środa, 31 lipca 2013

Jezus i cudzołożnica

"A Jezus udał się na Górę Oliwną. I znowu rano zjawił się w świątyni, a cały lud przyszedł do niego; i usiadłszy, uczył ich. Potem uczeni w Piśmie i faryzeusze przyprowadzili kobietę przyłapaną na cudzołóstwie, postawili ją pośrodku i rzekli do niego: Nauczycielu, tę oto kobietę przyłapano na jawnym cudzołóstwie. A Mojżesz w zakonie kazał nam takie kamienować. Ty zaś co mówisz? A to mówili, kusząc go, by mieć powód do oskarżenia go. A Jezus, schyliwszy się, pisał palcem po ziemi. A gdy go nie przestawali pytać, podniósł się i rzekł do nich: Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamieniem. I znowu schyliwszy się, pisał po ziemi. A gdy oni to usłyszeli i sumienie ich ruszyło, wychodzili jeden za drugim, poczynając od najstarszych, i pozostał Jezus sam i owa kobieta pośrodku. A Jezus podniósłszy się i nie widząc nikogo, tylko kobietę, rzekł jej: Kobieto! Gdzież są ci, co cię oskarżali? Nikt cię nie potępił? A ona odpowiedziała: Nikt, Panie! Wtedy rzekł Jezus: I Ja cię nie potępiam: Idź i odtąd już nie grzesz." (Ewangelia Jana 8, 1 - 11)
To piękna scena, w której widzimy Chrystusa wstawiającego się za człowiekiem. Ba! Za osobą żyjącą w grzechu. Powstrzymuje on ręce tych, którzy - na mocy Prawa Mojżeszowego - pragnęliby wymierzyć sprawiedliwość. Trzeba od razu podkreślić, że kobiecie tej nie groziło raczej realne niebezpieczeństwo, gdyż pod rządami Rzymu dawne prawa zostały ograniczone i Żydzi nie mogli wydać ani wykonać wyroku śmierci bez zgody władz rzymskich. Była to jedynie prowokacja, która miała podkopać autorytet Jezusa i doprowadzić go do postawienia przed Sanhedrynem, sądem religijnym. 

Jezus nie usprawiedliwia kobiety - zna wszystkie jej grzechy. Nie traktuje jej upadku jako czegoś mało istotnego, co jest tylko "jej sprawą"... Gdy dziś mówimy o grzechu, często słyszymy "to nie twoja sprawa, co robią inni!" Jeśli jesteśmy ambasadorami Boga na ziemi, naszym obowiązkiem jest mówić to, co On przekazuje - także o grzechu - i nie unikniemy dotykania "sfery osobistej", bo grzech jest czymś bardzo osobistym. To nie jest przejaw arogancji, lecz troski o drugiego człowieka. Rzecz w tym, by potępiać uczynki (grzech), nie człowieka. Gdy przed Jezusem postawiono tą kobietę nie widział ladacznicy, grzesznicy, lecz człowieka i jego grzech - to wielka różnica! Jezus występuje przeciwko diabłu i grzechowi, lecz troską i miłością otacza człowieka, jego ofiarę. On nie walczy z ludźmi, lecz z ludzkimi słabościami, z grzechem niszczącym człowieka. Nie chce nikogo pognębić i poniżyć, lecz wprost przeciwnie: podnieść z upadku i umocnić! Jezus nie patrzy obojętnie na to, jakim było życie tej kobiety, lecz wzywa ją do upamiętania: "żyłaś dotąd w grzechu, a ja chcę, byś żyła pięknie, tak, by podobać się Bogu! Idź i odtąd już nie grzesz!" warto zwrócić uwagę, że nie mówi jej o odpuszczeniu grzechów, lecz ukierunkowuje ją ku zrozumieniu jej duchowej sytuacji i pokucie. Kolejność jest taka: upamiętanie się człowieka, przebaczenie grzechów przez Boga, zbawienie.

Tych, którzy chcieli, by ją osądził, którzy najchętniej sami - gdyby nie rzymskie prawo - obrzuciliby ją kamieniami... Chyba najlepiej tak to ująć: ściąga z miejsca sędziego i sadza na ławie oskarżonych. Oskarżenie i pragnienie wymierzenia kary obraca przeciwko nim samym. Także ich nie potępia, lecz próbuje pchnąć ku rozpoznaniu własnego grzechu, pokucie i duchowej przemianie. Ich serca były zatwardziałe... Czy w którymś zaszła jakaś przemiana, tego nie wiemy. Lecz odeszli zawstydzeni. Jezus nie potępił ich, lecz upokorzył i to w obecności wielu świadków! Jest to jedna z wielu sytuacji, gdy obnaża on hipokryzję i pychę przywódców religijnych, którzy próbowali uchodzić za wzór pobożności i wszelkich cnót.

Chciałbym poruszyć jeszcze jeden problem. Sytuacja, o której pisze apostoł Jan nie jest usprawiedliwieniem życia w grzechu. Dlaczego to podkreślam? Piszę to, bowiem spotkałem się z wykorzystaniem tego fragmentu, jako argumentu, by grzech przestać nazywać grzechem i by przestać mówić ludziom, że żyją w grzechu. Są środowiska, dla których czyny danej osoby i ona sama stanowią jedno, bo są przekonani, że "tacy się już urodzili", że "taka jest ich natura". I nie potrafią zrozumieć, że potępiając czyny (grzech) można równocześnie nie potępiać, nie osądzać człowieka. Jeśli mówimy o grzechu, to nie po to, by napiętnować grzesznika, by kogoś stawiać "pod pręgierzem", lecz by udzielić mu pomocy.

wtorek, 30 lipca 2013

O sprawiedliwym wynagrodzeniu za pracę

"... Pismo mówi: Młócącemu wołowi nie zawiązuj pyska, oraz: Godzien jest robotnik zapłaty swojej" (1. List do Tymoteusza 5, 18)
My, Polacy - nie ma co ukrywać lubimy narzekać. Być może dlatego nasze niedostatki, brak pracy, zła kondycja finansowa, są jednymi z naszych ulubionych tematów rozmów - bo daje nam to praktycznie niewyczerpane możliwości narzekania. Lubimy narzekać, jak wiele nas kosztuje życie i jak mało zarabiamy. Gorzej, że prawdę mówiąc... wielu z nas ma powody do narzekania. Większość z nas bowiem pracuje za najniższe stawki, w praktyce żyjąc na granicy biedy. Bo cóż można powiedzieć o życiu za 1300 - 1500 złotych, z czego często połowę pochłaniają koszty wynajęcia i utrzymania mieszkania? Ktoś mi kiedyś wyliczył, że na życie na w miarę przyzwoitym poziomie trzeba mieć ok. 2000 złotych. A przecież wielu z nas - w tym ja sam - jesteśmy zatrudnieni na (chwalonych przez nasz rząd) "umowach śmieciowych", które służą głównie temu, by pracodawcy mogli płacić jeszcze mniej swym pracownikom! W ten sposób obok siebie rosną: bieda i bogactwo - bieda jednych, których są miliony i bogactwo innych, których są setki, lub może kilka tysięcy. Narasta też rozgoryczenie...

Bóg mówi: "Młócącemu wołowi nie zawiązuj pyska" (5 Księga Mojżeszowa - tzw. "Powtórzonego Prawa" - 25, 4) Apostoł Paweł tak to odnosi do pracy człowieka: "Albowiem w zakonie Mojżeszowym napisano: Młócącemu wołowi nie zawiązuj pyska. Czy Bóg to mówi ze względu na woły? Czy nie mówi tego raczej ze względu na nas? Tak jest, ze względu na nas jest napisane, że oracz winien orać w nadziei, a młocarz młócić w nadziei, że będzie uczestniczył w plonach" (1. List do Koryntian 9, 9 - 10) W słowach "godzien jest robotnik zapłaty swojej" apostoł Paweł nawiązuje do słów Jezusa z Ewangelii Łukasza 10, 9. Prawda, że słowa te odnoszą się bezpośrednio do pracy ludzi służących w Kościele - tych, którzy całkowicie poświęcili życie głoszeniu Ewangelii i wszelkiej służbie Bożej. Lecz można je także odnieść do każdej pracy wykonywanej przez człowieka.

Ustanowienie czy przypomnienie prawa?

"Pierwszego dnia trzeciego miesiąca od wyjścia synów izraelskich z ziemi egipskiej, przybyli na pustynię Synaj. Wyruszyli z Refidim, a przybywszy na pustynię Synaj, rozłożyli się obozem na pustyni. Tam obozował Izrael naprzeciw góry. A Mojżesz wstąpił na górę do Boga, Pan zaś zawołał nań z góry, mówiąc: Tak powiesz domowi Jakuba i to oznajmisz synom izraelskim: Wy widzieliście, co uczyniłem Egipcjanom, jak nosiłem was na skrzydłach orlich i przywiodłem was do siebie. A teraz, jeżeli pilnie słuchać będziecie głosu mojego i przestrzegać mojego przymierza, będziecie szczególną moją własnością pośród wszystkich ludów, bo moja jest cała ziemia. A wy będziecie mi królestwem kapłańskim i narodem świętym. (...) Trzeciego dnia, z nastaniem poranku, pojawiły się grzmoty i błyskawice, i gęsty obłok nad górą, i doniosły głos trąby, tak że zadrżał cały lud, który był w obozie. Mojżesz wyprowadził z obozu lud naprzeciw Boga, a oni ustawili się u stóp góry. A góra Synaj cała dymiła, gdyż Pan zstąpił na nią w ogniu. Jej dym unosił się jak dym z pieca, a cała góra trzęsła się bardzo. A głos trąby wzmagał się coraz bardziej. Mojżesz przemawiał, a Bóg odpowiadał mu głosem. A gdy Pan zstąpił na górę Synaj, na szczyt góry, wezwał Pan Mojżesza na szczyt góry i Mojżesz wstąpił. (...) A Pan mówił wszystkie te słowa i rzekł: Jam jest Pan, Bóg twój, który cię wyprowadził z ziemi egipskiej, z domu niewoli..." (2. Księga Mojżeszowa - tzw. "Wyjścia" - 19, 1 - 6 i 16 - 20 oraz 20, 1 - 2)
Cóż takiego właściwie się stało na Synaju? Odpowiedź wydaje się prosta i większość ludzi - także (a może zwłaszcza?) tych głęboko wierzących - na tak postawione pytanie, odpowie: Bóg dał ludziom przykazania. Owszem, Bóg nie tylko wypowiedział zasady, którym mamy się podporządkować, lecz nawet dał je spisane na kamiennych tablicach (co jest symbolem ich wiecznego obowiązywania). Większość z nas postrzega ten moment jako początek nowego etapu ludzkiej egzystencji, ustanowienie prawa, któremu odtąd ludzie mieli być posłuszni. Jeśli tak myślimy, jesteśmy w wielkim błędzie. To prawo, którego mieli przestrzegać ludzie istniało już wcześniej, od pierwszych chwil istnienia świata!

