niedziela, 30 czerwca 2013

Ekumenizm - błądzeniem w ciemności?

Ekumenizm to bardzo pociągająca idea. Propagowany jest jako "droga do pokoju" i jedności / braterstwa. A pragnienie życia w pokoju i budowania dobrych relacji z innymi jest jednym z naturalnych pragnień każdego człowieka o dobrym i wrażliwym sercu. Jednak pewna myśl nie daje mi spokoju. Idąc "drogą ekumenizmu", polegającą na "budowaniu na tym, co nas łączy", z ludźmi, którzy wprawdzie wierzą w tego samego Boga, ale budują swą wiarę na innym fundamencie, niż tylko Biblia popełniamy poważny błąd: utwierdzamy ich w przekonaniu, że ich wiara jest słuszna, że nie ma w niej nic takiego, co by się nie podobało Bogu. Zamiast powiedzieć: "tu jest błąd w waszym systemie wierzeń", uczymy się ekumenicznie... milczeć i troszczyć o to, by ten drugi człowiek nie poczuł się urażony. Ekumenizm, jaki się nam proponuje, to "poszukiwanie piękna w wierzeniach innych" - i w zasadzie tylko tyle. Tymczasem my powinniśmy doceniać to, co dobre i szlachetne, lecz równocześnie; chwaląc to, co dobre nie zaniechać napominania i pouczania w oparciu o Słowo Boże.
"A Paweł, stanąwszy pośrodku Areopagu, rzekł: Mężowie ateńscy! Widzę, że pod każdym względem jesteście ludźmi nadzwyczaj pobożnymi. Przechodząc bowiem i oglądając wasze świętości, znalazłem też ołtarz, na którym napisano: Nieznanemu Bogu. Otóż to, co czcicie, nie znając, ja wam zwiastuję." (Dzieje Apostolskie 17, 21 - 22)
Te słowa Apostoła można odczytać i tak: "Widzę, że jesteście bardzo pobożni / religijni, lecz... błądzicie w ciemności." Czy w duchu ekumenizmu nie powinniśmy działać podobnie? Czy nie powinniśmy stanąć wśród ludzi i powiedzieć: "Widzę, że jesteście bardzo gorliwi, bardzo oddani sprawom wiary - ja przychodzę, by przekazać wam to, co Bóg ma wam do powiedzenia". Czy nie powinniśmy radykalnie - choć z delikatnością - prowadzić ludzi do Boga? Czy nie powinniśmy mówić wskazując na jedno: to jest piękne i dobrze, a wskazując na drugie: to się Bogu nie podoba? Czy aby - szukając uparcie "tylko tego, co łączy" - nie gasimy światła, z którym Bóg posyła nas do ludzi? Czy sami nie ślepniemy?

środa, 26 czerwca 2013

Dlaczego zmarli milczą?

"Wiedzą bowiem żywi, że muszą umrzeć, lecz umarli nic nie wiedzą i już nie ma dla nich żadnej zapłaty, gdyż ich imię idzie w zapomnienie. Zarówno ich miłość, jak ich nienawiść, a także ich gorliwość dawno minęły; i nigdy już nie mają udziału w niczym z tego, co się dzieje pod słońcem (...) Na co natknie się twoja ręka, abyś to zrobił, to zrób według swojej możności, bo w krainie umarłych, do której idziesz, nie ma ani działania, ani zamysłów, ani poznania, ani mądrości" (Księga Kaznodziei Salomona 9, 5 - 6 i 10)
 Część ludzi głęboko wierzy w możliwość kontaktowania się ze zmarłymi. Są ludzie, którzy wierzą w "świętych" i modlą się do nich - wierzą, że są to ludzie, którzy są już z Bogiem, mają przystęp do Boga i mogą wyjednywać u Niego łaski żyjącym i mogą opiekować się żyjącymi. Inni próbują wykorzystywać techniki okultystyczne, by skontaktować się z bliskimi, którzy odeszli z tego świata, lub wywołać duchy sławnych osób. Słowo Boże ostrzega nas przed takimi praktykami: "Gdy tedy wejdziesz do ziemi, którą Pan, Bóg twój, ci daje, nie naucz się czynić obrzydliwości tych ludów; niech nie znajdzie się u ciebie taki, który przeprowadza swego syna czy swoją córkę przez ogień, ani wróżbita, ani wieszczbiarz, ani guślarz, ani czarodziej, ani zaklinacz, ani wywoływacz duchów, ani znachor, ani wzywający zmarłych; gdyż obrzydliwością dla Pana jest każdy, kto to czyni..." (5. Księga Mojżeszowa - tzw. Powtórzonego Prawa" 18, 9 - 12) Gdy zwracamy się do umarłych, ktoś może na nasze wezwanie stawić się przed nami (widzialnie) lub odpowiedzieć na nasze słowa - tym kimś jednak zawsze będzie zły duch, bowiem - jak piszę Salomon - zmarli "nigdy już nie mają udziału w niczym z tego, co się dzieje pod słońcem". NIGDY! Oni już tylko czekają na zmartwychwstanie.- jedni do życia wiecznego, inni na sąd.

Zarówno okultyści / ezoterycy, jak i uczestnicy kultu świętych popełniają jeden i ten sam błąd - wierzą, że dusza może w pełni funkcjonować poza ciałem: widzieć, słuchać, przemawiać, wpływać na ten świat. Lecz Bóg od początku stworzył nas jako istoty cielesne. Potrzebujemy ust, aby mówić, uszu aby słyszeć, mózgu, aby odbierać bodźce i myśleć. Dusza nie ma uszu, więc nie może słyszeć, nie ma ust, więc nie może przemawiać, nie ma mózgu, więc nie może odbierać ani wysyłać żadnych informacji - dusza jest "tchnieniem Boga", tym, co daje nam życie: "Ukształtował Pan Bóg człowieka z prochu ziemi i tchnął w nozdrza jego dech życia. Wtedy stał się człowiek istotą żywą" (1 Księga Mojżeszowa - tzw. "Rodzaju" - 2, 7) Słowo Boże nie mówi nam dokładnie o tym, co dzieje się z duszą po śmierci i są dwie równoprawne teorie: że "wraca ona [tchnienie] do Boga" lub, że "czeka w uśpieniu". Stan, w którym znajduje się dusza jest jednak określany jako "kraina milczenia": "Umarli nie będą chwalili Pana, Ani ci, którzy zstępują do krainy milczenia" (Księga Psalmów 115, 17), co w Biblii Tysiąclecia przyjmuje brzmienie: "To nie umarli chwalą Pana, nikt z tych, którzy zstępują do Szeolu".

Bóg wie, że umarli nie mogą ani słyszeć, ani mówić, ani działać - powiedział nam o tym przez mądrego króla Salomona. Bóg wie także, że szatan jest chętny podszywać się pod zmarłych. Właśnie dlatego nie odradza nam zwracania się do umarłych, lecz tego zakazuje - jakiejkolwiek formy przywoływania zmarłych - znając związane z tym zagrożenie. Zmarli milczą, bo jesteśmy istotami cielesno - duchowymi. Za nich przemawiać mogą istoty duchowe, które nie potrzebują ciał - mogą być widziadłami, samym głosem, lub na jakiś czas przybrać formę, którą my będziemy postrzegać jako cielesną.

wtorek, 25 czerwca 2013

Uwielbienie prosto z Andów

Czasem jest tak, że na coś naprawdę niezwykłego natrafia się szukając czegoś zupełnie innego. I tak poszukiwania muzyki zespołu Roja zaprowadziły mnie - choć tylko wirtualnie - znów w dalekie Andy. I okazało się, że andyjskiej muzyki chrześcijańskiej jest znacznie więcej, niż sobie dotąd wyobrażałem. Po raz pierwszy w życiu usłyszałem o boliwijskim zespole Latidos. Wysłuchałem ich "Rey de los Cielos (es mi Sanor)" ("Królem niebios jest mój Pan") i muszę powiedzieć, że dawno nie czułem takich "ciar na plecach". Posłuchałem "Te doy gracias" ("Składam dzięki") i ciarki przeszły mnie drugi raz. 


 Nie jest to rzecz jasna czysty folklor andyjskich Indian. Artyści śpiewają po hiszpańsku (są jednak i takie zespoły, które śpiewają w językach ojczystych - głównie quechua i aymara) i pojawiają się dźwięki elektroniczne. Jest to na wskroś współczesna muzyka uwielbieniowa, lecz bardzo, bardzo głęboko zakorzeniona w kulturze andyjskiej. Słyszymy tu charango, zamponasy, quenę... Znajduję tu wszystko to, co przed laty pokochałem (a miałem chyba największą w moim mieście kolekcję muzyki andyjskiej!). To niezwykle budujące, że wywodząc się z różnych kultur, mając różne tradycje, różną muzykę, stajemy razem przed tym samym Panem - Bogiem, który dał ludziom takie zdolności, by potrafili pięknie oddawać mu chwałę i który... kocha różnorodność!

Bóg... kocha Biedronia!



Ilekroć oglądam takie sceny - jak ta z sobotniego (22 czerwca) spotkania w Bydgoszczy z udziałem Roberta Biedronia - jako chrześcijanin czuję się głęboko zażenowany. Ludzie, którzy uczestniczą w takich akcjach, w tak agresywny i poniżający dla innych sposób wyrażają swoje poglądy, bardzo często - jak wynika z moich obserwacji - równocześnie uważają się za ludzi wierzących. Młodzież Wszechpolska, Narodowe Odrodzenie Polski, Obóz Narodowo Radykalny - każde z tych ugrupowań dość często podkreśla swe przywiązanie do katolicyzmu (co zresztą obrazuje NOPowska grafika z pistoletem). Gdy słyszę takie dzikie wrzaski, mam ochotę postawić jedno pytanie: "Więc wy nie wiecie jaki naprawdę był Jezus?"

