poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Country dla Boga

Gdy byłem nastolatkiem... Większość moich rówieśników słuchała rocka, rapu... A ja? Moimi idolami byli Johnny Cash (oczywiście mój "numer 1", "najukochańszy na świecie"!), Kenny Rogers, Patsy Cline, Porter Wagoner, Willie Nelson, Jim Reeves, Hank Williams, Loretta Lynn czy Dolly Parton, a na mojej półce stały dziesiątki kaset z moją ulubioną muzyką country. W pewnym sensie zawsze "szedłem pod prąd" - nie miałem w swoim otoczeniu dosłownie nikogo, kto by tą moją pasję podzielał. Nie miałem z kim pogadać o muzyce - może z wyjątkiem właściciela kultowego w tamtym czasie sklepiku muzycznego w moim mieście, gdzie się zaopatrywałem - bo mnie nie za bardzo interesował rock, a z kolei moi koledzy nie wiedzieliby o kim ja mówię, gdybym zaczął gadać o moich ulubieńcach. Moim największym marzeniem było choćby pojechać do Mrągowa na "Piknik Country" - jakoś tak nigdy tam jednak nie dotarłem...

Później muzyka "prawdziwych kowbojów" - chociaż tak naprawdę nie jest to muzyka kowbojska, lecz muzyka rozrywkowa, która zrodziła się na początku XX wieku - poszła w odstawkę a jej miejsce zajęła muzyka gospel. Z czasem z ogromnym zaskoczeniem odkryłem, jak wielu artystów wykonujących country kochało / kocha Boga. Zaczęło się chyba od tego, że w jednym ze sklepów w Warszawie znalazłem płytę CD z pieśniami gospel w wykonaniu "Jasia Gotówki" (Johnny Cash), z którą wracałem do domu niczym myśliwy z najwspanialszym trofeum. Sporo później dowiedziałem się, że był on baptystą, a przy tym bliskim przyjacielem pastora Billy'ego Grahama - i nawet występował na jego ewangelizacjch. Mniej więcej w tym samym czasie odkryłem, że także mój "numer 2" - Jim Reeves - był człowiekiem wierzącym (metodystą) i śpiewał gospel. I tak, jak kiedyś kochałem jego "Adios Amigo", tak pokochałem "I'll fly away" w jego wykonaniu. Przede wszystkim zaś z największym zdziwieniem odkrywałem, że wielokrotnie słuchając pewnych piosenek country nigdy nie zastanawiałem się jakoś nad ich treścią - liczyła się fajna muzyka - a tu nagle się okazało, że były pisane z miłości do Boga! I tak dawna miłość odżyła po latach (bo podobno "stara miłość nie rdzewieje")...


Świat bez... narodów?

"A tak, jeśliście wzbudzeni z Chrystusem, tego co w górze szukajcie, gdzie siedzi Chrystus po prawicy Bożej. (...) ...zewlekliście z siebie starego człowieka wraz z uczynkami jego, a przyoblekli nowego, który się odnawia ustawicznie ku poznaniu na obraz tego, który go stworzył. W odnowieniu tym nie ma Greka ani Żyda, obrzezania ani nieobrzezania, cudzoziemca, Scyty, niewolnika, wolnego, lecz Chrystus jest wszystkim i we wszystkich" (List do Kolosan 3, 1 i 9 - 11)


Znany baptystyczny ewangelista i apologeta, Josh McDowell - w książce "(Nie)? wiarygodne zmartwychwstanie",  którą napisał wspólnie z synem, Seanem - słowa o tym, że w "odnowieniu tym nie ma Greka ani Żyda" komentuje jednym zdaniem: "Chrystus nie czyni rozróżnień właściwych ludziom - umarł i powstał z martwych, aby wszyscy ludzie mogli mieć osobistą więź z żyjącym Bogiem." Mając przed sobą innego człowieka nie powinniśmy postrzegać go przez pryzmat jego pochodzenia etnicznego - kolor skóry, narodowość, czy też język, jakim się posługuje, nie powinny mieć dla nas żadnego znaczenia. Znaczenie ma jedynie to, czy ten człowiek należy do Boga, czy jest dla nas bratem, czy też Bóg po to postawił nas na jego drodze, by stał się on naszym bratem dzięki Ewangelii, którą ma usłyszeć z naszych ust. Dla chrześcijanina ludzie nie dzielą się według koloru skóry czy narodowości, lecz na tych, którzy należą do Chrystusa i tych, którzy Go nie znają, których należy pozyskać.