Bardzo ciekawie pisze o tym niemiecki teolog adwentystyczny, Helmut Mayer: "Jeśli nie było przykazań danych ludziom, takich jak te dane na górze Synaj, to jak Adam i Ewa mogli zgrzeszyć? Wszak Apostoł Paweł powiedział: 'Gdzie bowiem nie ma zakonu, nie ma też przestępstwa' (Rzym. 4, 15) a apostoł Jan stwierdził, że 'grzech jest przestępstwem zakonu' (1. Jana 3, 4). Pierwsza para ludzka została wypędzona z ogrodu Eden z powodu nieposłuszeństwa. Wówczas, tak jak dzisiaj, niesłuchanie Boga było zgubne. Jeśli nie było żadnych praw przed nadaniem przykazań na górze Synaj, to pierwszy, bratobójczy mord, także nie był żadnym grzechem. Pan Bóg jednak powiedział do Kaina: 'Cóżeś to uczynił? Głos krwi brata twego woła do mnie z ziemi' (1. Mojż. 4, 10). Jak widać mord był naruszeniem Bożych przykazań zarówno wtedy, jak i po nadaniu przykazań Bożych na Synaju. Pan Bóg ukarał Kaina za jego grzech. Józef także wiedział, że przestąpienie siódmego przykazania jest grzechem, dlatego w Egipcie wzbraniał się przed cudzołożnym czynem z żoną swego pracodawcy. W chwili pokuszenia jego serce wołało: 'Jakże miałbym więc popełnić tak wielką niegodziwość i zgrzeszyć przeciwko Bogu?' (1. Mojż. 39, 9) (...) O Abrahamie, który żył kilka stuleci przed Mojżeszem, a więc przed nadaniem przykazań, Bóg tak powiedział: 'Abraham był posłuszny głosowi mojemu i strzegł tego, co mu poleciłem, przykazań moich, przepisów moich i praw moich' (1. Mojż. 26, 5). Jakich przykazań i jakich praw? Boże przykazania musiały obowiązywać już przed górą Synaj, bo w przeciwnym razie Abraham nie mógłby ich przestrzegać. Przykazanie o sobocie zaczyna się od słów świadczących o istniejącym tygodniowym cyklicznym porządku: 'Pamiętaj na dzień sobotni..." (2. Mojżeszowa 20, 8). Wezwanie do pamiętania o sabacie jest dowodem, że było ono znane od początku." (Helmut Mayer, "22 powody święcenia niedzieli", Instytut Wydawniczy "Znaki Czasu", Warszawa 2000, str. 3 - 4)

Nie może więc być mowy o "ustanowieniu prawa" - jak często postrzegamy wydarzenie z góry Synaj - lecz o jego przywróceniu. Tam, na Synaju zawarte zostało przymierze Boga z jego wybranym ludem, wyprowadzonym z ziemi egipskiej. Był to swoisty traktat, którego treść Bóg zapisał na kamieniu. Było to wydarzenie dla Izraela, nie dla nas, choć przekazane prawo i nas obejmuje, bo jest odwiecznym Bożym postanowieniem.

Misjonarze w ziemskim "piekle"

Kiedyś napisałem: "zawsze chciałem zostać misjonarzem"... Bóg dał mi posmakować trochę takiego życia - wziąłem udział w krótkim wyjeździe misyjnym (przy czym czuję wezwanie do znacznie dłuższego) na Ukrainę. To "nic takiego", chociaż i tam ludzie potrzebują słyszeć, że Jezus ich kocha. Piękne jest życie tych, którzy sprawie misji poświęcają swoje lata - często jadąc niemal do "piekła".

Don Richardson, a także jego żona i maleńkie dziecko, byli pierwszymi "tuanami" (tak tubylcy określili białego człowieka), którzy dotarli do plemienia Sawi żyjącego w dżungli zachodniej części Papui, na terenie dawnej kolonii holenderskiej dziś zajmowanej przez Indonezję i występującej pod nazwą Irian Jaya (po polsku: Irian Zachodni). Osiedlili się nad pełną krokodyli rzeką Kronkel, wśród lasów pełnych jadowitych węży i "malarycznych" bagien, by głosić ewangelię kanibalom / łowcom głów, których największą pasją było knucie i zdrada, którzy z dumą opowiadali o największych zbrodniach, a największej podłości dopuszczali się, by zyskać uznanie i szacunek współplemieńców. Jeśli są na ziemi miejsca, które można nazwać "piekłem" to takim miejscem z pewnością było to, do którego Bóg posłał pastora Dona, by tam zdobywał ludzi dla nieba! Było ono "piekłem" nie z powodu nieprzyjaznej przyrody, lecz za sprawą demonów, które tak okrutnie zniewoliły ludzi. To zdemonizowani ludzie stworzyli dla siebie "piekielne" warunki. Potrzeba było prawdziwych "komandosów" - którym niestraszne były ani trudy, ani ryzyko utraty życia - by pokazać im, jak mogą się wyrwać z drogi ku (realnemu) piekłu, wejść na drogę do nieba... Tylko jak przekazać Ewangelię o Jezusie, który zmarł na krzyżu za nasze grzechy, zdradzony przez Judasza ludziom, dla których zdrada jest największą sztuką i którzy wielkiego zdrajcę uważają za bohatera, a jego ofiarę za frajera?

Don Richardson jest (przynajmniej dla mnie osobiście) jedną z najbardziej fascynujących postaci spośród misjonarzy XX wieku. Jest absolwentem kanadyjskiego Preriowego Instytutu Biblijnego - jednej z najbardziej renomowanych uczelni chrześcijańskiej. Właśnie podczas studiów otrzymał powołanie, by być misjonarzem wśród Papuasów, na obszarach nie objętych wcześniej działalnością misyjną. W tej samej szkole studiowała także jego przyszła żona, której serce również zostało poruszone wezwaniem od Boga, by poświęciła życie ewangelizacji plemion żyjących w nowogwinejskiej dżungli. Don ukończył także Letni Instytut Lingwistyki - szkołę, w której misjonarze przygotowują się do uczenia się nieznanych dotąd i nie zbadanych języków. Oboje wyjechali na misje w 1962 roku.

poniedziałek, 29 lipca 2013

"Jak poganin i celnik"...

"A jeśliby zgrzeszył brat twój, idź, upomnij go sam na sam; jeśliby cię usłuchał, pozyskałeś brata swego. Jeśliby zaś nie usłuchał, weź z sobą jeszcze jednego lub dwóch, aby na oświadczeniu dwu lub trzech świadków była oparta każda sprawa. A jeśliby ich nie usłuchał, powiedz zborowi; a jeśliby zboru nie usłuchał, niech będzie dla ciebie jak poganin i celnik" (Ewangelia Mateusza 18, 15 - 17)
Fragment ten mówi o napominaniu grzeszników, lecz nie o tym chcę pisać. Chcę się skoncentrować na ostatnich słowach: "...niech będzie dla ciebie jak poganin i celnik" . Cóż one oznaczają? Zarówno poganie, jak i celnicy dla bogobojnych żydów byli ludźmi "nieczystymi", z którymi nie należało obcować - choć było to zdecydowanie skutkiem nauk przywódców religijnych a nie zakazem od Boga. Od pogan odsuwano się, by zachować czystość wierzeń, by ograniczyć wpływ fałszywych nauk i praktyk religijnych. Od celników zaś z tego powodu, że  byli współpracownikami pogańskich Rzymian, żyli w stałych relacjach, a często także zapewne głębokiej przyjaźni z poganami, więc mogli być też "skażeni" ich kłamstwami religijnymi - myślę, że to mogło być powodem separacji. Nie inaczej jest w życiu Kościoła. 

Chrystus poucza nas, byśmy nie mieli z nimi społeczności. Trzeba wyraźnie podkreślić, że nie jest to wezwanie do pogardzania nimi, do całkowitego odrzucenia, oddania ich diabłu by "piekło ich pochłonęło", lecz do "duchowej higieny", do pielęgnacji własnego życia duchowego i troski o Kościół. Mamy takie przysłowie: "Łyżka dziegciu beczkę miodu popsuje". Tak samo jest z Kościołem, jeśli pozwolimy, by rósł w nim "chwast grzechu" - bo łatwo jedni ludzie przywodzą do upadku drugich. Zatwardziały grzesznik ma być dla nas "jak poganin i celnik", by nas nie pociągnął za sobą! W takich sytuacjach powinniśmy ograniczyć kontakty, a przy tym toczyć bój w modlitwie, wciąż i wciąż zanosząc ich Bogu z wołaniem o łaskę zrozumienia, że żyją w grzechu i nawrócenia. Zrozummy, że Jezus wcale nam nie mówi, byśmy się od nich odwrócili. Odsunięcie powinno być dla nich najradykalniejszym napomnieniem, najmocniejszym sygnałem, że odeszli od Boga.

Słowa: "...niech będzie dla ciebie jak poganin i celnik" nie oznaczają definitywnego odrzucenia. Pamiętajmy o tym, że apostoł Mateusz, który te słowa zapisał, nim został uczniem Chrystusa, był właśnie celnikiem. Pamiętajmy też o tym, czego doświadczył apostoł Piotr. Pewnego dnia miał on dziwną wizję - o której wkrótce napiszę szerzej - w której usłyszał: "Nie nazywaj nieczystym tego, co Bóg oczyścił" (Dzieje Apostolskie 10, 15). Bóg przygotował go do misji, by poszedł do domu nawróconego ku Bogu poganina, Korneliusza, gdzie - poznawszy jego wiarę - Piotr orzekł:  "Przekonuję się, że Bóg naprawdę nie ma względu na osoby. Ale w każdym narodzie miły jest Mu ten, kto się Go boi i postępuje sprawiedliwie" (Dzieje Apostolskie 10, 34 - 35). Jeśli grzesznik, który z powodu swego grzechu znalazł się poza Kościołem, nawróci się, powinien być na powrót do niego przyjęty, relacje braterskie winny być odnowione. Głęboko wierzę w to, że Bóg nigdy... Powtarzam: NIGDY! ...nie przekreśla człowieka. Grzesznik ma być dla nas "jak poganin i celnik", lecz pamiętajmy, że i pogan i celników Bóg kocha i ma moc przyprowadzić do siebie!

niedziela, 28 lipca 2013

Bóg nie jest "homofobem"

"Nie będziesz cieleśnie obcował z mężczyzną jak z kobietą. Jest to obrzydliwością. Nie będziesz obcował z żadnym zwierzęciem, bo przez to stałbyś się nieczysty. Także kobieta nie będzie się kładła pod zwierzę, aby się z nim parzyć. Jest to ohyda." (3. Księga Mojżeszowa - tzw. "Kapłańska" - 18, 22 - 23)
W naszych czasach trzeba tak często przypominać te słowa. Bóg - oczywiście nie jest "homofobem". Nie może nim być skoro kocha każdego człowieka. Bóg nie gardzi człowiekiem, choćby najbardziej utytłanym w grzechu. Bóg gardzi grzechem, nie grzesznikiem! Bóg jednak mówi wyraźnie, co jest brudne i ohydne. Niestety, ludzie często zaprzeczają Bogu: "wcale nie, to jest fajne, to jest OK". Bóg nazywa homoseksualizm ohydą. Powiedział też: "Kobieta nie będzie nosiła ubioru męskiego, a mężczyzna nie ubierze szaty kobiecej, gdyż obrzydliwością dla Pana jest każdy, kto to czyni." (5 Mojżeszowa - tzw. "Powtórzonego Prawa - 22, 5), mówiąc o transwestytyzmie. Bóg nazywa to ohydą i obrzydliwością, a ludzie nazywają to "różnorodnością". 