Zastanawiam się, co "dobrego" wynika z takich akcji? Jaki skutek przynosi publiczne potępienie i rzucenie komuś w twarz słowa "pedał"? Nie sądzę, by zmieniały one jakoś naszą rzeczywistość - w każdym razie z pewnością nie na lepsze - nie sądzę, by służyły naprawie społeczeństwa lub czyjemuś dobru. Nie wierzę w to, by ktokolwiek spośród homoseksualistów pod ich wpływem zrozumiał, że źle postępuje i zapragnął zmiany życia. Odnoszę wrażenie, że w gruncie rzeczy chodzi tylko o zgnojenie tych "obrzydliwych homoseksualistów", podkreśleniu swojej "moralnej wyższości". Wielu "narodowców" uważa się za wierzących - Podkreślam raz jeszcze. Gdy powiesz im: "Bóg nazwał homoseksualizm grzechem i zboczeniem" (co jest prawdą), z chęcią ci przyklasną, lecz gdy powiesz: "Bóg kocha homoseksualistów" (co również jest prawdą), w najlepszym razie - obawiam się - wyśmieją cię lub znieważą. 
 
Bóg kocha Biedronia i każdego innego, kto żyje w grzechu. Kocha tak bardzo, że cierpiał i umarł za nich na krzyżu! Oni nie będą zbawieni, jeśli nie przyjdą pod krzyż i nie ukorzą się, nie uznają, że ich życie jest pełne grzechu i nie oddadzą go Chrystusowi, by je zmieniał, jeśli nie uznają Chrystusa za swego Pana a Słowo Boże za instrukcje dla swego życia... Ale Jezus umarł także za nich i czeka, by dać im zbawienie. Skoro Jezus ich kocha, i my mamy ich kochać, a ponieważ czeka na nich, powinniśmy pójść do nich i wskazywać im drogę! Jak mają ją dostrzec, gdy ludzie, którzy chodzą niekiedy co niedzielę do kościoła, przeciw nim wznoszą z gniewem w górę pięści?

Pierwsza nauka dla Korneliusza

Apostoł Paweł chrzci Korneliusza,
mal. Francesco Trevisani 1709.

"Następnego dnia przybył do Cezarei; Korneliusz zaś, zwoławszy swoich krewnych i najbliższych przyjaciół, oczekiwał ich. A gdy Piotr miał wejść, Korneliusz wyszedł mu na przeciw, padł do nóg jego i złożył mu pokłon. Piotr zaś podniósł go, mówiąc: Wstań, i ja jestem tylko człowiekiem." (Dzieje Apostolskie 10, 24 - 26)
Korneliusz był Rzymianinem, który uwierzył w Boga Izraela - był pierwszym nawróconym poganinem, pierwszym spoza ludu Izraela, któremu Bóg okazał łaskę. Bóg posłał do Korneliusza swego anioła, by wskazał mu, co ma czynić, a Piotra posłał, by ten głosił mu Ewangelię. To było dla Piotra coś niespodziewanego i być może dziwił się: "Ja, Panie mam iść do domu poganina?" - zwłaszcza, że chwilę wcześniej chlubił się przed Panem, że "nigdy nie zjadł nic nieczystego", a żydowi nie wolno było przekraczać progu domu poganina, co czyniło go "nieczystym" w myśl religii żydowskiej. Piotr jednak wiedział, że trzeba słuchać Boga, nie ludzi i na głos Ducha Świętego poszedł do Korneliusza.

Korneliusz, choć nie chodził do Świątyni - dokąd poganie mieli dostęp bardzo ograniczony - ani do synagog, prawdopodobnie znał już dobrze to, co Bóg mówił do swego ludu poprzez proroków. Zaliczał się do elit - był oficerem legionów, człowiekiem niewątpliwie zamożnym i wykształconym. Z pewnością władał greką, a prawdopodobnie także hebrajskim. Przypuszczenie to wywodzę stąd, że najwyraźniej czytał on święte księgi, które były spisane po hebrajsku -  żaden żyd nie przedstawiałbym mu zapewne słów Boga, lecz nie broniono by mu kupować i czytać księgi. Dla porównania: Etipczyk, którego spotkał Filip - opis tego spotkania znajdujemy w 8 rozdziale Dziejów Apostolskich - czytane przez siebie pisma wiózł z Jerozolimy, gdzie niewątpliwie je nabył. Bóg widział, że Korneliusz jest człowiekiem szlachetnym i szczerze poszukującym prawdy, jego modlitwy były mu miłe - Bóg dawał mu wzrost, przygotowywał go na poznanie prawdy, na przyjęcie Ewangelii, a Piotra posłał, by dokończył pracę...

Gdy Korneliusz upadł do jego stóp, Piotr poczuł się zażenowany... Był to niewątpliwie szczery gest człowieka spragnionego, by zbliżyć się do Boga, był to wyraz uznania i - być może - także wdzięczności. Wydaje mi się, że możemy to postrzegać także jako gest poddania się, uznania autorytetu (władzy). A Piotr podnosi go z kolan i mówi: "Co robisz? Jestem takim samym człowiekiem, jak ty!" Uświadamia mu tym samym, że żadnemu człowiekowi nie należy hołdować, że nasze kolana i karki zginać się mają tylko przed samym Bogiem. Była to pierwsza nauka chrześcijańskiego życia, jaką usłyszał Korneliusz. 

Bóg powiedział do ludzi: "Nie będziesz miał innych bogów obok mnie. Nie czyń sobie podobizny rzeźbionej czegokolwiek, co jest na niebie w górze, i na ziemi w dole, i tego, co jest w wodzie pod ziemią. Nie będziesz się im kłaniał i nie będziesz im służył, gdyż Ja Pan, Bóg twój, jestem Bogiem zazdrosnym..." (2. Księga Mojżeszowa - tzw. "Wyjścia" - 20, 3 - 5) - i dał nam te słowa po wsze czasy. Mówi tu o wizerunkach - dla żydów było jednak jasne, że nie tylko żadnego wytworu ludzkich rąk nie wolno im czcić i nie tylko demonów, które czcili poganie, nie wolno im otaczać kultem, lecz zakaz ten obejmuje wszystko, co jest stworzone, co  nie jest Bogiem - tym Bogiem, który dał ludziom te słowa. 

Słowa Piotra wypowiedziane do Korneliusza dają nam pełniejsze zrozumienie tego przykazania. Nie mamy oddawać czci ludziom, nie mamy ich wywyższać - ani żywych, ani umarłych. My, ludzie - z powodu naszej grzesznej natury - mamy takie tendencje, i wiedział o tym doskonale Jan Kalwin, i dlatego kazał się pochować w nieoznakowanym grobie i by nikt nie wiedział, gdzie są jego szczątki. Nie mamy czcić ich samych, ani też ich doczesnych szczątków. Nawet jeśli przychodzą w imię Boga, jeśli są wysłannikami Boga, Bóg nie chce, byśmy oddawali im cześć. I Boży człowiek nigdy nie będzie oczekiwał takich honorów, a jeśli ktoś je będzie składał, powinien zawsze postępować tak, jak uczynił Piotr. Człowiek jest tylko człowiekiem, a jego kości są tylko kośćmi - tylko Bóg zaś jest godzien wszelkiej chwały i czci, nie człowiek. O tym poucza nas ten fragment Słowa Bożego.

niedziela, 23 czerwca 2013

Bóg, który wyznacza czas...

Grzegorz Kloc nie jest artystą, którego można by określić mianem "gwiazdy". Większości Polaków jego nazwisko raczej nic nie mówi. Trochę bardziej "wymowne" jest wspomnienie, że był jednym z tych muzyków, którzy towarzyszyli Natalii Kukulskiej, kiedy ta stawiała swoje pierwsze kroki na drodze "dorosłej kariery. Grał także z takimi sławami, jak DeMono, Maryla Rodowicz, Ryszard Rynkowski, Daab czy Anita Lipnicka. Pokolenie dzisiejszych trzydziestokilkulatków być może pamięta zespół Sixteen, z którym Grzegorz współpracował, a po śmierci jego lidera, Jarosława Pruszkowskiego i zmianie nazwy na Seventeen, został jego liderem. Sixteen / Seventeen pojawiło się i zniknęło - jak meteor na niebie...