Na ratunek tonącym

Kościół katolicki wstrząsany jest licznymi aferami - często słyszymy o alkoholizmie, o homoseksualizmie, o pedofilii. Nie piszę tego, by kogokolwiek oskarżać. Aby być uczciwym trzeba powiedzieć: podobne problemy zdarzają się także w zborach protestanckich i także w chrześcijaństwie ewangelicznym były afery. Wczoraj wybuchł kolejny skandal - i tym razem dość mocno to przeżywam, bo sprawa dotyczy księdza, którego znam osobiście. Na jego komputerze policjanci znaleźli - jak podaje Polska Agencja Prasowa - pornografię z udziałem osób nieletnich Nie jest to bardzo bliska znajomość, lecz nie sądzę, by w rzeczywistości potrafił on skrzywdzić kogokolwiek - a zwłaszcza dziecko, choć wierzę w to, o czym informuje Policja. Poznałem go jako dobrego i wrażliwego człowieka.  Nie usprawiedliwiam go i nie mówię: "jest niewinny" - raczej staram się zrozumieć. 

Życie w celibacie - zacznijmy od niego, choć nie jest to głównym przesłaniem, jakie chcę dziś wam przekazać - jest wielkim obciążeniem. Kościół katolicki mówi wprawdzie, że "wyświęcony ksiądz otrzymuje specjalną łaskę od Boga", by w celibacie wytrzymał, ale... życie pokazuje, że to po prostu jest kłamstwo. Celibat to samotność a Bóg nie chciał dla człowieka samotności - wiedział, że człowiek potrzebuje drugiej osoby. I dla wielu księży - o ile nie dla niemal wszystkich - celibat staje się torturą. Ilu jest zdolnych wytrwać? Dlatego nie "patrzę krzywo" na księdza, który ma "kobietę na boku" - choć jasne jest, że współżycie seksualne poza związkiem małżeńskim jest grzechem. Widzę ten grzech, lecz raczej współczuję człowiekowi, bo mam świadomość tego, że jest on ofiarą systemu religijnego - ofiarą ludzi, którzy postawili go przed wyborem: jeśli czujesz powołanie, by być duchownym, nie wolno ci mieć kobiety! Oczywiście są ludzie, których Bóg powołuje do życia w samotności, ale są to poszczególne osoby - wybrane do konkretnych dzieł - nie całe grupy. Ci, którzy przewodzą w Kościele - jak mówi Słowo Boże - powinni być żonaci, powinni być najpierw głową rodziny: 
"Biskup zaś ma być nienaganny, mąż jednej żony, trzeźwy, umiarkowany, przyzwoity, gościnny, dobry nauczyciel, nie oddający się pijaństwu, nie zadzierzysty, lecz łagodny, nie swarliwy, nie chciwy na grosz, który by własnym domem dobrze zarządzał, dzieci trzymał w posłuszeństwie i wszelkiej uczciwości, bo jeżeli ktoś nie potrafi własnym domem zarządzać, jakże będzie mógł mieć na pieczy Kościół Boży? (...) Diakoni niech będą mężami jednej żony, mężami, którzy potrafią dobrze kierować dziećmi i domami swoimi. Bo ci, którzy dobrze służbę pełnili, zyskują sobie wysokie stanowisko i prawo występowania w sprawie wiary, która jest w Chrystusie Jezusie" (1. List do Tymoteusza 3, 2 - 4 i 12 - 13) "W tym celu zostawiłem cię na Krecie, byś zaległe sprawy należycie załatwił i ustanowił w każdym mieście prezbiterów. Jak ci zarządziłem, [może nim zostać], jeśli ktoś jest nienaganny, mąż jednej żony, mający dzieci wierzące, nie obwiniane o rozpustę lub niekarność" (List do Tytusa 1, 5 - 6)
Samotność to jest taki "cichy zabójca"... Samotności z zewnątrz nie widać, ale wewnątrz człowieka potrafi siać straszne spustoszenie! Księża mówią o tej "szczególnej łasce do życia w celibacie" - bo nie mogą tak naprawdę powiedzieć nic innego, niż to, w co nakazuje wierzyć Kościół katolicki. Po cichu jednak ten lub ów potrafi powiedzieć coś innego i wierzę w to, co przekazują media, które podają, że większość duchownych pragnie normalnie żyć, móc założyć rodzinę, być żonatymi księżmi. Myślę, że skandale, o których słyszymy, mogą być w znacznej mierze wynikiem cierpienia, wynikiem frustracji...

sobota, 27 kwietnia 2013

Nie jesteśmy sami...


