześcijanie przeczą... Jezusowi

"Skoro bowiem przyszła przez człowieka śmierć, przez człowieka też przyszło zmartwychwstanie. Albowiem jak w Adamie wszyscy umierają, tak też w Chrystusie wszyscy zostaną ożywieni." (1. List do Koryntian 15, 21 - 22) "A jak było za dni Noego, takie będzie przyjście Syna Człowieczego" (Ewangelia Mateusza 24, 37)
Te słowa są najlepszym dowodem na to, że pierwszych rozdziałów Biblii nie wolno nam traktować jako zapisu symbolicznego. Z tych słów wynika, że ani Jezus, ani apostołowie opisów z Księgi Rodzaju nie traktowali jako "midraszu" - pouczających historyjek, lecz jako opis rzeczywistych wydarzeń. Tym bardziej przykre jest, że dziś wielu ludzi nie zgadza się z Jezusem i apostołami w kwestii tych opisów. Jezus mówi, że był Noe i nastąpił potop, a dziś wielu chrześcijan nie wierzy w jego istnienie i w to, że całą ziemię zalała woda. Apostołowie mówią o Adamie, traktując go jako postać historyczną na równi z Jezusem, a chrześcijanie nie wierzą, że był jakiś Adam. Przy tym, odrzucając wiarę w to, co podaje Słowo Boże, określają się jako "biblijnie wierzący".

Gdyby chodziło tylko o ludzką opinię w sprawie Księgi Rodzaju, moglibyśmy powiedzieć: "Apostołowie byli tylko ludźmi i mogli się mylić". Pamiętajmy jednak, że Apostołowie byli przy Jezusie... OK, Paweł akurat nie - był wówczas przeciwnikiem uczniów Chrystusa - ale Paweł czerpał swą wiedzę o sprawach duchowych od tych, którzy słuchali słów Jezusa! W drugim przypadku sam Jezus mówi nam: "jak było za dni Noego" - przypominając HISTORIĘ i mówiąc z przekonaniem jako o FAKTACH. Czy gdyby nie istniał nigdy Noe, a historia o potopie była tylko opowieścią dla pouczenia ludzi, Jezus by się na nią powoływał w taki sposób? Z pewnością nie! No chyba, że Jezus był także tylko omylnym człowiekiem, jak uważają niektórzy nie znający dokładnie Pisma Świętego ani innych starożytnych pism traktujących o pierwotnym chrześcijaństwie. Jeśli jednak wiemy, że Jezus jest Bogiem, to znaczy, że jeśli coś mówił, to mówił to świadomie, wiedząc, że tak było na pewno. Jeśli w pismach chrześcijańskich wchodzących w Skład Biblii mamy potwierdzenie, że Adam (a więc także Ewa) istniał naprawdę i że opisana historia z nimi związana jest prawdziwa, to znaczy, że taką dosłowną interpretację uczniowie słyszeli także z ust Jezusa. Prawdziwość i rzetelność tych opisów poświadcza naoczny świadek i współuczestnik tych wydarzeń: Jezus Chrystus.

środa, 25 września 2013

Nie krzywdźmy niewinnych

"Nie wolno ci mordować" (2. Księga Mojżeszowa - tzw. "Wyjścia" - 20, 13 - przekład Tora Pardes Lauder)
Sprawa aborcji wraca jak bumerang. Już nawet nie "raz po raz", lecz wciąż i wciąż jesteśmy bombardowani lewacką propagandą i pseudoargumentami za aborcją. Zwolennicy zabijania niewinnych dzieci nie cofają się przed niczym. Wyzwiska i pomówienia pod adresem obrońców życia to już nie tylko "norma", ale w gruncie rzeczy tylko drobne nieprzyjemności, bowiem w ostatnim czasie dochodzi już nawet do agresji fizycznej - w Berlinie lewaccy bojówkarze napadli niedawno na katolickich "proliferów".

Najczęściej powtarzanym "argumentem" są "prawa kobiety do decydowania o własnym ciele". Rzecz w tym, że od momentu poczęcia jest to już nie tylko jej ciało, bo w niej kształtuje się już ciało drugiego człowieka. Płód ludzki nie jest rzeczą, nie jest "czymś" - jest KIMŚ, kogo Bóg - poprzez tzw. "siły natury" - kształtuje, by przygotować go do przyjścia na świat. Gdy słyszę o "prawie wyboru", ja mogę tylko powiedzieć: "popieram prawo wyboru"! Kobieta ma prawo decydować o tym, czy chce mieć dzieci, czy też nie - decyzję tą podejmuje w tym samym momencie, gdy podejmuje decyzję o współżyciu seksualnym (pomijam w tym momencie kwestię gwałtu jako marginalną). Seks nie służy wyłącznie przyjemności - służy przede wszystkim prokreacji. Jeśli decydujemy się na współżycie seksualne, tym samym musimy przyjąć także jego efekty. Niestety ludzie. Sam pomysł aborcji jest w wielu wypadkach skutkiem grzechu. Wiąże się z upadkiem moralnym i niedojrzałością - chodzi mi o nieodpowiedzialne współżycie seksualne, traktowanie seksu jako "zabawy" - i / lub egoizmem, który jest tak samo grzeszny, jest stawianiem siebie i swego "dobra" na pierwszym miejscu.

wtorek, 24 września 2013

O Marcinie Lutrze i Katarzynie von Bora

Katolicy - próbując udowodnić "niegodziwość" Reformacji - często zarzucają Marcinowi Lutrowi nie tylko to, że zrzucił habit i odszedł z Kościoła katolickiego, ale także rzekome uwiedzenie i poślubienie byłej mniszki, Katarzyny von Bora. Tymczasem prawda jest taka, że Katarzyna von  Bora znalazła się w klasztorze wbrew własnej woli. Została tam oddana przez rodziców w wieku zaledwie 15 lat i przymuszona do złożenia ślubów zakonnych w wieku lat 16. Była to częsta praktyka w tamtych czasach - w ten sposób katolickie rodziny szlacheckie pozbywały się problemu, głównie jeśli brakowało pieniędzy na posag dla córek (wiano przekazywane klasztorom było znacznie mniejsze niż wymagany zwyczajowo przy zamążpójściu posag). Katarzyna von Bora zbiegła z klasztoru wraz z kilkunastoma innymi mniszkami. Marcin Luter części z nich udzielił schronienia, a także szukał kandydatów na mężów. Szukał męża także dla Katarzyny von Bora, lecz ona chciała wyjść za niego. Nie uczynił on więc nic "niegodziwego" czy "świętokradczego". Wprost przeciwnie - postąpił nadzwyczaj bohatersko i honorowo, pomagając kobietom, którym udało się zbiec z niewoli.

poniedziałek, 23 września 2013

Dziś potrzeba modlitwy

Ogrom tragedii poraża - najświeższe doniesienia mówią już o ponad 80 osobach zabitych, ale polskie media milczą! Gdy kilka lat temu podczas jednego ze "Zjazdów Gnieźnieńskich" uczestniczący w nim duchowny muzułmański zapewniał, że "islam to religia miłości" i prosił, byśmy nie postrzegali islamu przez pryzmat "11 września", rozległy się brawa. Codzienność jednak pokazuje, że te zapewnienia o islamie to tylko słowa. Oczywiście nie każdy muzułmanin jest terrorystą (co podkreślają sami muzułmanie) ale prawie każdy terrorysta jest muzułmaninem (o czym już tak chętnie nie mówią). Nie mamy podstaw, by obawiać się poszczególnych muzułmanów, lecz mamy podstawy, by obawiać się islamu jako takiego. Wszędzie tam, gdzie "religią panującą" jest islam, swobody religijne są w najlepszym razie ograniczane, a zazwyczaj chrześcijanie są prześladowani i mordowani. Dziś jest czas, gdy potrzeba modlić się w intencji wyznawców Chrystusa z Pakistanu i innych krajów islamskich, by modlitwą wspierać cierpiących i rodziny męczenników, a nade wszystko by modlić się o tych, którzy to uczynili.

Idźmy!

"Idźcie tedy na cały świat i czyńcie uczniami wszystkie narody..." (Mateusza 28, 11)
Przez kilka ostatnich dni w Biskupinie odbywał się festyn archeologiczny. Każdego dnia do muzeum przychodziły tysiące ludzi, pragnących dowiedzieć się czegoś o historii, życiu ludzi przed wiekami i pracy archeologów lub po prostu rozerwać się. Przed bramą biskupińskiego rezerwatu często można spotkać ludzi, którzy stoją z puszkami PCK, lub takich, którzy rozdają ulotki promujące inne atrakcje turystyczne regionu. Tym razem było inaczej - od sympatycznej pani otrzymałem broszurkę pt. "Poznajmy się" - od razu zacząłem ją przeglądać, żeby się dowiedzieć z kim mam do czynienia, czy aby nie z jakąś sektą. Jakże się ucieszyłem, gdy ze środka wysunęła się ulotka zachęcająca do lektury książki "Wielki Bój" autorstwa Ellen G. White (którą doceniam i szanuję, choć nie we wszystkim się zgadzam) - widomy znak, że ludzie, których spotkałem są członkami Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego. Ucieszyłem się, bowiem niejednokrotnie namawiałem chrześcijan, by właśnie w Biskupinie - korzystając z okazji, że przyjeżdża tam każdego roku tak wielu ludzi, wśród których jest wielu, którzy nigdy nie słyszeli naprawdę Ewangelii, a także wielu neopogan - głosić Ewangelię, ale jakoś nie byli zainteresowani... Jak dobrze było zobaczyć chrześcijan w tym miejscu!