Obowiązkiem chrześcijanina jest być zawsze "tubą Boga" na ziemi, pośród ludzi - to znaczy głosić Słowo Boże: zarówno prawo, które dane jest nam dla zrozumienia grzechu, dla zrozumienia jak jesteśmy grzeszni, jak i zbawienie, które uwalnia nas od konsekwencji grzechu. Jeśli przestajemy być tą "tubą", jeśli zaczynamy mówić co innego, niż mówi Słowo Boże, w tym samym momencie odwracamy się plecami do Boga, a składamy hołdy temu, kto ten świat zalał brudem grzechu. Jeśli zaprzeczamy faktowi, że zboczenia są grzechem, stajemy się "tubą" diabła. Możemy być tylko albo "tubą" Boga, albo "tubą diabła. Jeśli będziemy głosić Ewangelię a przy tym zaprzeczać temu, co Bóg mówi przez karty Starego Testamentu - jesteśmy "tubą" diabła niezależnie od wszystkich naszych modlitw i tego, jak często powtarzamy imię Jezus!

Bóg nie jest "homofobem". Zresztą nie ma czegoś takiego, jak "homofobia" - bo fobie są jednostką chorobową, irracjonalnym strachem lub obrzydzeniem. W Biblii nie ma nic "homofobicznego" - Słowo Boże zwraca się przeciwko grzechowi, nie przeciwko ludziom. Słowo Boże bywa jednak, niestety, źle wykorzystywane i powołują się na nie nieraz ludzie, którzy nie walczą wcale z grzechem, lecz z ludźmi, którzy są w mocy diabła i żyją w grzechu. Słowo Boże potępia grzech, lecz nie usprawiedliwia nienawiści i pogardy do grzesznika. Jednak mimo wszystko nawet taka postawa nie jest "homofobią" - jest po prostu nienawiścią, pogardą... grzechem. "Nienawiść jest (...) skutkiem grzechu, jest z nim ściśle związana, sama jest też grzechem" (Arkadiusz Rumiński, Chrześcijański Ośrodek Edukacyjny "Berea"). Zrozummy to dobrze: grzeszy ten, kto mówi: "jestem homoseksualistą i tak jest dobrze", grzeszy ten, kto mówi: "homoseksualizm nie jest grzechem, nie jest zboczeniem", lecz grzeszy także ten, kto homoseksualistów nazywa "pedałami" i "ciotami".

Po co nam skorupa?

"Wy jesteście solą ziemi; jeśli tedy sól zwietrzeje, czymże ją nasolą? Na nic więcej już się nie przyda, tylko aby była precz wyrzucona i przez ludzi podeptana. Wy jesteście światłością świata; nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapalają też świecy i nie stawiają jej pod korcem, lecz na świeczniku, i świeci wszystkim, którzy są w domu." (Ewangelia Mateusza 5, 13 - 15)
Czasem odnoszę wrażenie, że wielu chrześcijan chciałoby, aby Kościół był dla nich "skorupą" - coś jak u żółwia - która doskonale odizolowałaby ich od wszystkiego, co na zewnątrz. No, ewentualnie czasem można "wysunąć łapki" i spróbować kogoś zagarnąć do środka. Ale Jezus nigdy nie powiedział, byśmy zasklepiali się, byśmy odpychali od siebie cały zewnętrzny świat i żyli w Kościele. My mamy żyć w tym świecie - dawać siebie światu, wnosić w ten świat wiarę chrześcijańską. Kościoły - żółwie to nie jest chrześcijańskie życie, lecz chrześcijańska wegetacja... My nie jesteśmy powołani do uciekania i krycia się przed światem, żeby nas przypadkiem coś nie "skaziło", lecz do tego, byśmy szli do świata i przemieniali go.

czwartek, 25 lipca 2013

Policjant... głoszący Ewangelię

Poruszające - choć bardzo krótkie - świadectwo Jacka Konickiego, który jest znany wielu ludziom z Kościoła jako członek zespołu Euangelion. Jest on także pastorem Kościoła Chrystusowego w RP.  Na co dzień zaś chodzi w mundurze, służąc społeczeństwu w stopniu starszego aspiranta. O jego  życiu, służbie i ordynacji pastorskiej można przeczytać na stronie czasopisma "Słowo i Życie" wydawanego przez Kościół Chrystusowy w RP.

poniedziałek, 22 lipca 2013

Szanuj życie!

"Królewskie dziecko" - tak media każdorazowo określają mającego się urodzić potomka książęcej pary Kate i Williama. Te same media wszystkie inne dzieci mające przyjść na świat nazywają płodami. Co więcej - potomka Kate i Williama od pierwszych chwil, gdy świat dowiedział się o ciąży, określano właśnie jako dziecko, podczas gdy innym odmawia się prawa do człowieczeństwa. Ba! Nikt spośród tych, którzy zazwyczaj protestują, gdy nienarodzone dziecko - przynajmniej w pierwszym okresie ciąży - określamy jako dziecko / człowieka, tym razem nie podniósł sprzeciwu. Czy trzeba być "książęcej krwi", potencjalnym następcą tronu, by być od razu uznanym za człowieka? Ot, taka hipokryzja. 

Bóg powiedział: "Nie zabijaj" / "Nie morduj" (2. Księga Mojżeszowa 20, 13). To znaczy: "szanuj życie". Szanując życie okazujemy szacunek i miłość wobec Stwórcy, autora każdego życia, każdej żywej istoty. Gdy zabijamy, okazujemy pogardę wobec Bożego daru, jakim jest każdy człowiek.

niedziela, 21 lipca 2013

Pół dla Boga, pół dla świata?

"Znam uczynki twoje, żeś ani zimny, ani gorący. Obyś był zimny albo gorący! A tak, żeś letni, a nie gorący ani zimny, wypluję cię z ust moich" (Apokalipsa 3, 15 - 16) 
Ruiny Laodycei
Słowa te skierowane są prawdopodobnie do Archippusa, biskupa Laodycei, którego już kilkadziesiąt lat wcześniej napominał apostoł Paweł, pisząc w Liście do Kolosan (sąsiadujących z Laodyceą), który miał być odczytany także w Laodycei: "Bacz, abyś wypełnił posługiwanie, które otrzymałeś w Panu" (List do Kolosan 4, 17). Powodem letniości było prawdopodobnie przede wszystkim powodzenie materialne - Laodycea była miastem bardo bogatym, wytwarzała wiele bardzo poszukiwanych produktów, handel kwitł a wraz z nim także działalność bankowa. Dobrobyt często tłumi życie chrześcijańskie. Jezus mówi o tym dalej w objawieniu danym Janowi: "Ponieważ mówisz: Bogaty jestem i wzbogaciłem się, i niczego nie potrzebuję, a nie wiesz, żeś pożałowania godzien nędzarz i biedak, ślepy i goły, radzę ci, abyś nabył u mnie złota w ogniu wypróbowanego, abyś się wzbogacił i abyś przyodział szaty białe, aby nie wystąpiła na jaw haniebna nagość twoja, oraz maści, by nią namaścić oczy twoje, abyś przejrzał" (Apokalipsa 3, 17 - 18) Słowa te odnoszą się prawdopodobnie zarówno do biskupa, jak i całego Kościoła i są nawoływaniem do odnowy życia chrześcijańskiego w zborach tego miasta.
 
Słowa te jednak są skierowane także do nas. Można być "zimnym" - radykalnie przeciwko Bogu / obojętnym na Boga - co Boga, smuci. Można też być radykalnie pobożnym, całkowicie Bogu oddanym - co Boga raduje. Czymże jest więc "letniość"? Moim zdaniem to nie tylko kwestia odurzenia dobrobytem, o którym czytamy w Objawieniu Jana. Bo tak samo mogą być to inne sprawy i rzeczy, które odciągają nas od Boga: rozrywkowy tryb życia; rozluźnienie moralne; zaniedbywanie studiowania Słowa Bożego, modlitwy, uczestnictwa w życiu Kościoła; traktowanie Słowa Bożego jako "luźnych wytycznych", a praktykowanie w życiu "róbta co chceta"; etc. Obok gorliwych, radykalnych chrześcijan, mamy wielu takich, którzy mienią się być chrześcijanami, ale w praktyce żyją tak, jakby Boga nie było i choć nawet w niedzielę chodzą do kościoła, poza czasem nabożeństwa są obojętni na Boga, nie żyją według tego, co jest napisane w Biblii, czasem nawet kwestionują Słowo Boże. Często czynią coś, co się Bogu nie podoba, lecz mówią: "Przecież to nic takiego!" i tłumaczą pokrętnie swe postępowanie przed ludźmi.

Nie można być liberalnym, "lajtowym" chrześcijaninem". Nie ma sensu chodzenie do Kościoła i nazywanie się "chrześcijaninem", jeśli na co dzień nie podtrzymujemy kontaktu z Bogiem lub żyjemy tak, jakby Bóg nie był obecny poza murami naszych kościołów. Jeśli nasze "życie chrześcijańskie" ogranicza się do godziny w niedzielę, to nie jest życiem chrześcijańskim. Jeśli w niedzielę słuchamy słów z Biblii, a we wszystkie pozostałe dni nie mają one dla nas znaczenia, to równie dobrze możemy sobie odpuścić "trud" chodzenia na nabożeństwa, bo Boga wcale nie cieszy nasza niedzielna obecność w kościele na nabożeństwie, jeśli przez resztę naszego czasu babrzemy się w brudach tego świata.

Bóg brzydzi się obłudą. Słowa dane Kościołowi poprzez Jana rozumiem: można żyć "albo - albo", a nie "pół na pół". Można żyć odwróciwszy się plecami do Boga - Boga to zasmuca, jest drogą do piekła, lecz Bóg to szanuje. Można (i należy) żyć w "przylgnięciu" do Boga - co raduje Pana i daje życie wieczne. Lecz najbardziej Boga zniesmacza życie "pół dla Boga - pół dla świata". W naszych przekładach mamy bardzo delikatne słowa, ale bibliści mówią, że najwierniej te słowa z Apokalipsy można przetłumaczyć: "Rzygam tobą" w rozumieniu: "niedobrze mi na twój widok". Bóg pragnie, byśmy się jasno opowiedzieli - nie słowami, pustymi zapewnieniami, lecz postawą całego naszego życia.

piątek, 19 lipca 2013

Uroda ciała czy uroda ducha?

"Ale Pan rzekł do Samuela: Nie patrz na jego wygląd i na jego wysoki wzrost; nie uważam go za godnego, albowiem Bóg nie patrzy na to, na co patrzy człowiek. Człowiek patrzy na to, co jest przed oczyma, ale Pan patrzy na serce" (1. Księga Samuela 16, 7)
Są ludzie, którzy przywiązują bardzo wielkie znaczenie do swego wyglądu. Chodzą do solarium, by zawsze mieć opaleniznę jak z Bahamów, do kosmetyczki, do fryzjera, godzinami ćwiczą, by mieć wspaniałą sylwetkę (oczywiście nie ma w tym nic złego!) i kolejne godziny spędzają codziennie przed lustrem. Gdy zaś pojawia się zmarszczka lub siwy włos... Z siwym włosem łatwo sobie poradzić, z innymi objawami starzenia się znacznie trudniej - i wówczas słyszymy (jeśli kogoś na to stać) o kosztownych kuracjach odmładzających i operacjach plastycznych. Równie ważna jest "oprawa" - zawsze modne, często bardzo "wyszukane" lub ekstrawaganckie, ubrania, najelegantsze - i drogie - suknie i garnitury, błyszczący samochód. A w środku niekiedy...