"Иисус любит тебя! И я тoже" - "Jezus Cię kocha! I ja też" Takie oto proste - a jakże wymowne słowa - ktoś wypisał na murze, niedaleko siedziby Kościoła "Słowo Życia" ("Слово Жизни") w Gorłówce na Ukrainie, w obwodzie donieckim. Zdjęcie to zrobiła wczoraj jedna z zaprzyjaźnionych Sióstr w Panu, pochodząca z tego miasta, i tak bardzo mi się spodobało, że zapragnąłem je pokazać innym (na co mam zgodę). Czasem tak niewiele trzeba, by poruszyć czyjeś serce! Czasem w tym naszym nijakim życiu, wśród tylu trosk i kłopotów, potrzebujemy po prostu usłyszeć, że nie jesteśmy sami, że jest Ktoś, komu na nas naprawdę zależy, że jesteśmy kochani! To od nas zależy co dalej z tą miłością uczynimy...
"Któż nas odłączy od miłości Chrystusowej? Czy utrapienie, czy ucisk, czy prześladowanie, czy głód, czy nagość, czy niebezpieczeństwo, czy miecz? Jak napisano: Z powodu ciebie co dzień nas zabijają, uważają nas za owce ofiarne. Ale w tym wszystkim zwyciężamy przez tego, który nas umiłował" (List do Rzymian 8, 35 - 37)

Unia Europejska - anielska czy diabelska?

"Wszystko badajcie, a co szlachetne - zachowujcie! Unikajcie wszystkiego, co ma choćby pozór zła" (1. List do Tesaloniczan 5, 21 - 22 - tłum. "Biblia Tysiąclecia")

Nie chcę mówić o polityce. Nie zamierzam mieszać spraw wiary z polityką. Tak do końca od polityki jednak się uciec nie da - nawet wówczas, jeśli chcemy się poświęcić tylko sprawom duchowym. Wybaczcie, proszę, że ten wpis będzie miał po części polityczny charakter - ostatecznie jednak dążę do kwestii ważnych pod względem duchowym.

Jestem przeciwny Unii Europejskiej. Ze wstydem przyznaję, że gdy przed laty głosowaliśmy w sprawie przystąpienia do UE, opowiedziałem się za tym, byśmy to uczynili - nie zamierzam mówić: to ICH wina, bo to, niestety, także MOJA wina. Dziś tej decyzji bardzo żałuję, gdyż widzę, że zostaliśmy zwiedzeni, oszukani. Między innymi mówiło się wówczas, że nie będziemy zmuszani przyjmować żadnych praw, że nie będziemy musieli akceptować tego, co zaakceptują u siebie inne narody, np. "praw" homoseksualistów, czy "prawa" do aborcji - już w tej chwili widać, że jest zupełnie inaczej, są na nas coraz większe naciski, byśmy uznali homoPSEUDOmałżeństwa, przyznali homoseksualistom "prawa" - także do adopcji dzieci i dopuszczali aborcję. Wprowadza się nowe sposoby "edukacji" - czy raczej deprawacji - dzieci, o czym ostatnio znów było głośno, bo w Niemczech pojawiły się książeczki "edukacyjne" dla dzieci z pornograficznymi rysunkami, w części naszych przedszkoli robi się eksperymenty, proponując dzieciom "zamianę płci", już małe dzieci mają być poddawane edukacji seksualnej - i to poza kontrolą, czy nawet wbrew sprzeciwom rodziców! Takie są "unijne prądy". Ze wstydem przyznaję, że kiedyś śmiałem się z ludzi, którzy byli przekonani, że Unia Europejska jest systemem antychrześcijańskim, diabelskim - dziś widzę to wyraźniej. I już choćby te problemy są dostatecznym powodem, by żałować decyzji sprzed lat. A ponieważ zasady unijne zostały tak skonstruowane, by praktycznie uniemożliwić wystąpienie z niej - nie przewidziano żadnych procedur odejścia - to prawdopodobnie pozostaje tylko modlić się o jej rychły upadek i o to, byśmy wyszli z tego bez poważnych obrażeń.

Jako człowiek sam jeden nic niewiele mogę - mogę tylko wyrazić swoje przekonania i obawy. Mogę też w jakimś stopniu decydować o sobie, o swoich relacjach z UE. Postanowiłem na przykład nie korzystać z "unijnych funduszy". Oczywiście opór swój zamykam w granicach zdrowego rozsądku, bo nie sposób wyrzec się wszystkiego, co przez UE jest dotowane - trzeba by zrezygnować z korzystania z komunikacji masowej, chodzenia na basen, korzystania z hal sportowych, jeżdżenia drogami i nawet korzystania z pomocy medycznej. Nikt mnie natomiast nie może zmusić. bym przyjmował jakiekolwiek "wsparcie" (przekonamy się kiedyś bez wątpienia, że nie było warto - że koszty końcowe są zbyt wielkie!), np. zakładając własny biznes. Korzystanie z funduszy prowadzi do uzależnienia od struktur z których te fundusze pochodzą, a ja nie chcę być zależny od UE i nie chcę nic jej zawdzięczać. Nawet jeśli nie ma zobowiązań formalnych to świadomość tego, że się skorzystało wiąże nas z tą instytucją, bo człowiek - przynajmniej tzw. "porządny człowiek" - jest tak skonstruowany, że ma w sobie mechanizm zwany "wdzięcznością", "zobowiązaniem"... Niczego od UE nie oczekuję, niczego nie chcę "dostawać", ale też nie chcę, aby mieszała się w moje życie . Jeśli bym np. założył hotel czy dom wczasowy, to chcę mieć prawo stawiać warunek, że pary mieszane - jeśli chcą wynająć wspólny pokój - muszą być małżeństwem, a par homoseksualnych pod swój dach (!) nie wpuszczać. Problem w tym, że UE coraz bardziej bezwzględnie narzuca swoje zasady, a prawa człowieka - w tym prawo do przekonań religijnych - są coraz bardziej tłumione. Życie pokazuje, że chrześcijaństwo w UE jest coraz częściej prześladowane - głównie z powodu niedostosowywania się do "lewackich" prądów światopoglądowych i nietolerancji dla zła, grzechu. Myślę, że o problemach moralnych związanych z UE można by wiele napisać...

