niedziela, 26 maja 2013

Uwielbienie - nasza najpotężniejsza broń


"Jest coś, czemu diabeł nie potrafi się oprzeć - Głębokiemu uwielbieniu Króla Królów. Jeśli coś przemieni nasze miasta, to nie po prostu toczenie walki słowami, ale najpotężniejsza broń jaką mamy – uwielbienie Boga." Słowa te przeczytałem dzisiaj i, choć nie bardzo wiem kim jest Rony Chavez - mieniący się apostołem i być może będący przedstawicielem "ruchu wiary" i / lub "ewangelii sukcesu (stąd zalecam ostrożność), to jednak z tymi słowami się zgadzam. Nie ma drugiej takiej siły na świecie, jak moc modlitwy, moc uwielbienia. Gdy Bogu oddawana jest chwała, diabeł drży. Gdy Jezus mówi: "...i na tej opoce zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne nie przemogą go" (Ewangelia Mateusza 16, 18), wierzę, że mówi o Kościele zbudowanym na stanowczej wierze, walczącym modlitwą i z całej mocy uwielbiającym Boga. Kościoła trwającego w modlitwie i uwielbieniu, szatan nie jest w stanie zniszczyć. Kościół trwający w modlitwie i uwielbieniu to Kościół idący drogą zwycięstwa.

Tak myślę ja i być może tak - lub podobnie - myślą moi bracia z Poznania, gdzie przed kilku laty narodziła się inicjatywa wspólnej, cyklicznej modlitwy uwielbienia. Gdy po raz pierwszy uczestniczyłem w takim spotkaniu, była to doba uwielbienia - która jednak już dawno temu stała się weekendem uwielbienia. Jest to w zasadzie jedno, wielkie nabożeństwo, w którego organizację i prowadzenie włączają się różne Kościoły i zbory, różne wspólnoty, ludzie różnych wyznań. Tam nikt nikogo nie pyta kim jest - zielonoświątkowcem, baptystą czy katolikiem - a po prostu ludzie stają wspólnie przed Bogiem, by oddawać Mu chwałę.

Ktoś może zapytać: czy Bogu to jest potrzebne? Pewnie niepotrzebne, bo to nie Bóg potrzebuje, byśmy Go uwielbiamy, lecz my tego potrzebujemy, by budować i umacniać swą wiarę. Boga jednak raduje nasze uwielbienie jako wyraz naszej miłości do Niego. "Weekend uwielbienia" jest pięknym czasem, gdy można doświadczyć ożywczych strug żywej wody od Boga, nasycających duszę człowieka. Najcudowniejszym czasem są wieczory i noce (modlitwa trwa bowiem bezustannie), gdy miasto pogrąża się we śnie. Wówczas łatwiej oderwać się od tych naszych codziennych, ziemskich spraw i swoje wszystkie myśli i uczucia skierować ku Bogu, choć z drugiej strony przychodzą chwile, gdy zmęczenie silnie daje o sobie znać.

Doświadczywszy tego piękna czekam już z niecierpliwością na zbliżający się kolejny taki weekend i zachęcam każdego, by się przyłączył do uwielbienia. Jeśli do Poznania macie zbyt daleko - przygotujcie modlitwę u siebie, pomysł nie jest opatentowany! A na koniec dwa krótkie filmy z poprzedniego weekendu na zachętę - przepraszam za słabą jakość nagrania.

Ja a papiestwo i katolicyzm


















W ostatnim okresie ktoś dodał do bloga komentarz, w którym nawołuje mnie do powrotu do Kościoła katolickiego, stwierdzając m.in., że... "nie uznając władzy papieża nie mogę być zbawiony" a moje "nieposłuszeństwo papieżowi jest nieposłuszeństwem wobec samego Chrystusa". Nie jest to pierwszy raz, gdy katolicy próbują mnie przekabacić i zastraszyć (stwierdzając, że "poza Kościołem katolickim nie ma zbawienia" i "na pewno jestem na drodze do piekła") i nie robi to na mnie najmniejszego wrażenia - jeśli już, to działa wprost przeciwnie: zniechęca mnie do katolicyzmu i katolików - staram się jednak nie ulegać temu, gdyż niechęć jest jakby odwracaniem się plecami do ludzi, jest pierwszym krokiem ku pogardzie. Chcę jednak zadać publicznie kilka pytań:

Dlaczego miałbym uznawać papieży? Biblia nie wspomina nam nic o papieżach! Katolicyzm wskazuje na apostoła Piotra jako "pierwszego papieża" i sytuację opisaną w Ewangelii Mateusza 16, 13 - 20, gdy Jezus rzekomo Piotra nazywa "Skałą" i "opoką Kościoła" - o znaczeniu tych słów pisałem w tekście: "Czy Piotr jest skałą?" Apostoł Piotr nie był nawet biskupem Rzymu! Ba! Przez pierwszych kilka stuleci biskupi Rzymu wcale nie sprawowali władzy nad Kościołem powszechnym - jedynie nad swoją diecezją, a ponieważ pierwotnie zachowywano tam zdrową naukę, Rzym wskazywano jako wzór dla innych Kościołów lokalnych (z czego się wzięło błędne przekonanie o jego zwierzchności nad innymi).

Dlaczego miałbym uznawać władzę duchową ludzi, którzy niejednokrotnie dopuszczali się... zbrodni? Uznając obecnego papieża musiałbym uznać wszystkich poprzednich. Tymczasem w ciągu wieków prowadzili oni wojny, zabijali się w walkach o tron papieski, dopuszczali się wielu ohydnych czynów, o których w opracowaniach katolickich nie przeczytamy, ale przeczytać możemy w artykułach i książkach pisanych przez zawodowych historyków i "detektywów" śledzących wydarzenia z dziejów (nie trzeba bowiem być zawodowym historykiem, by mieć wiedzę i pokazywać prawdę o przeszłości!). Nie musimy wierzyć w "czarne legendy", które jedni papieże o drugich tworzyli, lecz same materiały historyczne są szokującymi świadectwami na temat papiestwa!  

Dlaczego miałbym uznawać ludzi, którzy - kierując się pychą uznali siebie za władców tego świata? Papieże rzymscy uznali się za zwierzchników nad królami, za ludzi, którym "Chrystus sam podporządkował cały świat", którzy mają prawo ustanawiać królów i strącać ich z tronu. Gdzie w Biblii znajdujemy taką decyzję Chrystusa? W XX wieku papiestwo się zmieniło, lecz wcześniej żyli oni w przepychu godnym "władców świata", lecz nie będącym naśladowaniem Chrystusa!  Powyżej umieściłem dwa zdjęcia z pierwszej połowy XX wieku - pokazujące , jak żyli papieże przez wieki - a bardzo dla mnie gorszące. Widać na nich przepych cesarski a nie pokorę i prostotę, jakiej uczył Chrystus. Gdybym jednak uznał współczesnych papieży, musiałbym uznać i tych i wbrew własnemu sumieniu uwierzyć, że takie życie wyznaczył im Chrystus!

Dlaczego miałbym uznać autorytet ludzi, którzy nazwali się "namiestnikami Chrystusowymi"? Aby to uczynić najpierw bym musiał uznać, że... Jezus nie żyje, lub nie jest wśród nas obecny. Monarchowie potrzebowali namiestników, by zarządzać odległymi prowincjami swych ziem, gdzie nie mogli sprawować władzy bezpośrednio. Jakże mogę uznawać papieży skoro Jezus nie tylko ich nie wyznaczył, ale powiedział też: "A oto Ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata" (Ewangelia Mateusza 28, 20) - co oznacza, że nie tylko możemy z Nim obcować każdego dnia, lecz także i to, że osobiście sprawuje przywództwo nad Kościołem!

Dlaczego miałbym uznawać słowa papieży jak słowa samego Chrystusa? To, czego nauczał Chrystus, jest dla nas konieczne, byśmy szli doskonałą drogą wiary i zbawienia. Nie potrzebujemy do tego żadnych interpretacji, ani nowych nauk. Wszystko, co dla nas niezbędne, mamy zapisane w Słowie Bożym! Dlaczego miałbym być uczniem papieży, wierząc, że to sam Chrystus do mnie przemawia jeśli mogę być uczniem samego Chrystusa? Czy Jezus gdzieś powiedział, bym był im posłuszny i że ich słowa są Jego słowami? Nie powiedział! Więc posłuszeństwo wobec nich i słuchanie ich nauk nie jest mi do niczego potrzebne.

Katolicy niekatolików proszą często o szacunek dla nich i ich wiary. Szanuję ich i ich prawo do własnych przekonań - nie muszę ich jednak podzielać, bo moje przekonania są odmienne i mam do nich takie samo prawo. Oczekując szacunku dla siebie i swoich przekonań trzeba zacząć od szanowania innych i ich przekonań. Ja nikogo nie zmuszam, by przychodził tu i czytał to, co ja piszę... Jestem otwarty na dyskusję - także o swoich przekonaniach, o wszystkim, co tutaj piszę, lecz proszę by nie próbować mnie katolicyzować na siłę i nie straszyć wiecznym potępieniem za to, że nie chcę być katolikiem. Takie komentarze nie będą dopuszczane!

piątek, 24 maja 2013

Gdy służba staje się... bożkiem

   "Kiedy zaczniecie służyć Bogu, a On zacznie się wami posługiwać, uważajcie, aby nie zrobić sobie bożka z waszej służby. Zachowajcie wrażliwe serce przed Bogiem i nie bądźcie nigdy aż tak zajęci, aby stracić właściwą perspektywę. Mnie samemu kilka razy w życiu się coś takiego zdarzyło, ale Pan zawsze pomagał mi upamiętać się, usuwając mnie ze służby i dając mi czas w więzieniu lub na pustyni. (...)
  Kilka lat po tym, gdy wyjechałem z Chin, zasypywany byłem najróżniejszymi zaproszeniami, aby przemawiać na spotkaniach i konferencjach na całym świecie. W pewnej chwili pozwoliłem sobie zobowiązać się do posługiwania przez 120 dni z rzędu, nieraz trzy albo cztery razy dziennie. W ciągu jednego miesiąca przemawiałem na 160 spotkaniach! Służba zaczęła stawać się bożkiem i zaniedbałem wewnętrzne życie duchowe. Karmiłem lud Boży starymi resztkami, bo świeża woda Ducha Świętego przestała płynąc przez moje życie skutkiem zmęczenia i zabiegania.
  Łatwo jest nam ulec zwiedzeniu, kiedy służbę stawiamy w naszej hierarchii wartości wyżej, niż było to Bożym zamiarem. Nawet kiedy byłem już całkiem wypalony i przekazywałem przeterminowane nauczanie, ludzie przyjmowali to, co mówiłem i dziękowali mi oklaskami, pomimo tego, że działałem poza świeżym namaszczeniem Ducha Świętego. Możemy nieraz sami siebie oszukać, że wszystko jest w porządku, dlatego, że wydaje się, iż ludzie dalej czują się pobłogosławieni przez to, co mamy do powiedzenia." (Brat Yun "Żywa woda", tłum. Magdalena Kwiecień, Wydawnictwo "W Wyłomie", Gorzów Wlkp. 2009, str. 61)

Bóg mówi do człowieka: "Jam jest Pan, Bóg twój, który cię wyprowadził z ziemi egipskiej, z domu niewoli. Nie będziesz miał innych bogów obok mnie" (2. Księga Mojżeszowa - tzw. "Wyjścia" - 20, 2 - 3) Nie znaczy to tylko: jedynie ja jestem Bogiem, i nie ma innego, do żadnego z bożków się nie zwracaj, bo to wymysły ludzi i demony. Znaczy to także: "Ja, Bóg, chcę być dla ciebie zawsze najważniejszy". Przykazanie to dotyczy nie tylko wiary w jednego Boga, lecz również całkowite oddanie się Mu, podporządkowanie, posłuszeństwo, stawianie Boga zawsze na pierwszym miejscu w naszym życiu. "Bożki", o których mowa, mogą się nazywać Kryszna, Budda, Allach lub jeszcze inaczej, lecz czasem nazywają się "praca", "pieniądze", "przyjemności", "wolność", "popularność", "sukces" - jeśli tylko staje się to dla nas równie ważne lub ważniejsze jak Bóg. 