Gdyby tylko ludzie tak troszczyli się o swego ducha, jak troszczą się o swoje ciało i jego "oprawę". Gdyby mniej starali się o to, aby podobać się ludziom, a bardziej o to, aby podobać się Bogu. Nie ma nic złego w dbaniu o wygląd - lecz zamiast spędzać czas przed lustrem, lepiej jest spędzać czas przed Bogiem. Przed lustrem pielęgnujemy urodę ciała, która przemija - przed Bogiem urodę ducha, którą możemy zachować na wieczność. Billy Graham kiedyś napisał, że niezależnie od tego, jak bardzo będziemy się starali o to, by zachować zdrowie i młodość, śmiertelność wśród ludzi wciąż wynosi 100% - co oznacza, że każdy z nas będzie musiał umrzeć, chyba że dożyje końca świata, a potem stanąć przed Bogiem. Warto więc zadbać o to, jak wyglądamy przed Bogiem, czy zawierzyliśmy Mu i mamy piękną, wypielęgnowaną duszę - bo od tego i tylko od tego zależy nasza przyszłość.

Świadectwo brata Mariusza

Kolejny brat w Chrystusie, którego mam ogromną przyjemność znać osobiście. Nie spotykamy się bardzo często, lecz gdy już jest taka okazja, zawsze jest to dla mnie ogromna radość i bardzo dobry czas. Widzimy się przeważnie podczas weekendów uwielbienia w Poznaniu, gdzie brat Mariusz mieszka i służy w jednym z Kościołów. Cieszę się, że mogę przestawić jego świadectwo - bo jest jednym z tych ludzi, których Bóg wyrwał z bagna i postawił na solidnej skale - Skale Zbawienia, Jezusie Chrystusie. Brat Mariusz jest bardzo utalentowany muzycznie i dobrze się składa, że to, co mówi, mogę wzbogacić tym, co śpiewa - i to akurat taką piosenką, która sama w sobie jest pięknym świadectwem.


czwartek, 18 lipca 2013

Kto wytrwa do końca...

Chrześcijanie nie chcą mieć udziału w grzechu, chcą jedynie
prawa do życia i głoszenia przekonań zgodnych ze Słowem
Bożym. Nie prześladują grzeszników i nie zadają im cierpienia
a jednak ich zdrowe zasady moralne traktowane są tak samo
jak średniowieczny fanatyzm ludzi, którzy źle rozumieli Słowo
Boże. Nikogo nie zmuszamy, by żył, jak my, lecz nie chcemy
żyć tak, jak on - i to jest nasze fundamentalne prawo!
"Nie będziesz cieleśnie obcował z mężczyzną jak z kobietą. Jest to obrzydliwością" (3. Księga Mojżeszowa - tzw. "Kapłańska" 18, 22)
Każdy człowiek jest wolny... Bóg wyposażając człowieka w wolną wolę, dał mu prawo odrzucenia odrzucenia Boga i Bożego porządku - dał nam prawo wyboru. Dał nam wolność, choć wiedział z góry, że źle ten dar wykorzystamy. Bóg cierpi z powodu naszych grzechów - tak, jak cierpi ojciec, którym pogardza własne dziecko. Cierpienie Boga jest dla nas niewyobrażalne - podobnie jak ogrom jego miłości. Bóg wiedział, że człowiek sprawi mu wiele bólu, lecz uczynił nas istotami wolnymi, bo - często to powtarzam - chciał stworzyć LUDZI, a nie bezduszne bio-roboty. Dał nam wolność, lecz dał nam także zasady, których mamy przestrzegać.

Bóg stworzył człowieka jako mężczyznę i kobietę przeznaczając ich sobie nawzajem. Stworzył nas jako istoty seksualne - przy czym jedynie ciało kobiety i ciało mężczyzny są do siebie fizycznie dopasowane. Jesteśmy jak dwa "puzzle". Bóg nie ograniczył się do fizycznego dopasowania - które samo w sobie jest dostatecznym dowodem na to jaki "układ" związku pomiędzy ludźmi jest normą. Ponieważ dla człowieka po upadku przestało to być jasne, Stworzyciel określił to wyraźnie w Słowie skierowanym do ludzi. W dodatku powiedział też, że pewne zachowania są zastrzeżone dla związków małżeńskich - związku mężczyzny i kobiety zawartego przed Bogiem. Taki jest Boży porządek rzeczy. Homoseksualizm pojawił się na świecie wraz z upadkiem człowieka - jest elementem szatańskiego buntu, zamachu na Boże zasady... Każdy, kto promuje lub choćby akceptuje homoseksualizm i inne praktyki seksualne, które Bóg nazywa obrzydliwością / grzechem, jest częścią diabelskiego systemu.

Chrześcijanin nie tylko nie może praktykować homoseksualizmu. Nie może także w jakikolwiek sposób umożliwiać tych praktyk. Słowo Boże mówi nam: "Unikajcie wszystkiego, co ma choćby pozór zła" (1. List do Tesaloniczan 5, 21 - tłum. "Biblia Tysiąclecia") - co oznacza, że nie mamy mieć żadnego udziału w tym, co Bóg nazywa obrzydliwością / grzechem. Chrześcijanin nie tylko nie może wchodzić w homoseksualne związki, lecz także nie może ich popierać, błogosławić im - Kościoły, które przestają homoseksualizm nazywać grzechem automatycznie przestają być Kościołem, stają się przyczółkami szatańskiej ideologii; człowiek, który zaprzecza temu, że homoseksualizm jest sprzeczny z naturą i jest grzechem, automatycznie staje poza Kościołem, gdyż staje przeciwko Bogu, w opozycji do Niego. Chrześcijanin nie mieć udziału w ich zawieraniu - nie może rejestrować takich związków, ani świadczyć usług, które z ich zawarciem mają coś wspólnego, bo tym samym ma udział w grzechu, w którym żyją ci ludzie. Chrześcijanin nie może też przyjmować pod własny dach - nie może godzić się na to, by takie rzeczy działy się w jego domu, bowiem w ten sposób godzi się na grzech. Udzielanie "ślubu" takim parom, organizacja przyjęcia "weselnego" czy realizacja jakiegokolwiek zlecenia z nim związanego, wynajęcie im mieszkania lub pokoju, jest również współudziałem w grzechu.

środa, 17 lipca 2013

Niezwykłe świadectwo Marcina Boczka

Marcina Boczka poznałem... sam już nie wiem jak dawno temu, lecz chyba wkrótce potem, gdy związałem się z protestantyzmem. Pamiętam jego porażające świadectwo, którym dzielił się z nami na żywo podczas jednego z nabożeństw. Z tamtego czasu pamiętam głównie opisy bezpośrednich spotkań z demonami - które nawet... przybierały formę widzialną - i nawrócenia. Dlaczego akurat na to zwróciłem wówczas uwagę? Pewnie dlatego, że wiedziałem o czym on mówi bo sam doświadczyłem w swoim życiu manifestacji demonicznych - choć nigdy tak spektakularnych, jakich doświadczył Marcin. Marcin był głęboko zaangażowany w okultyzm. Był ponadto uzależniony od narkotyków, alkoholu pornografii i seksu - w tym zboczeń seksualnych. Demony pchały go ku samobójstwu... 

To, co przeżył mogłoby być materiał na scenariusz filmu, który powodowałby ciarki, może nawet na horror. I pewnie znaleźliby się ludzie, którzy te jego doświadczenia życiowe by chętnie wykorzystali jako temat na "hit kinowy" - bo "wow", życie artysty (Marcin jest utalentowanym rzeźbiarzem i malarzem) z imprezami, "odlotami i halucynacjami, a do tego jeszcze otarcie się o coś "nie z tej ziemi", dramatyczne przeżycia związane z istotami spoza naszego świata. To by z pewnością było interesujące i "dobrze się sprzedało". Jednak w kego życiu zdarzyło się coś jeszcze - Marcin spotkał Chrystusa, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Historia jego życia to przede wszystkim fakt zwycięstwa Chrystusa nad wszystkim tym, co było życiowym horrorem - nad każdą formą zniewolenia i nad demonami, które próbowały Marcina zniszczyć. A to już dla twórców pop-kulturowych jest "zbyt wiele"...

Dziś Marcin jest wspaniałym człowiekiem, rozmiłowanym w Bogu i Słowie Bożym. Przyjeżdża do nas zawsze, gdy jest jakieś większe spotkanie chrześcijańskie, gdy modlimy się o miasto i jego mieszkańców. Śpiewa wówczas, tańczy, skacze na cześć Pana. Wozi ze sobą szofar - rogową trąbę - taką, o jakich czytamy w Biblii. Z tym szofarem szedł też obok platformy na tegorocznym "Marszu dla Jezusa". Jest niezwykłym człowiekiem, którego Bóg dziś używa, by mówił innym o grzechu i zbawieniu, by występował jako świadek, że nie ma takiego "dna moralnego", z którego człowiek nie mógłby się podnieść dzięki Jezusowi Chrystusowi - że można być wolnym od pornografii, narkotyków, alkoholu, homoseksualizmu i innych zboczeń... Choćbyśmy wiedli nawet najpodlejsze życie, Bóg może nas oczyścić z wszelkiego (przepraszam za słowo) gówna, w którym się ubabraliśmy i uczynić nasze życie pięknym, nadać mu sens.

Zachęcam wszystkich do posłuchania świadectwa Marcina, które jest dostępne w dwóch wersjach. Pierwsza została nagrana w roku 2005 w Warszawie. Druga natomiast - "telewizyjna" (choć nie do końca profesjonalnie zrealizowana) - powstała w bieżącym roku podczas SLOT Art'u w Lubiążu. Warto obejrzeć obie - choć to ta sama historia - gdyż oba te nagrania doskonale się uzupełniają.


Iść na Nim...

"Powiadam wam: Każdy, kto mnie wyzna przed ludźmi, tego i Syn Człowieczy wyzna przed aniołami Bożymi" (Ewangelia Łukasza 12, 8) 
Tak mówi Jezus. Słowa to jednak tylko słowa, a o tym, kim dla nas jest Chrystus świadczy nasze życie, nasze czyny, nasza codzienność, a nie nasza "niedziela". Prawdziwie wyznaje Chrystusa tylko ten, kto z Nim się identyfikuje nie poprzez słowa, lecz poprzez czyny, poprzez to jak żyje - bo wyznawać Chrystusa musi oznaczać: iść za Nim każdego dnia. Radykalnie.

wtorek, 16 lipca 2013

Ewangelia bez słów

"Zaprawdę powiadam wam, cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych moich braci, mnie uczyniliście" (Ewangelia Mateusza 25, 40)
"Często jeden drobny gest miłości względem drugiego człowieka ma większe znaczenie, niż tysiąc wypowiedzianych słów" - tą myślą i tym wersetem z Biblii dziś mnie obudził Pan. Jednym, choćby drobnym, dobrym uczynkiem, czasem możemy uczynić dla Królestwa Niebieskiego więcej niż najwspanialszą nawet przemową o tym, jak dobry i wspaniały jest nasz Bóg. 

