wtorek, 27 sierpnia 2013

Budować trzeba na solidnym fundamencie

Źródło: Fronda.pl
Bóg cieszy się, gdy ludzie poszukują Prawdy. Nie patrzy przy tym na to, czy ktoś jest celebrytą z TV, "gwiazdą" kina czy estrady czy np. śmieciarzem - każdy człowiek w Jego oczach jest tak samo ważny i cenny. Dla Boga nie ma VIPów, których należy traktować priorytetowo, w szczególny sposób, którzy dostawaliby od niego najpierwsze miejsca. W niebie nie ma "VIP-room'u"! Agnieszka Chylińska jest dla Boga kimś ważnym, ale nie dlatego, że jest akurat Agnieszką Chylińską, że cieszy się popularnością, że śpiewa i gra. I jeśli Agnieszka Chylińska poszukuje, to warto się modlić, aby znalazła i zrozumiała.

Modlę się jednak przede wszystkim o to, by spotkała kogoś, kto da jej do ręki Biblię. Literatura chrześcijańska - ta, dla której Słowo Boże jest podstawą - ma także wielką wartość, ale podstawą musi być Biblia. Bóg nie dał jej tylko wybranym ludziom, by objaśniali ją innym - dał ją wszystkim ludziom, by poprzez to, co ma im do powiedzenia, pomóc im zbliżyć się do siebie. Niektórzy uważają, że "do lektury Biblii trzeba dojrzeć i przede wszystkim być ugruntowanym w nauczaniu Kościoła" - tak, jakby Słowo Boże mogło mylić i zwodzić, jakby Bogu nie można było do końca ufać. Poprzez Biblię Bóg prowadzi ludzi ku sobie - dlatego jest ona tak bardzo ważna. Nie ma sensu obkładanie się czasopismami religijnymi, a na pewno nie wolno ich bezkrytycznie traktować jako nośnika wiarygodnych informacji. Trzeba tu stosować podobny mechanizm jak względem nauczania Kościoła (jakiegokolwiek): na to, co zawierają, patrzeć w świetle Słowa Bożego, a nie Słowo Boże odczytywać w świetle nauczania, które jest przekazywane przez (jakikolwiek) Kościół czy w jakiejś publikacji. Budować trzeba na pewnym fundamencie - a tym, gdy chodzi o wiarę - jest Słowo Boże.

Dla kogo tron?

"[Stróż więzienny] wyprowadziwszy ich na zewnątrz, rzekł: Panowie, co mam czynić, abym był zbawiony? A oni rzekli: Uwierz w Pana Jezusa, a będziesz zbawiony, ty i twój dom." (Dzieje Apostolskie 16, 30 - 31)
Co to znaczy uwierzyć w Pana Jezusa Chrystusa? Trzeba jak Tomasz klęknąć i wyznać: "Pan mój i Bóg mój" (Ewangelia Jana 20, 27). Trzeba zrozumieć swoją grzeszność i Bożą wielkość i doskonałość, zrozumieć sens krzyża i u jego stóp złożyć swe grzechy, wyznając je przed Bogiem z szczerym żalem w sercu. Potrzeba oddać Bogu swoje serce, swoje życie.
 
My lubimy być "panami własnego losu", lubimy kierować swoim życiem, decydować. Zasiadamy jakby na tronie. Jeśli chcemy iść za Chrystusem - tak naprawdę - to musimy zejść z tego tronu i oddać Panu to miejsce! Tak, jak król abdykuje, aby jego następca mógł objąć władzę królewską nad państwem. Bóg ma być na tronie mojego własnego życia, a nie ja! Bóg ma rządzić, kierować, ja zaś być Mu oddany i posłuszny. Traci się na tym? Możliwe, że na pozór coś tracimy... Ale Jezus mówi: "Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode mnie, że jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest miłe, a brzemię moje lekkie" (Ewangelia Mateusza 11, 29 - 30). Choć nie my już rządzimy w swoim życiu i kto inny - Bóg - nami rozporządza, jeśli ustąpimy Bogu miejsce "szefa" i pozwolimy, by nami kierował, on uczyni nasze życie pięknym, nada mu właściwy kierunek i sens. Tylko wówczas, gdy najpierwsze miejsce w naszym życiu oddajemy Bogu, gdy bierzemy na siebie jego jarzmo, zaczynamy żyć w pełni. Jezus mówi: "Ja przyszedłem, aby owce miały życie i to życie w całej pełni" (Ewangelia Jana 10, 10) - to życie w pełni zaczyna się od podporządkowania się Bogu. Przez wszystkie lata nie spotkałem nikogo, kto by żałował decyzji o abdykacji - o tym, by przestać być panem samego siebie, a "królewskie miejsce" i władzę w swoim życiu oddać Bogu

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Dowód istnienia Boga

Źródło: Gośc.pl
Nie jest to jedyny przypadek, gdy człowiek, szczerze poszukując prawdy w nauce, zaczyna myśleć o Bogu (pomijając błąd wierzeń katolickich i "zakonnictwa"). Jest to wręcz naturalne, że podziwiając to, co nas otacza - piękno stworzenia i skomplikowaność całego tego świata i praw nim rządzących - swe myśli kierujemy ku początkom istnienia i odkrywamy Tego, który wszystko to stworzył! Otaczający nas świat jest najdoskonalszym i najbardziej wymownym dowodem na istnienie Boga! Jeśli ktoś domaga się od chrześcijanina dowodu, że istnieje "jakiś Bóg", to znaczy, że nie dość uważnie i mądrze rozgląda się wokół siebie i nie dość uważnie patrzy w mikroskop.

Gdy Bóg prosi nas o pieniądze...

"Kto sieje skąpo, skąpo też żąć będzie, a kto sieje obficie, obficie też żąć będzie. Każdy, tak jak sobie postanowił w sercu, nie z żalem albo z przymusu; gdyż ochotnego dawcę Bóg miłuje. A władny jest Bóg udzielić wam obficie wszelkiej łaski, abyście, mając zawsze wszystkiego pod dostatkiem, mogli hojnie łożyć na wszelką dobrą sprawę, jak napisano: Szczodrze rozdaje, udziela ubogim, Sprawiedliwość jego trwa na wieki" (2. List do Koryntian 9, 6 - 9)
Amy Carmichael (1867 - 1951)
Czytam aktualnie książkę o życiu i misji Amy Carmichael. Była ona misjonarką pracującą w Japonii i Indiach. Jednak nim wyjechała na Daleki Wschód pracowała pośród ubogich robotnic w swej rodzinnej Irlandii i w Anglii. Na spotkania, które organizowała, by poprawić ich byt i głosić Ewangelię, przychodziło tak wiele kobiet, że, by rozwijać dalej działalność, należało wybudować specjalnie do tego celu przeznaczony budynek. A na to potrzebne były pieniądze, których Amy zaczęła szukać. Jeszcze niedługo wcześniej jej rodzina była na tyle bogata, że sama mogłaby taki budynek ufundować, jednak do tego czasu zbiednieli tak bardzo - w skutek zmian, jakie zaszły na rynku handlu zbożem i późniejszej śmierci ojca - że ledwie wiązali koniec z końcem, więc potrzeba było pomocy od innych chrześcijan.

 Janet i Geoff Benge tak to opisują:
     "Zastanawiała się nad tym, jak mogłaby zdobyć pieniądze na zakup budynku podobnego do tego z ogłoszenia. Oczywiście, zawsze mogłaby poprosić innych chrześcijan, ale kiedyś, dawno temu, poprosiła pewnego chrześcijanina o pieniądze, i do dziś nie opuszczało ją złe wspomnienie tamtego doświadczenia. Miała wtedy dziesięć lat i mieszkała u babci, która zbierała pieniądze na pomoc dla potrzebujących. Babcia zaproponowała, żeby Amy poszła do nowego domu na rogu ulicy i spytała właściciela, czy nie chciałby przekazać pieniędzy na ten cel. Amy nie miała nic przeciwko temu. Każdej niedzieli, od kiedy zamieszkała u babci, widziała tego mężczyznę w zborze. Przyjrzała się jego nowemu domowi z zewnątrz i zapukała. W przydomowym ogródku stały pięknie ozdobione posągi i ostatni krzyk mody: pagoda z okratowaniem z kutego żelaza. Była pewna, że ktoś tak bogaty będzie mógł przeznaczyć dużo pieniędzy na działalność dobroczynną.
     Gdy mężczyzna podszedł do drzwi, wyjaśniła mu powód swojej wizyty. Ku jej zdumieniu gospodarz oświadczył szorstko, że nie może dać ani jednego pensa na działalność dobroczynną. Była wstrząśnięta. Człowiek ten był bogaty! Miał tyle pieniędzy, że wybudował sobie kosztowny dom. Jak to możliwe, że nie został mu ani jeden pens? Myślała o tym wracając do domu babci, aż w końcu zrozumiała. Mężczyzna miał na pewno dużo pieniędzy. Po prostu nie chciał nic dać. 
     Tego dnia w główce dziesięcioletniej Amy zakorzeniła się nowa myśl. Uznała, że prawdziwi chrześcijanie chętnie dają pieniądze, aby pomóc innym. Dlaczego więc mielibyśmy tracić czas na proszenie tych, którzy nie chcą dawać?" ("Amy Carmichael - Ratująca bezcenne klejnoty", tłum. Andrzej Gandecki, Wydawnictwo "Pojednanie", Lublin 2010, str. 28 - 29)

Uważam, że spostrzeżenia młodej Amy były w 100% słuszne. Są ludzie, którym Bóg błogosławi finansowo, lecz gdy poddaje ich próbie wdzięczności za to, co otrzymali, okazuje się, że nie są naprawdę wdzięczni i z tego, co otrzymali od Boga, nie chcą nic Bogu ustąpić, gdy wskazuje im potrzeby, którym mogliby zaradzić dzięki temu, co otrzymali. Choć szczodrość nie zapewnia nam zbawienia, a skąpstwo go nie odbiera, to jednak ofiarność jest świadectwem, a może nawet miernikiem, naszej miłości do Boga. Musimy zrozumieć, że dając pieniądze potrzebującym (co wcale nie oznacza, że powinniśmy wkładać je do każdej ręki, która się po nie wyciąga!), nie im dajemy, lecz dajemy Bogu - w ręce tych, których do nas przysłał, którym pragnie poprzez nas dopomóc. Skąpiąc pieniędzy na dzieło Boże, nie skąpimy ich ludziom, którzy o pomoc pytają, lecz samemu Bogu; nie ludziom odmawiamy, lecz Bogu.