Jednym z największych błędów, jakie popełniają chrześcijanie jest myślenie, że tylko niektórzy mają powołanie do tego, aby być misjonarzami. Powyższe słowa - będące powołaniem do misji - nie były skierowane do specjalnie wyselekcjonowanych ludzi, lecz do całego Kościoła. Nie jesteśmy powołani do tego, aby zamykać się w naszych kaplicach, lecz by iść do ludzi i głosić Ewangelię. Nie mamy na to zbyt wiele czasu. Nie chodzi mi o to, że zbliża się koniec świata - choć on się zbliża, nie wiemy kiedy nastąpi, ale możemy się spodziewać powrotu Pana w każdej chwili. Chodzi mi raczej o to, że dziś żyjemy, a jutro możemy być już wezwani do odejścia z tego świata i że dziś żyją ludzie, którzy nie są zbawieni a jutro mogą zginąć i nie znać drogi ratunku. Może właśnie dziś, właśnie teraz, jest jedyny moment na to, aby opowiedzieć im o Chrystusie i pokazać drogę zbawienia? Nie wolno nam marnować ani jednej chwili i żadnej okazji!

Przez wiele lat byłem związany ze zborem, gdzie każdej niedzieli słyszałem modlitwy: "Panie Boże! Prosimy cię, zapełnij te puste miejsca w naszej kaplicy", lecz od wielu lat nikt nie wyszedł na ulice miasta, nie było żadnej ewangelizacji! Byłem i w innej wspólnocie, gdzie mówiłem o potrzebie wyjścia do ludzi - pastor odpowiadał: "Tak, tak, to dobry pomysł. Musimy to kiedyś zrobić" - i na tym się kończyło - a jeden z braci: "Nie róbmy nic po swojemu - gdyby Bóg chciał, żebyśmy wyszli na ulice, to by nam to powiedział, a skoro nie mówi to nie powinniśmy nic robić, on sam może przyprowadzić do nas ludzi". Zbór, o którym wspomniałem najpierw, nie przejął się mocno nawet gdy ludzie zaczęli odchodzić, a druga wspólnota przez kolejne lata spotykała się w tym samym gronie kilku - kilkunastu osób. Być może samo jej istnienie - w niewielkim mieście, jako placówki zboru z miasta wojewódzkiego - traktowano jako "działalność misyjną". 

Kościół, w którym nie ma "ducha misyjnego", zapału do głoszenia Ewangelii nie żyje, lecz wegetuje, a w końcu obumiera! Jestem głęboko przekonany, że ewangelizacja nie tylko służy przyprowadzaniu ludzi do Chrystusa, lecz także ożywianiu własnej wiary, stymulacji własnego życia duchowego. Pan Jezus kiedyś powiedział: "Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało..." (Ewangelia Łukasza 10, 2) - w dodatku część żniwiarzy posnęła i śpiąc sobie smacznie śnią o wzroście Kościoła. Pan Jezus mówi dalej: "Proście więc Pana żniwa, aby wysłał robotników na żniwo swoje" - i potrzeba się modlić o przebudzenie Kościoła. Jezus woła: "Idźcie!" - nie ma czasu na sen.

niedziela, 22 września 2013

Strzeżcie waszych serc!

"Bądźcie trzeźwi, czuwajcie! Przeciwnik wasz, diabeł, chodzi wokoło jak lew ryczący, szukając kogo by pochłonąć" (1. List Piotra 5, 8)
Słowo Boże mówi nam o szatanie, lecz stosunkowo niewiele mówi nam o jego metodach działania, raczej o ogólnej taktyce. Nie da się określić jak szatan działa, a jak nie, co wykorzystuje a czego nie, bo szatan potrafi wykorzystać wszystko - nawet ma swoich kaznodziejów, którzy wprawdzie mają Biblię w ręce, ale z ich ust płynie co innego niż Ewangelia. Szatan potrafi wykorzystywać nawet ludzką pobożność, gdy człowiek nie jest dostatecznie "zakorzeniony w Biblii". Szatan wykorzystuje też nasze zainteresowania - choć trudno sobie to wyobrazić nawet zbieranie znaczków pocztowych, gdy one stają się dla nas najważniejsze w życiu, może się przerodzić w bałwochwalstwo. Wielu ludzi interesuje się historią - a ja spotkałem wielu takich, którzy przez to zainteresowali się dawnymi wierzeniami, obrzędami i przesądami tak dalece, że dziś czczą Światowida lub Trygława, wielbią Słońce i wróżą z runów. Dlatego te słowa apostoła Piotra są tak bardzo ważne. Musimy strzec naszych serc! Do tego potrzeba poznawania i realizowania (wprowadzania we własne życie) Słowa Bożego i codziennej - nie "niedzielnej" - społeczności z Panem.

środa, 18 września 2013

Misjonarz wśród dzieci

Udało mi się w ostatnich dniach nabyć kolejne książki autorstwa małżeństwa Benge - pierwsze polskie wydania z serii "Chrześcijańscy bohaterowie dawniej i dziś", których zakupienie graniczy dziś z cudem, gdyż ich nakłady już dawno się wyczerpały. Wydane były jeszcze przez gorzowskie wydawnictwo "W Wyłomie", a lubelskie wydawnictwo "Pojednanie", które kontynuuje wydawanie serii, niestety jakoś nie myśli o ich wznowieniu. Bóg jednak jest łaskawy i jakoś zaopatruje mnie w to, co pragnę przeczytać. Jedną z tych wyjątkowych książek jest "George Müller - Ojciec bezdomnych dzieci z Bristolu" (wydana w Polsce w roku 2005). I znowu muszę powiedzieć: Póki nie natrafiłem na książkę Benge, nie wiedziałem, że ktoś taki istniał. Tymczasem był on wielkim chrześcijaninem, który może być dla nas wzorem zaufania Bogu.

"Trzask! Doniczka spadła z hukiem na chodnik, kiedy George Müller próbował wyczuć nogą, jak daleko zostało mu jeszcze do ziemi. George, który wychodził właśnie przez okno na tyłach oberży, w której się zatrzymał, zamarł na dźwięk rozbijanej donicy. Upewniwszy się, że nikt poza nim samym nie usłyszał hałasu, powoli opuścił na brukowany chodnik najpierw jedną, a zaraz później drugą nogę. Szesnastoletni George wyprostował się na całą długość swego chudego ciała i rozejrzał się dookoła. 'Świetnie' mruknął sam do siebie pod nosem. 'Droga wolna. Trzeba się stąd wynosić.' Chwilę później George stwierdził, że jego radość była przedwczesna. Na końcu ulicy ukazały się sylwetki policjantów, którzy natychmiast rzucili się biegiem w jego stronę. George zaczął kręcić się w kółko, desperacko szukając jakiejś drogi ucieczki. Żadnego wyjścia niestety jednak nie było. Zanim się zorientował, silne dłonie policjanta zacisnęły się na jego ramieniu i zawlokły go po nierównym bruku w kierunku więzienia."

George Müller
Ten fragment brzmi jak wstęp do awanturniczej książki przygodowej. Cóż, George Müller nie nadaje się na bohatera średniowiecznych hagiografii, opisujących, jak to wielcy "święci" już od maleńkości byli tak religijni, że w piątek - dzień postny w Kościele katolickim - odmawiali ssania piersi matki. Był drobnym złodziejaszkiem i naciągaczem. Podkradał pieniądze własnemu ojcu, oszukiwał przyjaciół, a do więzienia trafił za wymykanie się z  karczm bez uiszczenia rachunku. Rozpoczął studia teologiczne w Halle z nadzieją na zostanie pastorem w jakiejś bogatej parafii, gdzie będzie można "pokombinować", a przy tym włóczył się po knajpach, oszukiwał i szczycił się swą bytnością w więzieniu. Policjanci, którzy go ujęli i ci, którzy potem wraz z nim przesiadywali w lokalach o wątpliwej reputacji, zapewne bardzo by się zdziwili, wiedząc jak niezwykłe plany ma Bóg wobec tego człowieka.