To, jaki jesteś dla ludzi, ma wielkie znaczenie. Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że ustępując staruszce miejsca w autobusie / tramwaju, lub pomagając jej nieść jej ciężkie siatki, tym uczynkiem możesz więcej powiedzieć o Jezusie niż w ciągu długiego kazania? Czasem ludzie nie zechcą w ogóle słuchać twoich słów - wówczas twoje uczynki mogą być jedyną formą przekazu Ewangelii. Gdy słyszysz: "Dziękuję", możesz na przykład powiedzieć: "Nie mógłbym uczynić inaczej, bo tak nauczał Chrystus" Ponieważ Bóg dla nas jest dobry, my powinniśmy stawać się dla ludźmi aniołami. Czynienie dobra - nie chodzi mi wielkie akcje charytatywne, które też są pożyteczne, ale takie dobro codzienne - powinno być naszym nawykiem. Jeśli miłujemy Chrystusa naprawdę, czynienie dobra nie jest dla nas obowiązkiem - ono staje się naturalną potrzebą naszego serca, czymś potrzebnym nam jak chleb.

niedziela, 14 lipca 2013

Sprawa ks. Lemańskiego

Oczy "całej Polski" od mniej więcej tygodnia skierowane są na Jasienicę l. Tłuszcza, na katolicką parafię kierowaną przez ks. Wojciecha Lemańskiego. "Bomba" wybuchła po tym, gdy stanął on w obronie młodej kobiety poczętej metodą in vitro, która postanowiła opuścić Kościół katolicki. Ks. Lemański wypowiada się m.in. na temat regulacji prawnych związanych z in vitro i aborcją: "Fakt, że można kupić alkohol, nie znaczy, że musimy się nim upijać. Gdy prawo pozwala na in vitro czy aborcję, to nie znaczy, że kogokolwiek się do tego zmusza. Wiązanie Kościoła z państwem jest drogą donikąd. Mamy tak głosić Ewangelię, by człowieka do niej przekonać, a nie zmusić. Nie powinno się zamykać połowy miasta, bo Kościół organizuje procesję. Ale policja powinna zapewnić ochronę, żeby jakiś idiota nie wjechał w środek procesji samochodem. Państwo nie powinno nam budować Świątyni Opatrzności, ale mamy prawo domagać się, żeby ktoś nam nie niszczył kościołów czy nie zakłócał nabożeństw" (źródło: Wyborcza.pl) i jest w tej wypowiedzi wiele racji, choć naszym obowiązkiem jest niewątpliwie nazwać aborcję po imieniu: morderstwem z premedytacją. Gdy dyskutowano o kwestii zapłodnienia in vitro z ust duchownych katolickich padało wiele przykrych słów: m.in. o "dodatkowej bruździe", rozpoznawalności dzieci "z probówki"... a pamiętam jeszcze sprzed lat, gdy straszono, że dzieci "z probówki" będą "zombie", "dziećmi diabła". Za te słowa nikt nie przeprosił... 

Ks. Lemański był prawdopodobnie jedynym, który z otwartością i miłością zwrócił się do pani Agnieszki Ziółkowskiej, która poczuła się tak głęboko zraniona słowami duchownych katolickich, że postanowiła wystąpić z Kościoła katolickiego. Czytając ich publiczną korespondencję... Gdybym był uprzedzony do Kościoła katolickiego, być może bym widział tylko księdza próbującego za wszelką cenę zatrzymać kogoś w Kościele, lecz w jego słowach ujrzałem przede wszystkim człowieka, kierującego się troską i miłością. Choć nie bardzo widzę sens pozostawania w Kościele osoby, które deklaruje się jako niewierząca - raczej należałoby podjąć trud ewangelizacji. Przekonania ks. Lemańskiego najwyraźniej rozsierdziły jego zwierzchnika - arcybiskupa Hosera, i zaczęły się próby uciszenia, innymi słowy: wymuszenia na ks. Lemańskim by zamilkł, pozbawienia go prawa do posiadania i wyrażania własnych przekonań. I tu moja myśl: najwyraźniej ksiądz ma być tylko "papugą" powtarzającą wiernie wszystko za własnymi przełożonymi, za własnym Kościołem.

czwartek, 11 lipca 2013

Gorące uwielbienie

"Andyjskiego czasu" w moich poszukiwaniach muzycznych ciąg dalszy. Raz usłyszawszy zespół Latidos - którego trzon stanowi dwójka niezwykle utalentowanych, profesjonalnych artystów z Boliwii: Fernando Torrico i Gina Gil - zacząłem szukać dalej i znalazłem kolejne dwa urzekające utwory: "Saya Gloria" i "Poderoso" z płyty "Despierta" (2007). Pierwszy, utrzymany w stylu saya - muzyki afro-boliwijskiej, jest wspaniałym wyznaniem: "Chrystus jest światłem nowego dnia, jest drogą, prawdą i życiem, stworzycielem niebios. Chwała Ojcu. Chwała Synowi. Chwała Duchowi Świętemu. Chwała Bogu na niebiosach. Panie Jezu Chryste - wylej swojego Ducha na mój naród..." - modlitwa tak niesamowita, tak głęboka i tak... porywająca do tańca. U nas wciąż nie jesteśmy przyzwyczajeni do takiej ekspresji, lecz są Kościoły, gdzie ludzie zaczynają tańczyć i nikogo to nie dziwi. Drugi utwór - "Poderoso" ("Potężny") - to już pop/rock z elementami folku: "Jesteś Królem królów, moją tarczą i siłą, moją skałą i moją twierdzą, mocą mego zbawienia. Tobie chwała i cześć..." AMEN!

Czy Jezus ....................?




Zastanawiałem się, czy w ogóle coś na ten temat pisać - przede wszystkim by uniknąć osądzania, do którego nie czuję się powołany. Nie mi osądzać kogokolwiek - bo i mnie można by osądzić, a błędów moich starczyłoby na bardzo surowe osądzenie- lecz o czynach warto porozmawiać. Publicznie - nie po to, by stawiać kogokolwiek pod pręgierzem, lecz by uświadomić, że gdy wyznajemy publicznie Jezusa, jest to życiowe zobowiązanie, by żyć tak, jak On nauczał, by być jego wiernym świadkiem wobec świata...

Gdy w roku 2011 Agnieszka Radwańska - nasza wspaniała "rakieta" - powiedziała światu: "Nie wstydzę się Jezusa", zachęcając do noszenia breloczków z krzyżem było to dla wielu poruszające (osobiście jestem bardzo sceptycznie nastawiony wobec tej akcji i jej organizatorów). Gdy przed kilkoma dniami powiedziała o nagiej sesji dla jednego z czasopism amerykańskich... Gdyby nie wyznanie sprzed dwóch lat "Nie wstydzę się Jezusa", pewnie by to przeszło bez większego echa - bo przyzwyczailiśmy się już do gwiazd i gwiazdek, które bądź to oficjalnie się rozbierają bądź też umawiają się z paparazzi na niby przypadkowe "podglądanie" - a tak... Wielu ludzi zadaje sobie pytanie: "Jak to?" Nawet ludzie, którzy sami niekiedy nie są wierzący, zdają sobie sprawę z tego, że "coś tu nie gra", że udział a takiej sesji zdjęciowej, i jeszcze chwalenie się nią, nie są "kompatybilne" z wiarą w Jezusa. A katolicy (z Frondy) słusznie dziwią się: "Nie wstydzi się Jezusa i... gołego tyłka?"

To, czy ktoś "nie wstydzi się Jezusa" naprawdę nie jest żadnym priorytetem w życiu. Jezus powiedział: "Do każdego więc, który się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie" (Ewangelia Mateusza 10, 32 - 33). Ważne jest to, czy ty należysz do Jezusa - ważne jest to, jaka jest twoja wiara i czy przyznałeś Jezusowi główną rolę w swoim życiu. Jeśli już podejmujemy decyzję, by publicznie przyznać się do Jezusa, to powinno to wynikać z tego, że On jest dla nas realnie, nie teoretycznie, "numerem 1", że oddaliśmy Panu swoje życie i że ważne jest dla nas, byśmy żyli na sposób Chrystusowy. Jeśli przyznajemy się do to powinniśmy zachowywać się tak, by Jezus nie musiał się nas wstydzić, by tak jak my deklarujemy: "Wierzę w Jezusa", tak samo Jezus mógł o nas powiedzieć: "To jest mój człowiek!".

środa, 10 lipca 2013

Zanieść Boga Lisu

Isobel Selina Miller - Kuhn jest kolejną niezwykłą postacią w dziejach misji chrześcijańskich, której życie opisali Janet & Geoff Benge. Jest też kolejną, której fascynujące życie - według mojej wiedzy - osoba nie znająca języków obcych może poznać tylko z kart ich książki, wydanej niedawno po polsku przez lubelskie Wydawnictwo "Pojednanie". 

"Isobel, będę się modlił, żeby Bóg posłał cię do Chin jako misjonarkę" - słowa te usłyszała 14-letnia Isobel od Isaaca Page, misjonarza pracującego w "Państwie Środka", nim wsiadł na statek, którym miał powrócić do Chin ze spędzonego w Kanadzie urlopu. Gdyby nie fakt, że była dobrze wychowaną i inteligentną panienką, zapewne skwitowałaby te słowa wzruszeniem ramion. Choć jej ojciec był kaznodzieją a matka udzielała się w kościelnej organizacji misyjnej, sprawy chrześcijańskie zupełnie jej nie pociągały. Tym bardziej nie pojmowała jaki sens może mieć znoszenie niewygód i rozłąka z rodziną, by ktoś tam w dalekim świecie usłyszał o Chrystusie. W gruncie rzeczy była agnostyczką. Życie jawiło się jej jako pozbawione sensu, a Bóg - jeśli istnieje - jako nieczuła istota, którą bawią ludzkie zmagania z losem. Ona miałaby jechać na misje? Poświęcić wszystko i trudzić się by mówić o kimś, kto "nie wiadomo czy w ogóle istnieje"?

Kilka lat później bolesne doświadczenia życiowe - bolesny zawód miłosny - doprowadziły ją do depresji tak, że była gotowa popełnić samobójstwo. Wówczas Bóg przemówił do niej słowami Dantego: "In la sua volontade e nostra pace" - "W jego woli jest nasz pokój" ("Boska komedia" - "Raj", pieśń III, wers 85), a jej odpowiedzią stała się modlitwa: "Boże - jeśli jest jakiś Bóg - jeśli udowodnisz mi, że jesteś, i jeśli dasz mi pokój, oddam Ci całe moje życie. Zrobię wszystko, co będziesz chciał i pójdę wszędzie, dokąd mnie poślesz, przez resztę mojego życia." Bóg pochylił się nad nią z miłością, by uzdrowić jej zranienia i uczynić jej życie pięknym i wartościowym. Uczynił też to, czego nigdy się nie spodziewała - powołał ją, by resztę swego życia poświęcić ewangelizacji. Postawił na jej drodze Jamesa Frasera z China Inland Mission (Misja do Wnętrza Chin) - towarzystwa misyjnego założonego w roku 1865 przez Hudsona Taylora - pioniera misji wśród żyjącego na pograniczu Chin i Birmy, a także w Tajlandii ludu Lisu i przekładu Biblii na ich język. Bóg powołał ją by właśnie temu, żyjącemu w bardzo surowych warunkach w wysokich górach, ludowi służyła przez resztę swoich dni. Raz ujrzawszy cel, parła ku niemu z ogromną determinacją, pomimo piętrzących się problemów...