Nie każdy, kto chodzi do Kościoła, jest Bożym człowiekiem, lecz ten, kto pełni wolę Boga. Zajmowanie miejsca w Kościele podczas nabożeństwa nie jest szczytem chrześcijaństwa, a jednym z jego elementów. Częstotliwość z jaką uczestniczymy w niedzielnych nabożeństwach nie jest miernikiem naszego chrześcijaństwa, naszej pobożności. Faryzeusze też regularnie chadzali do świątyni i do synagog. Lubili, gdy ludzie podziwiali ich gorliwość, ich "pobożność" i ustanawiali zasady życia religijnego. I w czasach, gdy żyła Amy, i w naszych czasach także jest wielu ludzi, którzy czynią podobnie. Dla niektórych nawet chodzenie do Kościoła może być elementem zwykłego... snobizmu. Może dziś trochę mniej, niż w XIX wieku w "wiktoriańskiej" Anglii, ale wciąż - jak sądzę - dla wielu ludzi bycie w Kościele może być elementem "status quo", albo dążeniem do samozadowolenia. 

Jezus mówi: "Nie każdy, kto do mnie mówi: Panie, Panie, wejdzie do Królestwa Niebios; lecz tylko ten, kto pełni wolę Ojca mojego, który jest w niebie" (Ewangelia Mateusza 7, 21). Chrześcijanin to nie ten, kto przychodzi do Kościoła, nie ten, kto czyta Biblię (bo wiele osób czyta Słowo Boże, a wcale nie są chrześcijanami) i nie ten, który składa ręce do modlitwy, lecz ten, kto żyje w społeczności z Panem i według Jego woli. Chrześcijanin to człowiek o przeobrażonym sercu, który Boga stawia na pierwszym miejscu w swym życiu, a służbę chrześcijańską, współudział w dziełach Boga traktuje priorytetowo.

niedziela, 25 sierpnia 2013

Ratunek prosto z nieba

"Bliski jest Pan wszystkim, którzy go wzywają, wszystkim, którzy go wzywają szczerze. Spełnia życzenie tych, którzy się go boją, a wołanie ich słyszy i wybawia ich." (Psalm 148, 18 - 19)
Czy modlitwa ma sens? Czy Bóg w ogóle istnieje? A może modląc się mówimy na próżno, w "pustkę", bo nie ma "tam" nikogo, kto by nas słuchał? Chwile zwątpienia mogą się zdarzyć każdemu - nawet ludziom wierzącym. Bóg nie gniewa się, gdy zdarza nam się zwątpić. Jezus nie gniewał się ani na Piotra, ani na Tomasza - swych najbliższych uczniów - gdy ci przeżywali chwile zwątpienia i myślę, że nie gniewa się także na nas, jeśli "tracimy grunt pod nogami" i zanurzamy się w morzu niepewności. Przeciwnie - wyciąga do nas swą rękę, by nas umocnić.

Chciałbym się dziś podzielić pewną historią, którą przed kilku laty opowiedział mój pastor. Trzeba zaznaczyć, że nie jest to historyjka, lecz opis autentycznego wydarzenia sprzed kilku lat, z którego świadkami - o ile dobrze w tej chwili pamiętam - zetknął się osobiście. Zdarzyło się to w Polsce.

Jest to niesamowite świadectwo o dwóch ludziach. Pierwszy z nich był człowiekiem załamanym, którego mocno przygniotły troski i nie miał już sił do życia i nadziei. Postanowił pójść do lasu i powiesić się. Drugi zaś był kaznodzieją zakładającym zbory w tej okolicy. Mieszkał on w leśniczówce stojącej w lesie, do którego ten pierwszy skierował swe kroki, by tam z rozpaczy skończyć swe życie. Ten biedny człowiek w ostatniej chwili, gdy miał się już targnąć na swoje życie, zaczął wołać rozpaczliwie do Pana, że jeśli On jest i zależy mu na nim, niech da mu znać. W tym samym czasie kaznodzieja był w domu, gdy nagle Pan mu powiedział: "Wyjdź przed dom i krzycz: KOCHAM CIĘ!" Pastor zdziwił się bardzo tym nietypowym poleceniem, ale uczynił to, czego chciał od niego Bóg, nie wiedząc zupełnie po co to robi, dlaczego - nie rozumiejąc z tego nic a nic... I jego głos dotarł do tego człowieka, który chciał popełnić samobójstwo. Ten się bardzo zdziwił, ale pomyślał: ciekawy zbieg okoliczności. Ale modlił się dalej i mówił do Boga: "Może to od Ciebie?... Jeśli to od Ciebie, to daj jeszcze jeden znak..." A Pan powiedział kaznodziei: "Jeśli kochasz mnie, to wykrzycz to teraz!" Ten zdziwił się jeszcze bardziej, ale był posłuszny i znów nad lasem dało się słyszeć krzyk: "KOCHAM CIĘ!" Ten, który chciał się wieszać, zdziwił się jeszcze bardziej, ale powiedział w modlitwie: "Panie! Jeśli to Twój głos, znak od Ciebie, to niech się ten krzyk rozlegnie raz jeszcze!" A Pan ponownie zwrócił się do pastora - swego sługi: "Jeśli mnie kochasz, to wykrzycz to jeszcze raz ze wszystkich swych sił!" I ten wrzasnął na całe gardło: "KOCHAM CIĘ!" po raz trzeci. Nie potrafił zrozumieć czemu Pan tego od niego chce, ale był posłuszny. I jego głos po raz trzeci dotarł do uszu tego nieszczęśnika w lesie... A ten dosłownie wymiękł, może rozpłakał się, "wpadł w objęcia Pana" i zaniechał swych planów - uwierzył na nowo, że życie ma sens! A że działo się to z soboty na niedzielę, następnego dnia trafił do zboru w swoim mieście, o którego istnieniu wiedział. Przyszedł na nabożeństwo po raz pierwszy i - ku zdumieniu zgromadzonych - wyszedł do przodu, aby dać świadectwo o tym, co się stało, co Bóg uczynił. A nabożeństwu temu przewodniczył właśnie ów kaznodzieja, któremu Bóg polecił krzyczeć w środku lasu o miłości!

Więc modlitwy nasze nie są daremne. Nie idą "w pustkę", lecz słucha ich Ojciec nas, który nas kocha. Kocha nas i troszczy się o nas, i przychodzi nam z pomocą, gdy Go wzywamy. Tak! Bóg działa! Często działa w bardzo zaskakujący sposób, bardzo niekonwencjonalnie... Bóg potrafi zaskakiwać! Czasem zaskakuje nas - wierzących - tym, czego od nas oczekuje... Ale On wie dlaczego chce od nas właśnie tego, wie czemu to ma służyć! Czasem nie trzeba nic więcej jak tylko po prostu zaufać Bogu, abyśmy mogli być dla Niego użytecznymi narzędziami - choć czasem to, czego On chce od nas może się zdawać czystym szaleństwem! Gdyby ów kaznodzieja zwątpił ten człowiek, który poszedł do lasu, by się powiesić, pewnie by już dawno nie żył!

sobota, 24 sierpnia 2013

Czy Bóg jest winien?

"Przeto jak przez jednego człowieka grzech wszedł na świat, a przez grzech śmierć..." (List do Rzymian 5, 12)
Wielu ludzi odrzuca wiarę w Boga z jednego tylko powodu - widząc ogrom zła na tym świecie: wojny, przestępczość, kataklizmy. Czasem z kpiną pytają chrześcijan: "Gdzie jest wasz bóg? Jak można wierzyć w jakiegoś 'dobrego boga', jeśli takie rzeczy się dzieją?" Posuwają się nawet dalej - do znieważania Boga. Ich złość i pogarda zwrócone są jednak w złą stronę, bowiem to nie Bóg jest winien wszelkiemu złu na tym świecie, lecz człowiek - bo to człowiek posłuchał szatana.

Czy Bogu jest obojętne to, co się dzieje z ludźmi? Czy Bogu jest obojętne czego doświadczają ludzie? Warto przypomnieć opis pierwszego morderstwa w dziejach ludzkości. "Potem rzekł Kain do brata swego Abla: Wyjdźmy na pole! A gdy byli na polu, rzucił się Kain na brata swego Abla i zabił go. Wtedy rzekł Pan do Kaina: Gdzie jest brat twój Abel? A on odpowiedział: Nie wiem. Czyż jestem stróżem brata mego? I rzekł: Cóżeś to uczynił? Głos krwi brata twego woła do mnie z ziemi..." (1. Księga Mojżeszowa - tzw. "Rodzaju" - 4, 8 - 10) Bóg nie powstrzymał ręki Kaina, choć dobrze wiedział, co się stanie. Zabójstwo to było skutkiem wyboru drogi, jakiego dokonali Adam i Ewa, następstwem buntu przeciwko Bogu - buntu, na który Bóg przyzwolił, choć go zasmucił. Bóg jednak płacze nad losem Abla - jego "Cóżeś to uczynił?" jest pełne empatii... Zarzut obojętności Boga na zło dziejące się na świecie jest więc całkowicie chybione.

To człowiek sprowadził na ten świat cierpienie, nie słuchając Boga. Czyż więc możemy mieć pretensje do Boga? To, co się dzieje na ziemi, sprawia Bogu ból... Bóg nie patrzy obojętnie na wojny, kataklizmy, choroby i głód. Nasze niedole nie sprawiają mu jakiejś sadystycznej radości - Bóg jest po prostu konsekwentny. Ale może łatwiej przychodzi nam Bogu zarzucać podłość, niż przyznać, że to my jesteśmy źli i niegodziwi? Zastanawia mnie przy tym fakt, że ludzie, którzy tak mocno mówią o niesprawiedliwości i cierpieniu, sami zachowują się często podle, szydząc z wiary innych - co jest krzywdą wyrządzaną ludziom wierzącym. A gdyby Bóg miał usunąć ze świata wszelkie zło, to kto z tych, którzy krzyczą: "nie ma Boga, bo nie mógłby tolerować takich okrucieństw, a jeśli jest i toleruje, nie jest dobry i miłosierny", nie zostałby szybko usunięty? Kto by się ostał, gdyby Bóg miał uporządkować ten świat, wymieść wszelkie zło? Bóg mógłby uczynić ziemię rajem, ale ten raj byłby... pusty!