Podczas swoich studiów w jednym z barów poznał pewnego - młodego tak, jak on - człowieka, który zaprowadził go na spotkanie niewielkiej, działającej nieoficjalnie grupki ewangelicznie wierzących chrześcijan. Pastor tego zgromadzenia nie mógł formalnie wygłaszać kazań, gdyż to było dozwolone tylko pastorom luterańskim, lecz po raz pierwszy sprawy duchowe szczerze zainteresowały George'a - Bóg dotknął jego serca i przebudził go do nowego życia.  W wieku 23 lat ten młody Prusak wyruszył do Londynu, by uczyć się hebrajskiego i poznawać zwyczaje i wierzenia Żydów, wśród których pragnął być misjonarzem. Nie czekał na to, aż towarzystwo misyjne, którego stał się częścią, wyśle go do skupiska Żydów w którymś z krajów w Europie - zaczął chodzić do Żydów mieszkających w Londynie, lecz przy tym zauważył, że tysiące innych ludzi również potrzebują usłyszeć o Jezusie Chrystusie i zaczął się zastanawiać nad tym, czy naprawdę powinien się ograniczać tylko do Żydów. Zrozumiał, że Bóg ma względem niego inne plany. Zwolniony ze wcześniejszych zobowiązań przez Londyńskie Towarzystwo Szerzenia Chrześcijaństwa wśród Żydów, został pastorem zboru Ebenezer Chapel w niewielkiej miejscowości Teignmouth, nazywanej "klejnotem Devonu" i będącej popularnym nadmorskim kurortem. Stał się cenionym kaznodzieją - ewangelistą, lecz był to przede wszystkim czas, gdy Bóg przygotowywał go do podjęcia właściwej misji - ucząc go przede wszystkim zaufania do Siebie (Boga), co skutkowało rewolucyjnymi przemianami nie tylko w życiu George'a Müller'a i jego żony, lecz także całej wspólnoty. 

niedziela, 15 września 2013

"Będziesz miłował..." a nasze życie polityczne

Odszedł z Platformy Obywatelskiej Godson, odszedł Gowin, odszedł Żalek... Nie, nie będzie wiele o polityce - bo nie temu ma służyć ten blog. Mam jednak nadzieję, że pojawi się na naszej politycznej scenie jakieś nowe ugrupowanie konserwatywno - prawicowe, które będzie kierowało się zasadami opartymi na Słowie Bożym. Nie obawiam się katolików u władzy - bo przecie nie ma (na razie przynajmniej) szansy, by krajem kierowali ewangelicznie wierzący - byle mieli dystans do swego Kościoła i nie pozwolili się kierować przez kler, lecz oparli się na Biblii (mam nadzieję, że jest to możliwe). Boli jednak to, że przy okazji każdego z tych odejść można było zaobserwować prawdziwy... festiwal pogardy i nienawiści. Bo w Polsce - jak się wydaje - każda okazja jest dobra, by kłócić się i opluwać. Bo w Polsce ważne są poglądy i by rządzić, nie dobro kraju. Gdy patrzę na to, co się dzieje, gdy Polacy rozmawiają o polityce, zauważam przede wszystkim jednak coś znacznie bardziej niepokojącego - odległość od Boga i nieznajomość / ignorowanie nauk płynących ze Słowa Bożego.


Ten, kto jest blisko Boga i kto ma w sercu Słowo Boże nigdy bowiem nie będzie pogardzał drugim człowiekiem, Jezus bowiem mówi: "Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego. Innego przykazania, większego ponad te, nie masz" (Ewangelia Marka 12, 31).  Nigdy nie będzie go przeklinał i mówił przeciwko niemu - apostoł Paweł pisze: "Błogosławcie tych, którzy was prześladują, błogosławcie a nie przeklinajcie" (List do Rzymian 12, 14) - a jeśli błogosławić mamy tych, którzy nas prześladują, to czyż tym bardziej nie obejmuje to tych, którzy nam żadnego zła nie czynią, a jest między nami co najwyżej niezgodność poglądów? Jezus zachęcając nas, byśmy miłowali nawet nieprzyjaciół, powiedział: "...jeślibyście miłowali tylko tych, którzy was miłują, jakąż macie zapłatę? Czyż i celnicy tego nie czynią? A jeślibyście pozdrawiali tylko braci waszych, cóż osobliwego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią?" (Ewangelia Mateusza 5, 46 - 47). Ludzie - także ci "ochrzczeni", niestety - często postępują jak poganie, miłując tylko tych, którymi się otaczają, z których poglądami się utożsamiają, a każdemu innemu gotowi są "skoczyć do gardła". 

Bóg polecił nam troszczyć się o dobro miejsca, w którym żyjemy - naszych lokalnych społeczności, regionów, krajów ale nie może być to walka z ludźmi. Bóg chce nam błogosławić, ale nasze powodzenie zależy od naszej troski o dobro kraju, w którym żyjemy - na tym polega patriotyzm, a nie na zwalczaniu innych! Jakże może być dobrze w kraju, gdzie człowiek staje przeciwko człowiekowi? Jak może być dobrze w kraju, gdzie jeden nienawidzi i pogardza drugim z powodu różnic światopoglądowych? Jak może być dobrze w kraju, gdzie ludzie zamiast "budować" razem, kłócą się o to kto i jak ma :"kłaść cegły"? Jezus kiedyś powiedział: "Jeśli jakieś królestwo wewnętrznie jest skłócone, takie królestwo nie może się ostać. I jeśli dom wewnętrznie jest skłócony, to taki dom nie będzie mógł się ostać" (Ewangelia Marka 3, 24 - 25 - tłum. Biblia Tysiąclecia) - i choć mówił to o demonach, jest to prawda uniwersalna, którą możemy odnieść także do sytuacji naszego społeczeństwa, do naszego życia rodzinnego, do polityki, do życia Kościoła. Spory, pogarda, nienawiść i wzajemne zwalczanie się nic dobrego temu krajowi nie przyniosą. czyniąc tak nie budujemy, lecz rujnujemy, nie wzmacniamy, lecz osłabiamy. Czy może postępować budowa domu, gdy budowniczy wydzierają sobie z rąk cegły i podkładają nogi?

Gdy ktoś nazywa siebie "patriotą", a pluje na drugiego człowieka z powodów ideologicznych... Jeśli ktoś nazywa siebie "patriotą", a pogardza innymi... Taki człowiek nie jest patriotą, bo szkodzi krajowi. Jest inne określenie na taką postawę: "warcholstwo". O Polsce mówi się, że jest krajem "chrześcijańskim", ze względu na dominację katolicką. Lecz cóż to za "chrześcijańska Polska", gdzie tak wielu ludzi - nawet chodzących regularnie do Kościoła! - żyje tak, jakby Bóg nigdy nie powiedział:
"Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego"? Jeśli będziemy siebie nawzajem choćby tylko szanować - nie mówiąc nawet o miłości - w naszym kraju będzie się lepiej działo. "Będziesz miłował..." - na tym mają się opierać nasze wzajemne relacje. Nade wszystko jednak potrzeba nam zwrócić się ku Bogu, naprostowywać się do Słowa Bożego, by Bóg błogosławił naszej Ojczyźnie.

piątek, 13 września 2013

"Chleb z miodem", czyli o... radości pojednania

Czy znacie Kościół Adwentystów Dnia Siódmego? Pewnie każdy z was o nim słyszał, ale nie pytam się, czy o nim słyszeliście, ale czy go znacie - a to spora różnica. By poznać, trzeba zacząć obserwować, czytać i słuchać. Nie wolno zbyt pochopnie wydawać sądu. Chciałbym dziś podzielić się czymś z mojej przeszłości.

Zdarzyło się to wiele lat temu, gdy byłem gorliwym katolikiem, zaangażowanym w ruchy katolickie, pracującym dla jednej ze znaczących diecezji. Byłem równocześnie współpracownikiem lokalnych czasopism. W tym czasie w moim mieście zaczęła bardzo wzrastać aktywność adwentystów - których wówczas, kierując się naukami Kościoła katolickiego i katolickimi publikacjami, traktowałem na równi z innymi potępianymi sektami, jako zagrożenie dla "prawdziwej wiary" (oczywiście: "prawdziwej", czyli katolickiej!). Na słupach ogłoszeniowych i w witrynach sklepów coraz częściej zaczęły się pojawiać plakaty:  "W ciągu 6 dni rzuć palenie!", "Czas dla Jezusa!!!", "Szczęśliwa rodzina", a także oferty studium biblijnego. Tego było dla mnie za wiele. 

Wykorzystując swoją pozycję w lokalnych mediach, przystąpiłem do ataku, próbując storpedować "sekciarską propagandę". Nie przebierałem przy tym w słowach: "... zarówno w tych, jak i w innych słowach bardzo jednoznacznie uwidacznia się coś bardzo charakterystycznego, co znajdujemy w naukach wielu sekt pseudo-chrześcijańskich", "Ani na plakatach, ani na ulotkach nie uświadczymy choćby najmniejszej wzmianki o tym, że stoi za tym sekta Adwentystów Dnia Siódmego", "... jako autor i dziennikarz chrześcijański pragnę, byście wybrali Jezusa, ale abyście wybrali świadomie i wiedzieli u kogo szukacie źródła wiary... Przedstawiona w artykule prawda o 'Kościele' Adwentystów Dnia Siódmego wciąż pozostawia aktualnym pytanie postawione już w tytule, jaki nadałem temu artykułowi: Ewangelizacja czy propaganda?", "Nie można wykluczyć, że mają oni naprawdę dobre chęci, ale z drugiej strony kto może zaręczyć, że ten program (czy też inne, jakie adwentyści proponują) nie jest zakamuflowaną metodą werbunku? Jest to, jakby na to nie spojrzeć, grupa ryzykowna..." Oczywiście nie zadałem sobie trudu, by pójść na jedno z ich spotkań, by posłuchać i popatrzeć, by porozmawiać. Ja przecież "wiedziałem swoje" - z katolickich książek, gdzie jasno było "objawione": "adwentyści to sekta" i tyle. Starczyło mi, że księża klasyfikowali ich jako sektę, bym widział w nich samo zło o zagrożenie i bym nie chciał mieć z nimi nic wspólnego. Ostrzegano mnie przed "sekciarskimi manipulacjami" czyniąc mnie ofiarą... katolickich manipulacji, psychologicznie wpływając na mnie, bym odwracał się od wszystkiego, co niekatolickie.