Brat Yun pokazuje coś, co może wydawać się wprost szokujące: że niekiedy nawet służba dla Boga staje się tak ważna dla człowieka, że zatraca się w swej pracy i schodzi w tym samym momencie z Bożej drogi. Brat Yun nie jest jedynym, który się zagubił, lecz dzięki Bogu powracał zawsze na właściwą drogę, podczas gdy inni, zapatrzeni w swą służbę, odchodzą często coraz dalej i dalej. Byśmy byli dla Boga użyteczni, nie wolno nam skupiać się na swojej misji i... żyć tylko nią - życie chrześcijańskie to skupianie się na Bogu i wypełnianie Jego woli. Gdy odnosimy sukcesy, łatwo rośniemy we własnych oczach, zaczynamy pokładać wiarę we własnych możliwościach i Bóg już dłużej nie jest w naszym życiu na pierwszym miejscu... Czy wówczas Bóg nie staje się dla nas jakby... manekinem, którego stroimy we własne nauki, we własną popularność i wystawiamy w witrynie naszego Kościoła, by zachęcić ludzi?  Potrzeba nam spojrzeć na siebie z dystansu, byśmy widzieli kiedy za bardzo "rośniemy". 

Nasza służba powinna być - takie mam skojarzenie - jak góra lodowa - której tylko wierzchołek, 1/8 całości, wystaje ponad wodę, a aż 7/8 jest zanurzone. Te 7/8 to powinno być nasze zwykłe, codzienne życie z Bogiem - niewidoczne dla innych, lecz dające nam siły i świeżość w służbie i pozwalające na zachowanie odpowiednich proporcji. Wszystko, co robimy wśród ludzi ma wartość tylko wówczas, gdy odpowiednio dużo czasu spędzamy sam na sam z Bogiem. Służba wśród ludzi nie jest tym najważniejszym, co w życiu robimy i nie może pochłaniać całego naszego czasu. Nie tylko nie powinniśmy służyć kosztem czasu dla Boga, ale też nie powinniśmy zapominać o naszych potrzebach, zapominać o koniecznym wypoczynku. Gdy pewnego dnia uczniowie wrócili do Jezusa bardzo utrudzeni, On powiedział im: "Wy sami idźcie na osobność, na miejsce ustronne i odpocznijcie nieco. Albowiem tych, co przychodzili i odchodzili, było wielu, tak iż nie mieli nawet czasu, żeby się posilić" (Ewangelia Marka 6, 31). Potrzeba nam pewnej higieny życia - duchowej i psychicznej - bez której nie będziemy dobrymi sługami Ewangelii, łatwo się wypalimy lub odejdziemy od Boga pogrążając się w pysze...

środa, 22 maja 2013

Ku radości... diabła

Kościół katolicki nie ustaje w walce o możliwość zdawania matury z religii i naciska na Rząd, aby taką możliwość wprowdzić. Marek Mendyk, biskup pomocniczy diecezji legnickiej, a zarazem przewodniczący komisji ds. wychowania katolickiego przy Episkopacie Polski żali się na łamach radiomaryjnego "Naszego Dziennika":  "Maturzyści mogą zdawać WOS, chemię, geografię, biologię, ale religii nie. Na pytanie, dlaczego tak się dzieje, nie otrzymujemy odpowiedzi." Ja tymczasem zadaję sobie pytanie o sens tych roszczeń.

Oczywiście, że można uczynić religię przedmiotem, który można zdawać na maturze. Wiedza religijna jest bowiem tak samo wiedzą, jak wiadomości z każdego innego tematu. Teologia i biblistyka są tak samo naukowe, jak inne przedmioty. Ba! Nie ma życia chrześcijańskiego bez badania, poznawania prawdy, bez wiedzy! Choć charakter tych dociekań i źródło mądrości są inne niż nauk "światowych". Czasem utytułowany profesor, przekonany o swej wielkiej wiedzy, może być upokorzony przez człowieka, który choć nie skończył szkół, ma jednak wielką wiarę i spędza wiele czasu nad Słowem Bożym (znam takich!), dzięki czemu posiadł mądrość. Biblia i wiara nie stoją w opozycji do wiedzy, mądrości, nauki - są jej częścią. Jako takie mogą się znaleźć na liście przedmiotów, które można zdawać na maturze - problem w tym, że jest to formalizacja wiary, do której doprowadził Kościół katolicki!

wtorek, 21 maja 2013

Razem dla Jezusa

Kilka dni temu jedna z zaprzyjaźnionych sióstr z Warszawy napisała: "Przyjedziesz na 'Marsz dla Jezusa'?" Wiele dobrego słyszałem o tej inicjatywie - przede wszystkim od tych, którzy uczestniczyli w Marszu w roku ubiegłym i wrócili bardzo zbudowani. Ciągnęła mnie też obecność Grahama Kendricka, który jest (całkiem słusznie!) nazywany "ojcem współczesnego uwielbienia" - jego pieśni słucham od wielu, wielu lat i chyba nie ma zboru czy parafii, gdzie przynajmniej kilka z nich nie było by śpiewanych podczas uwielbienia. Radowała mnie szansa posłuchania Mate.O, Arciego i ponownego spotkania Davida Pierce'a (No Longer Music). Nie byłem jednak pewny czy pojadę i... nie miałem załatwionego noclegu. Odpowiedź była szybka: "może chciałbyś przenocować u nas?" Bóg - jestem bowiem przekonany, że to pochodziło od Niego! - użył jej i jej męża, by przypomnieć mi, że zaprasza mnie na 18 maja do Warszawy!


Wiele osób być może się zastanawia po co w ogóle takie wydarzenia. Czy one mają jakieś znaczenie? Czy mają jakiś sens? Czemu służą? Gdy sam się nad tym zastanawiam, przychodzą mi do głowy słowa popularnej piosenki, którą śpiewaliśmy często, gdy jeszcze byłem młodym katolikiem:
"Idźcie już stąd na ulice
Na place waszych miast! (...)
Idźcie już stąd na ulice,
By rozdawać Mą miłość co dzień!"
Pewnego dnia Jezus powiedział do uczniów takie słowa: "Co mówię wam w ciemności, opowiadajcie w świetle dnia; a co słyszycie na ucho, głoście na dachach" (Ewangelia Mateusza 10, 27). Wówczas posłał ich do Ludu Izraela. Później posłał ich znacznie dalej: "Idźcie tedy i czyńcie uczniami wszystkie narody, chrzcząc je w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, ucząc je przestrzegać wszystkiego, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata" (Ewangelia Mateusza 28, 19 - 20) - lecz te wcześniejsze słowa nie straciły mocy. "Głoście na dachach" z kart Ewangelii to nic innego jak: "Idźcie już stąd na ulice, na place waszych miast" z katolickiej pieśni. Chodzi o to, byśmy wychodzili do ludzi jako świadkowie Jezusa, byśmy głosili Ewangelię, byśmy odważnie wyznawali swą wiarę - tak, by świat nas widział i słyszał. Szliśmy po to, by ogłosić, że Chrystus umarł na krzyżu i poświęcił swoje życie za każdego człowieka, który mieszka w Warszawie i w Polsce.

Prawda jest, że żyjemy w czasach, gdy manifestowanie czegokolwiek mocno spowszedniało i być może sens ma pytanie: czy taka manifestacja cokolwiek zmieni w tym świecie, czy ktokolwiek przejmie się jednym marszem więcej? Jedni chcą praw "należnych" homoseksualistom i transseksualistom, inni chcą obalić Rząd lub po prostu wykrzyczeć swoją krzywdę, kolejni wyrażają nienawiść i pogardę, jeszcze inni chcą tylko pokazać że są i że mają swoje zdanie. Większość walczy o coś, lub przeciwko czemuś (często przeciw komuś). Jedni mają rację, inni jej nie mają; jedne demonstracje służą poprawie życia społecznego, inne są dążeniem do niszczenia społeczeństwa i rodziny... Zbyt wiele może prowadzić do zobojętnienia. Cieszę się jednak, że jest inicjatywa, która tak diametralnie różni się od innych - wnosi w "przestrzeń miasta" nie krzyk i zgorzknienie, nie grzech i rozkład, ale przesłanie dobra i nadziei..

środa, 15 maja 2013

Chrześcijanin a papierosy

"...czy nie wiecie, że ciało wasze jest świątynią Ducha Świętego, który jest w was i którego macie od Boga..." (1. List do Koryntian 6, 19)
Pewnego roku wybrałem się do K. na festiwal piosenki religijnej organizowany przez jedno z katolickich zgromadzeń zakonnych. Jednym z gości festiwalu był znany zespół hip-hopowy, którego członkowie swą twórczością mówią o Jezusie i wierze. Nie przepadam za tym stylem muzyki, ale zdaję sobie sprawę z tego, że ważne jest, by i ją wykorzystywać. Na estradzie było OK: "Jezus, Jezus, Jezus, Jezus...", lecz gdy zespół zszedł z estrady, na zapleczu zapalili papierosy i żartowali na poziomie "spod budki z piwem". Kiedy indziej byłem na koncercie znakomitego skądinąd katolickiego chóru gospel z Austrii - i na estradzie było o Jezusie i zbawieniu, a poza estradą połowę chóru można było zobaczyć z papierosami. Jeden z naszych znakomitych muzyków grywających rock i reggae - nawrócony na katolicyzm - też sobie z tym nałogiem nie potrafi poradzić. Członkowie zespołu, którego nazwę tłumaczy się jako "wspaniały dzień Pana", wywodzący się z jednego z Kościołów ewangelicznych - z którym jednak chyba już nie mają nic wspólnego - również palą (zresztą nie tylko), a na okładce ich płyty pojawiła się paczka papierosów. Szczerze? Wątpię, czy Bóg chce mieć z tym jeszcze coś wspólnego, choć swoją muzykę nazywają "bożą"! Wielu ludzi, którzy mówią, że kochają Jezusa i idą za Jezusem, niestety pali papierosy. Także wielu księży - nie wiem jak się sprawa ma z pastorami, raczej nie zaobserwowałem tego problemu wśród nich, co, rzecz jasna, wcale nie znaczy, że nie istnieje.