Tak naprawdę o Grzegorzu Klocu usłyszałem dopiero po jego nawróceniu - o którym możecie posłuchać na kanale CHNTV - gdy dobry Bóg wyrwał go z życiowego bagna, z życia, które nie miało głębszego sensu i tylko wpędzało w depresję, i gdy Grzegorz zaczął śpiewać o Bogu. Nie, wcale się tym nie zainteresowałem. Jego debiutancka - jako muzyka chrześcijańskiego - solowa płyta pt. "Na skrzydłach miłości", która ukazała się w 2010 roku, przeszła jakoś "obok mnie" i prawie jej nie zauważyłem. Grzegorz Kloc - to mi nic nie mówiło. Bóg jednak zaprosił mnie w maju br. do Warszawy, na "Marsz dla Jezusa" - i tam usłyszałem go po raz pierwszy. OK, nie jest to tak do końca "moja muzyka" - i być może głównie dlatego Grzegorza jakoś wcześniej "nie zauważyłem - ale tam w Warszawie wyłapałem coś więcej, niż tylko dźwięki, coś, co mnie autentycznie ujęło... Przede wszystkim "element podstawowy": autentyczna wiara i świadectwo przemienionego życia, ale też "żywioł muzyczny" - szczere, radosne uwielbienie z odrobiną humoru. Byłem w szoku, gdy zaśpiewał wielki przebój grupy Lady Pank: "Są tacy, to nie żart, dla których jesteś wart mniej niż zero, przerobiony jednak na... chrześcijańską piosenkę mówiącą o tym, że choć dla ludzi jesteśmy często "nikim", że mamy dla nich "wartość śmiecia", to jest Ktoś, dla kogo nie jesteśmy zerem, że dla Niego jesteśmy tak ważni, że On umarł za nas na krzyżu. I to było wspaniałe!

Niestety ten występ w Warszawie był bardzo krótki. Ogromnie zawężone ramy czasowe nie pozwoliły my grać dłużej niż 20 minut. Dlatego ogromnie się ucieszyłem, gdy dowiedziałem się, że poprowadzi on uwielbienie w Kościele w Kole, któremu przewodzi jeden z zaprzyjaźnionych ze mną pastorów. Choć słucham innej muzyki, postanowiłem pojechać, by usłyszeć więcej, a przede wszystkim po to, by uwielbiać Boga.


sobota, 22 czerwca 2013

Trzy elementy jedności

"Napominam was tedy ja, więzień w Panu, abyście postępowali, jak przystoi na powołanie wasze, z wszelką pokorą i łagodnością, z cierpliwością, znosząc jedni drugich w miłości, starając się zachować jedność Ducha w spójni pokoju: jedno ciało i jeden Duch, jak też powołani jesteście do jednej nadziei, która należy do waszego powołania; jeden Pan, jedna wiara, jeden chrzest; jeden Bóg i Ojciec wszystkich, który jest ponad wszystkimi, przez wszystkich i we wszystkich" (List do Efezjan 4, 1 - 6)
"Papież Franciszek poruszył sprawę jedności chrześcijan. - Ile szkody doznał Kościół z powodu podziałów pomiędzy chrześcijanami, rozdzielenia, wąskich interesów. To podziały między nami, a także między społecznościami: ewangelicznymi chrześcijanami, prawosławnymi i katolikami. Dlaczego jesteśmy podzieleni? - zapytał papież." - informuje CHNNews.pl.

Prawdą jest, że podziały są problemem - zwłaszcza tam, gdzie dopiero docierają misjonarze. Każdy Kościół wysyła swoich misjonarzy i naucza swoich zasad wiary - ewangeliczni Biblii, katolicy także Biblii, ale też wprowadzają kulty, rytuały, system zależności. Jak np. Papuas widzi to, że przychodzi jeden - twierdząc, że głosi Chrystusa - i mówi jedno, a przychodzi drugi - również twierdząc, że głosi Chrystusa - i mówi co innego? Na gruncie misyjnym - jak się zdaje - zapanowała zasada "nie wchodzenia sobie w drogę" i w Afryce, czy Papui, jak się zdaje, misjonarze ewangeliczni nie korygują tego, co głoszą katolicy. Czy to dobrze, czy źle - nie wiem. Jestem jednak przekonany, że szkodliwe nie są podziały na różne Kościoły, różnice w przekonaniach i praktykach, lecz głoszenie nauk pozabiblijnych - tam, gdzie one się pojawiają, pojawia się też zamęt i duchowe rozterki, tam pojawiają się poważne problemy w ewangelizacji.

Jedność. Jakiej jedności chce Franciszek? Czy aby nie na zasadzie "jednej owczarni i jednego pasterza" (Ewangelia Jana 10, 16), gdzie tym pasterzem byłby papież (jak interpretują to katolicy)? Dla innych jedność oznacza pełną wzajemną akceptację, braterstwo i współpracę międzywyznaniową, nie potępianie się (w tym także nie mówienie o złych naukach i praktykach)... Taki ekumenizm doskonale się rozwinął równorzędnie z "duchowością new age" i ma z nim pewne wspólne cechy: nie ważne w co wierzysz, byleś czynił dobro; ty masz swoje przekonania, kto inny ma swoje - jego droga jest inna niż twoja, ale także dobra; nie potępiaj wierzeń i praktyk innych, etc. Ludzie lansujący taki ekumenizm zachwycają się "różnorodnością chrześcijaństwa". Problem w tym, że to, co mamy pomiędzy Kościołami, to nie jest różnorodność, lecz odmienność. W sensie: w katolicyzmie jest wiele nauk i praktyk, których nie można zaakceptować, nie można uznać za "inny rodzaj chrześcijaństwa", "inny styl wiary", uznawać za "równie dobrą drogę wiary". Może być pewna współpraca, ale nie ma szansy na jedność, póki w katolicyzmie i prawosławiu są elementy wiary wywodzące się z pogaństwa (kult wizerunków i "świętych") lub będące wymysłami ludzi (dogmaty, "święta" tradycja). 

Wróćmy do Słowa Bożego. Prawdziwa jedność jest tam, gdzie jest "jeden Pan, jedna wiara, jeden chrzest; jeden Bóg i Ojciec wszystkich, który jest ponad wszystkimi, przez wszystkich i we wszystkich" (List do Efezjan 4, 5 - 6). Pomiędzy Kościołami ewangelicznymi a katolicyzmem (a także prawosławiem) jedność może być tylko częściowa i okazjonalna. Wiele możemy razem robić. Możemy się przyjaźnić, spotykać się, modlić się razem, prowadzić dyskusje (często bywają bardzo ciekawe). Katolik może wiele skorzystać czytając protestancką literaturę i... vice versa (niektóre książki katolickie są bardzo wartościowe). Ale... choć uznajemy tego samego Boga, to jednak jest to zbyt mało, by mogła być jedność, gdyż nie podzielamy wiary (wiara ewangeliczna i wiara katolicka opierają się na różnych fundamentach!) i - trzeba to powiedzieć jasno - chrzest niemowląt praktykowany przez Kościół katolicki (a także prawosławie i protestantyzm "pierwszej fali") nie jest chrztem biblijnym. Nie ma więc dwóch spośród trzech elementów jedności chrześcijańskiej, o których pisze apostoł Paweł. O tym zapominają, niestety, ludzie nawołujący do "jedności chrześcijańskiej". Możemy budować na tym, co nas łączy, lecz nie wolno nam ignorować tego, co nas dzieli.

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Walczyć z Darskim czy o niego?

"W 2007 r. podczas koncertu w Gdyni w klubie 'Ucho' 35-letni Darski podarł Biblię, a jej kartki rozrzucił mówiąc m.in.: 'Żryjcie to g...o!'. Nazwał też Biblię 'kłamliwą księgą', a Kościół katolicki 'największą zbrodniczą sektą'. Kartki spalili później fani zespołu." ("W Polityce", 6 maja 2013)

Sprawa pana Darskiego wraca tak często, że jest już zwyczajnie... nudna, podobnie jak "rewelacje" o "zamachu w Smoleńsku". Walka przeciw niemu trwa... Nazywa się go satanistą, co jest dość absurdalne, skoro jest on osobą niewierzącą, nie wierzy nie tylko w Boga, ale także w diabła (co nie zmienia faktu, że nie trzeba wierzyć w diabła, by być w jego mocy i trafić na koniec w jedno miejsce z nim) - o czym jasno mówi. Wrogość wobec Kościoła katolickiego czy chrześcijaństwa, wobec Boga i Biblii, nie czyni jeszcze nikogo satanistą. Oczywiście znamy kierunek, w jakim zmierza życie takiego człowieka - jest to ten sam kierunek, w którym zmierzają miliony ludzi, którzy nie drą Biblii i nie plują na Boga, a po prostu nie wierzą w Niego, odrzucają Go.

Nie mogę wykluczyć, że problem Darskiego - jego wrogość wobec Boga i Biblii może mieć podłoże demoniczne. Może potwierdzać to pseudonim, jaki sobie wybrał - Nergal to sumeryjskie imię demona, którego my nazywamy Lucyferem. Jego największym problemem jest jednak... nieznajomość Chrystusa.  Czytałem wiele jego wypowiedzi i wszędzie Kościół rozumie jako katolicyzm: papieży, biskupów, inkwizycję, krucjaty, itd. Jeśli tak, to nawet mu się nie dziwię, bo jakie wyobrażenie o Bogu może mieć przy świadomości, że tzw. "ludzie Boga" palili innych na stosach, dopuszczali się gwałtów, mordowali żydów i muzułmanów, itd.? Może być to skutek krzywd wyrządzonych światu przez Kościół katolicki - czego katolicy nie dostrzegają. To, co uczynił Darski może być skutkiem grzechów... katolików. Tylko, że katolicy tego nie widzą... Ba! Jedno z katolickich wydawnictw opublikowało niedawno książkę, w której autor... usprawiedliwia działania średniowiecznej inkwizycji, z płonącymi stosami włącznie! "Korzeń" problemu, jakim jest wrogość wobec Boga, często tkwi głęboko w katolicyzmie!