Podstawa uwielbienia

Od pewnego czasu nie daje mi spokoju sprawa uwielbienia. Czy Bóg przyjmuje każde uwielbienie? Czy Bóg przyjmuje modlitwę i uwielbienie także od tych, którzy źle czynią, którzy robią to, co dla Boga jest obrzydliwe? Czy można raz kłaniać się ludziom i przedmiotom, a potem Bogu i Jego uwielbiać i czy Bogu to nie przeszkadza? Przychodzi mi na myśl pewien fragment Słowa Bożego: "Nie módl się o powodzenie dla tego ludu. Gdy będą pościć, nie wysłucham ich błagania, a gdy będą składać całopalenia i ofiary z pokarmów, nie będę miał w nich upodobania..." (Księga Jeremiasza 14, 11 - 12). Te srogie słowa padły z ust Pana, gdy nie mógł już patrzeć na nieprawość swego ludu i zesłał potężną suszę, by ludzie zrozumieli, że ich życie nie podoba się Bogu. Jak rozumiem, lud próbował ofiarami odsunąć gniew swego Boga i kary, które Bóg zesłał, lecz nie zmieniając swego postępowania. Moje wątpliwości dotyczą ludzi, którzy i dziś żyją wbrew temu, co mówi Bóg - i nie widzą rozbieżności pomiędzy tym, co robią, a Słowem Bożym, a nawet mają czasem pretensje, gdy się im przypomina o tym, co powiedział Pan. Słowa te pokazują, że są sytuacje, w których Bóg ignoruje to, z czym przychodzą do niego ludzie.

Prawdziwe uwielbienie Boga jest tam, gdzie nie uwielbia się nikogo innego. Prawdziwie i szczerze uwielbia Boga ten, kto nie oddaje czci nikomu innemu. Twoje serce musi być całe dla Niego! To rzecz jasna nie oznacza, że nie masz kochać (i szanować) rodziców, innych członków rodziny, przyjaciół, ludzi z Kościoła i innych ludzi w ogóle. Tu chodzi o inną miłość, inny rodzaj oddania. Bóg i tylko On musi być Tym, który jest w centrum twojego życia. Bóg i tylko On musi być w centrum twojej wiary, jedynym "obiektem" czci. Bóg i tylko On musi być Tym, przed którym zginasz kolana i który jest jedynym (!) adresatem twoich modlitw. Tylko On jest bowiem godzien wszelkiej chwały i czci i z nikim nie zamierza się dzielić. To nie jest obojętne, czy ze swoimi sprawami przychodzisz tylko do Boga, czy "do Boga i...." albo "do Boga poprzez ...." Ty nie musisz być bez grzechu, doskonały i czysty - bo nie ma nikogo takiego - lecz musisz przyjmować Słowo Boże jako drogowskaz w swoim życiu i kierować się tym, co tam jest zawarte. Ty musisz iść pod krzyż, do Jezusa! Jeśli całe Twoje serce nie jest dla Boga, to po co Bogu twoje uwielbienie, człowieku?

czwartek, 12 września 2013

Perfekcyjne uwielbienie

Jeden z moich ulubionych wykonawców muzyki "sakralnej" (jakby powiedzieli katolicy), w najwyższym stopniu uduchowionej i pobudzającej do modlitwy, Michael W. Smith, i dwie jego najpiękniejsze pieśni. Chciałoby się powiedzieć: "najwspanialsze uwielbienie", ale przecież nie ma uwielbienia (modlitwy) lepszej lub gorszej, więc nie ma też czegoś takiego jak "najwspanialsze uwielbienie". Nie ma nawet piękniejszej lub mniej pięknej (czy zupełnie przeciętnej) modlitwy, bo każda się Bogu podoba i każda Go raduje. Pozostaje więc jedno określenie: SAMO PIĘKNO! :) Funkcją muzyki jest wznoszenie myśli i serca człowieka ku Bogu - i Michael W. Smith robi to perfekcyjnie! Mam nadzieję, że sprawdzi się to, o czym słyszałem - że są szanse na to, że w przyszłym roku przyjedzie do Polski wraz z pastorem Franklinem Grahamem, by prowadzić uwielbienie podczas wielkiej krucjaty ewangelizacyjnej.

piątek, 6 września 2013

Jak lilie na polu

"Przypatrzcie się liliom, jak rosną, nie trudzą się ani nie przędą, a mówię wam, nawet Salomon w całej swojej chwale nie był tak ubrany, jak jedna z nich. Jeśli więc trawę w polu, która dziś jest, a jutro będzie wrzucona do pieca, Bóg tak przyozdabia, o ileż bardziej was, o małowierni? Więc i wy nie pytajcie co by tu zjeść lub co by tu wypić, i nie bądźcie niespokojni. Tego wszystkiego bowiem narody tego świata szukają; tymczasem wasz Ojciec wie, że tego potrzebujecie. Lecz szukajcie Jego Królestwa, a te rzeczy będą wam dodane. Nie bój się, mała trzódko! Gdyż waszemu Ojcu spodobało się dać wam Królestwo. Sprzedajcie swoje posiadłości i dajcie jałmużnę. Zróbcie sobie sakiewki, które nie niszczeją, skarb niewyczerpany w niebiosach, gdzie złodziej nie ma dostępu i mól nie pożera. Bo gdzie jest wasz skarb, tam będzie też wasze serce." (Ewangelia Łukasza 12, 27 - 34 - przekład dosłowny EIB). Te słowa Jezusa przypominają mi o pewnym zdarzeniu: "W trakcie ich podróży wszedł On do jakiejś wioski. Przyjęła go tam pewna kobieta imieniem Marta. Miała ona siostrę, której było na imię Maria. Ta siadła u stóp Pana i słuchałą Jego Słowa. Marta tymczasem krzątała się przy wielu posługach. Podeszła zatem i powiedziała: Panie, czy nie dbasz o to, że moja siostra pozostawiła przy posłudze mnie samą? Powiedz jej więc, aby mi pomogła. Pan zaś odpowiedział jej: Marto, Marto, martwisz się i niepokoisz o wiele rzeczy, a potrzeba jest jednego; Maria bowiem wybrała dobrą część, która jej nie będzie zabrana." (Ewangelia Łukasza 10, 38 - 42 - Przekład dosłowny EIB)

Marta trudziła się, aby zapewnić swym gościom, w tym i Jezusowi, wszystko, co mogła najlepszego. Była z pewnością dobrą i gościnną gospodynią - taką, jaką chyba każdy strudzony wędrowiec pragnąłby spotkać na swej drodze. I - po ludzku patrząc - łątwo ją zrozumieć, bo chyba każdy, kogo serce jest życzliwe gościowi, troszczy się o to, aby temu, kto w jego progi zawitał było dobrze i niczego nie brakowało. A jednak Jezus lekko gani ją, że bardziej zajęłą się posługą niż słuchaniem. Nie wiemy o czym mówił Jezus (osobiście żałuję, że ewangelista o tym nie wspomina), ale widocznie musiał mówić ważne i mądre rzeczy, skoro dla Marii okazało się to tak cenne, że słuchanie tego, co mówił, było dla niej ważniejsze niż obowiązki gospodyni. Posługa Jezusowi to rzecz - znów po ludzku patrząc - chwalebna, ale ważniejsze jest słuchać tego, co On mówi. Na marginesie: dziś też wielu mówi, że służy Jezusowi, ale nie słuchają Jego słów (choć "służba Jezusowi" jest inna i mniej dosłowna). Marta zatroszczyła się o to, co doczesne - zapewne i o to przede wszystkim, by goście mieli co jeś i pić, o wieczerzę krótko mówiąc. Maria zaś chłonęła strawę duchową. Martę spotkał wielki zaszczyt, że Mistrz do niej przyszedł w gości i pewnie chciała wypaść jak najlepiej, ale topostawę Marii Mistrz pochwalił!