Tragedią jest to, że ludzie nie widzą w tym żadnego problemu, że ich usta, którymi wypowiadają słowa modlitwy i uwielbienia, do swego wnętrza wciągają truciznę. Jest to przede wszystkim grzech. Jedno z przykazań mówi: "nie morduj" (zazwyczaj tłumaczone: "nie zabijaj") - co odnosi się nie tylko do postępowania wobec innych, ale także - tak uważam - wobec siebie. Mamy szanować i oszczędzać życie - swoje i innych. Tymczasem regularne palenie to "samobójstwo na raty". Gdzieś przeczytałem, że wypalony raz na jakiś czas papieros nie szkodzi i że nie jest to grzech. Może tak, może nie, ale mi przypomina to jakby raz na jakiś czas sięgnąć po pornografię, albo narkotyki - można to tak samo tłumaczyć. Jest to otwieranie drzwi duszy diabłu, który kryje w uzależnieniach. Palenie tytoniu jest także antyświadectwem. Gdy widzę kogoś z papierosem, nie widzę w nim chrześcijanina, tylko palacza, ofiarę nałogu, człowieka zniewolonego - a każde zniewolenie jest diabelstwem. Wszystko, co nas niewoli pochodzi od diabła, a dym papierosa jest dla niego "kadzidłem".

Słowo Boże nie mówi nic o paleniu papierosów - z tego prostego powodu, że w czasach, gdy powstawało, nałóg ten nie był rozpowszechniony w naszej części świata. Lecz równocześnie przestrzega nas: "Od wszelkiego rodzaju zła trzymajcie się z dala" (1. List do Tesaloniczan 5, 22 - przekład dosłowny EIB), co katoliccy tłumacze bardzo pięknie (i podobnie do przekładu zwanego "Biblią Gdańską") przełożyli: "Unikajcie wszystkiego, co ma choćby pozór zła". Czy papierosy są dobre czy złe? Jaki mają wpływ na ludzi? Czyż to, co zanieczyszcza, zabija i niewoli duszę człowieka nie jest złem? A tak właśnie działają na człowieka papierosy - nikotyna i inne substancje w nich zawarte. Jeśli ktoś ma wątpliwości, czy da się pogodzić palenie z wiarą, niech uczciwie sam przed sobą odpowie na pytanie: czy Jezus zapaliłby papierosa? Albo: czy gdyby Jezus stanął przy nim fizycznie, czy zapaliłby w Jego obecności lub poczęstował by Go papierosem? Myślę, że dla wierzącego człowieka samo wyobrażenie Jezusa palącego papierosy jest... obrzydliwe. Skoro nasze ciało jest "świątynią Ducha Świętego" - jak mówi Słowo Boże (choć słowa te padają w kontekście nierządu, to można je tak samo użyć w związku z wszystkim, co kala człowieka) - to naszą powinnością jest dbać o czystość w niej, bo Bóg nie czuje się dobrze wśród brudu.

poniedziałek, 13 maja 2013

W rocznicę wydarzeń w Fatimie








To moje - przyznam, że nieco prowokacyjne - pytanie do katolików na dzisiejszy dzień. Jest ono przede wszystkim wynikiem dyskusji w jednej z grup na Facebooku, gdzie przypomniano, że właśnie dzisiaj przypada rocznica pierwszego zjawienia się rzekomej "Maryi" w portugalskiej wiosce Fatima. O tym objawieniu - a także o objawieniach w La Salette i Lourdes - pisałem w ujęciu ewangelicznym w tekście "Nie znalazłem tam Boga". Grupa, na której rozgorzała dyskusja, założona została przez katolików. Szanując ich, pozwoliliśmy sobie jednak - jako obecni tam również chrześcijanie ewangeliczni - wypowiedzieć swoje zdanie. Post, w którym jeden z Braci podlinkował film konfrontujący objawienia w Fatimie (i kult maryjny w ogóle) z Biblią, został - niestety - bardzo szybko usunięty, choć film nie zawierał nic innego, jak czyste Słowo Boże. Moje wypowiedzi jakoś jeszcze przetrwały, choć dowiedziałem się, że to, co głoszę to "herezja", którą powinienem porzucić, że "piszę brednie" (napisałem, że objawienia są fałszywe a ze względu na kult maryjny i inne praktyki wielu ludzi odchodzi z Kościoła katolickiego) i że... Szatan "dał o sobie znać" w moich (między innymi) wpisach. Argumentów biblijnych przeciwko moim twierdzeniom nie spotkałem. :) Natomiast obawiając się usunięcia całkowicie biblijnych wniosków, choć niezgodnych z przekonaniami katolików, z tej dyskusji, pragnę ocalić najważniejsze moim zdaniem własne przemyślenia przemyślenia.

Kościół katolicki uznał objawienia "Maryi" w Fatimie za nie będące w sprzeczności z doktryną katolicką - co dla katolików oznacza de facto: "Roma locuta, causa finita" ("Rzym przemówił, sprawa zakończona") i ucina wszelkie dyskusje na temat prawdziwości objawień czy ich źródła. W tym momencie nawet jeśli treść objawień czy sam ich charakter jest sprzeczny z Biblią, za decydujący uznaje się "głos Rzymu", głos papieża. Staje się to po prostu "prawdą", z którą "nie należy polemizować" a argumenty przeciwko bywają traktowane jako "atak na wiarę". Wcale nie jestem zaskoczony tym, że wątpliwości odnośnie objawień są traktowane jako "herezja" i "głos Szatana", pomimo, że żadne zasady Kościoła katolickiego nie narzucają wiary w objawienia, ani nie zakazują radykalnego odrzucenia objawień. Według oficjalnej nauki Kościoła katolickiego objawienia maryjne i ich treść nie są obowiązującą nauką i praktyką - Kościół katolicki zatwierdza jedynie możliwość uczestniczenia w tym i głoszenia przesłań zawartych w objawieniach przez katolików. Oczywiście są dogmaty maryjne - z gruntu antybiblijne - ale wielu katolików całość kultu maryjnego traktuje, jakby był on obwarowany dogmatami. W katolicyzmie ludzie są "wychowywani" w kulcie maryjnym, lecz nawet jeśli przyjrzymy się oficjalnej doktrynie, odrzucanie tego nie jest niczym niewłaściwym. Ta postawa katolików bardzo utrudnia dialog i przedarcie się z prawdami ewangelicznymi.

Odwaga zawierzenia

"Potem usłyszałem głos Pana, który rzekł: Kogo poślę? I kto tam pójdzie? Tedy odpowiedziałem: Oto jestem, poślij mnie!" (Izajasza 6, 8)
Znajomy pastor pewnego dnia mówił kazanie na temat wypełniania woli Boga. Zwrócił uwagę na to, że wielu ludzi teoretycznie jest oddanych Bogu, lecz gdy Bóg czegoś od nich chce, okazuje się, że ich gotowość służby kończy się na owym "teoretycznie". Swoją postawą zdają się mówić: "Oto ja, poślij kogoś innego!" 

To kazanie sprzed kilku lat przypomniało mi się, gdy czytam historię pewnej misjonarki, którą Bóg powołał do dalekiego kraju. Jej matka prowadziła grupę wspierającą misjonarzy przy lokalnym kościele. Gdy dowiedziała się, co planuje jej córka - choć tak naprawdę był to plan Boga dla jej życia - powiedziała krótko: "Po moim trupie! Ludzie mieliby dawać pieniądze na moją córkę? Taka hańba!" Jej oddanie dla spraw misji też było teoretyczne. Jezus mówi "Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało. Proście więc Pana żniwa, aby wysłał robotników na żniwo swoje" (Łukasza 10, 2) i ludzie, którzy modlą się o szerzenie Ewangelii, modlą się o tych robotników. Ta kobieta pewnie też się modliła pamiętając o tych słowach. Może modliła się tak: "Panie, poślij robotników na żniwo swoje, ale nie moją córkę! Poślij kogoś innego"? "Po moim trupie!" - krzyczała na swą córkę - i Bóg może potraktował te słowa poważnie, gdyż zabrał ją ze świata (zmarła na raka), gdy jej córkę przygotowywał do wyjazdu na misję w koledżu biblijnym. Na szczęście w ostatnich chwilach życia zrozumiała ona swój błąd.

Jest różnica pomiędzy wiarą w Boga a zawierzeniem Bogu. Wielu ludzi wierzy w Boga, ale ilu z nich jest gotowych służyć Mu wiernie bez względu na wszystko? Ilu jest gotowych poświęcić wszystko? Dajmy na to: masz dobrą pracę, willę i piękny samochód, a Bóg mówi Tobie pewnego dnia: "Potrzebuję ciebie w Afryce! Sprzedaj to, co masz i jedź głosić Ewangelię!" Co uczynisz? Czy odpowiesz Panu: "Oto jestem, poślij mnie!" czy też zaczniesz szukać wykrętów? A jeśli Bóg poprosi o twoje dziecko? Gdy czytałem o problemie tej młodej misjonarki z matką, przyszło mi do głowy, że Abraham nie dyskutował z Bogiem, gdy Pan powiedział, by poświęcił dla niego swego syna, Izaaka. Oczywiście śmierć to co innego, niż posłanie gdzieś daleko w świat - choć wielu misjonarzy oddawało także swe życie w sensie bardziej dosłownym - ale myślę, że jest pewna analogia. Abraham tak umiłował Boga, że nie odmówił Panu nawet własnego dziecka. Co uczynisz, usłyszawszy głos Boga? Każdy z nas powinien spojrzeć wgłąb siebie i postawić sobie pytanie: czy ja mam odwagę zawsze pełnić wolę Boga? Boże wezwanie to dla człowieka test, czy w jego sercu jest najgłębsza wiara...

niedziela, 12 maja 2013

Nie strój ma nas wyróżniać...

"Baczcie też, byście pobożności swojej nie wynosili przed ludźmi, aby was widziano; inaczej nie będziecie mieli zapłaty u Ojca waszego, który jest w niebie" (Ewangelia Mateusza 6, 1)
Nie powinniśmy nigdy i w żaden sposób ostentacyjnie obnosić się ze swoją wiarą. Chodzi, oczywiście, przede wszystkim o "postawę ducha" - o to, byśmy nie praktykowali religii na pokaz. Pouczenie to jednak przyszło mi na myśl, gdy przyglądałem się pierwszemu z powyższych zdjęć. Nie mam nic do osoby, która na nim widnieje, lecz mam wątpliwości co do systemu wierzeń, w którym ludzie zostali podzieleni na "duchowieństwo" - co przez wieki uznawano za "doskonalszą drogę życia", związaną z większą (rzekomo) pobożnością i dającą (również rzekomo tylko) większe szanse na zbawienie -  i "świeckich" i ustalonej w nim odmienności ubioru...