To, co uczynił Darski było zwyczajnie... głupie i płytkie. Prawdopodobnie nigdy nie czytał Biblii i nie wie, co naprawdę mówi Bóg. Nie wie, że Słowo Boże potępia Kościół katolicki za uczynione zło. Nie zna Boga - tylko wie, że katolicy czczą Go i przez to z Nim walczy, zrażony do katolicyzmu walczy z wszystkim, co z katolicyzmem się wiąże. Nie walczy zapewne z Nim osobowo - bo nie walczy się z kimś kogo (w jego przekonaniu) nie ma, lecz z ideą, że jest jakiś Bóg. Widocznie nie potrafi sobie inaczej poradzić ze Słowem Bożym, jak tylko podrzeć je i znieważyć. Nie potrafi w żaden sposób podważyć Biblii, więc ją zniszczył. W sumie chyba powinno nas to cieszyć, bo jest oznaką, że Słowo Boże jest zbyt potężne, by człowiek zdołał je obalić. Niszczenie Biblii jest dla mnie oznaką pogardy, ale też... bezsilności, pewnym aktem desperacji. Biblia to nie tylko Słowo Boga, ale także zbiór ksiąg niezwykle ważnych dla kultury, fundament naszej cywilizacji - jest to więc także oznaka pogardy dla wszystkiego, co cywilizowane, zdziczenia obyczajów. 

czwartek, 13 czerwca 2013

Chrześcijanin w polityce

Czy chrześcijanin powinien angażować się w politykę? Wielu chrześcijan w dziejach uważało i wielu uważa do dzisiaj, że nie. Wielu traktuje politykę przede wszystkim jako "światową" i "brudną", a "chrześcijanin nie powinien się zajmować sprawami tego świata". Przypominam sobie i taki argument: "Bóg nie powiedział nam, że mamy się zajmować polityką". Być może, ale w całej Biblii nie znajduję też zakazu angażowania się w życie polityczne. To oznacza, że Bóg nie jest przeciwny, a jeśli ktoś z wierzących głosi, że chrześcijanin "nie powinien", głosi tylko swoje przekonania lub... protestancki odpowiednik "świętej tradycji" (jak w Kościele katolickim, gdzie nauki pozabiblijne nazwano "tradycją apostolską", "świętą tradycją" i nakazano poważać na równi z Biblią jako "słowo boże"). Kwestią nie jest czy "polityka jest grzechem" (przekonanie) - bo jeśli Słowo Boże nam nic na ten temat nie mówi, to rozważanie tego "problemu" jest... stratą czasu - ale "jak funkcjonować w polityce". Problemem nie jest aktywność polityczna, lecz chrześcijańska postawa w polityce, wierne trwanie przy Bogu i Słowie Bożym.

John Abraham Godson nie jest pierwszym protestantem w polskim parlamencie, lecz z pewnością pierwszym, który wzbudził tak wielkie zainteresowanie medialne i który tak mocno daje świadectwo wiary, uczestnicząc w tzw. "wielkiej polityce". Czasem śmieję się, że właśnie on, Nigeryjczyk, jest w naszym Parlemencie najlepszym z Polaków, bo chyba najbardziej ze wszystkich właśnie jemu chodzi o dobro naszego kraju i narodu. Przez szereg lat był on pastorem Kościoła Bożego w Chrystusie i choć obecnie nie pełni tej funkcji, ja nazywam go wciąż Pastorem, bo z tytułem tym wiąże się pewien autorytet. Z drugiej strony, choć przestał być pastorem w Łodzi, wchodząc w politykę i stając się "człowiekiem medialnym" - którego słowa docierają do wielu Polaków - stał się w pewnym sensie "pastorem Polski", bo często głosi to, co mówi Pismo Święte, bo jest bezkompromisowy, bo nawet gdy mówi o polityce, to zawsze jest to polityka realizowana z Jezusem.

Lewicowi działacze chcieliby, by ludzie o poglądach chrześcijańskich , angażując się w życie społeczno - polityczne "zawieszali" swoje poglądy. Wypowiadają się bardzo krytycznie nt. pastora Godsona, że jako polityk nie powinien się kierować naukami Chrystusa, lecz reprezentować tych, którzy go wybrali. Rzecz w tym, że zawsze otwarcie on mówił o swoich chrześcijańskich poglądach i ludzie wiedzieli na kogo głosują - chyba, że ktoś poparł go "na ślepo", ale to już tylko jego własna wina. A jeśli polityk - chrześcijanin nie powinien się w swojej działalności politycznej kierować naukami Chrystusa, to przepraszam, ale czyimi ma się kierować? Może Marksa i Engelsa? Chrześcijaństwo nie jest czymś, co można "zawiesić" idąc do pracy czy angażując się w politykę. Bo chrześcijaninem jest się 24/7, albo nie jest się nim wcale. Nie jest tak, że jestem w domu i jestem 100% chrześcijaninem, idę do kościoła i jestem 100% chrześcijaninem, a idę do pracy (lub zasiadam w parlamencie), a moje chrześcijaństwo zostawiam w domu i kościele, i zostaje we mnie na ten czas 0% chrześcijanina. Ludzie, którzy nie należą do Chrystusa (a jeśli się nie należy do Chrystusa to należy się do "tego drugiego", niestety) chcą kwestie wiary zmarginalizować, zepchnąć do "sfery prywatnej" i uczynić czymś, o czym wręcz "nie wypada mówić publicznie". Chcą pozbyć się Boga z życia społeczno - politycznego tak samo, jak już pozbyli się Go ze szkół, gdzie na biologii mówi się o "naturze" i "ewolucji", a gdy ktoś wspomni o Bogu i opisach biblijnych (kreacjonizm), oni robią wszystko, by go ośmieszyć, by to było zakazane.

wtorek, 11 czerwca 2013

Pięć chlebów i dwie ryby

W miniony weekend byłem w Poznaniu - od sobotniego wieczoru do niedzielnego popołudnia - na prawdziwym "maratonie uwielbienia", który organizują cyklicznie miejscowi chrześcijanie. Gdy mój pobyt w miejscu modlitwy już się powoli kończył, podeszła do mnie jedna z sióstr i... wręczyła mi 50 złotych, mówiąc: "Zjedz sobie jakiś dobry obiad". Byłem zaskoczony i nie wiedziałem, co zrobić - bo nie miałem w planie posiłku, ani nie potrzebowałem. Bóg jednak wiedział, dlaczego dostałem pieniądze i otrzymałem - wierzę - od Niego wyjaśnienie, zawarte w jednym jedynym słowie: "Nakkapalli" - co oznaczało: "To nie dla ciebie, lecz na Kościół na Nakkapalli". Nakkapalli - tam, gdzie posługuje brat Praveen Kumar, a gdzie ulewne deszcze spowodowały zawalenie się dachu, o czym pisałem w piątek. Bóg też szybko pomnożył te pieniądze - tak, że kwota wzrosła do 80 złotych. I to jest dla mnie cudem i najpiękniejszym przeżyciem z tego czasu.

Dziś rozmawiałem z bratem Praveen'em - choć dzielą nas tysiące kilometrów, internet przecież zmienił świat w "globalną wioskę", gdzie (niemal) wszyscy są "blisko siebie". Wiem, że w niedzielę modlili się pod namiotem. Wiem też, że po katastrofie był przygnębiony. Ale wiem też, że Bóg nasz jest tak wielki, że indyjska wioska Nakkapalli nie jest dla niego za mała, by o niej pamiętał i o jej mieszkańców się troszczył. Przecież właśnie w ten weekend Bóg to wyraźnie pokazał! Ten, który przed laty posłał do Nakkapalli misjonarzy, nie zapomniał o tym miejscu. Dziś kontynuuje swe dzieło rękami brata Praveena, który nie tylko przewodzi lokalnemu Kościołowi jako pastor, lecz także opiekuje się wieloma dziećmi, głównie sierotami, prowadząc Flying Kites Orphanage. Bóg nie dał mu majątku, lecz dał bogactwo, którego nie sposób określić liczbami - bogactwo miłości, opartej na wierze. Gdy rozmawiamy, nie mówi on nic o własnych potrzebach, lecz o potrzebach dzieci - by miały się w co ubrać, by miały co jeść i by mogły się uczyć - i swojej wspólnoty.

Pastor Praveen Kumar wraz z dziećmi, którymi się opiekuje

























To, co robi Praveen dla wielu Indusów, którzy przeważnie wyznają hinduizm, jest prawdopodobnie całkowicie niezrozumiałe. Hinduizm - z którym nieodłącznie wiąże się podział kastowy i "prawo karmy" - w opinii znawców tematu... zobojętnia na drugiego człowieka. Jest tym samym całkowitym przeciwieństwem chrześcijaństwa. Kto urodził się w biedzie, tego przeznaczeniem jest bieda, kto cierpi i choruje - sam sobie jest winien ("prawo karmy"), pomoc potrzebującym jest wręcz szkodliwa, bo sami powinni się doskonalić na drodze reinkarnacji - jeśli sobie zasłużą, ich kolejne życie będzie lepsze, a pomoc jest zakłócaniem ich drogi rozwoju. Tak można streścić to, czego możemy się dowiedzieć o hinduizmie. Ci, którzy pracują w Indiach, którzy znają Indie, pokazują nam realny obraz tych wierzeń - radykalnie odmienny od szerzonej na świecie sekciarskiej propagandy. Dla wielu Indusów postawa Matki Teresy czy naszego rodaka, Mariana Żelazka - katolickiego misjonarza ze zgromadzenia księży werbistów - była od początku niepojęta, choć zyskali sobie wielki szacunek. Pewna wiedza na temat hinduizmu jest niezbędna, by zrozumieć wysiłek i sytuację brata Praveena. Jeśli ktoś może zmienić Indie, to właśnie tacy ludzie Boga prawdziwego, jak on.