Dwie refleksje z Narnią w tle

Podobno przed wiekami odejście Kościoła rzymskiego od Biblii było takie, że księża chętniej opierali się w swych kazaniach na działach ludzkich starożytności - np. Bajkach Ezopa - niż na Słowie Bożym. Bardzo bym nie chciał, abyście mnie posądzili o podobne ciągoty, a jednak tym razem zdecydowałem się sięgnąc po bajkę właśnie, aby zwrócić Wam na coś uwagę. Myślę, że każdy zna - przynajmniej w ogólnym zarysie - wspaniałe dzieło C.S. Lewisa - "Opowieści z Narni". Cykl ten jest niezwykle ciekawy. To nie tylko piękna bajka, ale też i coś więcej. Prawdziwą głebię "Opowieści z Narni" można odkryć jedynie znając... Biblię. Autor wplótł tam bowiem wiele analogii do Biblii. I tak np. Aslan - wielki lew, który powołał Narnię do życia - budzi oczywiste skojarzenia z Jezusem Chrystusem. Opowieść o tym, jak stworzył Narnię znajdujemy w szóstym tomie cyklu (a pierwszym, który należy czytać!) - "Siostrzeńcu czarodzieja". I tego tomu dotyczy pierwsza refleksja, która jednak wymaga krótkiego wprowadzenia.

Dwoje dzieci - Pola i Digory za pomocą magicznych pierścieni - danych im przez bezdusznego wuja Andrzeja, tytułowego "czarodzieja" - przenosi się do innego świata. Stamtąd nieświadomie, wracając, do swego świata sprowadzają złą czarownicę Jadis. Oczywiście nie mogę opowiedzieć tu całej książki - bo i po co. Powiem tyle, że ta sytuacja doprowadziła do tego, że następnie dwójka dzieci, wuj Andrzej, czarownica, dorożkarz i jego koń znaleźli się w Narnii, która właśnie budziła się do życia. Ujrzeli śpiewającego lwa - Aslana, który głosem swym stwarzał wspaniały świat. Wuj Andrzej jednak nie potrafił przyjąć tego faktu do wiadomości ani tego, że lew może śpiewać ani tego, że zwierzęta mogą mówić i w zwierzętach widział jedynie dzikie bestie. "Od samego początku, gdy lew zaczął śpiewać w ciemnościach, wuj Andrzej zdał sobie sprawę, że to, co słyszy jest jakaś pieśnią. (...) Potem, kiedy wzeszło słońce i zobaczył kto tak śpiewa (...), uparcie wmawiał w siebie, ze Lew nie śpiewa i nigdy nie śpiewał - tylko ryczy, jak każdy lew w naszym świecie (...). 'Przecież to oczywiste, że lew nie może naprawdę śpiewać - myślał. - Musiało mi się zdawać. (...) czy ktoś kiedykolwiek słyszał o śpiewającym lwie?' Im dłużej i piękniej Lew śpiewał, tym usilniej wuj Andrzej próbował w siebie wmówić, że przecież nie może słyszeć żadnego śpiewu, tylko zwykły ryk. A tak już, niestety, bywa, że kiedy ktoś próbuje być głupszym, niż jest, bardzo często staje się głupszy naprawdę, W każdym razie wujowi Andrzejowi to się udało. Wkrótce zamiast cudownego śpiewu Aslana słyszał tylko ryk lwa." (C.S. Lewis "Siostrzeniec czarodzieja" w tłumaczeniu Andrzeja Polkowskiego, wyd. Media Rodzina, str. 137-138). Nieco dalej w tej samej książce czytamy także: "Słoń pochwycił wuja Andrzeja w swą trąbę i postawił go delikatnie u stóp Lwa. Wuj był zbyt przerażony, by się poruszyć.
- Aslanie - poprosiła Pola - czy nie mógłbyś powiedzieć czegoś, żeby... żeby przestał się bać? A potem może byś mu powiedział coś takiego, po czym już nigdy nie chciałby tu wrócić...
(...) - Nie mogę jednak tego powiedzieć temu staremu grzesznikowi i nie mogę też powiedzieć mu czegoś, co by go podniosło na duchu, bo sam uczynił się niezdolnym do usłyszenia moich słów. Jeśli do niego przemówię, usłyszy tylko warczenie i ryki. Och, Synowie Adama, jak przemyślnie potraficie sie bronić przed wszystkim, co może być dla was dobre!"
(str. 185 - 186).

czwartek, 5 września 2013

Ideologia "transgender" - bunt przeciw Bogu

"Potem rzekł Bóg: Uczyńmy człowieka na obraz nasz, podobnego do nas i niech panuje nad rybami morskimi i nad ptactwem niebios, i nad bydłem, i nad całą ziemią, i nad wszelkim płazem pełzającym po ziemi. I stworzył Bóg człowieka na obraz swój. Na obraz Boga stworzył go. Jako mężczyznę i niewiastę stworzył ich" (1. Księga Mojżeszowa - tzw. "Rodzaju" - 1, 26 - 27)
Bóg, stwarzając człowieka, dał mu wielką swobodę. Bóg stworzył świat, lecz to człowiekowi pozwolił nadawać nazwy, określać. Bóg dał człowiekowi rozum i wolną wolę. Pozwolił człowiekowi wybierać - nawet jeśli człowiek miał uczynić źle, popełnić błąd, okazać się nieposłusznym. Nie mamy jednak prawa wyboru odnośnie tego kim jesteśmy - część ludzi uczynił Bóg kobietami, część mężczyznami, by wzajemnie się uzupełniali. Człowiek jednak, zbuntowawszy się przeciwko Bogu, zakwestionował nawet jego decyzje odnośnie płci człowieka. 

Coraz częściej słyszymy o ludziach, którzy decydują się na "zmianę płci" - tak naprawdę zmieniając tylko wygląd swego ciała, bo mężczyzna po operacji "zmiany płci" nie staje się kobietą, i nie może np. rodzić dzieci, a jedynie wygląda jak kobieta (no, powiedzmy, że tak!). Mówi się o "niezgodności płci mózgu z płcią ciała" i o konieczności korygowania tego "błędu" natury. Trzeba przy tym pamiętać, że to nie natura jest mocą stwórczą, lecz Bóg, więc jeśli prawdą by było, że "płeć mózgu" może się różnić od płci ciała, że zdarza się jakiś błąd, to należałoby uznać, że to... Bóg popełnił błąd, a to by znaczyło, że nie jest doskonały i nieomylny. Ponieważ wierzymy, że Bóg jest doskonały i nieomylny, jesteśmy przekonani, że doskonale wie, co robi i nie popełnia błędów. "Mężczyzną i kobietą stworzył ich..." i, ponieważ Stwórca jest doskonały i nieomylny", nie ma - bo nie może być - mowy o "mężczyznach uwięzionych w ciałach kobiet" i "kobietach uwięzionych w ciałach mężczyzn". Mój wniosek jest taki, że problem nie leży w "braku kompatybilności" pomiędzy mózgiem a resztą ciała, lecz psychice ludzkiej, zaatakowanej przez diabła, zwichrowanej przez grzech.  Ideologia (!) "transgender" jest w gruncie rzeczy buntem przeciwko Bogu i krzywdą wyrządzaną ludziom.

Diabłu już nie starcza to, że dorośli ludzie "zmieniają płeć". Od kilku lat słyszymy o rodzicach, którzy zmieniają płeć dziecku - choć jeszcze nie operacyjnie, bo prawo na całe szczęście (przynajmniej jeszcze) na to nie zezwala, to podają swym dzieciom zastrzyki, które mają opóźnić rozwój cech płciowych i "pozwolić na wybór", chłopców traktują jak dziewczynki a dziewczynki wychowują jak chłopców. Idą dalej: domagają się od innych, by zaakceptowali, że kich chłopiec jest dziewczyną a dziewczynka chłopcem i nawet przed sądami walczą, by w szkole ich chłopiec był traktowany jak dziewczynka i mógł korzystać z toalety dla dziewcząt, bo "w rzeczywistości jest dziewczynką uwięzioną w ciele chłopca". Powstają też książeczki "dla dzieci", wykrzywiajace ich psychikę - "pomagające" tym młodym ludziom radzić sobie z problemem "niezgodności płci". Potępia się przy tym wszystkich, którzy próbują naprostowywać dzieci z takimi problemami - za "niewłaściwe" i "szkodliwe" uważa się przekonywanie chłopca, który "czuje się dziewczynką", że jednak jest chłopcem. Niezrozumiałe jest to, że w świecie, gdzie danie dziecku klapsa, choć rodzic tak czyniący nie wyrządza dziecku żadnej krzywdy, nazywane jest "przemocą", a równocześnie zezwala się na deformację psychiki dziecka przy pomocy takich ideologii! Także i u nas w Polsce ideologia ta sieje już zniszczenie - w ponad 80 przedszkolach w naszym kraju już wkrótce zacznie się niebezpieczny dla dzieci eksperyment, w którym dziewczynki i chłopcy będą się zamieniać rolami. Boję się myśleć jak będzie wyglądał ten świat, gdy dorośnie pokolenie niszczone przez ideologię "transgender". Myślę, że słusznie można ocenić obecne tendencje: "Sodoma i Gomora"!