Nasza wiara powinna mieć odzwierciedlenie w naszych słowach i postawie życiowej. Nie powinniśmy jednak nosić specjalnych strojów, ani wielkich krzyży, które by podkreślały naszą pobożność lub odróżniały od innych jako szczególną grupę ludzi. Powinna nas cechować skromność ubioru, nie jego odmienność czy dziwaczność. Apostołowie nie ubierali się inaczej niż inni ludzie... Czy gdziekolwiek w Biblii mamy cokolwiek o stroju poza pouczeniem, by był on skromny, by był w skromności swej uzewnętrznieniem naszej wiary? Bóg nie polecił nam ubierać się inaczej - tak samo, jak nie mówił nic o celibacie i nie polecił ustanawiania zakonów (zgromadzeń zakonnych). Wszystko to są pomysły ludzi - zupełnie wypaczające to, co głosił Jezus Chrystus i jak żyli pierwsi chrześcijanie. 

No właśnie - Jezus... Słowo Boże nie mówi nam, że ubierał się inaczej niż inni ludzie, choć tradycyjnie pokazuje się go w białej tunice. Prawdopodobnie wcale się nie wyróżniał swym ubiorem. Wyróżniało go to, co mówił, jak odnosił się do ludzi i co czynił. Ubieranie się w specjalne szaty wcale nie jest uzewnętrznieniem naśladowania Chrystusa. Nie ma żadnej potrzeby, byśmy odgradzali się od innych - czy to murem klasztoru, czy odmiennością stroju. W zborach ewangelicznych pastorzy rzadko się wyróżniają zewnętrznie spośród innych uczestników zgromadzenia, bo Bóg nie podzielił Kościoła na "kler" i "laikat" i jednych nie postawił bliżej siebie niż innych. Swój autorytet chrześcijanin opiera na Słowie Bożym, nie na "duchownej sukni".

Najwspanialszy cud


Czasami ludzie oczekują cudu, mówiąc do Boga (bez pewności - skoro nie wierzą - czy nie zwracają się do kogoś, kogo nie ma): "Udowodnij mi swoje istnienie, a wówczas mogę w Ciebie uwierzyć"... Czego oczekują? Co gotowi są uznać za cud? Być może uwierzyliby, gdyby na to wezwanie Bóg posłał do nich anioła - choć nie jest pewne, czy nie uznaliby tego za omamy. Być może uwierzyliby, gdyby inwalida odzyskał władzę w nogach. Bóg daje takie znaki. Ale najwspanialszym cudem, jaki Bóg uczynił, największym znakiem Jego istnienia, jest po prostu ten świat - od najmniejszej cząsteczki po wszystkie gwiazdy i najodleglejsze galaktyki. Wszystko, co istnieje, świadczy nam najdobitniej o Bogu! Wszystko funkcjonuje według precyzyjnie określonych zasad... 

Życie jest cudem! By mogło zaistnieć potrzeba tak specyficznych warunków, że ich powstanie nie może być zbiegiem okoliczności. Ten, kto podejmuje trud badania fenomenu życia, odkrywa mechanizmy wewnątrz żywych komórek - roślinnych, zwierzęcych, bądź ludzkich - które umożliwiają życie, umożliwiają funkcjonowanie. Biochemicy mówią o nieredukowalnie złożonych systemach - takich, które nie mogłyby funkcjonować nie będąc w pełni wykształconymi, co oznacza, że nie mogły powstać w procesie ewolucji, a fakt ich istnienia wskazuje, że wszystko, co stworzone i żywe jest dziełem Wyższej Inteligencji. Każda komórka żywego organizmu zawiera w sobie znaki, wskazujące na Stwórcę. I wydawać by się mogło, że przy tak rozwiniętej nauce, przy tak wielkiej wiedzy, jaką już posiedliśmy, istnienie Boga dla człowieka powinno być sprawą oczywistą. A jednak nawet ci, którzy doszli tak daleko w zdobywaniu wiedzy, potrafią powiedzieć: "Boga nie ma! To prawda, że mechanizmy wewnątrzkomórkowe wyglądają na zaprojektowane, a procesy życiowe na zaprogramowane, ale to tylko pozory, bo przecież Boga nie ma. I z pewnością kiedyś uda nam się to jakoś wyjaśnić." 

Dlaczego Bóg ma nam dawać jeszcze jakieś inne dowody swojego istnienia? Ten kto ma otwarte oczy i umysł, może znaleźć je dookoła siebie. Bóg nie kryje się przed nami - przemawia do nas. Bóg mówi do naszego serca - jego głos dociera do nas często w formie przekazu myśli, ale znane są też przypadki, gdy ludzie słyszeli go na własne uszy. Przemawia do nas także poprzez obrazy, poprzez to, co możemy zobaczyć. Przemawia do nas także poprzez to, co jesteśmy w stanie zbadać. A jednak tak wielu ludzi, pomimo tak oczywistych znaków, odrzuca istnienie Boga - a niektórzy z nich uważają się za mądrzejszych, a tych, którzy wierzą i właściwie odczytują znaki (także te zapisane w komórkach żywych organizmów) uważają za głupców, z którymi nie warto rozmawiać. Uważają się za mądrych a zgłupieli i oślepli, z powodu ciemności, jaka opanowała ich serce.

"Święty z Birmy"

Choć Janet i Geoff Benge nie są mistrzami literackimi - zostali nauczeni jak pisać książki tak, by cieszyły się popularnością i dobrze sprzedawały - są bez wątpienia dobrymi rzemieślnikami. Wykonują też pożyteczną pracę dla Królestwa Niebieskiego, popularyzując wzorce chrześcijańskiej postawy i działalność misyjną. Gdyby nie oni i ich książki, nie miałbym pewnie szansy poznać wielu poruszających historii i wielu fascynujących postaci - często u nas w Polsce w ogóle nie znanych. Jednym z tych, których poznałem wyłącznie dzięki nim, jest Adoniram Judson, któremu Bóg położył na sercu służbę w dalekim i egzotycznym kraju, jakim jest Birma (także: Mjanma lub Myanmar).

Adoniram urodził się 9 sierpnia 1788 roku w Malden (Massachusetts, USA), jako syn pastora Kościoła kongregacjonalistycznego, po którym otrzymał imię. Już w dzieciństwie wykazywał ponadprzeciętną inteligencję i zdolności. Gdy podjął studia w College of Rhode Island & Providence Plantations (obecnie: Uniwersytet Brown) wyniki egzaminów miał tak znakomite, że przyjęty został od razu na drugi rok studiów. Marzeniem ojca było, by syn poszedł w jego ślady i został pastorem - jednak w trakcie studiów odszedł on od wiary chrześcijańskiej, przyjmując filozofię deistyczną, a po ich zakończeniu podjął pracę nauczyciela. Szczęśliwie Bóg nie pozwolił mu żyć zbyt długo w duchowej ciemności - stawiając na jego drodze ludzi, dzięki którym na nowo uwierzył i podjął studia teologiczne w Andover Theological Seminary pod kierunkiem doktora Griffina. Odżyły wówczas marzenia jego ojca, by syn został pastorem i miał on szansę zacząć karierę duchownego u boku swego mentora, jako pastor - asystent w największym zborze w Bostonie. Bóg jednak już wówczas wskazał mu inną, trudną i niebezpieczną drogę - do Birmy, gdzie była pilna potrzeba zwiastowania Słowa Bożego i przede wszystkim dokonania przekładu Biblii na trudny, birmański język. Podstawowym problemem był jednak fakt, że w całych Stanach Zjednoczonych nie działała żadna organizacja wysyłająca misjonarzy - trzeba więc było zacząć pracę od jej stworzenia, więc Adoniram, wraz z przyjaciółmi, powołali do życia American Board of Commissioners for Foreign Missions. Problemem były też pieniądze - Amerykanie nie poczuwali się zbytnio do wsparcia misyjnych inicjatyw - lecz i ten problem Bóg rozwiązał i w roku 1812 Adoniram, z żoną Ann i grupą misjonarzy wyruszył do Birmy.

Adoniram & Ann Judson

sobota, 11 maja 2013

Prawda o znakach i cudach w "Ruchu Wiary"

Interesujący materiał na temat poważnych nadużyć o zwiedzenia w Kościele. Ewangeliczna ocena paplaniny pseudoewangelistów neocharyzmatycznych. Ludzie, o których mowa w filmie, niestety także w naszym kraju mają coraz większe grono zagorzałych zwolenników. O ich poczynaniach i naukach nie pozwala się czasem powiedzieć ani słowa krytyki, a ten, kto się na to odważa ryzykuje wybuchem poważnego konfliktu, "odsądzeniem od czci i wiary", posądzeniem o bycie pod wpływem diabła lub nazwanie... przeciwnikiem Chrystusa. Tego wielokrotnie doświadczyłem osobiście. 

Jezus mówi: "Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w odzieniu owczym, wewnątrz zaś są wilkami drapieżnymi!" (Ewangelia Mateusza 7, 15) Można to rozwinąć: strzeżecie się fałszywych proroków i nie słuchajcie ich nauk. Jezus mówi także: "Baczcie, żeby was kto nie zwiódł.  Albowiem wielu przyjdzie w imieniu moim, mówiąc: Jam jest Chrystus, i wielu zwiodą. (...)  I powstanie wielu fałszywych proroków, i zwiodą wielu" (Ewangelia Mateusza 24, 4 - 5 i 11). By strzec swojej duszy, musimy dobrze znać Słowo Boże i w nim szukać prawdy - poprzez nie "filtrować" nauki głoszone przez ludzi. Film pokazuje, że praktyki i nauki charyzmańskie - coraz szerzej rozchodzące się po świecie - nie wytrzymują próby weryfikacji przez Słowo Boże. Bardzo polecam!


piątek, 10 maja 2013

Więcej niż "nie kradnij"

"Nie kradnij. (...) Nie pożądaj (...) żadnej rzeczy, która należy do bliźniego twego." (2. Księga Mojżeszowa - tzw. "Wyjścia" - 20, 15 i 17)
Te przykazania, choć są osobne, to jednak są blisko ze sobą powiązane i nawzajem się uzupełniają. Są częścią Prawa danego przed wiekami - reguł, które pomagają nam rozpoznać jak bardzo odstajemy od moralnego pionu. Jezus, gdy przyszedł, uczył nas, byśmy szerzej rozumieli to, co w przykazaniach jest zawarte: nie będziesz zabijał (mordował) poszerzył o gniew i nienawiść, a nie będziesz cudzołożył o patrzenie na kobietę z pożądliwością (Ewangelia Mateusza 5, 21 - 22 i 27 - 28) Uważam, że w każdym przykazaniu powinniśmy szukać podobnie głębszego zrozumienia problemu, do którego się odnosi. Jak szerzej możemy zrozumieć to przykazanie? Przecież wydaje się to niemożliwe, bo słowa te mają oczywiste znaczenie - ale czy te przykazania, do których odniósł się Jezus są mniej zrozumiałe?