Jej marzenia spełniły się w 1928 roku, kiedy wraz z liczną grupą misjonarzy dotarła do Szanghaju. W Chinach czekali na nią nie tylko ludzie potrzebujący usłyszeć Ewangelię, lecz także narzeczony, John Kuhn, za którego wyszła w rok po swym przyjeździe. Jakie miała wyobrażenie Chin? O tym autorzy książki nie wspominają... Być może wyobrażała sobie je podobnie jak my. Nasz obraz Chin to takie "kolorowe pocztówki" z zabytkami, świadomość długiej i bogatej historii, barwny folklor - jakieś parady z "tańczącymi smokami" - i... smaczna kuchnia. To, co zastała na miejscu nie przypomina naszych barwnych wyobrażeń. Książka pokazuje doskonale szok cywilizacyjny, jakiego doznawali misjonarze rozpoczynający pracę w Chinach - życie dalekie od naszych "cukierkowatych" wyobrażeń o tym dalekim kraju, codzienne zmaganie się z wyzwaniami jakie niosło "zderzenie cywilizacji", trudne oswajanie się z nową rzeczywistością i jeszcze trudniejsze dostosowywanie się, proces przemian, jaki musiał zajść w misjonarzach, by mogli żyć w tym kraju i głosić Ewangelię. Nim jeszcze weszli n dobre na misyjne szlaki, musieli zacząć od... pokonania siebie.

Rewolucja w Watykanie?

"- Boli mnie, kiedy widzę księdza albo zakonnicę w najnowszym modelu samochodu. Ależ tak nie można! (...) Uważam, że samochód jest konieczny, można dzięki niemu dużo zrobić, dużo podróżować, ale wybierzcie skromniejszy - powiedział papież. - Kiedy wybierzecie jakiś piękny model, pomyślcie o dzieciach, które umierają z głodu. Tylko o tym - prosił Franciszek" (źródło: Gazeta.pl) "Papież Franciszek był tak zdeterminowany, by jego poniedziałkowa podróż na włoską wyspę Lampedusa była jak najskromniejsza, że poprosił współpracowników, by zarezerwowali 4 miejsca w rejsowym samolocie linii Alitalia – podała włoska edycja Huffington Post" (źródło TVP Info) "Papież Franciszek osobiście zadzwonił do katedry w Buenos Aires i nakazał usunięcie swojego pomnika postawionego w jej ogrodach - podaje dziennik 'Clarin'. Na razie nie wiadomo, czy następca Benedykta XVI sprzeciwi się także pomysłowi zbudowania poświęconego mu muzeum, które miałoby powstać w argentyńskiej stolicy" (źródło: rmf24.pl) ''Papież nie chce limuzyny. Wybrał skromną osobówkę. Papież Franciszek na niedzielne spotkanie z wiernymi w miasteczku Castel Gandolfo pod Rzymem pojechał średniolitrażowym samochodem. Zdjęcia papieża siedzącego w popularnym aucie opublikowały włoskie media" (źródło: TVN24.pl)

Nowy przywódca Kościoła katolickiego wciąż i wciąż zaskakuje - historia z "pelerynką", której nie chciał założyć wychodząc po raz pierwszy do ludzi, to był tylko początek. Nie wierzę w reformy doktrynalne w Kościele katolickim, w odejście od dogmatów i zaprzestanie kultów. Franciszek nie przyzna też z pewnością, że Chrystus nie ustanowił papiestwa. Wierzę jednak, że może być człowiekiem, któremu Bóg wyznaczył jako znak dla jego Kościoła - zwłaszcza dla duchownych - by się upamiętali i zmieniali styl życia... To niesamowita przemiana - takiej rewolucji nie było od czasów Pawła VI, który sprzedał "tiarę" papieską, a uzyskane pieniądze rozdał ubogim. 

Dobrze by było, gdyby zmiana ta nie była chwilowa, gdyby był to kolejny etap pokornienia papiestwa. Z drugiej jednak strony... był już w dziejach taki "papież" - Pietro del Morrone, który przyjął imię Celestyna V - pragnący bardzo radykalnych zmian w Kościele. "Zaledwie kilka miesięcy po swej konsekracji świątobliwy Celestyn zwołał kardynałów i zaczął ich prosić, by odesłali swe kochanki do klasztorów i zaczęli żyć w ubóstwie Chrystusowym. Dla przykładu sam zrzucił bogate szaty, przywdział swoje stare pustelnicze odzienie, zrezygnował z urzędu i odjechał na osiołku jak Jezus" (Nigel Cawthorne, "Bardzo prywatne życie papieży", Wydawnictwo Jeden Świat, Warszawa 2004, str. 110 - 111) A w Kościele katolickim pozostało "po staremu". Jego następca - Benedetto Gaetani / Bonifacy VIII, który nota bene sam skłonił Pietro del Morrone do ustąpienia - uwięził go potem na zamku w Fumone. 

Modlę się o to, by obecnemu reformy moralności duchowieństwa się powiodły. Jakże różni się on od swoich poprzedników - zwłaszcza dwóch ostatnich. Jest to zwrot w dobrym kierunku i dobrze by było, by był już to stały kurs i by inni hierarchowie i duchowni katoliccy go naśladowali. Zresztą nie tylko katoliccy - bo taka skromność i pokora przydałaby się też wielu pastorom i słynnym charyzmatycznym "ewangelistom".

wtorek, 9 lipca 2013

Jezus jest Panem w Andach...

Kolejny bardzo utalentowany Brat w Panu z dalekich Andów. Tym razem jest to pastor Jose Navarro z ewangelikalnej misji "Rumi" ("Skała"). Na jego muzykę natknąłem się - a jakże! - "przypadkowo" - słuchając składanki utworów polecanych przez jednego z blogerów zajmujących się muzyką chrześcijańską z Andów. Oczarowany "La Rocą" w jego wykonaniu postanowiłem poszukać więcej jego muzyki i więcej o nim samym. O nim mało znalazłem i muzyki też niewiele, ale za to... jakże pięknej! Pierwszy utwór nosi tytuł "Plegaria" ("Modlitwa") i jest utrzymany w bardzo tradycyjnych "andyjskich klimatach". Drugi to, oczywiście, doskonale znane nam "Amazing grace" - lecz w wykonaniu na typowych andyjskich instrumentach: zamponasie i quenie. W trzecim zaś pastor Navarro pokazuje nam piękno swojej ojczyzny, wyśpiewując: "Jesus es el Señor de mi Peru" - "Jezus jest Panem mojego Peru, od zachodu do wschodu, od północy na południe..."

poniedziałek, 8 lipca 2013

Czy ksiądz może być autorytetem w wierze?



W ostatnich dniach uwaga mediów i sporej części naszego społeczeństwa była skoncentrowana na Stadionie Narodowym. Chyba nawet występ Madonny nie cieszył się takim zainteresowaniem, jak całodniowe rekolekcje prowadzone prowadzone przez Johna Bashoborę, charyzmatycznego duchownego z Ugandy. Pół żartem a pół serio można powiedzieć, że on - w odróżnieniu od skandalizującej gwiazdki, która robi wszystko, aby się "dobrze sprzedać" - miał "komplet". Spotkanie przyciągnęło nie tylko katolików - byli także ewangeliczni chrześcijanie, a wśród nich pastorzy. Czytając relacje zauważyłem chwalenie za nawoływanie do posiadania i czytania (!) Słowa Bożego - bo gdy okazało się, że spośród zgromadzonych mało kto ma ze sobą Biblię, o. Bashobora powiedział wyraźnie, że katolik bez Biblii to żaden katolik. Jeden z pastorów zachwycał się też silnym działaniem Ducha Bożego (pewnie dlatego, że cześć zgromadzonych zachowywała się zgodnie z jego oczekiwaniami, zgodnie z tym, co on rozumie jako zewnętrzne przejawy działania Ducha Świętego na ludzi - nie wnikam) - póki nie zaczęła się msza i adoracja "najświętszego sakramentu". Niewątpliwie dobrze jest wiedzieć, co się w katolicyzmie dzieje i w tym, co dobre wspierać, ale...

Przy jednej z prywatnych relacji pojawiło się bardzo ważne zdanie komentarza: "Kto się za daleko zapędza i nie trzyma się nauki Chrystusowej, nie ma Boga. Kto trwa w niej, ten ma i Ojca, i Syna. Jeżeli ktoś przychodzi do was i nie przynosi tej nauki, nie przyjmujcie go do domu i nie pozdrawiajcie" (2. List Jana 1, 9 - 10). Nie mam żadnych wątpliwości, że katolicyzm - w tym każdy ksiądz katolicki - nie trzyma się nauki Chrystusa. Dla ścisłości: zachowując to, co głosił Chrystus, dodają do tego nauki "ojców Kościoła", "nieomylnych papieży", dogmaty wiary. A więc "zapędzają się za daleko" i nie można już powiedzieć, że trzymają się nauki Chrystusowej - chociaż oni uważają, że trzymają się jej, bo również własną naukę nazwali "chrystusową", "apostolską", "opartą o nauki Chrystusa". Z drugiej strony mamy powiedziane też: "Wszystkiego doświadczajcie [badajcie], a co jest dobrego, tego się trzymajcie" (1. List do Tesaloniczan 5, 21) - a nie mam żadnych wątpliwości, że także wśród duchownych katolickich jest wielu ludzi o wielkiej mądrości, mających wielką wiedzę i nawet sporo światła od Boga...

Problem w tym, że trochę światła i trochę ciemności nie daje światłości, lecz półmrok, a w półmroku wcale nie widać zbyt wiele i ludzie, którzy żyją w półmroku nie są w dobrej sytuacji. Możemy - jako ewangelicznie wierzący - posłuchać tego lub tamtego księdza, czasem nawet wiele z tego korzystając, lecz musimy do tego, co głosi podchodzić bardzo ostrożnie, cały czas "sondując" czy w swym nauczaniu ma on pod sobą głębię Słowa Bożego, czy też schodzi na mielizny ludzkich doktryn i własnych przekonań. Paweł zachęca nas, byśmy odkrywali i zachowywali to, co dobre - także z nauk katolickich - Jan zaś przestrzega, byśmy nie przyjmowali bezkrytycznie każdego, kto tylko mówi o Jezusie, byśmy nie przyjmowali innej nauki, jak tylko tą, która od Chrystusa pochodzi i byśmy za "autorytety wiary" nie przyjęli ludzi, którzy zapędzili się za daleko i głoszą coś, czego Chrystus nigdy nie nauczał. Z tego powodu ksiądz - uważam - nie może być "duchowym autorytetem", jeśli za podstawę swej wiary przyjmujemy Pismo Święte.