Pokora

Pewnego dnia Jezus, będąc w drodze do Jerozolimy, został zaproszony w sabat do domu jednego z faryzeuszów, na posiłek. Był jednym z wielu gości, bowiem gospodarz sprosił też swych przyjaciół i znajomych, zapewne by wraz z nim spotkali się ze słynnym Jezusem z Nazaretu, by przyjrzeć się mu, posłuchać co takiego mówi, podebatować. Jezus udzielił im wówczas ważnej lekcji dotyczącej sabatu - jeśli ktoś chce wiedzieć jakiej, niech przeczyta wcześniejsze wersy, bo dziś się koncentruję na tym, co powiedział, gdy nadszedł czas posiłku.
"Następnie, gdy zauważył, jak obierali pierwsze miejsca, powiedział do zaproszonych podobieństwo, tak do nich mówiąc: Gdy cię ktoś zaprosi na wesele, nie siadaj na pierwszym miejscu, bo czasem zjawi się ktoś znaczniejszy od ciebie, także zaproszony, wtedy przyjdzie ten, który ciebie i tamtego zaprosił i powie ci: Ustąp temu miejsca; i wtedy ze wstydem będziesz musiał zająć ostatnie miejsce.  A gdy będziesz zaproszony i pójdziesz, usiądź na ostatnim miejscu, gdy zaś przyjdzie ten, który cię zaprosił, rzecze do ciebie: Przyjacielu, usiądź wyżej! Wtedy doznasz czci wobec wszystkich współbiesiadników." (Ewangelia Łukasza 14, 7 - 10)
Akurat dziś te słowa przypomniał jeden z moich przyjaciół - braci z Kościoła, pastor baptystyczny, dzieląc się także krótką myślą: "Pokora uchroni nas przed wstydem". Tak, to prawda! Jezus często przypomina ma o pokorze. Gdy przeczytałem to, co napisał ów kochany Brat, od razu skojarzyła mi się inna sytuacja - przecie jak bardzo podobna!
"I powiedział także do tych, którzy pokładali ufność w sobie samych, że są usprawiedliwieni, a innych lekceważyli, to podobieństwo: Dwóch ludzi weszło do świątyni, aby się modlić, jeden faryzeusz, a drugi celnik. Faryzeusz stanął i tak się w duchu modlił: Boże, dziękuję ci, że nie jestem jak inni ludzie, rabusie, oszuści, cudzołożnicy albo też jak ten oto celnik. Poszczę dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę z całego mego dorobku. A celnik stanął z daleka i nie śmiał nawet oczu podnieść ku niebu, lecz bił się w pierś swoją, mówiąc: Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu. Powiadam wam: Ten poszedł usprawiedliwiony do domu swego, tamten zaś nie; bo każdy, kto siebie wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony." (Ewangelia Łukasza 18, 9 - 14)
Faryzeusze zajmowali najprzedniejsze miejsca w świątyni, "przed Panem", uważając siebie za godnych i chcąc być podziwianymi, a Bóg... odsunął ich od siebie i pokazuje nam, kto naprawdę jest godny tego, by zajmować najpierwsze miejsca, kto jest godnym w jego oczach. Odrzuca faryzeusza - hipokrytę, przekonanego o własnej doskonałości i sprawiedliwości, a wywyższa człowieka, który wyznaje z bólem i łzami swoje grzechy, czującego się niegodnym. Bóg pokazuje nam, kto przy jego "stole" zajmie miejsca wyżej, a kto niżej - faryzeusz zostanie zawstydzony, a pokorny wywyższony. Jezus mówi: "Jeśli ktoś chce być pierwszy, niechaj stanie się ze wszystkich ostatnim i sługą wszystkich" (Ewangelia Marka 9, 35)

środa, 4 września 2013

Bóg a rozum i nauka

"Zaufaj Panu z całego swojego serca i nie polegaj na własnym rozumie! Pamiętaj o nim na wszystkich swoich drogach, a On prostować będzie twoje ścieżki!"  (Przypowieści Salomona 3, 5 - 6)
Są tacy ludzie, którzy żyją wokół nas (być może ty sam znasz takich, być może są nawet w Twojej rodzinie, lub nawet Ty sam do nich należysz), którzy w swoim życiu bardzo mocno opierają się na własnym rozumie - na logice, na poznaniu... Gotowi są uwierzyć w to, co można sprawdzić doświadczalnie, co można zmierzyć, udowodnić, zdefiniować, poznać i zbadać "szkiełkiem i okiem" mędrca, co mieści się w granicach poznania naukowego. Jeśli na coś można wyprowadzić wzór fizyczny, metematyczny lub chemiczny - to jest dla takich ludzi wiarygodne. Przyjmują to, co można przyjać "rozumowo". Wszystko zaś, co się temu wymyka dla takich ludzi nie istnieje. I nie mogą uwierzyć w Boga, nie mogą uwierzyć w cuda i nie mogą uwierzyć w Jezusa Chrystusa - Syna Bożego, Boga samego wcielonego. Nie mogą uwierzyć, że mógł umrzeć i zmartwychwstać i że mógł zbawić nas, odkupić nasze winy. Bo tych wielu z tych tajemnic, o których głosi nam Słowo Boże, nie da się przeniknąć rozumem. Dla wielu ludzi to, że kierują się tylko rozumem i że tylko w nim pokładaja swą ufność jest przeszkodą do poznania Boga, przyjęcia daru zbawienia i nawiązania społeczności z Nim. Dla nich ludzki rozum, możliwości intelektualne i poznanie naukowe są wszystkim. I potrafią być w tym bardzo fanatyczni. 

Oczywiście są także ludzie wielkiego rozumu, którzy równocześnie są głęboko wierzącymi chrześcijanami - dla wielu nawet nauka była drogą do Boga. Wielu osiągnęło taką mądrość, że przekonali się, że ludzkie poznanie ma granice, że nie wszystko da się zbadać, zmierzyć, zdefiniować i że tak naprawdę cały świat dostarcza nam dowodów na istnienie Boga. W swej mądrości przekonali się, że są rzeczy i jest Ktoś, kogo nie da się przeniknąć i zrozumieć. Są najlepszym świadectwem na to, że można być wielkim naukowcem, intelektualistą, a równocześnie ufność swą pokładać nie w rozumie, który nie jest doskonały i może nas zwodzić, ale w Bogu.

Gdy Nat śpiewał Bogu...

Zawsze miałem nietypowe gusta muzyczne - odstając znacznie od swego otoczenia, od "ludzi z mojej klasy". Nie wiem czy w mojej szkole był jeszcze ktoś, kto zamiast "gibać" się przy disco, chętniej słuchał... no na przykład Nat King Cole'a, jednego z najwspanialszych wokalistów jazzowych wszechczasów. Uwielbiałem jego fantastyczny, pełen ciepła baryton, a gdy śpiewał: "Mona Lisa", "Unforgettable" czy "When I fall in love", miałem zawsze "ciarki". Wówczas nie wiedziałem o nim jednego - że był on człowiekiem wierzącym i chętnie śpiewał także o Bogu. Chciałbym was dziś zaprosić do wysłuchania jednej z moich ulubionych pieśni gospel w jego wykonaniu - "Every time I feel the Spirit - oraz fantastycznego duetu z Mahalią Jackson, "królową muzyki gospel", z którą zaśpiewał jeden z najwspanialszych gospelowych "evergreen'ów", "Steal away".

wtorek, 3 września 2013

Odciski palców Boga




Te niezwykle piękne i poruszające słowa znanego amerykańskiego naukowca - kreacjonisty przeczytałem w książce Lee Strobel'a pt. "Dochodzenie w sprawie stwórcy" (Wydawnictwo "Credo", Katowice 2007, str. 101 i 119). Gdy je przeczytałem, Bóg przypomniał mi słowa psalmu, którym Dawid Go wielbił:
" O Panie, nasz Boże, jak przedziwne Twe imię po wszystkiej ziemi! 
Tyś swój majestat wyniósł nad niebiosa. (...)
Gdy patrzę na Twe niebo, dzieło palców Twoich,
na księżyc i gwiazdy, któreś Ty utwierdził.

Czym jest człowiek, że o nim pamiętasz,
i czym syn człowieczy, że się nim zajmujesz?

Uczyniłeś go niewiele mniejszym od istot niebieskich,
chwałą i czcią go uwieńczyłeś.
Obdarzyłeś go władzą nad dziełami rąk Twoich;
złożyłeś wszystko pod jego stopy:

O Panie, nasz Panie, jak przedziwne Twe imię po wszystkiej ziemi!
"
(Psalm 8 - tłum. "Biblia Tysiąclecia")
Dawid nie miał instrumentów badawczych, które pozwalałyby mu spojrzeć daleko w przestrzeń kosmiczną lub dostrzec choćby komórki ciała, nie mówiąc już nawet o zajrzeniu do ich wnętrza. Z zachwytem jednak patrzył wokół siebie i ponad swą głowę, w rozgwieżdżone niebo i podziwiał potęgę Tego, który wszystko to uczynił i... nam ofiarował. Jakże niezwykle ważni jesteśmy dla Boga - zrozumiał to autor - skoro otrzymaliśmy tak niezwykły dar!