W ostatnich dniach poruszyła mnie do głębi postawa pewnego człowieka, brata Józefa Żuka. Pragnę, byście i wy mogli rozważyć wraz ze mną to niezwykłe świadectwo wiary.
"Józef nigdy nie wyciągnął ręki po to, co nie było jego. Pogardzał kradzieżami, szwindlami i kombinatorstwem. Drażniło to jego kolegów z pracy. Nieraz mu wytykali:
- No co ty, Żuk, nie wygłupiaj się! Znalezione nie kradzione.
Śmieszyło go to powiedzonko. Jak to nie kradzione? Nie jest twoje, to nie bierz. Dlaczego uczciwy człowiek miałby sięgać po rzeczy, które nie były jego?
Czasami robotnicy pegeeru wystawiali go na próbę. Umyślnie podkładali jakieś pieniądze, zegarek. Chcieli sprawdzić, z jakiej gliny jest ulepiony, czy faktycznie żyje tak, jak mówi? Gdy nie dał się złapać na przynętę, podpuszczali go:
- A co to?
Na to odpowiadał:
- Nie wiem. To nie moje.
- No co ty, Żuk, nie wygłupiaj się. Nie weźmiesz? Przecież nikt nie widzi. Bierz!
- Dlaczego miałbym brać, jeśli to nie moje? Nie ważne czyje to jest, ważne, że nie moje, a jeśli nie moje, to nie będę sobie tego przywłaszczał."
(Andrzej Mytych, "Krawiec, kaznodzieja, przemytnik", Instytut Wydawniczy "Compassion", Szczecin 2013, str. 140 - 141)

Po przeczytaniu tej historii zacząłem się zastanawiać nad tym, jak głębiej mógłbym zrozumieć przykazanie "Nie będziesz kradł". Kradzież - to jasne - jest wówczas, gdy sięgasz do czyjejś kieszeni - i tak określi to i Biblia i policjant. Jeśli przeniesiemy to, co mówił Jezus o mordowaniu i cudzołóstwie na kwestię kradzieży - łatwo zrozumiemy, że nawet myśl, by sobie przywłaszczyć coś, co należy do naszego bliźniego, jest takim samym grzechem, jak sam uczynek. Jednak spokoju nie dawały mi słowa "znalezione nie kradzione" - jakże popularna "mądrość ludowa". Jestem świadomy tego, że w tej historii chodziło o przedmioty położone przez kogoś, lecz Bóg (wierzę w to) dał mi myśl, że słowa: "Nie pożądaj (...) żadnej rzeczy, która należy do bliźniego twego" można odnieść także do sytuacji, w której trudno użyć określenia "kradzież", np. do przedmiotów przez kogoś zgubionych.

Jeśli coś zgubiłeś, a ktoś to podniósł i traktuje już jak swoje, dla policjanta sprawa nie jest już tak oczywista. Policjant widzi różnicę pomiędzy tym, że ktoś tobie, na przykład, wyciągnął telefon z kieszeni, a tym, że on ci wypadł, a ktoś go podniósł, włożył do własnej i uznał za swoją własność (bo "znalezione nie kradzione"). Bóg postrzega to jednak inaczej i uczy nas uczciwości. Oczekuje od nas, byśmy dążyli do doskonałości moralnej. Świat (a tak naprawdę diabeł!) mówi: "Trafiła ci się świetna okazja!" - Bóg mówi: "Nie czyń tego!" Nie wolno nam sięgać po nieswoje, nawet jeśli ktoś to zgubił - a jeśli sięgamy, czynić to powinniśmy tylko po to, by szukać tego, kto to stracił i zwrócić mu jego własność.

czwartek, 9 maja 2013

Sens modlitwy wg. Karola Maya

"Old Surehand podczas następnych dwóch dni był milczący, zwłaszcza unikał rozmowy ze mną. Domyślałem się, że walczy ze sobą, czy ma być wobec mnie szczery, czy też dalej ukrywać swoją tajemnicę. Nie próbowałem wpływać na niego. Był mężczyzną, musiał więc sam dać sobie z tym radę. Widać jednak nasza ostatnia rozmowa nie dawała mu spokoju, bo kiedy jechał przez krótki czas obok mnie, zapytał: 
- Czy obraziłem was podczas naszej rozmowy w 'parku'?
- Nie - odrzekłem. - Szukacie prawdy i walczycie o nią. Pozwólcie, że zapytam was o jedną rzecz: Czy modlicie się codziennie?
- Już bardzo dawno tego nie czyniłem.
- A więc zacznijcie teraz na nowo! Modlitwa wiele może zdziałać, jeśli płynie z serca. Chrystus powiada: 'Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam.' Dziecko o swoich pragnieniach mówi ojcu. Czyż dziecię ziemskie nie powinno okazać w ten sposób ufności Ojcu Niebieskiemu? Czy Ojciec nie wysłucha prośby syna, jeśli może ją spełnić? A czyż miłość i wszechmoc Boga nie stoi nieskończenie wyżej od miłości i mocy ludzkiej?" (Karol May, "Old Surehand" w przekładzie z 1910 r. wydawnictwa "Przez Lądy i Morza", Instytut Wydawniczy "Nasza Księgarnia" 1991 r., t. 2, str. 391 - 392).

Skandale a postawa chrześcijańska

Boli mnie ta sprawa - ogromnie boli! Pisałem o niej, gdy jeszcze nie było o tym tak głośno, w tekście "Na ratunek tonącym". Poczułem ból, gdy na pierwszej stronie pewnego plotkarskiego pisma, które zajmuje się niemal wyłącznie podkopywaniem Kościoła katolickiego (przy tym nie zawsze przejmującemu się czymś takim jak prawda), zobaczyłem jego zdjęcie - tak przygotowane, by teoretycznie opublikowanie go było zgodne z prawem, lecz by pozwalało rozpoznać człowieka - z napisanym znacznych rozmiarów czcionką słowem "pedofil". Tego mogłem się spodziewać. Jednak gdy dokładnie tak samo postąpiła jedna ze znanych gazet - tego już nie potrafię zrozumieć.

Oczywistym złem jest według mnie milczenie i "zamiatanie śmieci pod dywan", ale czy lepsze od tego jest robienie skandalu - rozdmuchiwanie sprawy tylko po to, by... sprzedać więcej gazet? Moim zdaniem podawanie wiadomości w formie: "SKANDAL! SKANDAL!" nie rozwiązuje problemów - "atmosfera skandalu" jest wysoce szkodliwa i destrukcyjna. Z taką pierwszą stroną pewnie uda się podnieść (jednorazowo) poziom sprzedaży, ale... czy uda się coś zmienić? A myślę, że celem każdego człowieka - zwłaszcza celem dziennikarzy - powinno być zmienianie świata na lepsze.

Nie twierdzę przy tym, że ksiądz ten jest niewinny - lecz zbyt szybko też pada zarzut: "pedofil". Nie wiadomo co się stało i nie wiadomo dlaczego, a to słowo "stygmatyzuje". Już wydano na niego medialny "wyrok" - bez prawa do obrony! Owszem, ksiądz ten ma już postawione zarzuty, ale sprawa sądowa jeszcze się nie odbyła, a w związku z tym... nie orzeczono jeszcze jego winy. Media czynią to, niestety, w zastępstwie sądu! Pomyślmy... Czasem, choć nieczęsto, nawet najbardziej "oczywiste" sprawy - gdy wszystko zdaje się wskazywać na winę człowieka - kończą się w najbardziej zaskakujący sposób. Podstawowa zasada: dopóki nie udowodni się winy, człowiek nie może być uznawany za winnego, a co najwyżej podejrzanego! A gdyby ów ksiądz (załóżmy) okazał się... niewinny? Czy ci, którzy już wydali na niego wyrok w plotkach i artykułach, ogłosiliby jego niewinność w podobny sposób, jak współtworzyli skandal? Czy ogłosiliby to jako "wielką nowinę"? Nie wierzę w to! Bo takie informacje się "nie sprzedają" - takie wieści podaje się co najwyżej drobnym drukiem, na którejś z kolejnych stron. Bo, niestety, tylko "skandal" się dobrze sprzedaje. Albo co zrobią media - jeśli okaże się, że niesłusznie obwiniono człowieka - by ludzie zapomnieli o sprawie i by taki człowiek mógł żyć tak, jak przedtem? Czy będzie ich obchodzić jego los?

Jako doświadczony dziennikarz nie zgodziłbym się napisać o takich sprawach w formie: "Ale skandal!" Na pewno bym nie chciał, by był to tekst "na pierwszą stronę" i jeszcze tak krzykliwie zapowiedziany. Jeśli już miałbym się taką sprawą zająć, musiałoby to być przekazywane po chrześcijańsku - nie jako oskarżenie, a na pewno nie jako werdykt, lecz z jak najgłębszą analizą problemu i próbą poszukiwania rozwiązań. Nie powinno się problemów ukrywać, lecz szukać rozwiązań. Najważniejszym jest to, by czynić ten świat lepszym i unikać wszystkiego, co szkodliwe - a rozpowszechnianie skandali, koncentrowanie się na tym, co złe, jest wysoce szkodliwe. Niestety, od dawna widzę, że nasze media idą w drugą stronę. Nie powinniśmy przemilczać zła - ale ważniejsze jest czynienie dobra! Nie wolno nam lekceważyć zła, ale to tym, co dobre i pożyteczne powinniśmy się zajmować. Nie wolno nam lekceważyć zła, lecz naszą odpowiedzią na zło powinna być modlitwa.

wtorek, 7 maja 2013

Dlaczego rodzimy się? Dlaczego umieramy?

Sadhu Sundar Singh
Te pytania: "Jaki sens ma życie? Dlaczego rodzimy się i dlaczego umieramy? Jaki jest tego cel?" nie dają spokoju wielu ludziom z różnych kultur. Ja też nie jestem od nich wolny. W zasadzie stawianie ich jest przejawem inteligencji - jest skutkiem myślenia i poszukiwań, pragnienia zrozumienia a przynajmniej poznania prawdy. Gdy się nad tym zastanawiam, stwierdzam, że... nawet Biblia nie daje nam na te pytania odpowiedzi. Choć podaje nam powód umierania - stwierdza, że umieranie jest skutkiem grzechu - nie określa powodu, dla którego w ogóle istniejemy. W rzeczywistości nie pozostaje nic innego, jak tylko zaufać Bogu, wierząc, że On wie, co czyni.

Sadhu Sundar Singh (1889 - 1929), wielki chrześcijański mistyk z Indii, również musiał się zmierzyć z tym tematem. Gdy podczas jednej ze swych misyjnych podróży przemierzał południe kraju, zatrzymał się na dłuższy odpoczynek w pewnej miejscowości...