Nie dla własnej chwały

"Baczcie też, byście pobożności swojej nie wynosili przed ludźmi, aby was widziano; inaczej nie będziecie mieli zapłaty u Ojca waszego, który jest w niebie. Gdy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak to czynią obłudnicy w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę powiadam wam: Odbierają zapłatę swoją. Ale ty, gdy dajesz jałmużnę, niechaj nie wie lewica twoja, co czyni prawica twoja, Aby twoja jałmużna była ukryta, a Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odpłaci tobie." (Ewangelia Mateusza 6, 1 - 4)
Prawdziwa pobożność nierozerwalnie łączy się z czynieniem dobra. Bez tego nie ma prawdziwej gorliwości chrześcijańskiej. "Cóż to pomoże, bracia moi, jeśli ktoś mówi, że ma wiarę, a nie ma uczynków? Czy wiara może go zbawić? Jeśli brat albo siostra nie mają się w co przyodziać i brakuje im powszedniego chleba, a ktoś z was powiedziałby im: Idźcie w pokoju, ogrzejcie się i nasyćcie, a nie dalibyście im tego, czego ciało potrzebuje, cóż to pomoże? Tak i wiara, jeżeli nie ma uczynków, martwa jest sama w sobie" (List Jakuba 2, 14 - 17). Uczynkami nikt się zbawić nie może, ale uczynki wynikają z wiary, dzięki której mamy zbawienie. Jeśli nie ma zbawienia bez uczynków to nie dlatego, że one nam dają zbawienie, lecz dlatego, że wiara bez nich jest czystą filozofią, rodzajem światopoglądu religijnego, który nie daje zbawienia.

Czynienie dobra jest jednym z priorytetów w życiu chrześcijańskim. Pomaganie innym jest formą dziękczynienia Bogu za to, co od Niego otrzymujemy każdego dnia. Ważne jest przy tym, byśmy koncentrowali się na Bogu, nie na tym, co robimy - byśmy pamiętali, że nie jesteśmy tak naprawdę właścicielami tego, co dajemy, lecz tylko szafarzami tego, co należy do Boga. Dzieląc się spłacamy dług - oddajemy Bogu, a On - naszymi rękoma - daje innym. Z dawaniem jałmużny - nie tylko w formie pieniężnej - łączy się pewne ryzyko. Nie jest ono związane z tym, że ktoś nas może oszukać, udając potrzebującego pomocy, ale z tym, co mamy w sercu - z pragnieniem dobrego samopoczucia, przekonania o własnej dobroci i wartościowości i bycia docenianym i podziwianym. Jeśli mamy złe podejście do dawania jałmużny, sami pragnąc przyjmować chwałę, lub akceptując pochwały, sami tym samym stajemy się coraz bardziej pyszni i stawiamy się w miejscu Boga - co de facto jest naruszeniem pierwszego przykazania.

Jeśli Bóg porusza nasze serca, by dzielić się z innymi, to jest to Jego zasługa, a nie nasza. Warto o tym wciąż przypominać sobie i mówić innym.  Jeśli z powodu wiary dajesz, a ktoś ci dziękuje, możesz powiedzieć: "Nie mi dziękuj, lecz Bogu, bo to pochodzi od niego" - by ludzie wysławiali nie ciebie, lecz Boga. Odwracasz tym samym ich uwagę od siebie, a wskazujesz na Boga. I w ten sposób oddajesz Mu chwałę. Czyńmy dobro, lecz nie dla własnej chwały, lecz na chwałę Boga.

sobota, 8 czerwca 2013

Tak uwielbialiśmy Boga na Śląsku

Swego czasu, gdy na protestanckim forum poinformowałem, że przez kilka dni mnie nie będzie, gdyż jadę na festiwal muzyki gospel organizowany przez katolicką parafię w Osieku, jeden z bardziej sfanatyzowanych (niestety, tacy bywają) braci - baptystów, uznał, że robię coś niegodziwego i że skoro tam jadę, to nie mogę być protestantem. W przekonaniu części protestantów - na szczęście niezbyt licznych - fakt, że katolicyzm jest oparty na złych doktrynach prowadzi do błędnych wniosków, że absolutnie wszystko, co robią katolicy jest złe i nie podoba się Bogu, i że Bóg pogardza tym, co oni robią. To nie tak! Taka postawa ma źródło moim zdaniem w... związaniu religijnym i chyba też w niezbyt dobrym poznaniu Chrystusa. Jestem przeciwnikiem doktryn katolickich, lecz chcę być zawsze przyjacielem katolików i cieszą mnie pojawiające się wśród nich inicjatywy służące prawdziwemu oddawaniu czci Bogu. Uczyć się od Pana, to znaczy także otwierać się na drugiego człowieka i na to, co w nim dobre i szlachetne, na dobre inicjatywy wypływające z jego wiary.

Jedną z takich pięknych inicjatyw katolickich jest Ekumeniczny Koncert Rodzinny "Bądź jak Jezus", organizowany przez ruch "Światło Życie", którego IV edycja odbyła się 30 maja br. w Mysłowicach. Do udziału w nim zaproszono znakomitych polskich artystów chrześcijańskich, wywodzących się z różnych Kościołów: Projekt Ambasador, Exodus 15, 40i30na70 (40 Synów i 30 Wnuków Jeżdżących na 70 Oślętach), Artaszes "Arci" Baroyan i Trzecia Godzina Dnia. Już ten "zestaw" wykonawców jest dobrym magnesem dla (chyba) każdego, kto jest "zakręcony" na punkcie Boga, Ewangelii i dobrej, chrześcijańskiej muzyki. A jeśli do tego dołożyć Israela Houghtona z jego zespołem New Breed - który właśnie w Mysłowicach dał swój pierwszy koncert w Polsce, a może i w naszej części Europy (nie wiem dokładnie) - w wyniku otrzymujemy bodaj największe wydarzenie na scenie muzyki chrześcijan w naszym kraju w bieżącym roku. To przede wszystkim jego obecność przyciągnęła do Mysłowic kilka tysięcy osób pragnących uwielbiać Boga i posłuchać muzyki chrześcijańskiej na najwyższym światowym poziomie.

O takim koncercie my - ludzie zakochani w Ewangelii i muzyce gospel (gospel - znaczy: Dobra Nowina, Ewangelia) - od dawna marzyliśmy. Ostatnie taki niezwykłe koncerty odbyły się w naszym kraju w roku 2008 (Kirk Franklin) i 2011 (The Blind Boys of Alabama). Więc także i mnie nie mogło tam zabraknąć. Miałem jednak problem ze znalezieniem noclegu i nie mógłbym tam być, gdyby nie prawdziwie ewangeliczna, gościnna postawa... miejscowego księdza, który dał mi miejsce w swojej parafii, nie pytając mnie nawet kim jestem, a tylko słysząc, że pragnę przyjechać, by wielbić Pana. Jego piękna postawa była dla mnie pierwszym pozytywnym doświadczeniem związanym z tym wydarzeniem - potem było już tylko jeszcze lepiej i piękniej i... jeszcze znacznie lepiej i piękniej!

Choć dzień wcześniej - w godzinach wieczornych - nad Mysłowicami świeciło piękne słońce, w dniu koncertu od rana niebo zasnute było chmurami, z których w dodatku lała się woda. Mijały godziny, a sytuacja wcale nie ulegała poprawie i gdy na scenie pojawili się, jako pierwsi, moi przyjaciele z zespołu Projekt Ambasador, zgromadzona pod sceną publiczność zmuszona była skrywać się pod parasolami, a wielu innych schroniło się w wielkim namiocie pełniącym funkcję baru. Woda z nieba nie zdołała jednak ugasić pragnienia oddawania Bogu chwały - zwłaszcza, że zespół był w znakomitej formie i muszę powiedzieć, że choć słyszałem ich niejednokrotnie, to właśnie w Mysłowicach wypadli najlepiej! W dodatku tego akurat dnia przypadła premiera ich pierwszej "EPki", na której znalazło się pięć utworów - myślę, że jednych z ciekawszych w ich dość bogatym już repertuarze.

Spójrzmy sami na siebie

Kirk Franklin jest jednym z najbardziej znanych artystów chrześcijańskich na świecie. Przez wielu jest obecnie uznawany za najlepszego na świecie wykonawcę współczesnej muzyki gospel. Przez wiele lat, jako młody człowiek, żył z dala od Jezusa i zmagał się z grzechem, głównie uzależnieniem od pornografii - o czym dziś otwarcie mówi. Obecnie, poprzez swą muzykę, świadczy o Chrystusie, który ma moc przemieniać życie, uwalniać i leczyć życiowe zranienia. 

Znany jest z bezkompromisowej, chrześcijańskiej postawy wobec grzechu i problemów tego świata. Jako chrześcijanin ma też bardzo sprecyzowane poglądy na problem homoseksualizmu, z powodu których był zresztą atakowany przez prohomoseksualne lobby. Sprawę kontrowersyjnych "małżeństw" homoseksualnych - w kontekście ostatnich zwycięstw szatana w USA - poruszono niedawno także w wywiadzie, jakiego udzielił autorowi programu "Sway in the morning" ("Sway o poranku") nadawanego na kanale "Shade 45".