Mamy XXI wiek i technologię pozwalającą nam spojrzeć dalej, niż kiedykolwiek. Przez nasze teleskopy z zachwytem spoglądamy w odległe rejony wszechświata. Z nie mniejszym zachwytem pochylamy się, by przez mikroskopy oglądać najmniejsze fragmenty tego, co zostało uczynione. Smutne jest to, że właśnie w naszych czasach, przy takich możliwościach jakie mamy - które Bóg nam dał, byśmy mogli więcej zrozumieć i dokładniej widzieć niesamowitość jego dzieła - ludzie, którzy instrumenty te wykorzystują, tak często mówią, że Boga nie ma, że to wszystko mogło powstać bez Jego udziału. Odkrycia naukowe skłaniają do poważnego myślenia o Bogu, lecz wielu nie chce o tym słyszeć. Paradoksem jest, że w czasach, kiedy możemy patrzeć dalej i głębiej, tak wielu ludzi widzi mniej niż widział Dawid! Dawid nie widział odległych mgławic i galaktyk u nie miał pojęcia o cząsteczkach i atomach, lecz dostrzegał Boga, którzy wszystko to stworzył.

Niezależnie od tego czy sięgniemy daleko w gwiazdy, czy też wgłąb siebie samych - znajdziemy ślady palców Boga! Jakże można nie uwielbiać Stwórcy stojąc wobec jego dzieła? Piękno nieba - gwiazd i planet, piękno gór, doskonałość organizmów żywych... Wszędzie są dowody na istnienie Boga! Jeżeli podziwiamy piękno, wspaniałość tego, co stworzone i jeśli to nas zadziwia, to o ileż piękniejszy, wspanialszy i bardziej zadziwiający jest sam Stwórca? Pewien człowiek zapytał kiedyś mędrca - starca o to, jak może kochać i uwielbiać Boga, którego nie widać i na istnienie którego brak dowodów. A ten mu odpowiedział, że gdy patrzy dookoła, nie może nie wierzyć w Boga, gdyż wszędzie widzi skutki jego działania... Szczęśliwy ten, który potrafi odnajdować "odciski palców Boga" w otaczającym nas świecie

Bóg jest większy...

"Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy jesteście spracowani i obciążeni, a Ja wam dam ukojenie" (Ewangelia Mateusza 11, 28)
Życie człowieka nie jest łatwe. Nawet bogacze, których stać na wszystko i wydaje się, że mają "beztroskie życie", mają swoje troski i cierpienia - czasem ich źródłem jest właśnie bogactwo. "Zwykły" człowiek każdego dnia ciężko pracuje na swój codzienny chleb - czasem ponad siły. Wiele trosk przygniata nas czasem "aż do ziemi", a w naszym życiu nic nie układa się tak, jakbyśmy chcieli. Bywają chwile, gdy z naszych oczu płyną łzy - zewnętrzny przejaw bólu i bezsilności. I czasem wydaje nam się, że jesteśmy z naszymi problemami sami. Nie jesteśmy sami! Jest z nami Bóg, który jest większy, niż wszystkie nasze troski i kłopoty razem wzięte! U Niego możemy zawsze znaleźć pomoc, ulgę i radę. Takiej pomocy nie udzieli nam żaden terapeuta...

I nagle poczułem "flow"...

Muszę wyznać, że... jestem rasistą! Ale... Spokojnie! Spokojnie! Kolor skóry nie ma dla mnie żadnego znaczenia i nie dzielę ludzi na rasy, natomiast uznaję bezwzględną wyższość "czarnych" nad "białymi" pod względem muzycznym. Jestem zakochany w muzyce gospel, którą oni dali całemu światu, by wszyscy uwielbiali nią Boga, ale która nigdy nie przestała być ICH muzyką. Kocham nie tylko dźwięki, lecz wszystko to, co część muzyki gospel stanowi - zawarte w niej nauczanie oparte na Słowie Bożym ("Gospel" pochodzi od "God Spell" / "Bóg powiedział", więc "Gospel" to znaczy "Ewangelia", "Słowo Boże") i uwielbienie, a także sposób wyrażania siebie w modlitwie. Myślę, że na całym świecie nie ma nikogo, o kim można by powiedzieć: "ten, to o muzyce gospel wie wszystko!", ponieważ tak bardzo jest różnorodna pod względem brzmień i tak wielu artystów ją wykonuje, a każdy wnosi do niej coś swojego. Nie znam dobrze muzyki gospel - raczej poznaję ją "kawałek po kawałku", wciąż i wciąż znajdując w tym "morzu brzmień" nowe perły!

Jedną z takich niespodziewanie odkrytych przeze mnie pereł jest Louis Overstreet. Od tego czasu szukam o nim bliższych informacji i... jak dotąd wiem o nim wciąż bardzo mało. Urodził się w 1921 roku. Był ulicznym ewangelistą w swej rodzinnej Luizjanie, lecz spotkać go można było także na ulicach miast Alabamy, Mississippi, Tenessee, Arizony, Nevady i Kaliforni. Swe krucjaty ewangelizacyjne wzbogacał muzyką - jego gospel "rodził się" na ulicach wielkich miast, pośród ich gwaru (i może to nadało mu specyficznego charakteru?). W 1961 roku został pastorem kongregacji St. Luke's Powerhouse Church w Phoenix (Arizona), należącej do Church of God in Christ, jednej z tradycyjnych denominacji zielonoświątkowych. I na tym moja wiedza się, niestety, kończy.


To brzmienie... Nie do końca byłem na nie przygotowany... Było to dla mnie zupełnie nowe doświadczenie, coś odmiennego od tego, do czego się przyzwyczaiłem. Nie od razu mi się to spodobało, lecz odsłuchałem drugi, trzeci, czwarty raz i "poczułem to"! Poczułem "flow" - przestałem zwracać uwagę na to, co dzieje się dookoła mnie, wszystko zaczęło się "rozmywać" i tracić znaczenie... Wszystko, z wyjątkiem Boga, modlitwy i muzyki. Moje ciało... Czy wiecie, że modlitwę, uwielbienie można wspaniale wyrazić także ruchami ciała? Gdy słucham niektórych, tych bardziej żywiołowych, utworów, po prostu zaczynam się ruszać i... czasem się to kończy prawdziwym "holiness dance". Jest to specyficzna forma ekspresji, która może się zdawać podobną do transu, lecz nie jest nim, gdyż nie wiąże się z przejściem w "odmienny stan świadomości" i tym samym nie otwiera człowieka przed bytami duchowymi (demonami), jak to się dzieje w pogaństwie.

 

Na poniższym filmiku - który ośmieliłem sobie przygotować w oparciu o film dokumentalny z czasów działalności pastora Overstreeta, a więc sprzed mniej więcej pół wieku (zamieszczam go więc w dobrej wierze, że jest to zgodne z prawem) - możemy zobaczyć tego niezwykłego artystę podczas ulicznej ewangelizacji i nabożeństwa w Kościele. Możemy w nim także zobaczyć czym jest "holiness dance". Ponieważ zdaję sobie sprawę z tego, że takie praktyki mogą dla kogoś być szokujące, a może nawet gorszące, tym usilniej proszę, by unikać osądzania. Pamiętajmy, że ta muzyka i ten styl uwielbienia są głęboko zakorzenione w tradycji afrykańskiej i afroamerykańskiej, którą nam, białym, niekiedy trudno zrozumieć. Ci ludzie mają po swój własny sposób przeżywania i uzewnętrzniania emocji, który i nam się może w jakiejś części udzielić. Osobiście uważam, że największym błędem "białego człowieka" były próby dostosowania wszystkich innych ludzi do naszych "norm cywilizacyjnych". Jestem głęboko przekonany, że pomimo "dziwności" (dla nas) takiego zachowania, to Bóg jest w centrum tej "ekstazy".

poniedziałek, 2 września 2013

Jeszcze o aniołach

"Potem widziałem innego anioła zstępującego z nieba, który miał wielkie pełnomocnictwo, i rozjaśniła się ziemia od jego blasku. (...) I upadłem mu do nóg, by mu oddać pokłon. A on rzecze do mnie: nie czyń tego! Jam współsługa twój i braci twoich, którzy mają świadectwo Jezusa, Bogu oddaj pokłon!" (Apokalipsa 18, 1 i 19, 10) "A ja, Jan, słyszałem i widziałem to. A gdy to usłyszałem i ujrzałem, upadłem do nóg anioła, który mi to pokazywał, aby mu oddać pokłon. I rzecze do mnie: Nie czyń tego! Jestem współsługą twoim i braci twoich, proroków, i tych, którzy strzegą słów księgi tej, Bogu oddaj pokłon"(Apokalipsa 22, 8 - 9)
Napisałem już o karykaturalnych wyobrażeniach aniołów, o "folklorze" z nimi związanym, który, choć potrafi być uroczy, często jest zwodniczy. Trzeba jednak wspomnieć także o innym problemie - jakby "drugim biegunie" opisanego wcześniej. Jest nim przesadne koncentrowanie się na aniołach i kult aniołów, które swój początek ma przed VI w. po Chrystusie w pismach Pseudo-Dionizego Areopagity, anonimowego autora podającego się za wzmiankowanego w Biblii Dionizego ("Lecz niektórzy mężowie przyłączyli się do niego i uwierzyli, a wśród nich również Dionizy Areopagita i niewiasta, imieniem Damaris, oraz inni z nimi" - Dzieje Apostolskie 17, 34) celem przydania sobie autorytetu i zwrócenia uwagi na to, co chciał przekazać. Kościół katolicki rozwinął całą naukę, zwaną "angelologią". 