"Gdy okoliczni mieszkańcy dowiedzieli się, że Sundar przebywa niedaleko, zaczęli odwiedzać jego dom. Niektórzy stawiali mu pytania, a inni chcieli go po prostu zobaczyć. Jednym z gości był sędzia. Był czymś bardzo zmartwiony, więc Sundar zaprosił go, by usiadł z nim w ogrodzie. Gdy zaczęli rozmawiać, sędzia powiedział:
- Sadhu, szanuję twój czas, dlatego nie chcę zabierać go zbyt wiele. Przez całe życie badałem różne religie i widzę jeden problem, którego żadna z nich nie rozwiązuje. Chciałbym usłyszeć twoją opinię na ten temat.
- Powiedz mi, jakie jest twoje pytanie, a ja powiem ci, czy mój Pan, Jezus Chrystus, dał mi jakieś światło na ten temat.
Sędzia mówił dalej:
- Każdego dnia tysiące ludzi rodzi się i tysiące ludzi umiera. Jaką korzyść ma z tego wszystkiego Bóg? Jestem skłonny uznać, że nie ma w tym żadnego znaczenia i że jedynie różne cząsteczki gromadzą się i potem rozpraszają jako jeden z procesów natury.
Sundar myślał przez chwilę, a potem odpowiedział:
- Sahibie, ty jesteś człowiekiem głęboko wykształconym, a ja nie. Nie jestem pewien, czy potrafię zadowalająco odpowiedzieć na twoje pytanie, ale przy pomocy tej odrobiny łaski, jaką dał mi Bóg, spróbuję. Kiedyś przez kilka miesięcy siedziałem na wzgórzu i medytowałem. W dolinie pode mną widziałem dzień po dniu rolników zajętych swoją pracą. Najpierw widziałem, jak orali pola, potem nawozili je. Gdy nadeszły deszcze, zasiewali nasiona. Nasiona wzeszły i wyrosły rośliny. Rolnicy nawadniali je i wyrywali chwasty. Najpierw pojawiły się źdźbła, potem kłosy i ziarna. Gdy zboże dojrzewało, rolnicy chodzili w nocy po polach, pilnując, by prawie dojrzałe ziarna nie zostały zjedzone przez zwierzęta lub ludzi. Potem nadszedł dzień, w którym przestali troszczyć się o zboże. 
Przynieśli kosy i zaczęli ścinać to, nad czym tyle miesięcy troskliwie pracowali. Rośliny mogły spytać: 'Jaka jest korzyść z tego wszystkiego? Dlaczego rolnicy tak dobrze się nami opiekowali, a teraz ścinają'. Ale widzisz, przyjacielu, rośliny nie wiedzą tego, co wiedzą rolnicy. My także możemy nie wiedzieć dlaczego rodzimy się i dlaczego umieramy, ale Bóg to wie.
Sędzia pokiwał głową.
- Dobrze powiedziałeś, Sadhu. Dałeś mi wiele do myślenia.
Tego wieczoru i przez wiele następnych Sundar modlił się, żeby sędzia zrozumiał, że Bóg zna powód, dla którego on się urodził." 
(Janet & Geoff Benge "Sundar Singh - Ślady stóp w Himalajach", tłum. Andrzej Gandecki, Wydawnictwo "Pojednanie", Lublin 2010, str. 102 - 103)

Zastanawia mnie fakt, że Sadhu Sundar Singh - pomimo, że znał doskonale Słowo Boże i był doświadczonym misjonarzem i ewangelistą, człowiekiem cieszącym się ogromnym szacunkiem, słynnym nauczycielem wiary - nie odwołał się do Biblii, lecz do własnych spostrzeżeń, czyniąc z nich coś na kształt przypowieści. Słowo Boże nie mówi nam o wszystkim, lecz o tym, jak mamy żyć, aby się podobać Bogu, o tym, co jest istotne dla naszego życia i naszego zbawienia. Bóg nie uznał za konieczne wyjaśniać nam powodów swego postępowania. Dał jednak niektórym mądrość, by - jeśli trzeba - potrafili powiedzieć dobrze także o tym, o czym Słowo Boże nie mówi wprost. Filozofia - a w historii tej z nią właśnie mamy do czynienia - nie kłóci się z wiarą, jeśli dobrze ją praktykujemy. Zdolność filozofowania została nam dana od Boga, byśmy dokonywali intelektualnych i duchowych odkryć, by ubogacać nasze życie wewnętrzne, naszą wiarę...
"Zaufaj Panu i czyń dobrze, Mieszkaj w kraju i dbaj o wierność! Rozkoszuj się Panem, A da ci, czego życzy sobie serce twoje! Powierz Panu drogę swoją, Zaufaj mu, a On wszystko dobrze uczyni. (...) Zdaj się w milczeniu na Pana i złóż w nim nadzieję..." (Ps. 37, 3 - 7)
Clive Staples Lewis napisał przed laty: "Jedynym celem naszego istnienia jest przyjęcie życia Bożego". Nie sądzę, byśmy byli w stanie zrozumieć sens życia, póki nie zawierzymy go Bogu. W gruncie rzeczy nasze życie nabiera sensu, gdy powierzymy je Bogu - gdy pozwolimy, by On je wypełnił. Prawdopodobnie nie ma jednej, uniwersalnej odpowiedzi dla całej ludzkości na postawione na wstępie pytania, bo dla każdego Bóg ma indywidualny plan - nawet jeśli coś wydaje nam się nie mieć sensu.

Tolerancja a miłość

"Będziesz miłował Pana, Boga swego, z całego serca swego i z całej duszy swojej, i z całej myśli swojej.  To jest największe i pierwsze przykazanie. A drugie podobne temu: Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się cały zakon i prorocy" (Ewangelia Mateusza 22, 37 - 40)
Nużą mnie już internetowe dyskusje z wyznawcami homotolerancji - niemniej czasem zachodzi tzw. "wyższa konieczność", by w wymianę zdań wnieść pozytywny, chrześcijański akcent. Dziś po rz kolejny dowiedziałem się, że my - wierzący - jesteśmy "nietolerancyjni" i "narzucamy innym to, w co wierzymy". Pastor ze Szwecji aresztowany za nazwanie homoseksualizmu grzechem; zakłócanie nabożeństw chrześcijańskich; profanacja katolickiej katedry Notre Dame w Paryżu przez obnażone aktywistki z "Femenu"; nauczanie w szkołach, że homoseksualizm jest tylko "odmienną orientacją" seksualną (przymusowa indoktrynacja dzieci); przymuszenie właścicieli hoteli, by przyjmowali homoseksualne pary wbrew swym chrześcijańskim poglądom; darcie Biblii (jak czyni to pewien znany aktor - homoseksualista); znieważanie ludzi nazywających homoseksualizm grzechem i dewiacją; cenzurowanie wypowiedzi... Jak rozumiem to wszystko odbywa się w ramach "walki z dyskryminacją i nietolerancją"?

Tolerancja polega na tym, że ja mam prawo mówić o grzechu, kto inny ma prawo ignorować to i iść dalej swoją drogą. Tyle, że jej "stacją końcową" jest (co tu dużo mówić) PIEKŁO. Bóg i po to dał ludziom Biblię, by poznali PRAWDĘ i by zostali ostrzeżeni przed konsekwencjami grzechu. My mówimy: homoseksualizm jest grzechem i jest to droga do piekła. Nie mówimy tak - oczywiście - tylko o homoseksualizmie, lecz o wielu różnych problemach, z jakimi boryka się ludzkość. Mówią nam: "powinniście być bardziej tolerancyjni!" a tak naprawdę bycie chrześcijaninem oznacza konieczność bycia tolerancyjnym, nawet więcej: miłującym! Prawdziwy chrześcijanin żyje według bardziej "wyśrubowanych" norm, niż te, które zawierają się w słowach: "powinieneś być tolerancyjny"! Problem w tym, że ludzie nie rozumieją, że kochać drugiego człowieka, oznacza także: zawsze mówić mu PRAWDĘ!

Krawiec, kaznodzieja, przemytnik

"Spieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
zostaną po nich buty i telefon głuchy..."

                                                 (Jan Twardowski) 

Spieszmy się nie tylko kochać ludzi, lecz także poznawać ich i utrwalać ich fascynujące dzieje, bo życie nasze jest krótkie, a wraz z ostatnim tchnieniem odchodzi też wiele fascynujących historii. Bohater tej książki - pastor Cezary Kiewra - wciąż jeszcze żyje, lecz - jak pisze we wstępie bp Mieczysław Czajko, cytując list od autora - w ostatnim czasie, już po napisaniu książki, stracił dużą część pamięci i niewiele brakowało, by niezwykła historia jego życia została stracona na zawsze. Chwalić Pana Boga za to, że w odpowiednim czasie posłał do niego człowieka, któremu dał zdolności i możliwości, by dzieje te spisać.

Być może nie zwróciłbym na tą książkę wcale uwagi, gdyby nie podstrona na stronie autora całkowicie poświęcona książce i zawierająca jej fascynujący fragment. Na stronę tą trafiłem zaś... chyba za sprawą któregoś ze znajomych z Facebooka. Wszystko to, rzecz jasna, "przez przypadek". Martwiłem się już jedynie o możliwość zakupu, lecz okazało się, że nie będzie z tym problemu, gdyż jest dostępna m.in. w mojej ulubionej księgarni "Szaron". Od początku wiedziałem, że będzie to niezwykła historia, a świadomość ta sprawiła, że na przesyłkę czekałem z większą niż zwykle niecierpliwością. Gdy wreszcie przyszła, zacząłem dosłownie pochłaniać dzieje życia pastora Kiewry - tak, iż w ciągu kilku zaledwie godzin, pod moimi palcami przesunęła się połowa jej stron.

Jest to historia zwykłego człowieka, którego życiem Bóg pokierował w niezwykły sposób, by później móc go użyć do wykonania wielkiej pracy dla zbawienia wielu dusz. By dzieło to mogło się zacząć, by Cezary Kiewra poznał Chrystusa, było potrzebne zesłanie co najmniej dwóch osób na Syberię, w jej odległe, północne rejony. Jedną z nich był brat Cezary, drugą zaś rumuński zielonoświątkowy ewangelista i prorok z Bukowiny - Aurel Serafinczan. Historia zesłania Aurela do gułagu w Republice Komijskiej przypomina posłanie Jonasza do Niniwy - Bóg posłał go w miejsce, gdzie każdy inny za nic nie chciałby jechać, w dodatku zapowiadając mu aresztowanie i cel zesłania - że znajdzie tam ludzi, którym jest potrzebny. Tym się jednak Aurel różnił od Jonasza, że przyjął w pokorze wolę Boga i pojechał do katorżniczej pracy, by służyć tym, których Bóg mu powierzył. Czytając tą historię nie da się nie postawić sobie pytania: A jak jest z moim posłuszeństwem Bogu? Czy - znając wszelkie trudy i niebezpieczeństwa jakie są przede mną - zachowałbym się jak Aurel, czy jak Jonasz?

Książka jest niezwykłym dokumentem nie tylko nawrócenia i służby brata Kiewry. Jest niezwykle interesująca także z punktu widzenia badacza lub pasjonata dziejów ojczystych - opisuje cierpienia wskutek wojny (rozbicie rodzin), losy zesłańców, warunki życia, "wędrówkę ludów", gdy polscy repatrianci opuszczali tereny ZSRR, by osiedlić się w Polsce, a także życie społeczności chrześcijańskich (zielonoświątkowych) w okolicach Zgorzelca i Lwówka Śląskiego, gdzie osiedlił się Cezary Kiewra. Poznajemy nie tylko jego życie, lecz także historie jego bliskich - dzięki czemu mamy szerszy i bogatszy obraz wiary i rzeczywistości, w której przyszło im żyć. W książce znajdujemy także opisy nietolerancji i niezrozumienia, z którymi zmagali się w tamtych czasach ewangeliczni chrześcijanie w naszym kraju i prześladowaniach za wiarę.