"Zapytany o sprawę małżeństw jednopłciowych, powiedział: 'Myślę, że to duży problem, że jako chrześcijanie, Kościół jesteśmy jak policja. Jest mi bardzo przykro z powodu okropnych, bolesnych rzeczy, jakie ludzie kiedykolwiek usłyszeli od wierzących, bo czasem patrzą oni przez bardzo homofobiczne okulary. Czasami to, jak ludzie wyrażają swoje stanowisko, poglądy, wydaje się bardzo homofobiczne. Wypowiedziano wiele bolesnych słów, które nie zawsze były zgodne z sercem chrystusowym. Ja każdą sprawę podsumowuję wersetem z Listu do Rzymian. Jest tam napisane: Nie ma ani jednego sprawiedliwego. A więc nie ma na ziemi ani jednego człowieka doskonałego w Bożych oczach. W kolejnym wersecie czytamy: Wszyscy zgrzeszyli i brak im chwały Bożej. To ja i ty, to każdy, kto chodzi po tej planecie. Wszyscy potrzebujemy Bożej miłości i miłosierdzia.'
Artysta podkreślił też: 'gdybyśmy nie byli grzesznikami. Jezus nie musiałby przyjść. Gdyby nie postrzegał nas jako grzeszników, mógłby nas kochać, nie umierając za nas. On umarł za nasze grzechy. Więc skoro wszyscy jesteśmy grzesznikami, to znaczy, że wszyscy potrzebujemy tej samej miłości, miłosierdzia i przebaczenia'.
'Czyli nie masz nic przeciwko temu?' - zapytał Franklina prowadzący.
'Myślę, że jeśli Biblia nazywa cokolwiek grzechem, to znajduje się on w tej samej kategorii, co duma, nienawiść czy cokolwiek innego. To dlatego powiedziałem, że wszyscy są w tej samej sytuacji' - odpowiedział artysta." (źródło: CHNNews.pl)

Bardzo zrównoważona i sensowna wypowiedź - a niestety sprawiła, że Kirk zaczął być atakowany i poniżany przez ludzi, którzy uważają się za chrześcijan! Kiedyś wspomniałem, że pedofilia nie jest większym grzechem, niż inne. Podobnie sprawa ma się z homoseksualizmem, który nie jest większym grzechem, niż inne - choć jest jednym z tych, których odrażającą naturę Bóg mocniej podkreśla - i homoseksualista nie jest dalej na drodze do piekła niż np. złodziej czy oszust. Wszyscy, którzy żyją w grzechu idą tą samą drogą, w tym samym kierunku i równym tempem. Rozmawiając na temat homoseksualizmu mamy obowiązek nazywać go po imieniu: grzechem i zboczeniem, ale powinniśmy pamiętać, że występować nam wolno przeciwko grzechowi, nie przeciwko ludziom - o tym, że mamy nie tylko szanować, ale kochać drugiego człowieka, bez względu na wszystko, zdecydowanie zbyt łatwo zapominamy. 

piątek, 7 czerwca 2013

Katastrofa w Nakkapalli (Indie)

Widok kaplicy w Nakkapali:
luty br. (fot. Sylka Rayska) i dziś (fot. Praveen Kumar)
Kilka miesięcy temu nasza siostra z okolic Wrocławia odwiedziła Indie - kraj, w którym wielu chrześcijan żyje w wielkiej biedzie. Bóg położył jej na sercu szczególną troskę o wierzących w tym rejonie świata i od dawna im pomaga. Odwiedziła wówczas m.in. ośrodek chrześcijański w Nakkapalli (stan Andra Pradesh), prowadzony przez brata Praveena Kumara - z którym i ja "zaprzyjaźniłem się" poprzez internet. Z radością oglądałem dokumentację ofiarnej pracy Praveena na rzecz wierzących i potrzebujących (nie tylko chrześcijan) - opiekuje się on wieloma ludźmi, głownie sierotami. Przerażał nas jednak zły stan budynku - a zwłaszcza dachu, który groził zawaleniem. Baliśmy się zwłaszcza, że może się to stać np. podczas nabożeństwa, gdy kaplica jest wypełniona modlącymi się ludźmi.

Obecnie w Indiach zaczął się okres deszczowy i, niestety, dziś stało się to, czego się obawialiśmy. Dach kościoła - na którego remont wspólnota nie mogła sobie od wielu lat pozwolić - nie wytrzymał ciężaru wody i zawalił się. Na szczęście prawdopodobnie nikomu się nic nie stało - a przynajmniej brat Praveen na swoim profilu na Facebooku nic o tym nie wspomina. Jest to jednak wielka tragedia dla ludzi, którzy w chwili obecnej nie mają się gdzie spotykać na modlitwie. W lutym brat Praveen koszt remontu dachu szacował na ok. 6000 dolarów, co dla jego wspólnoty jest kosztem kolosalnym, którego rozmiarom sami nie byli w stanie sprostać. W obecnej sytuacji koszty te będą z pewnością o wiele większe.

Kościół w Nakkapalli pilnie potrzebuje naszej pomocy - finansowej a także modlitewnej. Aktualnie z siostrą Sylką czekamy na dokładniejsze informacje od Praveena. Pomoc będzie mogła być udzielona przez Fundację "Dzieci Orientu - Fundacja Sylki Rayskiej".

Kaplica w Nakkapali - stan w lutym br. Fot. Sylka Rayska / Orient for Jesus


Rewolucja czy zagrożenie?

Próbuję znaleźć jakieś proste określenie dla tej książki. I przychodzą mi na myśl trzy słowa: NIEBEZPIECZNA, FASCYNUJĄCA i INSPIRUJĄCA. Jeśli pierwsze słowo "zapala w twojej głowie czerwoną, ostrzegawczą lampkę", nie myśl, że chcę cię przestrzec przed czytaniem tej książki - za chwilę wyjaśnię jakie niesie "niebezpieczeństwo". Książkę tą polecili mi moi przyjaciele z Kościoła, wiedząc o problemach, jakie przechodzę, o wielkim rozczarowaniu zborami i pastorami, o sytuacji, kiedy znalazłem się poza jakąkolwiek społecznością i zacząłem to głęboko przeżywać. Dobry przyjaciel i brat w Chrystusie napisał mi wówczas: "Nie myśl, że znalazłeś się poza Kościołem, bo ty jesteś w Kościele jeśli oddałeś swoje życie Jezusowi"... Potem ktoś jeszcze polecił mi tę książkę - już nie pamiętam kto. W końcu kupiłem - zwłaszcza, że tytuł naprawdę dobrze odzwierciedla to, co czuję w sercu - i zacząłem czytać...

Mam świadomość, że nie jestem jedynym człowiekiem, który doświadczył w Kościele zranień i zniechęcenia. Być może jest wielu takich, którzy czują się "wyautowani", którzy oddali swoje życie Jezusowi, ale w tradycyjnych społecznościach stało się coś takiego, że nie potrafią się już odnaleźć. To, czego ja doświadczyłem to: rozczarowanie bezczynnością Kościoła - regularnie słyszałem modlitwy, by Bóg zapełnił puste miejsca w kaplicy, a... nie było żadnych ewangelizacji; przywództwo ludzi, którzy próbowali swoim postanowieniom, swojej władzy podporządkowywać moje życie i wpływać na to, jak mam prawo starać się docierać do innych z Ewangelią, a czego robić nie powinienem lub nie wolno mi - którzy nawet zabronili mi opowiadać i pokazywać znajomym życie Kościoła; naciski: już dawno powinieneś ........ - i obwinianie, że w moim życiu coś się nie układa, bo nie uczyniłem tego, co powinienem uczynić; puste obietnice i brak szacunku; a gdy zniknąłem - całkowity brak zainteresowania tym, co się ze mną stało i co przeżywam... Zranienia i poczucie beznadziei czasem mogą się przerodzić wręcz w lęk przed Kościołem. Dla takich właśnie ludzi książka ta może być "balsamem dla duszy". To właśnie z myślą o nas - którzy rozczarowani są "kościelnym życiem" i nie potrafią już znaleźć sobie miejsca - powstała ta książka!

Wayne Jacobsen i Dave Coleman
Źródło: Jakecolsen.com
Jej autorzy - "Jake Colsen" to bowiem pseudonim, pod którym kryją się dwaj doświadczeni amerykańscy duszpasterze: Wayne Jacobsen i Dave Coleman - pokazują przede wszystkim, jak błędne jest rozumienie Kościoła wśród wielu ludzi, dla których Kościół to jakaś konkretna społeczność - do której należy wejść i już się jej trzymać - to kaplica z ławkami i kazalnicą, pastor i starsi, regularne spotkania i nabożeństwa (zwykle tydzień po tygodniu to samo, tylko temat kazania inny), podporządkowanie się regułom. Pokazują, że nawet Kościoły ewangeliczne, które akcentują potrzebę relacji z Bogiem, a nie życia religijnego, łatwo utykają w martwym punkcie, stając się religijnymi instytucjami, a takie chrześcijaństwo (to już moje skojarzenie) przypomina wieloryba, który utknął na plaży i ginie. Tymczasem to nie instytucja jest podstawą Kościoła, lecz żywa społeczność z Bogiem - i nie jest ważne, czy ty będziesz figurował na liście członków zboru i co niedzielę zajmował miejsce w ławkach, lecz czy Bóg będzie w centrum twojego życia.  Pokazują, że Bóg nie jest tradycjonalistą, ani formalistą i że nie zależy mu na instytucjach kościelnych, i że może ludzi wyprowadzić poza jakąkolwiek instytucję, poza jakiekolwiek tradycyjne formy... Pokazują, że Kościół to "żywe kamienie", ludzie cieszący się życiem z Bogiem, podążający tam, gdzie On prowadzi - czasem zaskakującymi drogami. Kościół jest nie tam, gdzie są cztery ściany, muzyka i pastor (lub ksiądz) za kazalnicą, lecz tam, gdzie się spotykają ludzie należący do Boga i pragnący Go.