Każdy z nas, zamiast wymawiać Bogu, że toleruje zło, powinien Mu raczej dziękować, że pomimo wszystkiego zła, jakie czynimy - w ciągu naszego życia, każdego dnia - ma do nas cierpliwość i potrafi nas kochać. Całe zło tego świata bierze się z grzechu, a Bożą odpowiedzią na to zło jest Jezus Chrystus. Gdyby Bogu było obojętne to, co się dzieje z ludźmi, Jezus nigdy by się nie narodził. Fakt, że Bóg zamieszkał pośród nas, że zstąpił na ziemię, by tu dać się ukrzyżować i uwolnić nas od skutków naszych zbrodni - wszelkiego zła, które każdy z nas czyni - jest najdobitniejszym dowodem jego miłości i troski o człowieka. Tonący w oceanie grzechu (zła) ludzie obwiniają Boga, podczas gdy On rzuca "koło ratunkowe" - krzyż Chrystusa - by ludzie mogli się go "uchwycić" i nie zginęli. Ten świat musi się "dopalić do końca", ale Bóg nie chce, byśmy ginęli wraz z nim!

środa, 21 sierpnia 2013

Czy Chrystus ustanowił papiestwo?

Katolicy wierzą, że Jezus Chrystus powołał apostoła Piotra na pierwszego papieża i że ten stał się potem także pierwszym biskupem Rzymu. Wierzą, że dał mu najwyższą władzę w Kościele. Ba! Wierzą nawet - jak wynika z moich rozmów - że sam się poddaje woli papieży (na podstawie słów: "cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi będzie rozwiązane w niebie" - Ewangelia Mateusza 16, 19), dając mu rzekomo prawo nawet zmieniać przykazania i Boże postanowienia. Wierzą, że papież jest "namiestnikiem chrystusowym", któremu Bóg poddał cały świat i że na nim opiera się Kościół. A jak jest naprawdę? Czy Chrystus faktycznie ustanowił Piotra przywódcą?


niedziela, 18 sierpnia 2013

Do tych, co na morzu

Jak wyobrażamy sobie życie typowego misjonarza? Prawdopodobnie większość z nas, słysząc "misjonarz" widzi "oczami wyobraźni" kogoś, kto z maczetą w ręku przedziera się przez dżunglę i przeprawia się przez rwące rzeki. Albo inne skojarzenie: samochodem (lub motocyklem) pokonuje trasy, które trudno nazwać "drogami" - zakopując się w błocie, balansując nad przepaściami lub przejeżdżając po chybotliwych, prowizorycznych mostach - by gdzieś w dalekiej wiosce, przy lampie naftowej odprawić nabożeństwo lub czytać ludziom Słowo Boże. Czy potrafimy wyobrazić sobie misjonarza, który potrzebuje dobrego statku tak samo jak Biblii i który zapewne swym ubiorem przypominał zwykłego marynarza lub rybaka? Czy potrafimy wyobrazić sobie misjonarza, który nie szuka zagubionych w dżunglach wiosek, lecz rybackich flotylli i osad? Takim właśnie misjonarzem był Wilfred Grenfell.

Przyznam, że jeszcze niedawno nawet nie wiedziałem, że ktoś taki żył na tym świecie! To żaden wstyd, bo przecież tak wielu ludzi służyło i służy Jezusowi, że nie sposób wiedzieć o każdym, o każdym usłyszeć - nawet jeśli robi coś naprawdę niezwykłego. Historię życia Wilfreda Grenfella możemy poznać dzięki niestrudzonym propagatorom działalności misyjnej Kościoła, Janet i Geoffowi Benge. Choć nigdy wcześniej o nim nie słyszałem, ta akurat książka pociągała mnie jakoś szczególnie - na tyle mocno, że nie miałem już siły dłużej się opierać. Dlaczego? Może dlatego, że zwykle czytam misyjne opowieści właśnie o dżungli i przedzieraniu się przez dzikie góry, a skuta lodem północ jest mi obca? A przecież i tam żyją ludzie, i tam też pracują misjonarze. Być może to też "magia morza", "romantyczna przygoda" - o ile zmaganie się z trudami i niebezpieczeństwami życia na morzu ma w sobie rzeczywiście coś "romantycznego" - a zaliczam się do ludzi, którzy wysoko sobie cenią "morskie opowieści". Może to też skutek czytanych książek Augustyna Necla, który w niezwykły sposób opisywał życie rybaków...

Wilfred Grenfell, 1910 rok
Wilfred Grenfell znał morze od najwcześniejszych swych lat. Urodził się w Parkgate koło Liverpoolu, gdzie rzeka Dee uchodzi do Morza Irlandzkiego. Był synem miejscowego pastora, a przy tym także dyrektora lokalnej szkoły, Algernona Sidneya Grenfella. Był nie tylko obeznany z morzem, lecz także zakochany w nim, choć świadomy tego, jak bardzo jest niebezpieczne. Każdego dnia stykał się z rybakami i ich ciężką pracą. Morze go "przyzywało" i najchętniej zostałby jednym z nich, gdyby nie to, że w tamtych czasach życie ludzi było mocno uzależnione od tego, z jakiej rodziny pochodzili i nie do pomyślenia było, by syn pastora i nauczyciela został prostym rybakiem. Zdecydował się więc na studia medyczne w Londynie - zawód lekarza był odpowiednio prestiżowy, a przy tym mógł stanowić dobre i pewne źródło utrzymania, a nawet dać dobrobyt. Niechętnie opuszczał Parkgate, by przenieść się do miasta, które go odpychało. Nie mógł się spodziewać, że właśnie tam rozpocznie się największa przygoda jego życia i że droga na morze prowadzi przez... London Hospital Medical School, że Bóg chce spełnić jego chłopięce marzenia o pracy na morzu, ale na swój własny sposób.

sobota, 17 sierpnia 2013

"Anioł światłości"

"Tacy bowiem są fałszywymi apostołami, pracownikami zdradliwymi, którzy tylko przybierają postać apostołów Chrystusowych. I nic dziwnego; sam bowiem szatan podszywa się pod anioła światłości" (2. List do Koryntian 11, 13 - 14)
Fałszywe wyobrażenie diabła
Chciałbym się przede wszystkim podzielić bardzo trafnym spostrzeżeniem Willa Barona: "Diabeł osiąga wielkie, publiczne zwycięstwo inspirując media, by przedstawiały go jako ohydną, potworną maszkarę. W 'The Devil Rides Out' przedstawiono szatana jako bestię mającą ciało człowieka i głowę byka. Na innych powszechnie znanych obrazach szatan jest przedstawiony jako czerwony diabeł z rogami, ubrany w czarny płaszcz i trzymający widły w ręku. Ten obraz jest tak groteskowy i dziwaczny, iż większość ludzi zupełnie nie wierzy w istnienie takiego szatana. Niewielu zdaje sobie sprawę z tego, kim naprawdę jest szatan. Mało kto wie, że jest to anioł, który potrafi być z wyglądu podobny do Jezusa Chrystusa, zgodnie z Jego powszechnie przyjętym wizerunkiem. Jeśli ktoś nie trzyma się mocno prawdy zawartej w Biblii, nieomylnym Słowie Bożym, wówczas może zostać łatwo zwiedziony przez szatana pojawiającego się w anielskiej, świetlistej postaci. W takiej sytuacji wielu ludzi jest gotowych uznać go za Jezusa Chrystusa albo przynajmniej za któregoś z Bożych aniołów, bez względu na to, jak bardzo sprzeczne z Biblią idee przedstawia i jakich kłamstw się dopuszcza" (Will Baron "Byłem kapłanem New Age", Instytut Wydawniczy "Znaki Czasu", Warszawa 2004, str. 168).

Apostoł Paweł ostrzega nas, byśmy nie dali się zwodzić pozorom - przypomina nam o diabelskiej chytrości. Nie rozpoznamy go po rogach i ogonie - bo nie ma rogów ani ogona, ani kopyt zamiast stóp. I nie dzierży w dłoni wideł. Oczywiście są przypadki, gdy pojawia się w demonicznej postaci, ale może on ukazać się naszym oczom i wcale nie być przerażającym. Może nie być "bestią z horroru", a na przykład... kobietą niezwykłej urody. Podobno pod taką postacią przychodził do wielu rabinów - jak opowiadają żydzi. Człowiek może też doświadczyć lucyferycznych wizji podczas praktykowania wschodnich medytacji - ludzie, którzy w ten sposób otwierają się na duchowe byty, mają wizje "dobrych", niekiedy "świetlistych" istot, które zaczynają ich prowadzić na "duchowej drodze", a w istocie są demonami. Diabeł potrafi przyjść jako "anioł Boga", "święty", "matka Chrystusa" a nawet sam "Chrystus". Diabeł przychodzi do nas nie jako wróg, lecz jako pozorny przyjaciel, może być nam nawet życzliwy - on potrafi nawet powiedzieć: "Nie lękaj się! Nic złego ci nie uczynię!" Nie będzie nas namawiał: "zrób coś złego", on nam będzie wmawiał nam: "to jest dla ciebie dobre i przyjemne". W raju nie kusił Ewy przegniłym ogryzkiem, lecz pięknym, dojrzałym i pachnącym owocem. Tak samo ludzie, których posyła do nas diabeł... Apostoł przestrzega przed fałszywymi apostołami. Diabeł nie wysyła do nas jakichś postaci z horrorów - on posyła nawet... elegancko ubranych "ewangelistów", którzy w ręku mają Biblię, mówią wiele o "Bogu", przyzywają "Ducha Świętego" i tylko ktoś, kto dobrze zna Słowo Boże potrafi rozpoznać od kogo naprawdę przychodzą.

Dlatego musimy się mieć stale na baczności. I dlatego powinniśmy żyć każdego dnia Słowem Bożym, poznawać je i "karmić się" nim - bo ono jest naszą tarczą przeciwko diableskim sztuczkom.