Książka jest także arcyciekawy dokument o powstaniu i funkcjonowaniu nielegalnego Kościoła, który założył i któremu przewodził w syberyjskim obozie Aurel Serafinczan. Także i te opisy - choć służą przede wszystkim zbudowaniu wierzących - powinny szczególnie zainteresować ludzi zajmujących się historią, ze względu na swą unikalność. Być może w żadnej innej książce o polskich zesłańcach nie znajdziemy takich opisów życia religijnego w sowieckim łagrze, jak właśnie w tej. Te opisy czytałem ze szczególnym wzruszeniem, niemal ze łzami w oczach - w jakże trudnych warunkach Bóg "szlifował diamenty" ludzkich serc. To zadziwiające, jak wielkim błogosławieństwem dla tych ludzi, którzy tam stworzyli Kościół, był pobyt w sowieckim łagrze! Przy tym zbladła nawet historia o przemycaniu Biblii, którą autor promuje swoją książkę!

Nie miałem okazji poznać brata Kierwy osobiście. Może dobry Bóg da jeszcze do tego okazję - póki starczy życia, nadzieja żyje. Nigdy wcześniej nawet o nim nie słyszałem - pierwszy raz dopiero w wiadomości o ukazaniu się książki. Zafascynowała mnie jego historia o przemycaniu Biblii - miałem proste skojarzenie z Bratem Andrzejem, chyba najbardziej znanym przemytnikiem Biblii na świecie. Spodziewałem się opisów "awanturniczych przygód" podczas wypraw z Bibliami - tymczasem przemytowi poświęcono bardzo mało uwagi... Przemyt Biblii to tylko część jego posługi dla Braci i Sióstr ze Wschodu - którym służył jako kaznodzieja, krawiec (żyjąc dla nich ubrania), a przemytnik bardziej "przy okazji", gdyż wiedział, jak wielkie są tam potrzeby a jak trudno zdobyć Biblię. Oczekując opowieści w stylu przygód Brata Andrzeja otrzymałem tak naprawdę dużo, dużo więcej.

Życie brata Cezarego to nie tylko budujące świadectwo wiary i postaw z nią związanych - to także mocna inspiracja, by zaufać Panu tak, jak On, i żyć z Nim na co dzień. To jedna z tych książek, które wnoszą "świeży powiew" w serce i duszę czytelnika - a przynajmniej ja ten powiem silnie odczułem. Choć nie jest do końca doskonała w swej formie - wydaje mi się, że pewne fragmenty można było napisać lepiej, zgrabniej - jest niezwykle ciekawa i tak wciągająca, że trudno się od niej oderwać. Książka trafiła w moje ręce wczoraj, a dziś - pomimo, że liczy pond 200 stron - jest już przeczytana! Sądzę, że jest jedną z najciekawszych książek, jakie w ostatnich miesiącach ukazały się na rynku literatury chrześcijańskiej. I już teraz z niecierpliwością czekam na zapowiadaną przez autora książkę o Aurelu Serafinczanie, wydania której - jak się dowiedziałem - możemy się spodziewać w przyszłym roku.

poniedziałek, 6 maja 2013

Diabeł na linii

Niezwykle rzadko rekomenduję materiały publikowane przez katolików. Tym razem chcę zachęcić do odwiedzenia bardzo ortodoksyjnie katolickiego portalu Fronda.pl. Czynię to ze względu na poruszający artykuł "Zatelefonował do niego szatan". W zasadzie nie jest to artykuł, lecz fragment książki metodystycznego pastora z USA, J. Stephena Conna z "komentarzami redakcyjnymi" autorki serwisu Fronda, ułatwiającymi zrozumienie problemu. Fragment ten pochodzi z blogu autora, gdzie jest dostępny w języku angielskim.

Historia ta pokazuje, że świat duchowy - także obecność demonów - nie jest wymysłem ludzi wierzących. Nie wymyślili ich sobie ci, którzy spisywali Biblię, żeby straszyć ludzi i skłaniać ich do wiary. Choć niewidzialny, jest tak samo realny, jak to, co możemy zobaczyć lub dotknąć. Wielu ludzi żyje w nieświadomości zagrożenia. Jedni nie wierzą w diabła (jemu zaś jest w sumie obojętne czy ludzie w niego wierzą czy nie - on działa niezależnie od tego) inni zaś lekkomyślnie oddają mu swoje życie - jak uczyniła to bohaterka tej historii. Nie brak i takich, którzy nieświadomie narażają siebie samych, lub swe dzieci na niebezpieczeństwo, poprzez kontakt z "nasączonymi" złem produktami popkultury, na co zwraca uwagę tłumaczka tekstu.

Czytając tekst można odnieść wrażenie, że jest to początek "niezłego" horroru (w rzeczywistości gatunek określany "horror" ma zazwyczaj bazę w okultyzmie / satanizmie, więc nie ma czegoś takiego jak "dobry" lub "niezły" horror!) i wielu ludzi gotowych jest uznać tą historię raczej za wytwór wyobraźni pomysłowego autora. Być może zresztą właśnie po to diabłu są horrory, by ukryć przed ludźmi własną aktywność w realnym świecie, by ludzie nie wierzyli w prawdziwe historie o duchowych zniewoleniach? Podejrzewam, że uczynił on siebie postacią z horrorów, by ludzie przestali wierzyć w jego rzeczywistość. Takie manifestacje złego ducha nie zdarzają się często - są raczej niczym "wierzchołek góry lodowej" duchowych problemów - ale, pomimo swej niezwykłości, są naszą rzeczywistością. To tylko jedna z bardzo wielu podobnych historii - ich mnogość a zarazem pewne podobieństwo wydarzeń są mocnym świadectwem autentyczności. To - można powiedzieć NIESTETY - nie powieść, lecz samo ŻYCIE!

sobota, 4 maja 2013

Świątynia, której Bóg pragnie













Trud, który ludzie podejmują, by wznieść jak najwspanialszą świątynię, dla Boga nie ma żadnego znaczenia. Tym bardziej, że przepych (i co za tym idzie kosztowność wykonania) często służy nie większej chwale Boga, lecz większej chwale (pysze) ludzkiej. Ani nie jest to dom Boga - bo Bóg jest wszędzie, i nigdzie nie jest bardziej niż gdzie indziej - ani nas to do Boga nie przybliża. Jezus mówi: "...nadchodzi godzina i teraz jest, kiedy prawdziwi czciciele będą oddawali Ojcu cześć w duchu i w prawdzie; bo i Ojciec takich szuka, którzy by mu tak cześć oddawali" (Ewangelia Jana 4, 23). Jedyna świątynia, na której Bogu zależy, to ludzkie serce, a całe jej piękno i solidna konstrukcja oparte są na modlitwach i poznawaniu - połączonym z wcielaniem w życie - Słowa Bożego, na codziennej społeczności z Panem. Niczego więcej ani Bogu, ani człowiekowi nie potrzeba!

Anna German spotkała Jezusa

TVP zakończyła wczoraj emisję 10-odcinkowego serialu "Anna German". Potrzeba było zaangażowania Rosjan, by Polska przypomniała sobie o swej wielkiej artystce. Rosjanie może słusznie nam wypominają zapomnienie, w jakie popadła. Ale wciąż ma wielu wielbicieli...  Podziwiana była za swój unikalny głos i wielki talent, ale o jej przeżyciach duchowych się nie mówiło i nie pisało. Jej przodkowie byli mennonitami i luteranami, lecz ona sama wychowana była w środowisku adwentystycznym, pod opieką bardzo głęboko wierzącej babci, i choć w swoim życiu się pogubiła, w tej wierze w końcu - pod koniec życia - przyjęła chrzest. Złożona chorobą zaczęła czytać Biblię i głęboko przeżyła spotkanie z Chrystusem. Nie mając już sił, by opuścić dom, poprosiła o przyjazd pastora i została ochrzczona w wannie. Niektórzy z publicystów religijnych zarzucali twórcom serialu pominięcie spraw duchowych. Uczynili to, nie czekając na ostatni jego odcinek, w którym widzimy wzruszające sceny gdy syn Anny przynosi jej do czytania Biblię i gdy pastor udziela jej chrztu. Jezus zwyciężył w jej życiu!

Po raz pierwszy jej duchowe dzieje poznałem kilka lat temu dzięki artykułowi w "Znakach Czasu" - pamiętam, jak bardzo poruszył on moje serce. Z nie mniejszym wzruszeniem obejrzałem teraz film dokumentalny o Annie German przygotowany - a jakże! - przez Rosjan - a upubliczniony w naszym kraju przez adwentystyczny ośrodek medialny "Głos Nadziei". Większość materiału mówi o jej życiu artystycznym, ale być może jest to pierwszy film dokumentalny jej poświęcony, który mówi też o jej nawróceniu, o przeżyciach duchowych. Wiele zyskuje na tym, że wykorzystano w nim także fragmenty pieśni, które układała podczas swojej choroby - a były to pieśni o Bogu. Pragnęła, jeśli wyzdrowieje, śpiewać odtąd dla Boga.


piątek, 3 maja 2013

Nie będziesz miał innych bogów

Przed wiekami Bóg powiedział do Izraela za pośrednictwem Mojżesza: "Nie będziesz miał innych Bogów obok mnie" (Druga Księga Mojżeszowa, tzw. "Wyjścia" 20,3 i Piąta Księga Mojżeszowa, tzw. "Powtórzonego Prawa" 5, 7). I to samo, za pośrednictwem Izraela, przekazuje także nam.

Bóg daje nam to przykazanie, byśmy mieli świadomośc tego, że nie wolno nam czcić fałszywych bożków. Był świadomy tego, że demony podają się za "bogów" i że ludzie mają też tendencję do szukania sobie i tworzenia "bogów". W świetle tego przykazania staje się jasne, że nie można być żydem lub chrześcijaninem i czcić, czy choćby nawet darzyć szacunkiem, inne bożki. Jedna z działajacych w Polsce sekt neopogańskich głosi, że być czcicielem Śwoatowida nie przeszkadza w byciu chrześcijaninem, gdyż to ten sam "bóg", co Bóg Izraela. I to jest kłamstwo szatana! "Rozkazy Pana są słuszne, rozweselają serce, Przykazanie Pana jest jasne, oświeca oczy." (Psalm 19, 9) Owszem - przykazanie Pana jest jasne! Ani  żyd, ani chrześcijanin nie może czcić Kryszny, Allachas, Kali, Zeusa, Re, Artemidy, Swiatowida (Swantewita), Swarożyca czy którekolwiek z pogańskich bóstw - fałszywych "bogów"! To bowiem oznacza odwrócenie się od Boga - Stwórcy! Bóg tego zakazuje!

Ale wydaje sie, że na to przykazanie można spojrzeć także nieco szerzej. Owi "bogowie", których nam czcić nie wolno to nie tylko te rzesze pogańskich bóstw. Czyż nie ma innych jeszcze "bogów"? czyż dla niektórych ludzi "bogami" nie sa takie sprawy, jak: praca, pieniądze, kariera, sława, dobrobyt? Bo i to ma przecież cechy kultowe. Myślę, że i takie "bogi" obejmuje to przykazanie! To także może mieć cechy bałwochwalstwa, gdy te sprawy stają się dla nas priorytetem. Bóg nie chce, abyśmy czcili pogańśkie bożki, ale nie chce też, abyśmy czcili włąsny dobrobyt i sławę. A przynajmniej taka myśl przyszła mi do głowy minionej nocy. Myślę, że warto i pod tym katem spojrzeć na to przykazanie i przemyśleć sobie...