środa, 5 czerwca 2013

Co się dzieje z ludzką duszą po śmierci?

"... postanowione jest ludziom raz umrzeć, a potem sąd..." (List do Hebrajczyków 9, 27)
Jeden z moich dobrych znajomych dość często mnie pyta, co się dzieje z człowiekiem po śmierci. Jest to generalnie bardzo dobre pytanie, bowiem może prowadzić do refleksji nad własnym życiem - jeśli już dowiemy się, co dzieje się z człowiekiem po śmierci, naturalnym pytaniem staje się: a co będzie ze mną? gdzie ja się znajdę? W ten sposób - zastanawiając się nad sprawą co dzieje się z człowiekiem po śmierci - wiele osób doszło do wniosku, że najważniejszą sprawą w życiu jest zatroszczenie się już dziś o własną przyszłość, podporządkowanie swego życia Bogu.

Są ludzie, którzy wierzą, że człowiek od razu po śmierci trafia w jedno z trzech miejsc - do nieba (jeśli żył dobrze - wśród nich tzw. "święci"), do czyśćca (większość ludzi jest przecież "pobrudzona" grzechami, ale "nie tak bardzo") lub do piekła (ci naprawdę źli). Jest to całkowicie błędne wyobrażenie, które nie ma żadnego oparcia w Biblii. Trzecią opcję - czyściec - od razu możemy odrzucić, gdyż Słowo Boże mówi nam tylko o "niebie" - w rzeczywistości zaś nowej ziemi, na której będą żyć wiecznie ludzie zbawieni w nowych ciałach - i "piekle", określanym jako "jezioro ogniste" lub "piec rozpalony", gdzie będzie tylko płacz i zgrzytanie zębów (por. Ewangelia Mateusza 13, 42). Kiedy jednak tam trafimy? 

Słowo Boże zapowiada wielki sąd nad ludzkością, który odbędzie się, gdy ten świat się skończy - nazywamy go "Sądem Ostatecznym" - i wszyscy musimy czekać, aż nadejdzie ta chwila. Nie ma bowiem żadnego "nieba", gdzie ludzie mogliby egzystować sobie bez ciał! Nasza dusza nie może egzystować bez ciała. Bóg stworzył człowieka cielesnego i w niego tchnął duszę - bo choć to dusza ożywia, to wszystkie nasze zmysły, którymi poznajemy świat, i zdolność myślenia związane są z ciałem. Tak więc, choć czysto teoretycznie człowiek zbawiony mógłby iść od razu po śmierci do "nieba" - bowiem "Sąd Ostateczny" to dla nas tylko formalność (Jezus mówi: "Kto wierzy w niego [Syna Bożego, Jezusa Chrystusa], nie będzie sądzony; kto zaś nie wierzy, już jest osądzony dlatego, że nie uwierzył w imię jednorodzonego Syna Bożego" - Ewangelia Jana 3, 18) - musimy jednak czekać na nowe ciała. Tak samo "piekło" jest puste do czasu Sądu. Dlaczego ktoś miałby trafić w miejsce odbywania kary, nim odbędzie się nad nim sąd? To by było dokładnie tak samo, jak gdyby człowieka aresztowanego przez policję umieścić od razu w więzieniu i kazano ponosić karę zanim jeszcze zostanie uznany winnym!

wtorek, 4 czerwca 2013

Błogosławcie a nie przeklinajcie!

























Pisałem niedawno o niezwykłym wydarzeniu, w którym dane mi było uczestniczyć - "Marszu dla Jezusa" w Warszawie. Przywołam może tutaj fragment tamtego tekstu: "Gdy modliliśmy się pod Pałacem Prezydenckim podszedł do mnie starszy człowiek, by zapytać kim jesteśmy i o co nam chodzi. Wyjaśniłem, że przyjechaliśmy, by się modlić, by wywyższać Jezusa. 'I wy modlicie się o tych tam?' - dziwił się, wskazując za siebie, na Pałac Prezydencki. 'Tak! - odpowiedziałem - modlimy się o dobrych przywódców, by Bóg uzdalniał ich, by dobrze rządzili krajem.' Pan spojrzał na mnie jak na nieszkodliwego wariata, po czym stwierdziwszy: 'Modlić się za nich? Chyba raczej żeby ich szlag trafił!' odszedł." Gdy w ostatnich dniach na Facebooku przypomniałem, że mamy się modlić o tych, którzy nami władają, jeden ze znajomych napisał na temat Prezydenta RP: "Ja się za niego modlę - żeby podał się do dymisji przed końcem kadencji." W gruncie rzeczy ta intencja niewiele się różni od tej, którą zasugerował ów starszy pan z Warszawy, choć jest dużo łagodniejsza.

Taka postawa bardzo mnie zasmuca, bo pokazuje, jak bardzo zagubieni są ludzie w naszym kraju. To zupełnie nie tak! Bo to jest negatywne, to jest w gruncie rzeczy przeciwko człowiekowi. W Biblii jest pouczenie, by modlić się o mądrość dla tych, którzy nam przewodzą, by dobrze kierowali naszym krajem, a także za innych ludzi (w tym też nieprzyjaciół) - nie o to, by odeszli, czy "by ich szlag trafił". Jeśli modlimy się przeciw komuś, to w gruncie rzeczy stajemy w opozycji do Boga, który kocha każdego człowieka tak samo. Tymczasem my tak często tego człowieka darzymy niechęcią lub nawet czystą nienawiścią i w gruncie rzeczy oczekujemy od Boga, by się do tych naszych uczuć dostosowywał. A Bóg jest ponad to! Ilekroć Słowo Boże nawołuje do modlitwy to zawsze ZA kogoś! Modlitwa nigdy nie może być skierowana przeciwko drugiemu człowiekowi - jeśli tak jest, staje się swoim przeciwieństwem: przekleństwem! 
"Błogosławcie tych, którzy was prześladują, błogosławcie a nie przeklinajcie" (List do Rzymian 12, 14)...
Były to słowa skierowane do chrześcijan dyskryminowanych i prześladowanych za wiarę, do Kościoła zmuszonego żyć w ukryciu. Kto ich prześladował? Współobywatele i władze - po cesarza włącznie! Jeśli oni, pomimo cierpienia byli pouczani przez Boga słowami Pawła, by błogosławić i modlić się ZA ludzi, od których tego doświadczali, to czyż tym bardziej nie dotyczy to nas, którzy prześladowani i uciskani nie jesteśmy? Błogosławcie, a nie przeklinajcie, nie złorzeczcie ludziom! Myślę że Bóg nie wysłuchuje "modlitw", które są przeklinaniem tych, których On kocha, które mają źródło w niechęci, pogardzie lub nienawiści. W naszym życiu nie powinniśmy się kierować złymi uczuciami, a co dopiero stając przed Bogiem. 

Tak trudno nam miłować, a nawet szanować innych pomimo wszystko, a potrzeba byśmy się o nich troszczyli... Pamiętam słowa moich przyjaciół z Ameryki: "Barack Obama nie jest dobrym prezydentem, ale my się każdego dnia o niego modlimy." Jeśli w nas zło - a pogarda jest zła - bierze górę nad miłością i troską o drugiego człowieka, to jaki jest nasz stan duchowy? Jeśli łatwiej nam przeklinać niż miłować, to czy idziemy tą drogą, którą wskazał nam Jezus?

niedziela, 2 czerwca 2013

Bądźmy ostrożni!

"Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Albowiem jakim sądem sądzicie, takim was osądzą, i jaką miarą mierzycie, taką i wam odmierzą. A czemu widzisz źdźbło w oku brata swego, a belki w oku swoim nie dostrzegasz? Albo jak powiesz bratu swemu: Pozwól, że wyjmę źdźbło z oka twego, a oto belka jest w oku twoim? Obłudniku, wyjmij najpierw belkę z oka swego, a wtedy przejrzysz, aby wyjąć źdźbło z oka brata swego" (Ew. Mateusza 7, 1 - 5)
Źródło: TVN24.pl
Wiadomość o tym pewien mój znajomy skomentował: "PR jak nic. Ważne by się dobrze pokazać mimo że się nic nie robi. PO leci w dół więc uruchomili prezydenta." A ja tak sobie myślę, że tak naprawdę wszystko, co jest jakimś miłym gestem czy wygląda (przynajmniej) na dobry uczynek, a jest postawą polityka lub innej znanej osobistości, bardzo często jest szybko kwalifikowane jako PR (kreowanie wizerunku). Mamy prawo oceniać postępowanie ludzi, lecz trzeba pamiętać, że nie wolno nam się posuwać w tym zbyt daleko. Nie wolno nam mówić: "to nic innego, jak PR", gdyż nie wiemy tego na pewno, nie wiemy jak jest w rzeczywistości, nie mamy wejrzenia w serca ludzi. Dlaczego tak łatwo od razu zakładamy, że ta osoba ma jakieś "niecne intencje"? Ocena czyjegoś postępowania bardzo łatwo może się stać osądem - często krzywdzącym drugą osobę. Bądźmy więc ostrożni!