Droga ewakuacyjna

"...jeśli ustami swoimi wyznasz, że Jezus jest Panem, i uwierzysz w sercu swoim, że Bóg wzbudził go z martwych, zbawiony będziesz. Albowiem sercem wierzy się ku usprawiedliwieniu, a ustami wyznaje się ku zbawieniu. Powiada bowiem Pismo: Każdy, kto w niego wierzy, nie będzie zawstydzony. Nie masz bowiem różnicy między Żydem a Grekiem, gdyż jeden jest Pan wszystkich, bogaty dla wszystkich, którzy go wzywają" (List do Rzymian 10, 9 - 12).
Niezależnie od tego, czy pójdziesz do sklepu, do kina, do teatru, do szkoły - GDZIEKOLWIEK! - wszędzie tam znajdziesz charakterystyczne, zielone tabliczki, które wskażą ci drogę ewakuacyjną. Wskazują ci wyjście z budynku na wypadek zagrożenia. Uciekając nią - gdy jest jakieś poważne zagrożenie - masz szansę ocalić życie. I nawet wówczas, jeśli nikt nie zdoła ocalić budynku, jeśli on spłonie i runie, ty będziesz żył! Ten świat kiedyś runie - on już stoi w płomieniach i jego los jest przesądzony. Ale i w tym świecie jest "droga ewakuacyjna" - JEDYNA DROGA OCALENIA! Ona prowadzi przez krzyż i krew Chrystusa...

Cóż to znaczy "wyznać, że Jezus jest Panem"? To znaczy przede wszystkim uwierzyć w Niego. Strażnik więzienia, z którego pewnego dnia Pan cudownie uwolnił Pawła i Sylasa postawił uczniom Chrystusa ważne pytanie: "Panowie, co mam czynić, abym był zbawiony? A oni rzekli: Uwierz w Pana Jezusa, a będziesz zbawiony..." (Dzieje Apostolskie 16, 30 - 31). To jest podstawa - uwierzyć i zawierzyć Jezusowi. To oznacza przyjąć to, co głosił, uwierzyć także w to,że Jezus  jest Bogiem (bo Jezus mówił to bardzo wyraźnie!) i że Jego krew zmywa nasze grzechy, że umarł On na krzyżu dla naszego zbawienia i tylko "skąpawszy się" w jego krwi możemy zostać zbawieni - i to nie kiedyś tam, po śmierci, lecz już za życia! Trzeba zaufać Mu, uwierzyć, że On to uczynił z miłości do nas i że tylko On odpuszcza nam nasze grzechy. Tylko On - Bóg - ma taką moc! I nie tylko odpuszcza, lecz o nich zapomina, wymazuje je! Tak, jakby ich nigdy nie było... Gdy zabrudzisz ręce możesz je umyć w wodzie, ale gdy brudzi cię grzech, to zmyć Go może tylko krew Chrystusa - jeśli upamiętasz się, to znaczy dostrzeżesz własną grzeszność, będziesz żałował swych złych uczynków z pragnieniem zmiany życia i przyjdziesz do Niego w pokorze!

Świat ten kiedyś runie i skończy się. To może stać się za wiele lat, albo już wkrótce.
Tylko w Chrystusie jest nasze ocalenie!
Tylko On jest naszą drogą ucieczki przed katastrofą, jaka czeka świat. On i Jego krzyż jest nam ocaleniem przed zagładą - podobnie jak Arka była ocaleniem dla Noego i jego rodziny, od których my wszyscy dziś żyjący się wywodzimy. Niech będzie uwielbiony Pan za to, że dał nam drogę ratunku!

piątek, 16 sierpnia 2013

I nadzy stąd odejdziemy...

"Wtedy Job powstał, rozdarł szaty i ogolił głowę; potem padł na ziemię i oddał pokłon, i rzekł: Nagi wyszedłem z łona matki mojej i nagi stąd odejdę..." (Księga Hioba 1, 20 - 21)
Jedną z moich pasji jest architektura. Wprost uwielbiam piękne domy - i te bogate, przypominające zamki czy pałace, i te skromne, pobudowane z polnych kamieni. Zachwyca mnie i willa z luksusami i basenami, i skromny domek skryty wśród zieleni. Osobiście marzę o skromnym domku wśród zieleni. Kilka lat temu na sprzedaż wystawiono jeden z najwspanialszych i najbardziej luksusowych domów Ameryki - rezydencję, która należała do zmarłego w 2006 roku słynnego producenta telewizyjnego, Aarona Spellinga. Nawet w dobie kryzysu i dramatycznego spadku cen nieruchomości wyceniono ją na (bagtela!) 150 milionów dolarów! Moją uwagę wówczas przykuł jeden z komentarzy, jakie pojawiły się pod artykułem o tej posiadłości w jednym z polskich serwisów: "zarzynał się cale życie żeby mieć kasę i stracił wszystko".

Nie mogę oceniać tego człowieka, gdyż nie wiem, czy jego życie było nieustającą gonitwą za pieniędzmi, czy też po prostu dobrze pracował i trochę "mu się poszczęściło". Natomiast wiem dobrze, że nie brak ludzi którzy pracują od świtu do nocy, aby MIEĆ - nowy samochód, willę z basenem - a nie umieją już się cieszyć, nie umieją BYĆ. Wiem i ZNAM TAKICH osobiście! I z pewnością wielu, wielu z nich by było bardzo nieszczęśliwymi, gdyby nagle stracili to, co posiadają. Są tacy, dla których to, co posiedli, jest dobrem najwyższym i bywają tacy ludzie, którzy są bardzo nieszczęśliwi, gdy umierają, bo tracą to, co umiłowali! Tak łatwo przywiązujemy się do "naszej własności" i tak łatwo dajemy się wciągnąć w idęę "mieć... mieć... mieć..." I tak łatwo też zapominamy przy tym o tym, co jest najważniejsze! A przecież wszystko to i tak musimy stracić. Tak, jak się nadzy narodziliśmy, tak samo i nadzy z tego świata odchodzimy - nie możemy nic zabrać. Nic z tego, co posiadamy nie przeniesiemy za bramę śmierci!

Nie raz marzyłem o tym, aby mieć taki dom, jak Spelling, może też jakieś ranczo, piękny samochód, jacht, może helikopter... Ale czy umiałbym być bogatym? Hiob był wielkim bogaczem, ale nie bogactwo było dla niego najważniejsze. Czy umiałbym być jak Hiob i nade wszystko miłować Boga, a nie moje bogactwo - nie dom, nie stada i pieniądze? Czy będąc bogatym umiałbym bardziej troszczyć się o ludzi, niż o własny sukces i o to, by mi zer na koncie przybywało? Czy kochałbym bardziej ludzi, czy te zera? A może w imię kolejnego zera na koncie bym przestał się liczyć z bliźnimi? Czy gdybym miał konto, jak Spelling i wszystko to, co on posiadał za życia, umiałbym się cieszyć tym, że uśmiechnęło się do mnie dziecko w kościele, że ptaki śpiewają, że wiatr owiewa mą twarz, że spotykam tak wielu wspaniałych ludzi? I najważniejsze: czy wciąż bym wierzył w Boga, czy też już w nowego bożka - pieniądze i sukces? 

Powołani do miłości i zgody

"Jeśli kto mówi: Miłuję Boga, a nienawidzi brata swego, kłamcą jest; albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi. A to przykazanie mamy od niego, aby ten, kto miłuje Boga, miłował i brata swego." (1. List Jana 4, 20 - 21) "Jeślibyś więc składał dar swój na ołtarzu i tam wspomniałbyś, iż brat twój ma coś przeciwko tobie, zostaw tam dar swój na ołtarzu, odejdź i najpierw pojednaj się z bratem swoim, a potem przyszedłszy, złóż dar swój. (Ewangelia Mateusza 5, 23 - 24)
Być chrześcijaninem, to znaczy także być człowiekiem powołanym do miłości i życia w zgodzie ("Jeżeli to jest możliwe, o ile to od was zależy, żyjcie w zgodzie ze wszystkimi ludźmi" - List do Rzymian 12, 18, tłum. "Biblia Tysiąclecia"). Być chrześcijaninem to znaczy być człowiekiem w drodze do nieba - a nie ma innej drogi do nieba, niż miłość. Jezus umarł za nas z miłości do nas i dzięki Niemu bramy nieba są dla nas otwarte. Krzyż Chrystusa jest znakiem miłości Boga do człowieka. Słowo Boże mówi: "Albowiem łaską zbawieni jesteście przez wiarę, i to nie z was: Boży to dar; nie z uczynków, aby się kto nie chlubił" (List do Efezjan 2, 8 - 9). Choć to nie miłość przez nas okazywana nas zbawia, to jest ona ważnym świadectwem zbawienia, bycia uczniem w szkole Chrystusa. Jezus powiedział o takie ciekawe słowa: "Nowe przykazanie daję wam, abyście się wzajemnie miłowali, jak Ja was umiłowałem; abyście się i wy wzajemnie miłowali. Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli miłość wzajemną mieć będziecie" (Ewangelia Jana 13, 34 - 35). W tych słowach polecił nam pielęgnowanie miłości braterskiej pośród wyznawców. Ale Jezus powiedział także: "Miłujcie nieprzyjaciół waszych i módlcie się za tych, którzy was prześladują, abyście byli synami Ojca waszego, który jest w niebie..." (Ewangelia Mateusza 5, 44 45) i "Błogosławcie tych, którzy was prześladują, błogosławcie a nie przeklinajcie" (List do Rzymian 12, 14). Gdy człowiek doświadcza zbawienia, Bóg wypełnia jego serce miłością

Nie ma chrześcijaństwa tam, gdzie nie ma miłości. Jeśli nie miłujemy bliźnich, możemy choćby codziennie chodzić do kościoła, możemy modlić się na okrągło, możemy całymi dniami działać na rzecz naszego Kościoła, ale wszystko to będzie tylko rytuałem. Bez miłości nie ma prawdziwej wiary, a tylko pozory. Bez miłości do drugiego człowieka - i wszystkiego, co się z tym wiąże: życzliwości, szacunku, zrozumienia, przebaczenia, pokory - nie jesteśmy naśladowcami Chrystusa. Jeśli pogardzamy drugim człowiekiem, którego Jezus kocha, jakże możemy być jego naśladowcami? Jeśli nie potrafimy przebaczyć drugiemu człowiekowi, którego Jezus kocha, jakże możemy być jego naśladowcami? Jeśli nie potrafimy pójść do drugiego człowieka i powiedzieć: "przebacz, bo zawiniłem wobec ciebie", jakże możemy być Jego naśladowcami? Nasze ręce zawsze powinny być wyciągnięte ku drugiemu człowiekowi. Nasze twarze zawsze powinny być zwrócone ku niemu - nie plecy! Tak, jak Jezus z miłości umarł za nas na krzyżu, tak my mamy miłować i przez miłość dawać świadectwo o Jezusie Chrystusie.