piątek, 26 kwietnia 2013

Po co nam Księżyc?

Wschód Ziemi widziany z Księżyca. Zdjęcie wykonane podczas misji Apollo 8, 24 grudnia 1968 roku. Fot. NASA





















"I uczynił Bóg dwa wielkie światła: większe światło, aby rządziło dniem, i mniejsze światło, aby rządziło nocą, oraz gwiazdy. I umieścił je Bóg na sklepieniu niebios, aby świeciły nad ziemią. I rządziły dniem i nocą oraz aby oddzielały światłość od ciemności." (1. Księga Mojżeszowa - tzw. "Rodzaju" - 1, 16 - 18)
Stało się to czwartego dnia stwarzania świata - tego samego dnia, gdy uczynione zostały wszystkie gwiazdy i planety, cały niesamowity Wszechświat. "Większe światło" to Słońce, a "mniejsze światło" to Księżyc. Zapis biblijny, oczywiście, nie jest w tym wypadku do końca precyzyjny, bo przecież Księżyc pojawia się nad naszymi głowami także za dnia - i w czasach, gdy żył Mojżesz i gdy były spisywane kroniki początków świata, doskonale o tym wiedziano, astronomia była bardzo rozwinięta, a Izraelici wcale nie byli prymitywnym plemieniem, które nie miało pojęcia o gwiazdach. Jest to zapis częściowo symboliczny, bo choć Księżyc widujemy i za dnia, kojarzy nam się głównie z nocą, kiedy lśni pełnym blaskiem (odbijając promienie słoneczne) - i bywa wówczas nawet bardzo użyteczny dla człowieka.

Księżyc dla naukowców wciąż jest tajemnicą. Nie potrafią jednoznacznie określić skąd się wziął. Gdy chodziłem do szkoły, mówiono nam, że jest on ciałem niebieskim przechwyconym przez grawitację Ziemi. Obecnie najpopularniejsza jest "teoria wielkiego zderzenia", której zwolennicy są przekonani, że Księżyc uformował się z materiału oderwanego od Ziemi na skutek zderzenia z jakimś wielkim ciałem kosmicznym, wielkości mniej więcej Marsa. Za jakiś czas może usłyszymy jakąś kolejną teorię... Każda kolejna jednak mówi nam to samo: Księżyc mamy przez przypadek. 

W naszych szkołach mówi się o Księżycu i o jego wpływie na Ziemię, lecz nie mówi się o tym, że... jest on Ziemi niezbędny - i to dokładnie tej wielkości, jakiej jest i w tej odległości od naszej planety, w jakiej się znajduje! "Gdyby nasz Księżyc był większy lub bliżej nas, pływy oceaniczne i morskie bezustannie rujnowałyby nasze porty i zatapiały całe przybrzeżne obszary. Gdyby zaś był dalej, lub posiadał mniejsze rozmiary, pływy nie były by na tyle silne, żeby oczyszczać nasze porty oraz odnawiać wody w oceanach. Fale nadbrzeżne spowodowane przez pływy dostarczają tlenu wodom przez ich napowietrznianie. A zatem nasz Księżyc pełni integralną rolę w utrzymaniu życia na Ziemi i dlatego został umieszczony odpowiednio blisko przez Boga w Jego nieskończonej mądrości." (Gene Lehmann "Nasz system słoneczny", "Companions" listopad 2010 / "Ziarno Prawdy" czerwiec 2013). Księżyc nie jest więc ciałem niebieskim, które przypadkowo znalazło się na orbicie Ziemi - został tam rozmyślnie umieszczony przez Tego, który stworzył świat, by na Ziemi mogło istnieć życie!