Nauka i wiara

Dla wielu ludzi, którzy odrzucają istnienie Boga największym autorytetem ich ich... wiary (bo ateizm to nic innego, jak głęboka wiara, że nie ma Boga!) jest Richard Dawkins. Powołują się na niego tak często, że stał się on dla nich jakby "prorokiem", a jego książka "Bóg urojony" zyskała status "Biblii". Nazywają to "światopoglądem naukowym, materialistycznym", ignorując fakt, że Richard Dawkins odszedł od zajmowania się nauką i dziś propaguje pewną filozofię, promuje nie wnioski naukowe, lecz ideologię ateistyczną. Nie prezentuje naukowych danych podważających istnienie Boga - jego ataki na wiarę chrześcijańską (i jakiekolwiek wierzenia w ogóle) mają charakter wyłącznie ideologiczny, więc czy jego poglądy powinny być przedstawiane jako "naukowe"? Richard Dawkins mówi z przekonaniem: "Boga nie ma!" (ideologia), ale zapytany o początki wszechświata i powstanie życia (nauka) potrafi odpowiedzieć tylko" Nie wiem" snuć... bajki. Posłuchajcie:


Wygląda więc na to, że odrzucając zapis biblijny, gotów jest raczej uwierzyć w to, co głosi np. Erich von Däniken! Prawda jest taka, że jeśli odrzucimy Boga, nigdy nie będziemy w stanie odpowiedzieć na pytanie jak powstała Ziemia i inne ciała niebieskie i jak się narodziło życie. Naukowcy zawsze "prawie mają odpowiedź", lecz gdy już są przekonani, że zbliżyli się do poznania prawdy, pojawiają się przed nimi kwestie, które całkowicie powinny zburzyć ich ideologię nieistnienia Boga. Richard Dawkins jest świadomy istnienia m.in. tzw. "podpisu w komórce", jest świadomy tego, że nasze ciała i wszystko, sprawia wrażenie wykonanego projektu. Większość naukowców mówi, że to tylko pozory. On zaś dopuszcza możliwość, że projekt ten zrealizowali kosmici. Pozostaje pytanie: co za kosmici i skąd się wzięli? Może stworzyli ich inni kosmici? Ale skąd się wiec wzięli ci inni kosmici? 

Jeśli odrzucamy Boga, odrzucamy tym samym prawdę - sami ograniczamy swoje możliwości poznania i wzbogacania wiedzy. Jeśli porównalibyśmy naukę do podróży koleją, to wielu naukowców wysiada na przystanku "moje poglądy" - bo ogranicza ich niewiara, a raczej ideologiczne odrzucenie istnienia Boga. A tych, którzy zostają w pociągu, by kontynuować podróż, obrzucają szyderstwami i wyzwiskami. Tylko nauka i wiara - jeśli splatają się ze sobą - prowadzą do zrozumienia tego świata.

O wielkich ewangelizacjach

W minioną sobotę na Stadionie Narodowym odbyły się wielkie rekolekcje katolickiej odnowy charyzmatycznej z udziałem Johna Bashobory, "przebudzeniowego" duchownego z Ugandy. Jak Bóg da, w przyszłym roku - być może też na Stadionie Narodowym - zwiastować Ewangelię będzie pastor Franklin Graham. Jest on synem Billego Grahama - największego pod względem tak aktywności jak i efektywności działań ewangelisty XX wieku. Pod względem rozmachu działań ewangelizacyjnych pastor Franklin naśladuje swego ojca. Wraz z nim przyjedzie Michel W. Smith - jeden z najbardziej znanych twórców muzyki uwielbienia na świecie. Z pewnością ponownie stadion zapełni się ludźmi. Podobne spotkanie odbywają się na całym świecie. W październiku 2000 roku w nigeryjskim Lagos, na ewangelizacji prowadzonej pod przywództwem Reinharda Bonnke, zgromadziło się około... 1,6 miliona ludzi. Tu nie chodzi o rekordy, lecz o to, by jak najwięcej ludzi słyszało Ewangelię i miało szansę zostać zbawionym przez oddanie swego życia Jezusowi, dzięki odpuszczeniu win.

Nie każdemu odpowiadają tak wielkie zgromadzenia. Nie każdy czuje się na nich dobrze i ja to rozumiem i szanuję. Trudno mi jednak zrozumieć ludzi, którzy z pogardą określają je "spędami" - co w pewnym sensie sprowadza uczestników takich wydarzeń do roli... "bydła", szydzą mówiąc o "pobożności stadionowej" i płytkości wiary, opartej na przeżyciach, itp. Wielkie zgromadzenia ewangelizacyjne tak naprawdę nie są niczym nowym. Najwcześniejsze odbyły się w... czasach Chrystusa i pierwszych apostołów. "A wyszedłszy, ujrzał mnóstwo ludu i ulitował się nad nimi, że byli jak owce nie mające pasterza, i począł ich uczyć wielu rzeczy. (...) A było tych, którzy jedli chleby, pięć tysięcy mężów" (Ewangelia Marka 6, 34 i 44) To zgromadzenie było jakby z pozoru "przypadkowe" - a jednak z pewnością zaplanowane przez Boga. O innym wielkim zgromadzeniu czytamy, gdy został zesłany Duch Święty: "Ci więc, którzy przyjęli słowo jego, zostali ochrzczeni i pozyskanych zostało owego dnia około trzech tysięcy dusz" (Dzieje Apostolskie 2, 41). A przecież ani Jezusa, ani apostołów nikt nie piętnuje za "bazowanie na emocjach" i "spłycanie wiary". Dlaczego więc potępiani są organizatorzy współczesnych wielkich zgromadzeń?

Bóg nie liczy osób. Jezus mówi: "Albowiem gdzie są dwaj lub trzej zgromadzeni w imię moje, tam jestem pośród nich" (Ewangelia Mateusza 18, 20), ale to wcale nie znaczy, że tylko w małym zgromadzeniu można doświadczyć prawdziwej głębi, prawdziwej bliskości Chrystusa. Bóg nie zna żadnych ograniczeń, podchodzi do każdego indywidualnie i nie ma dla niego znaczenia, czy w danym miejscu na modlitwie zgromadziło się 30 osób, czy 300.000. Nawet na wielkim stadionie, gdy modlisz się wśród tłumów, jest to zawsze indywidualne spotkanie z Bogiem. I na tych wielkich zgromadzeniach Bóg działa z pełną swobodą i... nieraz wielkim rozmachem. Jest wiele świadectw ludzi, którzy spotkali Boga podczas wielkich krucjat ewangelizacyjnych Billego Grahama, Reinharda Bonnke, czy innego ewangelisty. "Tak każde dobre drzewo wydaje dobre owoce, ale złe drzewo wydaje złe owoce. Nie może dobre drzewo rodzić złych owoców, ani złe drzewo rodzić dobrych owoców" (Ewangelia Mateusza 7, 17 - 18).

Dokonujące się nawrócenia stanowią dowód, że tak wielkie ewangelizacje są celowe, że Bóg je wykorzystuje i powołuje ludzi do tego, by je przeprowadzali. Jeśli ktoś potępia i wyszydza je, to kto wie czy nie walczy z samym Bogiem, czy nie próbuje Go ograniczać i narzucać mu swoich reguł: gdzie Bóg powinien działać, a gdzie na pewno nie. Oczywiście nie mogą być one centrum życia chrześcijańskiego - nasze chrześcijaństwo nie może się obracać wokół wielkich, spektakularnych i widowiskowych akcji. Centrum naszego chrześcijańskiego życia zawsze musi być sam Bóg i modlitwa - indywidualna i grupowa - i udział w życiu lokalnego Kościoła, i codzienna, zwykł ewangelizacja wśród tych, którzy są najbliżej nas. Wielkie ewangelizacje tylko wówczas maj sens, jeśli dzięki nim ludzie przychodzą do Boga, włączając się równocześnie w żywe, lokalne Kościoły i / lub jeśli owoce tych wielkich spotkań ożywiają lokalne społeczności chrześcijańskie. Bo Kościołem nie jest wielkie zgromadzenie od czasu do czasu, lecz społeczność ludzi regularnie gromadzących się by rozważać Słowo Boże, modlić się i dzielić się chlebem, jak to polecił czynić Jezus Chrystus.

niedziela, 7 lipca 2013

Boża szkoła mowy

"Łagodny język jest drzewem życia, język fałszywy rani ludzkie serce" (Przypowieści Salomona 15, 4 - tłum. Biblia Warszawsko - Praska)
Mowa nasza ma być łagodna, mamy rozmawiać z ludźmi w duchu miłości i pokoju. Przy tym jednak mamy zawsze mówić zgodnie z prawdą. Mamy szczerze mówić to, co naprawdę myślimy i otwarcie mówić to, co do czego jesteśmy pewni, że jest prawdą.

Problem w tym, że prawda z naszych ust i szczere słowa nie zawsze są tym, co ludzie by chcieli usłyszeć. A jednak nic innego nie wolno nam mówić! Jezus mówi: "Niechaj więc mowa wasza będzie: "Tak - tak, nie - nie, bo co ponadto jest, to jest od złego" (Ewangelia Mateusza 5, 37) i choć słowa te padają w kontekście składania przysiąg, odnieść je można do wszystkiego, co wychodzi z naszych ust. Czy da się mówić prawdę tak, by ludzie, którzy mają na nią "alergię", nie odwrócili się od nas, nie poczuli się dotknięci? Łagodność mowy może to złagodzić, lecz nie zawsze. Lecz przewrotność języka, lub przemilczenia są fałszywym "balsamem", który wprawdzie początkowo koi, lecz powoduje ból, gdy prawda wychodzi na wierzch. Pokrętna mowa i nieszczerość nie przynoszą nic dobrego.

"Łagodna odpowiedź gniew uspokaja, słowa zbyt ostre pobudzają do gniewu" (Księga Przysłów 15, 1 - tłum. Biblia Warszawsko - Praska) Jeśli szczerość i prawda z naszych ust prowadzą do napięć, powinniśmy czynić wszystko dla ich załagodzenia. Gdy prawda wywołuje gniew u naszego rozmówcy i zaczyna podnosić głos lub czynić nam wyrzuty, nie powinniśmy temu ulegać. Gniew powoduje wzrost napięcia między nami. odbierając gniewne reakcje naszego rozmówcy, sami możemy łatwo ulec emocjom i gniewem reagujemy na gniew, a to prowadzi do katastrofy! Nawet jeśli to my mamy rację - słowami pełnymi gniewu jeszcze chyba nikt nikogo do niczego nie przekonał. Przyznam, że nieraz unosiłem się gniewem rozmawiając o sprawach duchowych i dziś tego żałuję, bo mam świadomość, że mój gniew sprawiał, że ludzie jeszcze bardziej zamykali się na prawdę, którą chciałem im powiedzieć. "Słyszeliście, iż powiedziano przodkom: Nie będziesz zabijał, a kto by zabił, pójdzie pod sąd. A Ja wam powiadam, że każdy, kto się gniewa na brata swego, pójdzie pod sąd..." (Ewangelia Mateusza 5, 21 - 22) "Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. (...) ...nie unosi się gniewem..." (1. List do Koryntian 13, 4 - 5) Miłość przejawia się łagodnością mowy i postępowania.