czwartek, 15 sierpnia 2013

Uwielbienie i medytacja

Choć "ekumenizm z Taizé" nie jest tym, co w 100% popieram - polega bowiem na "przyjaznym poklepywaniu się po ramionach", przemilczaniu, ignorowaniu istotnych problemów i zagrożeń duchowych - kocham pieśni, które są tam śpiewane. Choć z radością słucham chrześcijańskiego rocka i dynamicznego gospelu, moje serce radują chwile, gdy można się wyciszyć i pogrążyć w modlitwie. Jednym z największych błędów, jakie zdarzyły się na drodze reformacji, było moim zdaniem odrzucenie medytacji i wyciszenia - zepchnięcie ich do sfery całkowicie prywatnej, do "komory". Gdy podczas jednego ze spotkań grupy młodzieżowej ktoś z młodych, wywodzących się z katolicyzmu, zaproponował modlitwę w ciszy, wywołało to wyraźny opór pastora (choć zgodził się na ten eksperyment). Odnoszę wrażenie, że dla wielu ewangelicznych chrześcijan odrzucenie medytacji i wyciszenia jest formą... ocięcia się od katolicyzmu. Niektórzy idą jeszcze dalej - i myślą, że Kościoły powinny być dynamiczne i głośne. Zdarzyło mi się być w takich Kościołach, z których po nabożeństwie wychodziłem ogłuszony i skołowany! Doceniam dobre i mocne uwielbienie, ale wyciszenie i medytacja - która nie jest niczym innym, jak "wtuleniem się" w Boga - również są wielce pożyteczne duchowo. W naszym życiu powinno być miejsce i na uwielbienie, i na medytację - i marzę o Kościele, który będzie potrafił docenić oba te elementy.

Niewidomi widzą - widzący są ślepi

"Przybyli do Jerycha. A gdy wychodzili z miasta - On, Jego uczniowie oraz spory tłum - siedział przy drodze niewidomy żebrak, Bartymeusz, syn Tymeusza. Na wieść o tym, że przechodzi sam Jezus z Nazaretu, zaczął wołać: Synu Dawida, Jezusie! Zlituj się nade mną! I wielu próbowało go uciszać. On jednak tym głośniej wołał: Synu Dawida! Zlituj się nade mną! Wtedy Jezus przystanął. Zawołajcie go - polecił. Zawołali go więc, mówiąc: Odwagi! Wstawaj! Woła cię. Bartymeusz zrzucił płaszcz, zerwał się na nogi i podszedł do Jezusa. Jezus zapytał: Co chcesz, abym ci uczynił? Niewidomy na to: Panie, spraw abym znów mógł widzieć. Wtedy Jezus powiedział: Idź, twoja wiara ocaliła cię. I natychmiast odzyskał wzrok - i wyruszył za Nim w drogę." (Ewangelia Marka, 10, 46 - 52 - tłum. "Nowe Przymierze")
Ten człowiek był niewidomy - zapewne wiele lat wcześniej stracił wzrok. Jego oczy cielesne "nie miały światła" - biedak ten nie mógł cieszyć się pięknem świata, błękitem nieba, jasnością słońca - ale "oczami duchowymi" widział więcej i lepiej niż inni ludzie. On poznał kim jest Jezus i wiedział co On może jemu uczynić. Wiedział, że jest On kimś więcej niż człowiekiem, choć nie zdawał sobie sprawy z tego, iż jest to sam Bóg. Jego wiara była naprawdę ogromna, był przy tym bardzo zdeterminowany i pewien tego, że zwraca się do właściwej osoby, która nie jest taka, jak inni ludzie, z ich ograniczeniami, i ma moc go uzdrowić. Za Jezusem szło wówczas mnóstwo ludzi i z pewnością był gwar, jaki czyni się zawsze, gdy jest tak wielu ludzi, którzy ze sobą rozmawiają. Ale ten - gdy dowiedział się, że oto idzie Jezus z Nazaretu - uczynił taki raban, że wszyscy go słyszeli. Próbowali nawet go uciszać, ale on ich nie posłuchał. Aż wreszcie Nauczyciel wezwał go do siebie i uczynił mu to, o co Bartymeusz poprosił. Uczynił to z miłości do człowieka, a ów człowiek odtąd poszedł za nim, by słuchać jego nauk. Bartymeusz zaufał Panu...

Przypomina mi się pewna sytuacja - nie pamiętam tylko czy gdzieś o niej czytałem, czy może raczej słyszałem. Pewien niewidomy chrześcijanin mówił osobie niewierzącej o Bogu. Jednak w żaden sposób nie mógł go przekonać, że Bóg jest i że on, odrzucając tą możliwość, jest w błędzie. Nie działało na niego nic - nawet najbardziej przekonujące, najmocniejsze argumenty. Ów niewidomy wreszcie poddał się, widząc że to nie ma sensu, że jego wysiłki nie przynoszą żadnego efektu, i skończył rozmowę słowami: "Moje oczy nie widzą - ty widzisz świat, ale tak naprawdę to ty, przyjacielu, jesteś ślepy!"  Przypominają mi się także scena ze wspaniałego filmu "Mały Wielki Człowiek". Film jest opowieścią o małym, białym chłopcu, którego wychowali Indianie. Gdy dorósł zyskał imię Mały Wielki Człowiek i choć nie mieszkał w wiosce, to wracał co jakiś czas do swego przybranego ojca, indiańskiego wodza. Któregoś razu, gdy wrócił by odwiedzić swych bliskich, dowiedział się, że jego ojciec stracił wzrok. Zapadły mi w pamięć słowa tego starego Indianina (cytuję z pamięci): "Moje oczy widzą, ale światło z nich nie dociera do mego serca."

Rzadko spotykam na swej drodze ludzi niewidomych, ale tak bardzo często spotykam ślepców! Ich oczy wprawdzie widzą, ale światło prawdy nie dociera do ich serca i błądzą na ścieżkach swego życia. W o ileż lepszej sytuacji niż oni był ślepy Bartymeusz! Niewidomi widzą... Jakże wielu jest niewidomych, którzy przy swej ślepocie widzą lepiej i bardzo ukochali Pana. Widzący są ślepi... Jakże wiele jest osób, które mogą się cieszyć światłem dnia, ale nie dostrzegają światła prawdy! To zdecydowanie większe nieszczęście, gorsze kalectwo!

Co jest ważne naprawdę?

Źródło: Niedziela.pl
Gorszące awantury wokół krzyża trwają. Reakcje katolickiego duchowieństwa i świeckich na fakt, że komendant Policji w Radomiu, będąc osobą niewierzącą, zdjąć ze ścian swego gabinetu i sali konferencyjnej, krzyże, skłaniają mnie do zastanowienia czy ludzie ci w ogóle wiedzą o co chodzi z krzyżem i śmiercią Chrystusa. Mam coraz więcej wątpliwości. Podstawowe pytanie: dlaczego wszystkich dręczy sprawa krzyży zdjętych ze ściany, a nikt nie troszczy się o człowieka? To CZŁOWIEK jest ważny, a nie dwa kawałki drewna z metalową figurką konającego Chrystusa! Bo to dla CZŁOWIEKA Jezus poszedł na krzyż, a nie po to, byśmy sobie drewienka wieszali na ścianach. Kto się przejmuje tym, że komendant, CZŁOWIEK, nie zna Chrystusa? Bo ja widzę, że wszyscy "pobożni" przejmują się tym, by "Chrystus" nad nim wisiał w jego biurze! Czy na prawdę to jest najważniejsze?

Choć nazwisko komendanta Policji z Radomia nie padło w przemowie na Jasnej Górze, jest dla mnie oczywistym, że jest to dalszy ciąg ataków na niego. A ja wciąż podkreślam, że zdjęcie krzyży ze ścian, było jego PRAWEM. Księża powinni się zająć swoimi parafiami i diecezjami, a nie urzędami państwowymi i ich pracownikami. Kościół katolicki miesza się do spraw państwowych, urzędowych - narzuca swoje reguły, a gdy ktoś występuje przeciwko, staje się ofiarą oskarżeń i ataków. Pomyślmy co by było, gdyby w podobny sposób Państwo zaczęło się mieszać w sprawy Kościoła katolickiego i np. dyktować komu mają być udzielane święcenia kapłańskie lub kto ma być biskupem, albo jakiego księdza gdzie skierować i jaki ma być wystrój wnętrza kościoła czy kaplicy? Taka ingerencja wywołałaby potężny opór i protesty. I tu nasuwa się drugie pytanie: Dlaczego zasada rozdziału i niezależności ma obowiązywać... tylko w jedną stronę?

Państwo nie miesza się w sprawy Kościoła katolickiego - niestety, pozwala Kościołowi katolickiemu mieszać się w swoje sprawy. To, czy krzyże wiszą na ścianach urzędów, szkół i innych państwowych instytucji, to nie sprawa Kościoła katolickiego, lecz Państwa i urzędników, którym te obiekty podlegają. Gdy mówi się o rozdziale Kościoła od Państwa i zdejmuje krzyże Kościół katolicki mówi o laicyzacji, ateizacji, "palikotyzacji" i spychaniu wiary do "sfery prywatnej". Ale jeśli narzuca się obecność krzyża na urzędowych ścianach, nawet wbrew przekonaniom tych, którzy tam pracują, którzy odpowiadają za te urzędy i instytucje, to czy nie jest to spychaniem ich niewiary, lub innych przekonań. Gdy człowiek zdejmujący krzyże mówi, że "wiara to sprawa prywatna każdego człowieka", mówi się, że wcale nie i że nie wolno mu spraw wiary marginalizować. Tymczasem jego przekonania traktuje się jako... jego prywatną sprawę, która nie powinna mieć odzwierciedlenia w jego otoczeniu, w jego miejscu pracy, w urzędzie lub instytucji, która mu podlega. I tu nasuwają mi się słowa z "W pustyni i w puszczy": "Jak Kali ukraść komuś krowa, to być dobrze, a jeśli Kalemu ktoś ukraść krowa to być źle" Dokładnie tak zachowuje się Kościół katolicki!