Egzamin z miłości

"I przystąpił jeden z uczonych w Piśmie, który słyszał, jak oni rozprawiali, a wiedząc, że dobrze im odpowiedział, zapytał go: Które przykazanie jest pierwsze ze wszystkich? Jezus odpowiedział: Pierwsze przykazanie jest to: Słuchaj, Izraelu! Pan, Bóg nasz, Pan jeden jest. Będziesz tedy miłował Pana, Boga swego, z całego serca swego i z całej duszy swojej, i z całej myśli swojej, i z całej siły swojej. A drugie jest to: Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego. Innego przykazania, większego ponad te, nie masz" (Ewangelia Marka 12, 31) "Miłujmy więc, gdyż On nas przedtem umiłował. Jeśli kto mówi: Miłuję Boga, a nienawidzi brata swego, kłamcą jest; albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi. A to przykazanie mamy od niego, aby ten, kto miłuje Boga, miłował i brata swego" (1. List Jana 4, 19 - 21) 
Nasza relacja z drugim człowiekiem jest odzwierciedleniem naszej relacji z Bogiem. Nie można miłować Boga nie miłując jego stworzenia, jego dzieła. Człowiek, który twierdzi, że miłuje Boga, a pogardza innymi ludźmi - czy to z powodu ich pochodzenia (np. Żydów, Cyganów, Rosjan, Arabów), wykonywanej pracy, poglądów, pozycji społecznej (głównie kwestie biedy lub niezamożności), problemów w jego życiu (np. alkohol, narkotyki, bezdomność) itp. - przypomina mi kogoś, kto by mówił: "Uwielbiam van Gogha", a z pogardą patrzył na jego obrazy. Przecież taka postawa jest w najwyższym stopniu niedorzeczna! "Zachowanie drugiego przykazania wyznaczy kryterium autentyczności życia pierwszym. Gdyby drugie znaczyło mniej ważne, to wówczas istniałaby pokusa odłączenia drugiego przykazania od pierwszego. Jeżeli natomiast odłączymy miłość do człowieka od miłości do Boga, to tym podważymy spójność — integralność całego przykazania" (o. Józef Augustyn SJ)

Patrząc na nasze codzienne życie, widzę jak często ludzie - czasem nawet tzw. "głęboko wierzący" - nie zdają egzaminu miłości bliźniego. Miłości, bez której nie ma chrześcijańskiego życia! Jeśli nie żyjemy tak, jak przykazał Bóg, to czy jesteśmy zbawieni, czy tylko wydaje nam się, że jesteśmy zbawieni? Jeśli nasza relacja z innymi ludźmi, nasze podejście do innych jest złe, to czy nasza relacja z Bogiem może być w porządku? Jeśli pogardzamy ludźmi stworzonymi przez Boga, to czy tym samym nie okazujemy pogardy Stwórcy? Jeśli Bóg jest miłością, a w naszym sercu tak często brak jest miłości, to czy idziemy dobrą drogą?

Problem "stary jak świat"

"A wąż był chytrzejszy niż wszystkie dzikie zwierzęta, które uczynił Pan Bóg. I rzekł do kobiety: Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie ze wszystkich drzew ogrodu wolno wam jeść? A kobieta odpowiedziała wężowi: Możemy jeść owoce z drzew ogrodu, tylko o owocu drzewa, które jest w środku ogrodu, rzekł Bóg: Nie wolno wam z niego jeść ani się go dotykać, abyście nie umarli. Na to rzekł wąż do kobiety: Na pewno nie umrzecie, lecz Bóg wie, że gdy tylko zjecie z niego, otworzą się wam oczy i będziecie jak Bóg, znający dobro i zło." (1. Księga Mojżeszowa - tzw. "Rodzaju" - 3, 1 - 5)
Dość często słyszę, że Żydzi są wrednym narodem, pazernym i żądnym władzy. Ba! Że sprawują władzę nad światem - działając w najgłębszej konspiracji. To samo słyszy się o masonach i iluminatach - zresztą o powołanie tych społeczności również oskarża się Żydów. Mówi się o tajemniczej "grupie Bilderberg"  - mającej być czymś w rodzaju tajnego światowego rządu i o budowaniu "New World Order" ("Nowy Porządek Świata"). To w skali globalnej. W skali lokalnej od 10 kwietnia 2010 roku wciąż słyszymy o "zamachu w Smoleńsku", tajnych układach pomiędzy Tuskiem a Putinem, "podstępnym" przejęciu władzy nad krajem, rzekomych bombach i sztucznych mgłach. Teorie spiskowe to bardzo interesujące zjawisko, o którym pewnie wiele do powiedzenia mieliby psycholodzy. Skutecznie burzy ono nasze poczucie bezpieczeństwa i zaufanie.

Być może zadajecie sobie teraz pytanie dlaczego o teoriach spiskowych piszę zaraz pod tym cytatem z Biblii. Otóż nie są one specyfiką naszych czasów - nie narodziły się ani w wieku XX, ani nawet czasach "nowożytnych". Najbardziej znaną teorię spiskową starożytności znamy w dwóch wersjach: "chrześcijanie spalili Rzym" i "Neron spalił Rzym" - lecz i w tamtych czasach nie były one żadną nowością. Teorie spiskowe - które są sianiem podejrzeń, że ktoś robi coś niejawnie, manipuluje ludźmi, ukrywa swoje intencje - towarzyszą ludzkości od tysięcy lat, od chwili, gdy Adam i Ewa mieszkali w raju! Diabeł występujący w tej scenie pod postacią węża, wmawia ludziom, że Bóg coś przed nimi ukrywa, że nie mówi im prawdy, prowadzi z nimi jakąś sekretną grę i nie można mu ufać. Mamy tu do czynienia z klasyczną wręcz teorią spiskową!

Diabeł mówi: "Nie ufaj Bogu! On coś knuje!" dokładnie tak samo, jak niektórzy mówią dziś: "Nie ufaj Żydom, bo oni knują!" Jemu zależy na tym, żebyśmy nie ufali, żeby w naszym sercu gościł lęk, byśmy ufali tylko sobie i na sobie samych zaczęli budować "własny świat". Szatan stworzył teorię spiskową, by - we własnym przekonaniu - "strącić Boga z tronu" i powiedzieć człowiekowi: "Sam możesz zająć to miejsce i wówczas nikt nie będzie tobą manipulował!" To odkrycie przekonuje mnie, że snucie teorii spiskowych i - co znacznie gorsze - wykorzystywanie ich do walki przeciwko bliźnim - ma ścisłe powiązanie z grzechem.

sobota, 1 czerwca 2013

Zmienianie świata zacznij od...

Znam ludzi, którzy byliby zgorszeni widząc chrześcijanina, który przytacza słowa pogańskiego filozofa. Bóg nasz jest jednak Bogiem szczodrym i dając pełnię światła i mądrości tym, którzy należą do Niego, nie żałował ich części także tym, którym nie dane było o Nim nawet słyszeć. Być może zresztą w tej myśli Konfucjusza zachował się jakiś cień prawiary, nauk dawanych ludziom jeszcze przed potopem i krótko po nim? O okruchach nauki Boga zachowanych wśród pogan pisał wszak m.in. pastor Don Richardson w swojej książce "Wieczność w ich sercach".

Konfucjusz był poganinem, który nie miał szansy usłyszeć tego, co Bóg mówi przez Proroków, gdyż żył tysiące kilometrów od miejsca, gdzie oni działali i nie należał do ludu, któremu posługiwali. Nie mógł też usłyszeć o Jezusie Chrystusie, gdyż żył pół tysiąca lat wcześniej. Widzę jednak zbieżność tych jego słów z tym, co powiedział nam Jezus:
"Wtedy uczeni i faryzeusze przyprowadzili jakąś kobietę, przyłapaną na cudzołóstwie. Postawili ją pośrodku i powiedzieli Mu: "Nauczycielu, ta kobieta została przyłapana na występku cudzołóstwa.W Prawie Mojżesz kazał nam takie kamienować. A Ty co powiesz?" Mówili to dla poddania Go próbie, by mieć coś do oskarżenia Go. Na to Jezus pochyliwszy się rysował palcem po ziemi. Gdy nie przestawali Go pytać, wyprostował się i rzekł im: "Kto z was bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem". I znowu pochyliwszy się, rysował po ziemi." (Ewangelia Jana 8, 3 - 8)
Potępiając i piętnując innych nie sprawimy, że ten świat stanie się lepszy, że ludzie staną się lepszymi, że ci, którzy czynią źle, nagle pojmą swą niegodziwość i staną się lepszymi. Jeśli - spojrzawszy na tych złych i grzesznych - przyjrzymy się uważnie samym sobie, zobaczymy, że i my dopuszczamy się zła, jesteśmy grzeszni. Bóg chce, byśmy porządkowanie świata zaczęli od własnego serca - byśmy raczej dążyli do własnej doskonałości niż oczekiwali, by inni stali się doskonalsi. To dążenie polega na tym, byśmy słuchali Słowa Bożego i stawali się jak glina w rękach dobrego Garncarza. Ten, który ma moc przemienić nasze serce, chce przez nasze życie objawiać się także innym - by i w nich rozpocząć swe dzieło. Bóg potrzebuje nas, byśmy byli czyści i nieśli światu Jego światło - nie do osądzania innych i nieustannego mówienia o tym, jacy oni są źli. Jeśli zaczniemy od porządkowania własnego serca, jeśli nasze życie będzie się zmieniać - tylko i wyłącznie wówczas możemy mieć dobry wpływ na innych, a świat wokół nas może ulec przemianom.