Nawet jeśli słuszność jest po naszej stronie nie powinniśmy wdawać się w zacięte, pełne gniewu spory. "A głupich i niedorzecznych rozmów unikaj, wiedząc, że wywołują spory. A sługa Pański nie powinien wdawać się w spory, lecz powinien być uprzejmy dla wszystkich, zdolny do nauczania, cierpliwie znoszący przeciwności, napominający z łagodnością krnąbrnych, w nadziei, że Bóg przywiedzie ich kiedyś do upamiętania i do poznania prawdy i że wyzwolą się z sideł diabła, który ich zmusza do pełnienia swojej woli" (2. List do Tymoteusza 2, 23 - 26)

Jako i my odpuszczamy...

Słowa te przypomniały mi się, gdy w wieczornych wiadomościach oglądałem relację spod jednego z warszawskich hoteli, gdzie generał Wojciech Jaruzelski obchodził swoje 90-te urodziny. W Słowie Bożym mamy to nawet mocniej sformułowane niż w "wersji katechizmowej":
"...i przebacz nam nasze grzechy, bo i my przebaczamy KAŻDEMU, kto nam zawinił..." (Ewangelia Łukasza 11, 4 - tłum. "Biblia Tysiąclecia")
Pikietę pod pomnikiem zorganizowały środowiska, które regularnie podkreślają swoje "ogromne przywiązanie do wiary katolickiej". Nie wierzę więc, by nie znali oni tej modlitwy. Być może nawet regularnie - a przynajmniej często - ją odmawiają. Z pewnością znają i odmawiają, ale... czy ją rozumieją? "Odpuszczamy" jest synonimem "przebaczamy". "Odpuszczamy", to znaczy: uwalniamy tego człowieka od krzywd, których od niego zaznaliśmy, nie mścimy się w żaden sposób - także poprzez poniżanie, nie pragniemy, by poniósł karę, nie wypominamy mu zła, które nam uczynił... 

Jezus, ucząc nas tej modlitwy pokazuje nam, byśmy stając przed Bogiem i wyznając przed Nim swoje grzechy nie tylko ukorzyli się za zło, które uczyniliśmy, lecz także mieli serce pełne przebaczenia dla tych, którzy nam zawinili. W ten sposób w pewnym sensie przynosimy tą sprawę Bogu i jeśli modlimy się w taki sposób, modlimy się nie tylko za siebie, ale także - tak uważam - w pewnym sensie za naszych winowajców. Odpuszczając tym, którzy wyrządzili nam krzywdę - podobnie jak Jezus to uczynił z krzyża wobec tych, którzy go ukrzyżowali - odnosimy duchowe zwycięstwo nad szatanem, który nas namawia do zemsty i opluwania winowajców. Odpuszczając otaczamy ich miłością. Mamy odpuszczać winy innym ludziom, bo Bóg odpuścił nam nasze. Odpuszczając innym, wyrażamy Bogu wdzięczność za to, że Chrystus za nas umarł na krzyżu, byśmy my mogli potem żyć wiecznie, a nie pokutować za nasze nieprawości. Odpuszczając winowajcom, polecamy ich Bożemu miłosierdziu.

Jezus nie uczy nas, byśmy przebaczali niektórym i tylko pomniejsze winy. Słowa modlitwy nie brzmią: "... jako i my przebaczamy niektórym spośród naszych winowajców..."! Jezus chce, byśmy przebaczali zawsze, wszystko i każdemu!  Jeśli każdemu, to nie tylko przyjacielowi, który nas zdradził, człowiekowi, który nas okradł, lecz także temu, który doprowadził do zranień i nawet śmierci. Jezus nie mówi nam także, abyśmy poczekali z przebaczeniem, aż ten, kto zawiniły wyrazi skruchę. Nie uczy nas modlić się: "...i przebacz nam nasze winy, bo i my jesteśmy gotowi przebaczyć naszym winowajcom (i kiedyś to uczynimy)..." Jezus oczekuje, by nasze przebaczenie dokonywało się jak najszybciej - najlepiej od razu. Jeśli mamy przebaczać każdemu, to - wracając do dzisiejszych relacji z Warszawy - nasze przebaczenie (i to bezwarunkowe!) obejmuje także generała Jaruzelskiego i już dawno jego - domniemane lub faktyczne - winy powinny być objęte przebaczeniem!


sobota, 6 lipca 2013

O walczących ateistach

"Głupi rzekł w sercu swoim: Nie ma Boga!" (Psalm 14, 1)
Każdy, kto mówi o Bogu, automatycznie naraża się na niezrozumienie i szyderstwa... Dzieje się tak dlatego - posłużę się tu pewnym obrazem - że ludzie, którzy są niewidomi myślą, że wszyscy, którzy ich otaczają są tak samo niewidomi, jak oni. I gdy ktoś mówi o świetle i pięknie świata, oni tego nie potrafią pojąć, bo dla nich to nie istnieje. Potrafię zrozumieć ateistów, którzy odrzucają wiarę w Boga i się tym nie zajmują - jeśli jestem przekonany, że coś nie istnieje, to się tym nie zajmuję, logiczne. Zadziwia mnie postawa ludzi, którzy twierdzą, że Boga nie ma, a robią wszystko, by wyszydzić Go i wszystkich, którzy w Niego wierzą. 

Chyba każdy z nas w młodości czytał "Don Kichote'a" Miguela Cervantesa (pełny tytuł powieści to "Przemyślny szlachcic Don Kichote z Manczy"). Czy nie śmialiśmy się "do rozpuku" z "dzielnego rycerza" walczącego z wiatrakami, które brał za olbrzymów? Stał się on dla nas symbolem irracjonalizmu. Don Kichote walczył z tym, co się jemu wydawało być rzeczywistym. Jest to - przy całej swej śmieszności - znacznie rozumniejsze niż walka z kimś / czymś, co do którego jesteśmy przekonani, że nie istnieje. Jakże więc oceniać tych, którzy mówią: "Boga nie ma", a jednocześnie okazują mu największą pogardę, poniżają jego wyznawców i czynią wśród nich tak wiele zamieszania? Jeśli Boga nie ma, to po co z nim walczyć?

Wiara bez... wiary?

"Kto uwierzy i ochrzczony zostanie, będzie zbawiony, ale kto nie uwierzy, będzie potępiony. A takie znaki będą towarzyszyły tym, którzy uwierzyli: w imieniu moim demony wyganiać będą, nowymi językami mówić będą, węże brać będą, a choćby coś trującego wypili, nie zaszkodzi im. Na chorych ręce kłaść będą, a ci wyzdrowieją." (Ewangelia Marka 16, 16 - 18) "Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto wierzy we mnie, ten także dokonywać będzie uczynków, które Ja czynię, i większe nad te czynić będzie; bo Ja idę do Ojca." (Ewangelia Jana 14, 12)
Wiele szumu w ostatnich dniach zrobiono w naszym kraju wokół wizyty Jana Baptysty Bashobory - słynnego katolickiego charyzmatyka. Pogańskie gazety brukowe, karmiące się na co dzień plotkami i skandalami - bardzo popularne w naszym "chrześcijańskim" kraju - zaczęły nagle publikować zdjęcia ugandyjskiego księdza, modlitwy, informacje o spotkaniach i powtarzać: "uzdrowieciel, uzdrowiciel", ignorując zupełnie słowa tego człowieka, że jeśli dokonują się uzdrowienia, czy wskrzeszenia (które też się podobno dokonują podczas jego posługi), to nie on tego dokonuje, tylko Jezus. Ja wierzę w to, że Bóg działa także wśród katolików i nie odrzucam możliwości, że ludzie mogą być uzdrawiani - także w Kościele katolickim. Trudniej mi wierzyć we wskrzeszenia, lecz Słowo Boże mówi nam o wskrzeszeniach, więc wierzę w taką możliwość. 

John Bashobora głosi wiele fałszywych nauk - opartych na jego katolickich przekonaniach. Słucham właśnie jednej z jego katechez nadawanych na żywo z Warszawy i chwilami mam ochotę krzyczeć: "To jest fałsz!" Nie wiem czy Bóg przez niego działa... Podstawowa wątpliwość: jeśli głosi fałszywe, nie zakorzenione w Biblii, nauki to dlaczego Bóg miałby uwiarygadniać to, czego naucza Bashobora, cudami? Z drugiej strony: ja nie potrafię przeniknąć Boga i poznać jego myśli. On widzi to, czego ja nie jestem w stanie zobaczyć i jeśli coś czyni - także wśród katolików i poprzez księży - to jest to Jego sprawa. Ja nie mam żadnego prawa mówić, że Bóg na pewno nie ma nic wspólnego z tym, co się dzieje na spotkaniach katolickich charyzmatyków, bo ja nie jestem w stanie pojąć Bożych planów, celów i sposobów realizacji zamierzeń. W katolickim ruchu charyzmatycznym dokonuje się wiele wspaniałych rzeczy i jest wielu ludzi, którzy nie pojmują może wszystkiego, co Bóg chce pokazać, ale są szczerze oddani Bogu, z całego serca Go kochają...

Na kartach Biblii czytamy o wielu cudach, których dokonywał Jezus: uzdrawiał chorych, którym już nikt nie dawał nadziei na zdrowie, uwalniał od wpływów demonicznych, wypędzał złe duchy i wskrzeszał. Jezus powiedział wyraźnie, że choć On odchodzi z tego świata, będzie nadal czynił cuda poprzez tych, którzy wierzą w Niego! Dziś jednak wielu mówi: "Ja jestem wierzący, ale dziś się to nie zdarza". John Bashobora w gruncie rzeczy nie robi nic nadzwyczajnego - on prowadzi ludzi w modlitwie. Jeżeli Bóg poprzez jego posługę dokonuje cudów, to też nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Cuda są konsekwencją wiary, a wiara w cuda jest naturalnym elementem wiary w Boga. Jeśli ktoś mówi: "wierzę w Boga, ale w cuda nie wierzę", to jest tak, jakby mówił Bogu: "Ja wierzę w Ciebie, ale nie wierzę w twoją moc i działanie". 

Jeśli odrzucimy wiarę w to, że Bóg może uzdrawiać i wskrzeszać, odchodzimy od wiary i w zasadzie stajemy w połowie drogi do ateizmu. Wprawdzie w przeciwieństwie do ateistów wierzymy w Boga, ale podzielamy z nimi przekonanie o tym, że On nie działa, że nic nam nie daje - tyle, że oni mówią: "On nie działa, bo żaden Bóg nie istnieje", a my: "Pomimo, że On istnieje, to przecież nie działa". Gdy powątpiewamy w Boże działanie, w moc Boga, co nas różni od pani posłanki Senyszyn, która w TVN drwiła ze spotkania z o. Bashomborą, a na uwagę pastora / posła Godsona, że Biblia mówi o cudach, stwierdziła, że Słowa Bożego nie można traktować dosłownie? Jeśli odrzucamy wiarę w cuda, czynimy tym samym z Jezusa... kłamcę! Gdy człowiek mówi: "cuda w Kościele się nie zdarzają i nie powinniśmy w to wierzyć", tym samym mówi: "Jezus nas okłamał! Jezus jest kłamcą!" Jeśli nie pojmujesz tego, przeczytaj raz jeszcze przytoczone na wstępie słowa Jezusa Chrystusa. Gdyby cuda się nie miały zdarzać, Jezus by ich nie zapowiadał! Wiara w cuda to gotowość akceptacji działania Bożego wśród ludzi, to nic innego jak nieodłączny element wiary chrześcijańskiej...