Jestem człowiekiem wierzącym. To oczywiste - gdybym nie był wierzący nie zajmowałbym się sprawami wiary, nie poświęcałbym czasu, by mówić (pisać) o wierze, Biblii i Bogu. Obserwując tą histerię czuję coraz większy niesmak i coraz większą sympatię do tego komendanta Policji, który stał się ofiarą zaciętych ataków ze strony "wierzących". Gdyby nie to, że już pozdejmował krzyże z miejsc swej pracy, i że nawet nie mógłbym nic zrobić, chętnie bym mu pomógł je pozdejmować, mówiąc: "A wie pan, że Jezusowi wcale nie o to chodziło, by wszędzie były krzyże?" Być może właśnie pomoc przy ściąganiu krzyży ze ścian byłaby dobrym początkiem, by zacząć rozmowę o tym, kim jest Jezus, jaki On jest, o co naszemu Panu chodziło i co dla nas zrobił. Bo to CZŁOWIEK jest ważny, a nie krzyż na ścianie! To o CZŁOWIEKA chodzi Bogu, nie o symbole, które... straciły swe prawdziwe znaczenie z winy ludzi, dla których celem nadrzędnym jest najwyraźniej dominująca pozycja ich religii.

wtorek, 13 sierpnia 2013

Papież, Fatima i remontowane mury

"W październiku papież Franciszek poświęci świat Niepokalanemu Sercu Maryi. Z tej okazji w Watykanie przebywać będzie figura Matki Bożej Różańcowej z kaplicy Objawień w sanktuarium maryjnym w Fatimie. Okazją jest Dzień Maryjny Roku Wiary, który obchodzony będzie 12 i 13 października. Na jego zakończenie, w niedzielę 13 października, w 96. rocznicę objawień fatimskich, Ojciec Święty odmówi akt poświęcenia świata Niepokalanemu Sercu Maryi. Prosiła o to w 1917 r. Matka Boża w Fatimie, a po raz pierwszy dokonał tego papież Pius XII w 1942 r." - podają media za Katolicką Agencją Informacyjną.

Choć jako chrześcijanina nie dotyczy mnie nic, co robi lub poleca papież, to jednak takie wieści napełniają me serce przerażeniem, bo choć akt poświęcenia świata "Maryi" nie stanowi dla mnie zagrożenia osobiście, może mieć poważne duchowe (i nie tylko) konsekwencje dla naszego świata. Powiedzieć: "mam poważne wątpliwości co do pochodzenia istoty, która spotykała się z dziećmi w Fatimie", to jest użycie "dyplomacji", bo słowa, które tam padały, przekonują mnie, że nie tylko nie miała ona nic wspólnego z Chrystusem, lecz działała... przeciwko Chrystusowi. 

Pisałem o tym obszernie w tekście "Nie znalazłem tam Boga", będącym osobistym świadectwem związanym z dawnym pielgrzymowaniem po sanktuariach maryjnych. Sprawę Fatimy poruszyłem też w maju br. w tekście "W rocznicę wydarzeń w Fatimie", w którym próbowałem odpowiedzieć na katolickie argumenty dotyczące "objawień maryjnych"w Fatimie i kwestie związane z wiarą. Odsyłam do tych tekstów, by się nie powtarzać, a odniosę się jeszcze do słów rzekomej (!) "Maryi": "Pan Jezus chce się tobą posłużyć, aby ludzie bardziej mnie poznali i pokochali. On chce wprowadzić na świecie nabożeństwo do mojego Niepokalanego Serca. Tym, którzy przyjmą to nabożeństwo, obiecuję zbawienie. Te dusze będą przez Boga kochane, jak kwiaty przeze mnie postawione dla ozdoby jego tronu" Innymi słowy: "Maryja" obiecuje zbawienie tym, którzy oddadzą się jej - siebie stawia w centrum dzieła zbawienia, podczas, gdy Słowo Boże mówi: "I nie ma w nikim innym zbawienia; albowiem nie ma żadnego innego imienia pod niebem, danego ludziom, przez które moglibyśmy być zbawieni" (Dzieje Apostolskie 4, 12)

sobota, 10 sierpnia 2013

New age od środka

Co wiemy o "new age"? Chyba nie ma w Polsce nikogo, kto by o new age nie słyszał. Z drugiej strony, jak sądzę, jest bardzo niewielu ludzi, którzy potrafiliby coś o new age powiedzieć - chociaż... wszyscy spotykamy się z elementami new age i to na co dzień. Amulety, horoskopy, reiki, joga, bioenergoterapia, homeopatia, wszelkiej maści "uzdrowiciele", wiara w duchy i przybyszów z kosmosu, medytacje wschodnie, dalekowschodnie religie (jak buddyzm czy wisznuizm), wiara w moc kryształów... New age ma wiele oblicz. Każdy z nas (!) znajdzie z łatwością coś z tych praktyk i przekonań w swoim najbliższym otoczeniu i jestem przekonany, że każdy z nas ma w swojej rodzinie kogoś, kto jest pod wpływami new age. Często jednak nie mamy świadomości, że to, z czym się stykamy, jest właśnie elementem wierzeń "new age" i poważnym zagrożeniem duchowym. Sprawę komplikuje dodatkowo fakt, że "new age" jest jakby zmiennokształtanym, nieustannie mutującym tworem parareligijnym - jakby magazynem różnych praktyk i przekonań, w którym każdy podchodzi do "półki" i bierze z niej to, czego pragnie, tworząc własny system wierzeń. W obrębie new age są wielkie sekty o globalnym zasięgu, ale też nawet pojedynczy człowiek może być dla siebie "całą sektą" - jedynym mistrzem (nie licząc demonów, od których się uczy) i jedynym wyznawcą.

Dzięki Bogu nie brakuje ludzi, którzy zajmują się tą tematyką - dogłębnie badają new age (a wielu z nich było w tym ruchu), rozpoznają jego elementy, a potem uświadamiają innych o związanych z nimi zagrożeniach. W prasie - przede wszystkim religijnej - ukazuje się wiele artykułów na ten temat. Jest też wiele godnych polecenia książek na ten temat. "Byłem kapłanem New Age" Willa Barona to tylko jedna z bardzo wielu pozycji dostępnych dla polskiego czytelnika - choć dość trudno ją zdobyć, gdyż od momentu wydanie (2004 rak) cały nakład został wyprzedany, a nie pomyślano o wznowieniu. - ale z pewnością jedna z najlepszych i każdy, kto pragnie się czegoś dowiedzieć na temat new age, powinien ją przeczytać. Choć nie prezentuje nam pełnej panoramy duchowego bałaganu, jakim jest "new age" - bo wszystkich jego elementów nawet nie da się ogarnąć - a jedynie pewien niewielki wycinek tego systemu różnorodnych wierzeń, daje nam możliwość zrozumienia podstaw i funkcjonowania tego ruchu, uwrażliwia nas na otaczające nas duchowe zagrożenia i jeśli jesteśmy "ślepi" i nie widzimy wpływów "new age" wokół nas, w naszym środowisku i naszej... rodzinie (bo możemy się łatwo przekonać, że każdy z nas ma kogoś w rodzinie, kto ma związki z "new age"!), książka ta pomoże nam "otworzyć oczy".

piątek, 9 sierpnia 2013

Walka o krzyż - w imię Jezusa czy... ideologii?

Źródło: Niedziela.pl
Wielkie poruszenie zapanowało w Radomiu, bo oto nowy komendant tamtejszej Policji dopuścił się "skandalicznego czynu" i pościągał krzyże z urzędowych ścian. "W obronie katolickich wartości" podwładni wystosowali... anonimowe pismo do zwierzchników. "Grzmią" katolickie media - bo "zamach na świętość", na wiarę katolicką - wyraźnie doceniając znaczenie pisma, w którym policjanci nie tylko żalą się na zdejmowanie krzyży ze ścian, ale także na zniechęcanie do udziału w pielgrzymkach do Częstochowy. Pomija się przy tym fakt, że pisma anonimowe kiedyś się zwyczajnie nazywało... donosami. Zwłaszcza, jeśli ich celem jest zaszkodzenie bliźniemu - a mamy tu do czynienia z dążeniami, by komendanta, którzy "krzyża nie szanuje" pozbawić stanowiska. Głos w sprawie zabrał Senator RP (zgadniecie z jakiego ugrupowania?), pisząc coś o "palikotyzacji". Gdy skomentowałem sprawę na publicznym forum - przypominając o rozdziale Kościoła od Państwa - zaraz podważono moją wiarę, a po chwili nazwano... szatanem. Bo przecież... kto by tam słuchał Jezusa, gdy nawoływał do miłości bliźniego, gdy "trzeba bronić krzyża". Oczywiście lekko ironizuję, choć wszystko to jest prawdą. Jednym z problemów naszego kraju jest fakt, że najbardziej "pobożni" ludzie bardzo dbają o to, by w "polskim piekiełku" nie wygasł nigdy ogień, by nie ustawały spory i oskarżenia. 

W takich ciśnie mi się na usta pewne pytanie: "Wy naprawdę nie macie pojęcia, jaki był Jezus, prawda?" Nie jestem jego autorem - pochodzi ono z książki Jake'a Colsena "więc nie chcesz już chodzić do kościoła" (Wydawnictwo Jakub, Wrocław 2010, str. 12) i pada tam w bardzo podobnych sytuacjach, gdy ludzie teoretycznie wierzący w Chrystusa, zachowują się tak, jakby nigdy nawet o nim nie słyszeli. Jezus mówi: "Jeśli kto chce pójść za mną, niech się zaprze samego siebie i weźmie krzyż swój i naśladuje mnie" (Ewangelia Marka 8, 34). Mówi także: "Będziesz miłował Pana, Boga swego, z całego serca swego i z całej duszy swojej, i z całej myśli swojej. To jest największe i pierwsze przykazanie. A drugie podobne temu: Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się cały zakon i prorocy" (Ewangelia Mateusza 22, 37 - 40) Czyż "naśladowaniem Chrystusa" mogą być próby szkodzenia człowiekowi, który jest przeciwny krzyżom na urzędowych ścianach? Czy "naśladowaniem Chrystusa" może być napastowanie i znieważanie człowieka? Czy "naśladowaniem Chrystusa" może być... "pieklenie się" z powodu różnic światopoglądowych i religijnych? Paradoksem naszego kraju jest, że na każdym kroku spotykamy krzyże i kościoły, a w nich bardzo gorliwych ludzi, którzy... nie rozumieją Jezusa.