Pozwolę sobie użyć pewnego porównania historycznego. Gdy jakiś monarcha miał sprawy do załatwienia z monarchą sąsiedniego państwa, rzadko spotykał się z nim osobiście. Miał sługi, którzy w jego imieniu udawali się do wskazanych możnowładców, by przekazać słowa swego pana. Określano ich jako posłów. Okazywanie im szacunku było okazaniem szacunku władcy, od którego przychodzili i odwrotnie: znieważając ich, znieważało się tym samym tego, który ich posłał. Aniołom należny jest szacunek, jako posłańcom przychodzącym od Boga. Posłaniec reprezentuje tego, który go posłał i okazując szacunek aniołom, okazujemy go Bogu, którego są sługami. Szacunek i tylko szacunek, bo aniołowie są sługami Boga i nie im mamy się kłaniać, lecz razem z nimi kłaniać się przed Bogiem.

Koncentrowanie się na aniołach jest zwodnicze. Takie skojarzenie: jest to jakbyśmy, otrzymując list, zamiast skupić się na tym, co ma nam do przekazania nadawca, zaczęli snuć rozważania na temat... listonosza, który nam go dostarczył. Nie mam wątpliwości, że Bogu potrzebne są anioły i że nam są potrzebne anioły. Anioły mogą wskazywać drogę - czyniąc to w imieniu Pana - u mogą nas chronić, zarówno przed ludźmi jak i demonami. Nie ma w gruncie rzeczy żadnego zakazu, byśmy się do nich zwracali (taki zakaz jest względem zmarłych ludzi - w tym tzw. "świętych"), choć pewniejszym jest zwracać się do Boga z prośbą o pomoc anielską. Anioły, działając w imieniu Boga, przychodzą do nas z miłością i nie jest niczym niewłaściwym - a wręcz jest to pożądane - byśmy także my je miłowali. Bo i Bóg miłuje swoje anioły. Ale to na Bogu mamy się skupiać i tylko jego czcić - o czym przypominają nam same anioły.

niedziela, 1 września 2013

Anioł Boży czy aniołek ze skrzydełkami?

W szkole na lekcji religii ksiądz mówi do dzieci:
- Narysujcie dzieci aniołka.
Wszyscy rysują aniołki z dwoma skrzydłami a Jasio z trzema.
- Jasiu, widziałeś aniołka z trzema skrzydełkami? - pyta ksiądz.
- A ksiądz widział z dwoma?

Możemy się śmiać z tego dowcipu - on naprawdę jest śmieszny... Pokazuje takie nasze dziwne wyobrażenie o aniołach. W gruncie rzeczy bardzo odległe od tego, co o nich mówi Słowo Boże. Anioły - podobnie jak diabły - uległy... Hmmm... Jak to określić? Myślę, że można to nazwać "sfolkloryzowaniem" - stały się elementem religijnej szopki. 

Nasze "ludowe" wyobrażenia anioła jest całkowicie fałszywe, choć w pewnym sensie symboliczne. Dlaczego ludzie wyobrażają sobie anioły ze skrzydłami? Słowo Boże nigdzie nie wspomina o tym, by anioły miały skrzydła. Są one istotami duchowymi (por. List do Hebrajczyków 1, 14) nie mającymi fizycznych ciał, choć zdolne są ukazać się nam pod ludzką postacią, a nawet przybrać formę cielesną. Aniołowie, pod postacią których przyszedł Pan do Abrahama - co mamy opisane w 18 rozdziale Księgi Rodzaju - spożywali nawet posiłek, ofiarowany im przez gospodarza. Podobnie w 32 rozdziale Księgi Rodzaju czytamy o zapasach patriarchy Jakuba z aniołem - niewątpliwie występującym pod postacią cielesną, skoro nawet Jakub doznał kontuzji  Anioły są istotami myślącymi, obdarzonymi przez Boga podobnie jak ludzie wolną wolą (pamiętajmy, że szatan zbuntował się przeciwko Bogu), obdarzonymi wielką wiedzą - większą niż ta, którą mają ludzie, choć nie dającą się w żaden sposób porównać z wszechwiedzą Boga. Obdarzone są także emocjami - gdy przychodzą do ludzi (jak wówczas, gdy Marii anioł oznajmił, że została wybrana na matkę Chrystusa), obdarzają ich miłością także emocjami. Pamiętacie wydarzenia z Betlejem? "I nagle przyłączyło się do anioła mnóstwo zastępów niebieskich, które wielbiły Boga słowami: Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom Jego upodobania" (Ewangelia Łukasza 2, 13 - 14) - wygląda to na bardzo spontaniczne zachowanie aniołów! Są waleczne  Są one sługami Boga, mającymi w niebie różne funkcje, w tym między innymi będącymi posłańcami Boga (greckie słowo "ἄγγελος" oznacza "posłaniec").

Słowo Boże mówi nam dość sporo o aniołach, lecz nie, że mają skrzydła! Te dodała im ludzka wyobraźnia. Myślę, że chodzi o proste skojarzenie - że jeśli przybywają z nieba, to muszą mieć skrzydła podobnie jak ptaki, które są ws tanie tylko dzięki skrzydłom ku niebu wzlatywać. Z drugiej strony może być to symbol ich pozaziemskiego pochodzenia, symbol kogoś "nie z tego świata", "nie z tej ziemi". Biblia mówi nam o spotkaniach ludzi z aniołami i nie wspomina o skrzydłach, lecz mamy także nawet współczesne relacje ludzi, którzy spotkali anioły - i w żadnej chrześcijańskiej relacji o takim spotkaniu nie znajduję wzmianki o skrzydłach. Co ciekawe, opisy skrzydlatych istot, które określane są jako "anioły" dają nam różnego rodzaju ezoterycy - co wskazuje, że diabeł dostosowuje się do ludzkich wyobrażeń o aniołach. Wydaje się, że prawdziwe anioły nie przejmują się naszym "folklorem" - nie zależy im na pokazywaniu swojej anielskości poprzez "gadżety". A diabeł to efekciarz i jego anioły być może muszą być "bardziej anielskie". Gdybym ujrzał - czy to w mistycznej wizji, czy w rzeczywistości - skrzydlatą postać, nie mógłbym uwierzyć, że jest to Boży posłaniec, bo Królestwo Boże to nie "Cepelia"!

Chrześcijaństwo a islam

Są ludzie, którzy wierzą, że mahometanie są naszymi braćmi, wierzącymi w "tego samego boga", tylko że "inaczej". Są przy tym bardzo niekonsekwentni, bo jeśli uznajemy, że łączy nas z islamem ten sam Bóg (piszę tym razem o Bogu chrześcijan i żydów), a muzułmanie są nam braćmi, to tym samym powinniśmy uznawać Mahometa za proroka i Koran za "słowo boże", a tym samym de facto... przejść na islam. Bóg mówi nam tylko jedno o Mahomecie: „Strzeżcie się fałszywych proroków...” (Ewangelia Mateusza 7,15) - zwłaszcza, że choć muzułmanie poważają osobę Jezusa (nazywając Go "Isą"), to jednak odrzucają jego boskość, a przy tym uważają, że Mahomet jest większym i ważniejszym "prorokiem".

Czy wiecie, jaka może być konsekwencja odrzucenia Mahometa, nazwania go fałszywym prorokiem? "Panuje co do tego zgoda; nie ma żadnej wątpliwości, że karą dla tego, kto przejawia brak szacunku dla Proroka jest śmierć. Żaden [spośród uczonych islamskich] się temu nie sprzeciwia. Koran, hadisy, czyny towarzyszy proroka Mahometa – wszystko to potwierdza [karę], nie ma miejsca, by w to wątpić. Ktokolwiek okazuje brak szacunku dla Proroka Mahometa otrzyma karę śmierci" (Allam Muhammad Farooq Nazimi, źródło: Fronda.pl) Trzeba być także świadomym, że Koran nie daje możliwości braterstwa pomiędzy islamem a chrześcijaństwem "Gdy islam będzie podstawą, niewierni [kafir] nie będą równi z muzułmanami. Chrześcijan i żydzi będą dimmi [obywatelami drugiej kategorii]. Nie będą równi z muzułmanami" (Zaid Shakir, źródło: Fronda.pl)
"Nie chodźcie w obcym jarzmie z niewiernymi; bo co ma wspólnego sprawiedliwość z nieprawością albo jakaż społeczność między światłością a ciemnością?" (2. List do Koryntian 6, 14)
Tak poucza nas Słowo Boże. Nie jest to przy tym oznaka pogardy dla innych, nie poniża się innych, lecz troska o zachowanie czystej wiary. Apostoł Paweł przestrzega nas przed wiązaniem się i brataniem z poganami. Słowo Boże nakazuje miłować wszystkich ludzi i każdego - bez względu na to, kim jest określa naszym "bliźnim". Mamy nie tylko szanować, ale kochać każdego - także, a może zwłaszcza tego, który żyje w ciemności, jest daleko od Boga, żyje w pogaństwie, itp. Nie możemy jednak mówić o braterstwie wiary - nawet jeśli występują pewne podobieństwa.