Fale Morza Żółtego rozbijające się o brzeg. Korea Południowa. Fot. Yoo Chung / Wikipedia (CC BY-SA 3.0)

"Logika"

Fot. NASA
"Ustalono, że planety [Układu Słonecznego] poruszają się po orbitach z idealnie odpowiednią prędkością, która pozwala im trwać w owym ruchu i w odpowiedniej pozycji wobec Słońca. Kto wprawił je w ten doskonały ruch? Ktoś, kto jest o wiele wspanialszy w swoich dziełach, niż najlepszy zegarmistrz na świecie" (Gene Lehmann "Nasz system słoneczny", "Companions" listopad 2010 / "Ziarno Prawdy" czerwiec 2013). 

Nasz Układ Słoneczny - a także galaktyka i cały Wszechświat - jest nieskończenie bardziej skomplikowany i precyzyjniejszy w działaniu, niż najdoskonalszy zegar. Tymczasem jest wielu ludzi, którzy uważają, że Boga nie ma. Gdy wskażesz im zegar i powiesz, że nikt go nie zbudował, że sam się jakoś uformował - wyśmieją cię. Gdy im wskażesz niebo nad nami, z gwiazdami i planetami, które jest nieskończenie bardziej skomplikowanym systemem i powiesz, że to zostało stworzone przez inteligentnego Konstruktora, Boga - wyśmieją cię.

czwartek, 25 kwietnia 2013

Radujcie się, chrześcijanie!

"Przeto, bracia moi umiłowani i pożądani, radości i korono moja, trwajcie w Panu, umiłowani. (...) Radujcie się w Panu zawsze; powtarzam, radujcie się. (...) Nie troszczcie się o nic, ale we wszystkim w modlitwie i błaganiach z dziękczynieniem powierzcie prośby wasze Bogu." (List do Filipan 4, 1 - 6)

Kilka lat temu gościłem przez kilka dni w Warszawie. Pojechałem tam na koncert jednego z najlepszych wykonawców współczesnej muzyki gospel, Kirka Franklina, i warsztaty gospel. Był weekend, więc w niedzielny poranek wybrałem się do jednego ze stołecznych zborów na nabożeństwo. Uwielbienie nie było nadzwyczajne, ale podczas uwielbienia z muzyką nie potrafię spokojnie ustać w miejscu - kołyszę się w takt muzyki, przestępując z nogi na nogę. Po nabożeństwie podszedł do mnie pewien starszy brat i zwrócił mi uwagę na "niestosowność zachowania": "Tu jest jednak kościół a w kościele się nie tańczy. Trzeba się godnie zachowywać przed Bogiem, a ty w ten sposób rozpraszasz innych, którzy przyszli się modlić. Ja wiem, że Król Dawid tańczył, ale my go nie naśladujmy..." W tym bracie nie było radości!

Bóg - z którego woli powstał Kościół - nie tylko nie ustalił żadnej liturgii, lecz także nie ustanowił ograniczeń dla sposobów przeżywania swej wiary, dla ekspresji modlitwy. Nigdzie w Biblii nie mamy powiedziane, żeby podczas nabożeństw zachowywać się spokojnie, siedzieć w miejscu. Ba! Znajdujemy zachętę do ekspresji: "Wykrzykujcie na cześć Pana, wszystkie ziemie; służcie Panu z weselem! Wśród okrzyków radości stawajcie przed Nim!" (Psalm 100, 1 - 2 - tłum. "Biblia Tysiąclecia") "Tańczył też Dawid z całej siły przed Panem, odziany zaś był w lniany efod" (2 Samuela 6, 14) Dlaczego mamy tak nie czynić? Dlaczego tak nie czynimy? Czy to, że należymy do Boga, jesteśmy dziećmi Króla nie jest powodem do radości? Oczywiście, że TAK!

Naród Wybrany tańczył i śpiewał dla Pana! Dziś, gdy powracają do Pana, w synagogach mesjańskich także tańczą i śpiewają! Gdzie my zatraciliśmy tą radość? Zastanawiam się, czy to nie są skutki martwoty duchowej, w skostniałych systemach religijnych, do czego doprowadził przede wszystkim Rzym... Reformatorzy nie odeszli od przesadnej powagi i nawet powrót do ewangelicznej wiary nie zmienił tego. Chyba dopiero w wieku XX zaczęliśmy na nowo odkrywać, co to znaczy być radosnym chrześcijaninem.

Trwajcie w Panu, radujcie się i ufajcie - zachęca apostoł Paweł. Bóg nasz jest Bogiem pogodnym (choć potrafi się gniewać) i radosnym - bo to są dobre cechy, wiążą się z dobrocią. I dobrze jest, jeśli radość mamy w sercach i jeśli wypływa ona z nas na całe nasze otoczenie. Boga cieszy radość i entuzjazm.Boga cieszy - wierzę w to - modlitwa uwielbienia pełna radości i entuzjazmu. Gdy my się radujemy, Bóg raduje się z nami.