środa, 7 sierpnia 2013

Przebaczenie

"Wtedy podszedł Piotr i zapytał: Panie, ile razy mam wybaczać mojemu bratu, jeśli zgrzeszy przeciwko mnie? Czy aż do siedmiu razy? Jezus odpowiedział: Mówię ci, nie aż do siedmiu razy, lecz do siedemdziesięciu razy siedem" (Ewangelia Mateusza 18, 21 - 22)
Tak naprawdę wezwanie do przebaczenia jest wezwaniem do życia pełnego bezwarunkowej miłości do drugiego człowieka. Tam, gdzie nie ma przebaczenia, tam nie ma też miłości. Z przebaczeniem nie wolno nam też zwlekać. Nie powinniśmy oczekiwać, że ten, kto wobec nas zawinił, najpierw przyjdzie i nas przeprosi, bo wówczas dajemy się zdominować przez poczucie krzywdy i zgorzknienie. Im prędzej przebaczamy, tym większy jest tryumf miłości i tym szybciej goją się rany powstałe na skutek doznanych krzywd. Przebaczenie to budowanie mostów nad przepaściami krzywd. Przebaczenie jest łaską wobec drugiego człowieka, lecz największym błogosławieństwem dla życia tego, który udziela przebaczenia.

wtorek, 6 sierpnia 2013

Jeszcze na temat islamu

Wiele osób oburza się, gdy mówię / piszę, że islamski Allah to nie chrześcijański Bóg, że mamy tu do czynienia z inną postacią - o ile w ogóle rzeczywistą, to będącą co najwyżej bóstwem, a raczej istotą duchową podającą się za boga, a nie Bogiem. Bierze się to z nieznajomości wiary chrześcijańskiej - czy może płytkości poznania chrześcijaństwa - i nieznajomości islamu. Wmawia nam się, że "muzułmanie są naszymi braćmi w wierze" i mówi się, że "Jahwe to Allah a Allah to Jahwe" i że "są różne imiona a ten sam Bóg", a Koran "w zasadzie mówi to samo, co Biblia". Jest to jedno z największych kłamstw naszych czasów - diabelska intryga służąca zatarciu prawdy, przekonaniu, że... "w gruncie rzeczy wszystko jedno, w co się wierzy". Coraz więcej osób wierzy nie tylko w to, że judeochrześcijański Jahwe i islamski Allah to ten sam bóg, ale też w to, że ten sam bóg czczony był na całym świecie także pod innymi imionami (w Polsce mamy np. wyznawców Światowida, którzy twierdzą, że Światowid to ten sam Bóg, którego żydzi czcili jako Jahwe!). To się nazywa synkretyzm religijny.

Jeśli przyjrzymy się początkom islamu, to widzimy Mahometa, który był poganinem, poznał historie biblijne, ale odrzucił chrześcijańskiego Boga i odrzucił prawdę, że Jezus jest Bogiem, i stworzył nową religię na podstawie zniekształconych (!) faktów zaczerpniętych z Biblii z jednej strony, a wierzeń plemiennych z drugiej. Z tej drugiej strony (!) przyjął też osobę bóstwa - prawdopodobnie oparł się na kulcie Sina, sumeryjskiego bóstwa księżycowego (demona) i stąd symbolem islamu jest księżyc. Mohomet swego bożka określił mianem "Allah", co oznacza "Bóg Jedyny". Tego określenia używają także chrześcijanie z krajów arabskich (choć muzułmanie próbują tego zabronić), lecz choć używają tego samego słowa, nie określają nim tej samej osoby. Co ciekawe właśnie chrześcijanie z bliskiego wschodu, wywodzący się z islamu, gorliwie zaprzeczają temu, by istniał jakiś związek pomiędzy chrześcijańskim Bogiem, nawet jeśli określają go Allahem, a islamskim bóstwem określanym jako Allah. Inni wskazują, że islamski Allah jest wręcz przeciwieństwem Jahwe! Zresztą najlepiej jest obejrzeć i przemyśleć zawartość tych dwóch filmów:


Oczywiście są pewne podobieństwa w religii islamu i wierzeniach chrześcijańskich. Przede wszystkim Biblia - Koran zawiera wątki biblijne, choć mocno zdeformowane, poprzekręcane (niekiedy w absurdalny sposób). Islam uznaje też Jezusa, ale - wbrew temu, co mówił o sobie sam Jezus - tylko za proroka, i to mniej ważnego niż Mahomet. Przy tym - choć teoretycznie uznaje się go za "wielkiego proroka" - jest on tak marginalizowany, że wielu muzułmanów nic o nim nie wie, o nim i jego naukach nie mówi się w meczetach i gdy muzułmanin zaczyna poznawać Jezusa, z zaskoczeniem przekonuje się, kim naprawdę On był. Osoba Jezusa i biblijne historie mogą być świetną "platformą porozumienia" pomiędzy chrześcijanami a muzułmanami - lecz na tej platformie należy budować dzieło ewangelizacji, a nie kłamstwo o "braterstwie w Panu". To daje nam świetną podstawę do dialogu, lecz nie może być podstawą do tego, by łączyć bóstwo islamskie z chrześcijańskim Bogiem i mówić: "to jeden i ten sam Bóg". Jeśli by to był ten sam bóg, to trzeba by Koran uznać za... "alternatywne Słowo Boże". A jeśli jest nim, to dlaczego w Biblii Bóg mówi: 'będziesz miłował", a w Koranie: "będziesz zabijał"? Czy Bóg cierpi na rozdwojenie jaźni? Nie. Różnice pomiędzy tym, co znajdujemy w Biblii i w Koranie, dowodzą, że judeochrześcijański Bóg i islamski bożek nie mają ze sobą nic wspólnego.

Mamy wiele interesujących świadectw z krajów islamskich, które mówią o tym, jak Bóg się objawia muzułmanom. Często przychodzi do nich we śnie - stając przed nimi najczęściej jako Jezus Chrystus - by poprowadzić ich ku sobie. Gdy sięgają po Biblię, przekonują się, że Koran - choć nieraz był dla nich dobrym początkiem poszukiwania prawdy - nie jest Słowem Bożym. Godnym polecenia jest cykl filmów "Więcej niż sen", w ramach którego przedstawiono kilka spośród tych niesamowitych historii. Bóg przychodzi do muzułmanów i sprawia, że porzucają islam! Czy Bóg objawiałby się w snach i prowadził ich ku chrześcijaństwu, gdyby był też Bogiem islamu?

Odrzucenie islamu, zaprzeczenie jakoby muzułmański Allah był prawdziwym Bogiem, krytyka Koranu i podważanie "objawienia bożego" w islamie, a nawet nazwanie Mahometa fałszywym prorokiem, nie są oznaką pogardy dla islamu. Są tylko wyrazem i konsekwencją tego, że nie ma innego Boga niż ten, który stworzył cały świat, który stworzył człowieka, którego poznajemy poprzez karty Biblii i codzienne z Nim obcowanie, który zstąpił z nieba dla naszego zbawienia, narodziwszy się pośród nas jako Jezus Chrystus. Islam jest dla nas wyzwaniem - nie do walki przeciwko tym, którzy islam wyznają, lecz by własne życie bardziej związać z Bogiem, by poznawać Słowo Boże i starać się żyć według niego na co dzień, by umacniać swoją wiarę codziennym obcowaniem z naszym Bogiem. Oni (muzułmanie) potrzebuję uwierzyć w naszego Boga, aby byli zbawieni, my zaś powinniśmy być tak radykalni w wierze, jak wielu muzułmanów. Ale nie możemy udawać, że coś nas duchowo z islamem łączy - nie możemy ich boga nazywać naszym bogiem.
"Wtedy Eliasz przystąpił do całego ludu i rzekł: Jak długo będziecie kuleć na dwie strony? Jeżeli Pan jest Bogiem, idźcie za nim, a jeżeli Baal, idźcie za nim!" (1. Księga Królewska 18, 21)
To była trochę inna sytuacja, ale to słowo przyszło do mnie, gdy rozmyślałem nad tym, co powiedzieć / napisać tym, którzy uważają, że nasz Bóg i islamski Allah to ten sam bóg. Można wierzyć albo w judeochrześcijańskiego Jahwe, albo w islamskiego Allaha, ale nie w obu na raz.

Kochasz Boga czy człowieka?

"Aleksandra i Mustafa Abou-El-Ella małżeństwem są od września 2009 r. (...) Ślub nie byłby możliwy bez zmiany religii, dlatego Aleksandra z katoliczki stała się muzułmanką. W sierpniu 2010 r. po raz pierwszy polecieli na wakacje do Egiptu, do rodzinnej miejscowości męża w Delcie Nilu" (źródło: Gazeta Wyborcza

Staram się nikogo nie osądzać, ale chciałbym dać coś pod rozwagę. Jeśli ktoś porzuca wiarę w Boga (Jahwe) i przyjmuje wiarę w Allacha - który nie jest tym samym Bogiem! - to ja bym się zastanawiał jaki jest sens i tej wiary porzuconej i tej przyjętej, skoro uczucie do człowieka decyduje o tym, w kogo wierzymy. Prawdopodobnie ani pierwotna wiara, ani nowo przyjęta, nie są szczere. Jeśli warunkiem związanie się z człowiekiem, którego się pokochało, jest zmiana wiary, to należy się poważnie zastanowić nad słowami Jezusa: "Nikt nie może być moim uczniem, jeśli nie kocha Mnie o wiele bardziej niż swego ojca, matkę, żonę, dzieci, braci czy siostry, a nawet bardziej niż własne życie" (Ewangelia Łukasza 14, 26). Jeśli z powodu człowieka odrzuca się wiarę, której fundamentem jest Biblia, to czy nie jest to widomy znak, że bardziej kochamy człowieka, niż Boga? Jeśli ktoś porzuca chrześcijaństwo na rzecz islamu, by związać się z człowiekiem, by dostać intratny kontrakt, itp., to znaczy, że wiara jest mu obojętna, i że nie rozumie ani co to znaczy być chrześcijaninem, ani czym jest islam. Może być to też skutek kłamstwa powszechnego w katolicyzmie, gdzie muzułmanów traktuje się jako braci, którzy tylko inaczej nazywają Boga, a żyją według księgi "zbliżonej do Biblii". 