"Konstytucja 3 Maja" a swobody religijne
















Wspominamy dziś ustanowienie tzw. "Konstytucji 3 Maja"... Jesteśmy z niej dumni i jest to najzupełniej słuszne. Zastanawia jednak, że już na początku Ustawy pojawia się zapis o roli religii w życiu Państwa:  "Religią narodową panującą jest i będzie wiara święta rzymska katolicka ze wszystkimi jej prawami; przejście od wiary panującej do jakiegokolwiek wyznania jest zabronione pod karami apostazji. Że zaś taż sama wiara święta przykazuje nam kochać bliźnich naszych, przeto wszystkim ludziom jakiegokolwiek bądź wyznania, pokój w wierze i opiekę rządową winniśmy i dlatego wszelkich obrządków i religii wolność w krajach polskich, podług ustaw krajowych warujemy."  














Zapis ten oburza dziś wielu protestantów, którzy interpretują go jako "ograniczanie swobód religijnych", a swój sąd potępiający Ustawę wydają bez rzetelnej wiedzy o tamtych czasach. Pamiętajmy, że Rzeczpospolita była bardzo szczególnym krajem - słusznie nazywanym "krajem bez stosów". Choć w średniowieczu i u nas działała (niezbyt)Święta Inkwizycja, to jednak w wiekach późniejszych właśnie w naszym kraju swobód religijnych było najwięcej. Reformacja rozkwitała bez większych przeszkód - spora część szlachty poszła za naukami Lutra i Kalwina, a także innych reformatorów, działały znakomite szkoły i drukarnie, z których książki rozchodziły się na całą Europę. I choć pobudowanie zboru wymagało zgody biskupa i podlegało ograniczeniom, nie mamy żadnej wzmianki o tym, by ktoś czuł się dyskryminowany czy prześladowany. Spokojny azyl znaleźli w Polsce także anabaptyści (mennonici), którzy z własnej ojczyzny - Holandii - musieli uchodzić przed terrorem katolickim. Wiele rodzin osiedliło się wokół Gdańska i na Żuławach Wiślanych, przyczyniając się do rozkwitu tego regionu - i choć początkowo nie mogli zamieszkiwać i handlować w samym Gdańsku, to jednak wkrótce i to się zmieniło, a zbór mennonicki w tym mieście podobno założył sam Menno Simmons.

czwartek, 2 maja 2013

Ziemia to nasz dom

Artystyczna wizja terraformacji Marsa
"Potem rzekł Bóg: Uczyńmy człowieka na obraz nasz, podobnego do nas i niech panuje nad rybami morskimi i nad ptactwem niebios, i nad bydłem, i nad całą ziemią, i nad wszelkim płazem pełzającym po ziemi. I stworzył Bóg człowieka na obraz swój. Na obraz Boga stworzył go. Jako mężczyznę i niewiastę stworzył ich. I błogosławił im Bóg, i rzekł do nich Bóg: Rozradzajcie się i rozmnażajcie się, i napełniajcie ziemię, i czyńcie ją sobie poddaną..." (1. Księga Mojżeszowa 1, 26 - 28)
Gdy byłem w wieku szkolnym, byłem rozmiłowany w literaturze i filmach science - fiction. Uwielbiałem zwłaszcza te, które opowiadały o podboju dalekiego kosmosu, kolonizacji obcych, odległych planet, o dzielnych ludziach - pionierach zakładających nowe społeczności. To było naprawdę bardzo przyjemne - dać się nieść na "fali fantazji" twórców. Ale potem trzeba było "wrócić na Ziemię". No, nie tak zupełnie, gdyż zafascynowany s-f, zainteresowałem się wkrótce także ufologią - i to tak radykalnie, że doprowadziło to do poważnych problemy natury duchowej - przyjmując wiarę, że inne planety zamieszkują przedstawiciele obcych cywilizacji, inne inteligentne istoty, które także odwiedzają Ziemię. Ufologia wyparła praktycznie wiarę w Boga, a później wiara w Boga wyparła z powrotem ufologię - choć ze zdziwieniem potem odkryłem, że o życiu na innych planetach mówią w swych naukach Adwentyści Dnia Siódmego, w dziwny sposób interpretując niektóre zapisy biblijne.

Dziś - może się tak wydawać - żyjemy w czasach, gdy wszystko staje się możliwe. W 1969 roku wyprawa NASA dotarła do księżyca a w roku 2012 pierwszy bezzałogowy pojazd wylądował na Marsie. I odżyły marzenia ludzkości o kolonizacji innych planet. Niedawno nasze media podały informację o ambitnych planach holenderskiego prywatnego przedsiębiorcy Basa Lansdorpa i stworzonego przez niego ambitnego projektu Mars One, którego celem jest najpierw umieszczenie w roku 2016 na orbicie Marsa sztucznego satelity, a w roku 2023 wysłanie czterech pierwszych kolonistów. Informację podano w związku z trwającym naborem ochotników - których podobno jest już ponad 10.000, choć projekt zakłada lot tylko w jedną stronę, bez możliwości powrotu. Ku mojemu zdumieniu o sprawie napisał nawet jeden z polskich portali chrześcijańskich, co zdecydowałem się skomentować żartem: "Zapewne właśnie odkryto życie na Marsie a ta czwórka wybiera się tam jako misjonarze, żeby przetłumaczyć Biblię na marsjański, skoro o tym informujecie?" ponieważ tak naprawdę z punktu widzenia chrześcijańskiego sprawa ta nie jest wcale istotna. Są jednak podstawy - zarówno naukowe, jak i biblijne, by wątpić, czy kiedykolwiek opuścimy ziemię.

środa, 1 maja 2013

Prawdziwa modlitwa


Tak często prosimy Boga o rzeczy, których wcale nie potrzebujemy, lub które są dla nas zgoła szkodliwe. Czasem też traktujemy Bogajak usługodawcę, a w modlitwie przedstawiamy naszą 'listę zamówień". Oczekujemy, że spełni to, o co prosiliśmy. I przeżywamy wielki zawód, gdy sądzimy, że nie wysłuchał naszej modlitwy, bo na nią "nieodpowiedział" - bo nie dał nam tego, czego chcieliśmy, bo nie spełnił naszych oczekiwań i zachcianek. Bóg słucha i odpowiada, ale odpowiedź może brzmieć "NIE" - tak jak rodzice nie spełniają każdej prośby swojego dziecka. Są ludzie, którzy zachowują się jak dzieci. Czasem można zobaczyć dziecko, które chce jakaś zabawkę, a gdy rodzice odmawiają buntuje się, płacze i obraża na nich. Niektórzy ludzie tak się zachowują względem Boga - czasem dochodząc nawet do wniosku, że Boga nie ma, bo nie dostali tego, o co prosili.

Jakże często jest tak, że chcielibyśmy, aby Bóg spełnił naszą wolę, a nie próbujemy szukać Jego woli. Jakże piękny wzór pokory i poddania się woli Ojca pozostawił nam Jezus. Gdy nadchodził czas Jego męki, Pan nasz modlił się tymi słowami: "Ojcze, jeśli chcesz, oddal ten kielich ode mnie; wszakże nie moja, lecz twoja wola niech się stanie" (Ewangelia Łukasza 22, 42). Modlimy się: Panie, daj mi to, to, tamto... panie, tak pragnę tego czy tamtego... I nie ma w tym nic złego, ale pamiętajmy, że Bóg nic nie musi! Coś możemy otrzymać, a czegoś nie otrzymamy, lub nie otrzymamy od razu (tak byśmy czasem chcieli mieć zaraz to, o co prosimy!) - Bóg daje to, co jest zgodne z Jego wolą i wówczas, gdy uzna za słuszne. Bóg wie, co dla nas jest dobre i co jest nam potrzebne. Prośmy, ale realizację naszych pragnień pozostawmy Jego woli i Jego mądrości.

Ale jak mam być patriotą?

O tzw. "patriotyzmie" pisałem już kilkakrotnie. Moje poglądy w tej kwestii - choć oparte na Biblii - u niektórych wzbudzają oburzenie lub nawet... agresję (bo to widocznie takie "patriotyczne" nabluzgać drugiemu Polakowi, który "nie jest dostatecznie patriotycznie nastawiony", za jego poglądy). Problemem jest, że tzw. "patriotyzm" wpaja się nam w szkołach jako... dogmat, wzorce, z którymi nie wolno się nie zgadzać. I wielu ludzi tak wyuczonych nie potrafi zrozumieć tego, że ktoś może mieć inne zdanie. Tzw. "patrioci" używają hasła: "Bóg - Honor - Ojczyzna" - są to trzy równorzędne ideały. Natomiast gdy zaczynamy żyć według Biblii z tych trzech pozostaje tylko jedno słowo: "Bóg"!

Biblia nie mówi nic o tym, że mamy być "patriotami". Wola Boga zaciera nawet podziały na narody (o tym było w notatce "Świat bez narodów"). Mamy miłować naszych wrogów - tak uczy Pan - a jakaż to miłość, jeśli w imię "patriotyzmu" staniemy przeciwko nim z karabinami w ręce? Ale jako chrześcijanin mam problem także z takim elementarnym, codziennym patriotyzmem.



Flaga, sztandary, godło? Czyż to nie są rzeczy uczynione ludzką ręką? Nasze godło narodowe czyż nie jest obrazem tego, "co jest na niebie w górze"? Przykazanie tradycyjnie rozumiane jest jako zakaz kultu religijnego - i przypomina się je (słusznie!) w kontekście kultu wizerunków, osób i "relikwii" - ale wcale nie jest powiedziane, że dotyczy jedynie kultu religijnego! Słowa te mają tak szerokie znaczenie, że obejmują wszystko, co przez ludzi jest stworzone! Także flagi, hymny, godła i sztandary! Jakże można pogodzić wiarę z patriotyzmem, skoro patriotyzm uczy oddawać cześć symbolom narodowym, czego zakazuje Słowo Boże? 

Pragnąc żyć dla Boga i w Bogu nie mógłby klękać przed sztandarem - jak to czyni żołnierz na zdjęciu - z dokładnie tych samych powodów, dla których nie mogę klękać przed obrazami. Nie mógłbym też sztandaru całować - z tych samych przyczyn, dla których nie wolno mi całować "relikwii". Osobnym problemem jest przysięga, którą żołnierze składają na wierność Ojczyźnie - chrześcijanin, uważam, nie może się zobowiązywać do innej wierności, jak tylko Bogu i Słowu Bożemu, a ponadto... mamy nie przysięgać. Mam wątpliwości, czy powinienem stawać do hymnu na baczność, co również jest wyrazem czci wobec Ojczyzny, a czcić mi wolno tylko Boga.  Musząc wybierać pomiędzy Bogiem a Ojczyzną, wybieram Boga. Nie mogę czcić Polski, ani narodowych symboli. Mój patriotyzm to służba Bogu i ludziom, do których mnie posyła. Jeśli ktoś zechce mnie nazwać fundamentalistą, to bardzo dobrze - bo dla mnie ważny jest fundament: fundament Słowa Bożego! A moja Ojczyzna jest w niebie...