Diabeł fałszuje Biblię

Źródło: Chn24

Dlaczego ludzie zmieniają Biblię? Być może myślą, że taki "zabieg" sprawi, że ich sytuacja się zmieni? A może myślą, że gdy dokonają "korekty" i ich "Biblia" nie będzie piętnowała grzechu, także Bóg zmieni zdanie i grzech przestanie być grzechem? 

Mówiąc szczerze, rozumiem taką postawę. Sam bowiem wiele lat żyłem w kłamstwach i do tych kłamstw dopasowywałem Słowo Boże - kierując się tym, co podpowiadali mi kłamcy, których słowom wierzyłem. Sam również żyjąc w grzechu dowodziłem - nawet w "uczonych" analizach - że wybrany przeze mnie (i przez innych mi podobnych) styl życia nie ma nic wspólnego z grzechem. Dziś myślę, że takie działania to przede wszystkim tłumienie sumienia. Ja sam, gdy czyniłem podobnie, tak naprawdę dobrze wiedziałem, co mówi Słowo Boże, ale nie przyjmowałem tego do wiadomości, wypierałem to z siebie - bo dla mnie ważniejsza była ideologia, którą żyłem. I myślę, że podobne mechanizmy doprowadziły do powstania tej modyfikacji - ludzie żyjący w grzechu i zapewne świadomi tego, co o tym mówi Bóg, przystosowali Biblię do swojej ideologi. Zastanawiam się, czy taki produkt ludzkiej ideologii jeszcze w ogóle jest Biblią?

Rzecz w tym, że to my mamy się dostosowywać do Słowa Bożego, a w żadnym wypadku nie wolno nam Słowa Bożego dostosowywać do własnych poglądów! Ludzie żyjący w grzechu biorą na siebie jeszcze kolejny grzech. To rzecz jasna nie zmienia w niczym ich sytuacji - życie w grzechu (jaki by to grzech nie był) jest drogą do piekła, a nie można iść jeszcze bardziej do piekła, niż się idzie. Przykre jest jednak - i to mnie boli - że podnoszą rękę na Słowo Boże, dopuszczając się bluźnierczych przeinaczeń, a krzyż Chrystusa "ubierają" w swoje barwy. Nie mam wątpliwości, że to sam szatan fałszuje Słowo Boże. O niedorzecznym tytule nawet nie ma co wspominać...

środa, 24 kwietnia 2013

Mała wielka książka

Ma zaledwie 11,5 x 19 centymetrów, a do tego tylko 119 stron - co sprawia, że mieści się w każdej kieszeni lub torebce, a na jej przeczytanie nie potrzeba wiele czasu. A jednak jest to jedna  największych - pod względem wartości intelektualnej i duchowej - książek chrześcijańskich, jakie kiedykolwiek miałem okazję przeczytać. Nie jest wielkim dziełem teologicznym, lecz prostym dociekaniem prawdy. Niewątpliwie można ją zakwalifikować do apologetyki - choć już na wstępie autor przypomina słynne słowa pewnego kaznodziei: "Bronić Biblii? Tak samo mógłbym bronić lwa!", gdyż prawdy wiary zawarte w Słowie Bożym doskonale bronią się same. Autor nie jest zresztą teologiem - choć w swym życiu często występował jako kaznodzieja - lecz prawnikiem. Co ma prawnik do teologii i zwłaszcza do apologetyki? Może się wydawać, że nic, że to dwa odległe od siebie światy. A jednak to właśnie dzięki wiedzy prawniczej i wieloletniemu doświadczeniu Val Grieve stworzył jedną z najlepszych książek o zmartwychwstaniu Chrystusa!

Nie jest to typowa apologetyka... Autor nie uprawia "szermierki na argumenty", lecz powołuje czytelnika na "ławnika", który ma rozsądzić sprawę zmartwychwstania (według zasad prawa anglosaskiego). Następnie - jako prawnik - przystępuje do przedstawiania dowodów przemawiających za zmartwychwstaniem Chrystusa jako faktem historycznym i obalania wątpliwości, które przedstawia strona przeciwna. Standardowe zarzuty wobec kwestii zmartwychwstania - oszustwo, wykradzenie ciała, omdlenie a nie śmierć Chrystusa, halucynacje uczniów - padają jedne po drugich pod siłą argumentów Grieve! Wszystko czyni według zasad prawniczych i z prawniczą precyzją, wskazując też na liczne dokumenty (nie tylko Biblię) i świadków, nade wszystko zaś kierując się racjonalizmem, solidną logiką. Posługuje się przy tym tak zrozumiałym językiem, że książkę czyta się z prawdziwą przyjemnością. 