Osoba przyjmująca islam wypowiada szahadę, muzułmańskie wyznanie wiary: "Nie ma boga prócz Allaha, a Mahomet jest jego Prorokiem" - tym samym zaprzeczając bóstwu Tego, który określił siebie Jahwe / Jestem Który Jestem / Ja Jestem. Nie jest to niczym innym, jak odrzuceniem Boga, zaparciem się Boga, z wszystkimi tego czynu konsekwencjami. Islam nie jest alternatywą dla wiary chrześcijańskiej - jest całkowitym jej przeciwieństwem. Jeśli ktoś przechodzi na islam, tym samym odrzuca zbawienie, bowiem Słowo Boże mówi o Jezusie Chrystusie: "I nie ma w nikim innym zbawienia; albowiem nie ma żadnego innego imienia pod niebem, danego ludziom, przez które moglibyśmy być zbawieni" (Dzieje Apostolskie 4, 12) Tylko przez Jezusa - wierząc w Boga, przyjmując Słowo Boże i wierząc, że Jezus jest Panem - możemy być zbawieni. Czy naprawdę warto odrzucać zbawienie dla uczucia (być może chwilowego), lub jakichś korzyści? czy jest to aż tak cenne, by wybierać drogę, która (mówiąc bardzo delikatnie) nie prowadzi do "nieba", lecz w "przeciwnym kierunku"?

niedziela, 4 sierpnia 2013

Kolejny etap prześladowania wierzących

"Nie minęły dwa tygodnie od momentu, gdy w Wielkiej Brytanii wprowadzono do systemu prawnego 'homo-małżeństwa', wyłączając z obowiązku ich udzielania Kościoły, a już homoseksualni lobbyści rozpoczęli proces wymuszania także na chrześcijanach udzielania im ślubów w świątyniach. Barrie Drewitt-Barlow, znany gejowski lobbysta, który jako jeden z pierwszych sprawił sobie z partnerem – za pośrednictwem matki zastępczej – dzieci, już zapowiedział, że idzie do sądu, by zmusić swoją anglikańską parafię do udzielenia mu ślubu.(...) Jak sam zapewnia nie chodzi mu jednak o to, żeby „zmusić” proboszcza do udzielenia mu ślubu (bo to popsułoby mu przyjemność), ale żeby kolejne procesy „uświadomiły chrześcijanom”, że mają propagować 'miłość i przebaczenie', czego znakiem ma być właśnie udzielanie ślubów osobom, które – wedle jasnego nauczania Pisma Świętego – popełniają 'obrzydliwość w oczach Pana' i 'nie odziedziczą Królestwa Niebieskiego'." (źródło: Fronda.pl)

Do tego wcześniej czy później dojść musiało, bowiem celem diabła nie są swobody obyczajowe, lecz niszczenie wiary, niszczenie Kościołów - i tych radykalnie biblijnnych (ewangelicznych), i tych, które gdzieś utknęły w tradycjach i wierzeniach / praktykach niezwiązanych z Biblią. Jakże głębokie jest duchowe zniewolenie ludzi, skoro chcą, by Kościoły podporządkowywały się ich ideologiom. Owszem, niektóre się na to godzą - i tym samym obracają się przeciwko Bogu i nie są już Kościołami. Prawo Boskie jest jednak ponad prawem ludzkim i jeśli ludzie nakażą udzielanie ślubów homoseksualnych, Kościół nie może się do takiego prawa i takich nakazów stosować. Musimy się jednak liczyć - obawiam się - z tym, że po 2000 lat Kościół, PRAWDZIWY Kościół, będzie musiał zejść znów "do katakumb".
„W końcu bracia moi, umacniajcie się w Pana i w potężnej mocy jego. Przywdziejcie całą zbroję Bożą, abyście mogli ostać się przed zasadzkami diabelskimi. Gdyż bój toczymy nie z krwią i z ciałem, lecz z nadziemskimi władzami, że zwierzchnościami, z władcami tego świata ciemności, ze złymi duchami w okręgach niebieskich…” (List do Efezjan 6, 10-1)
Musimy pamiętać, że nie z ludźmi toczymy bój, lecz z tymi mocami, które ich wpędziły w niewolę grzechu. Być może można mówić nawet o opętaniu... Nie można się poddać, lecz nie można także walczyć przeciwko ludziom. Mamy walczyć o ludzi - potrzeba modlić się za tych, którzy są w diabelskiej niewoli.

piątek, 2 sierpnia 2013

Chrześcijaństwo a tatuaże

"Nie będziecie na znak żałoby po zmarłym czynić nacięć na ciele swoim ani nakłuwać napisów na skórze swojej; Jam jest Pan." (3. Księga Mojżeszowa - tzw. "Kapłańska" - 19, 28)
Kwestia tatuaży bardzo dzieli chrześcijan. Wielu uważa tatuowanie się za grzech, za występek przeciwko Bogu, nieposłuszeństwo Słowu Bożemu. Inni zaś uważają, że nie ma w tym nic złego i tatuują na swym ciele krzyże, wizerunki Chrystusa, sceny z kart biblijnych, fragmenty Pisma Świętego. Brian "Head" Welch - nawrócony muzyk zespołu KoЯn - w swojej książce "Zbaw mnie ode mnie samego" przyznaje, że przed nawróceniem nie miał ani jednego tatuażu (choć właśnie środowisko rockowe jest "nasycone" tą modą!), wszystkie pojawiły się na jego ciele później, by przypominać mu o tym, co jest dla niego ważne. Mój przyjaciel z Norwegii ma wytatuowany krzyż i odniesienie do Ewangelii Jana 3, 16. Większość chrześcijan chyba w ogóle nie zajmuje się kwestią tatuaży.

W całym Słowie Bożym na temat tatuowania się znajdujemy jeden jedyny fragment! W Torze Paudes Lauder mamy tą sprawę sformułowaną bardziej wprost: "Nie będziecie robić nacięć na swoim ciele dla martwego człowieka [z powodu żałoby] ani nie będziecie robić sobie tatuaży. Ja jestem Bóg." Problem polega na tym, że nie wiadomo, czy wers ten zawiera jeden zakaz, czy też dwa odrębne zakazy - i w różnych przekładach różnie bywa to pokazane. Znajdujemy w nim wyraźne odniesienie do praktyk pogańskich - wiele ludów, kierując się własnymi wierzeniami (często kultem demonicznym) praktykowało samookaleczanie się na znak żałoby i... właśnie rytualne tatuaże. Stąd wniosek, że obie części wersetu są ze sobą nierozerwalnie związane i stanowią jeden zakaz - związany z pogańskim kultem - a nie dwa odrębne. Z drugiej jednak strony tatuaż - podobnie jak tzw. "skaryfikacja" - związany był ściśle z praktykami religijno - magicznymi, więc bez cienia przesady możemy powiedzieć, że ma swoje korzenie w okultyzmie, a Słowo Boże mówi: "Unikajcie wszystkiego, co ma choćby pozór zła" (1. List do Tesaloniczan 5, 22 - tłum. "Biblia Tysiąclecia") - i uważam, że to należy przede wszystkim wziąć pod uwagę.

czwartek, 1 sierpnia 2013

Odbudowa kaplicy w Nakkapalli

7 czerwca informowałem o katastrofie w Nakkapalli w Indiach, gdzie na skutek ulewnego deszczu i wichury zawalił się dach lokalnego kościoła, prowadzonego przez pastora Praveena Kumara. Choć do chwili obecnej udało się zgromadzić zaledwie niecałe 11% z potrzebnej na remont sumy 6000 USD, wspólnota przystąpiła już do odbudowy swojej kaplicy, z wiarą w to, że Bóg dopomoże. Ubogi Kościół nie jest w stanie sam podołać temu zadaniu - potrzeba więc ludzi, którzy dziś zainwestują w to, by oni nie tylko mieli gdzie gromadzić się na nabożeństwa, lecz także głosić Ewangelię ludziom, którzy potrzebują usłyszeć o Jezusie, potrzebują zostać zbawieni. To Boże dzieło można wesprzeć poprzez system PayPal. Pastor Kumar prosi też o modlitwę w intencji odbudowy.

Potrzeby w Nakkapalli są ogromne. Praveen nie tylko bowiem jest przywódcą lokalnego Kościoła, lecz także "ojcem sierot". Sam żyjący w ubóstwie, przewodząc ubogiemu Kościołowi, ma serce tak wielkie, że opiekuje się gromadką dzieci, które nie mają nikogo, kto by o nie zadbał. Jego ambicją jest nie tylko zapewnić im schronienie i jedzenie, lecz także umożliwić naukę, by nie były skazane na życie na ulicy. Niestety, często nie ma za co ich wykarmić. Pomocy dzieciom z sierocińca "Flying Kites" można udzielić za pośrednictwem Fundacji Sylki Rayskiej "Dzieci Orientu".


Wierność

No właśnie... Czy potrafimy wierzyć bezgranicznie? Czy potrafimy iść za Jezusem bez względu na koszty, jakie będziemy musieli ponieść? Być może modlimy się często, chodzimy co tydzień na nabożeństwa i w tygodniu na spotkania biblijne, angażujemy się w życie Kościoła, w ewangelizację i pomoc potrzebującym, i czujemy się dobrymi chrześcijanami. To pięknie i Bóg się raduje widząc gorliwość. Ale może nadejść taki dzień, gdy ktoś przyłoży nam do gardła nóż z powodu naszej wiary. Czy wówczas także odpowiemy: "Tak, wierzę w Jezusa", wiedząc, że za chwilę dołączymy do grona męczenników? A może z lękiem wszystkiemu zaprzeczymy, tak jak apostoł Piotr, gdy podczas trwania procesu Jezusa został rozpoznany jako jego uczeń? Mówimy: "Kocham Jezusa!", ale czy potrafimy być wiernymi w tej miłości?