Jest to książka wielce "niebezpieczna" dla ludzi, którzy uparcie pragną trwać w swoim "racjonalizmie" i zaprzeczaniu ewangelicznym prawdom. Gdy stopniowo wyeliminujemy wszystkie możliwości, jakie podpowiada nam "zdrowy rozsądek", nie pozostaje nam nic innego, jak tylko zaakceptować jedyną opcję, jaka nam pozostaje - że mamy do czynienia z prawdziwym cudem. Innymi słowy: jeśli na drodze wnikliwych dociekań odpada po kolei wszystko, co zdawało się nam być prawdopodobne, pozostaje nam przyjąć do wiadomości, że zdarzyło się naprawdę to, co nam się wydawało absolutnie niewiarygodne. Sądzę, że człowiek niewierzący, a o o"otwartym umyśle" gdy sięgnie po tę książkę, po kilku godzinach - jeśli będzie się trzymał logiki, a nie własnych przekonań - nie będzie miał innego wyjścia, jak tylko uwierzyć, że Chrystus nie tylko zmarł, ale też zmartwychwstał i żyje! A to prowadzi prosto do uznania Go za Boga! Ta niepozorna książka jest niczym taran, którym Bóg wyważa bramy zwątpienia, by otworzyć drogę do serca człowieka.

Książkę tą powinien koniecznie przeczytać każdy, kto wątpi w biblijny zapis wydarzeń - problemem jest tylko: czy będzie miał tyle odwagi? Także dla wyznawców Chrystusa jest to lektura pożyteczna, gdyż umacnia wiarę czytelnika już zakochanego w Bogu i Biblii a także daje mu solidne podstawy do głoszenia Ewangelii, zwłaszcza do rozmów z wątpiącymi. Książka ta może być też wielce skutecznym narzędziem ewangelizacji - myślę, że warto zaopatrzyć się w więcej egzemplarzy. Dodatkowym atutem książki jest fakt, że kosztuje ona zaledwie ok. 4 złotych. Można ją nabyć m.in. w księgarni chrześcijańskiej "Szaron".

Prawdziwy Kościół a jego namiastki

"Przyzwyczajony" jestem do różnych dziwactw i absurdów - w tym sensie, że ciągle wydaje mi się, że już nic nie może mnie zaskoczyć... Raz po raz jednak pojawia się coś, co dowodzi mi jasno, jak bardzo naiwne bywa myślenie: "już mnie nic zaskoczyć nie może!" My, Europejczycy, mamy pewien problem z Ameryką - wiele pomysłów "zza oceanu" wywołuje u nas tzw. "szok kulturowy". Także jak chodzi o chrześcijaństwo. Ta Ameryka, gdzie silne jest chrześcijaństwo ewangeliczne, dała światu także najdziwniejsze sekty niby-chrześcijańskie, "ewangelię sukcesu", "easy-believing", "Toronto blessing" i inne pseudo-charyzmatyczne praktyki. Wiedząc o dziwactwach w rodzaju "kowbojskich Kościołów" - których członkowie spotykają się na modlitwach na arenach rodeo a chrzty udzielane są w korytach służących do pojenia koni - i o "zborach naturystycznych", właściwie powinienem być "gotowy na wszystko". O tym, że jednak nie jestem przekonałem się we wtorkowy wieczór, gdy jeden z pastorów pokazał na swoim profilu na Facebooku zdjęcie z "Drive-in-Church" (chodzi o centralne zdjęcie z poniższej składanki, wykonane w 1951 roku). Wiedziony ciekawością - i przede wszystkim niedowierzaniem (czy to aby nie jakiś żart) - zacząłem szukać i przekonałem się, że wiele takich miejsc istniało i nadal istnieje! Przeżyłem silny "szok kulturowy"!

Fot: Robert J. Boser / AirlineSafety.com, "Life Magazine", Ernst Haas i autorzy nieznani

Oczywiście jak każdy, kto ogląda amerykańskie filmy, znam zjawisko "drive-in-cinema" - kin dla zmotoryzowanych, gdzie można przyjechać i obejrzeć film nie wysiadając z samochodu. Przyznam, że jest to nawet ciekawy pomysł i ma swój urok - taki "amerykański smaczek". Nigdy w życiu bym się jednak nie spodziewał, że podobnie uczyniono z kościołami - że budynki zastąpiono podium, ogromnym parkingiem i głośnikami, które każdy po przyjeździe może zawiesić w aucie. Bo Kościół to jednak nie kino i nie teatr - by istniał Kościół musi zachodzić relacja pomiędzy ludźmi, musi istnieć jakaś więź. A - przepraszam - jaką "więź" można mieć z kimś, kto siedzi w aucie obok, od kogo oddziela cię karoseria twojego samochodu i karoseria jego samochodu, twoje szyby i jego szyby? 

wtorek, 23 kwietnia 2013

Do wiary przekonały go... dowody

Pragnę się dziś z wami podzielić świadectwem, które mnie osobiście bardzo poruszyło w minionym roku. Jest to historia nawrócenia Vala Grieve (ur. 1925 lub 1926, zm. 1998) - brytyjskiego prawnika, autora książki "Your Verdict on the Empty Tomb" ("Twój werdykt w sprawie pustego grobu"). Książka ta wydana została w Polsce w roku 1992 przez Wydawnictwo "Aeropag", w przekładzie Andrzeja Josieka, pod tytułem "Zmartwychwstanie Jezusa - rzeczywistość czy fikcja?" Pomimo upływu lat jest wciąż dostępna w dobrych księgarniach chrześcijańskich - także internetowych. Z niej właśnie (str. 7 - 10) pochodzi niniejsze świadectwo.

   "'W dzisiejszym świecie człowiek o skłonnościach religijnych zwykle uważany jest za nieszczęśliwego dziwaka i psującego zabawę nudziarza. Kiedyś byłem jednym z tych, którzy tak właśnie postrzegali chrześcijaństwo. Jednak pewnego dnia w moim życiu nastąpiła ogromna przemiana, polegająca na odwróceniu się od mojego własnego »ja« do Chrystusa'.
   Napisałem te słowa ponad czterdzieści lat temu, wkrótce potem, jak zostałem chrześcijaninem i oddałem swoje życie Jezusowi. Kiedy patrzę wstecz, widzę, że była to najważniejsza rzecz, jaka mi się w ogóle przytrafiła, mająca większe znaczenie, niż otrzymanie dyplomu uniwersyteckiego, zawarcie małżeństwa, zostanie szczęśliwym ojcem, potem radcą prawnym, a następnie szefem firmy - słowem znacząca więcej niż wszystko, co ofiarował mi świat.
     Jako dziecko nigdy nie chodziłem na lekcje religii, a do kościoła zabierano mnie rzadko. Jako nastolatek byłem ateistą, przekonanym, że Bóg nie istnieje. Moje pierwsze spotkanie z prawdziwym chrześcijaństwem miało miejsce dopiero wtedy, kiedy wstąpiłem na uniwersytet w Oxfordzie, aby studiować prawo. Byłem podobno wówczas dość inteligentny, lecz pomimo tego absolutnie nieświadomy, czym właściwie jest chrześcijaństwo.
   Kolega ze studiów zaczął opowiadać mi o swojej wierze. Był on inny niż wszyscy, których poznałem wcześniej. Dla niego Bóg był najważniejszą rzeczywistością. Doskonale pamiętam wiele sporów i dyskusji, jakie z nim prowadziłem. Jako ateista i początkujący prawnik byłem całkowicie przekonany, że storpeduję jego apoteozę chrześcijaństwa. Ale tak się nie stało. Zamiast tego po raz pierwszy w życiu zacząłem zastanawiać się nad sensem życia i racjonalnością wiary chrześcijańskiej.
   Podczas zaciekłych debat, jakie toczyłem z moim chrześcijańskim kolegą, ogarniało mnie niejednokrotnie straszliwe podejrzenie, że to właściwie on ma rację i że chrześcijaństwo jest prawdziwe. To sprawiło, że zacząłem występować przeciwko chrześcijaństwo jeszcze bardziej zaciekle niż dotychczas! Ale jedna niedziela wielkanocna zmieniła wszystko.

Żyć według Biblii, nie obok niej...

"Poświęć ich w prawdzie twojej; słowo twoje jest prawdą. Jak mnie posłałeś na świat, tak i ja posłałem ich na świat; i za nich poświęcam siebie samego, aby i oni byli poświęceni w prawdzie." (Ewangelia Jana 17, 17 - 19 - tłum. "Biblia Tysiąclecia")
 "...światłość przyszła na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność, bo ich uczynki były złe. Każdy bowiem, kto źle czyni, nienawidzi światłości i nie zbliża się do światłości" (Ewangelia Jana 17, 19 - 20). Ludzie, którzy żyją w ciemności - z dala od prawdy Bożej, nie potrafią zaakceptować tych, którzy umiłowali światłość i prawdę. Inaczej - łatwiej by ich zaakceptowali, gdyby ich miłość do światłości i prawdy była czysto teoretyczna, nie przekładała się na poglądy i działanie. Byliby skłonni tolerować chrześcijaństwo pod warunkiem, że było by ono filozofią - jedną z wielu, które można przyjąć - i gdyby chrześcijanie przestali uparcie myśleć i mówić po chrześcijańsku i jeszcze z tym "skandalicznym" przekonaniem, że na pewno mają rację.  

"Ty możesz wierzyć w Boga, jak chcesz, ale potrzebujesz więcej dystansu do Biblii, potrzebujesz zrozumieć, że Biblię pisali zwykli ludzie i ty nie musisz się ze wszystkim, co w niej zapisano, zgadzać." W tym zdaniu - którego w tej formie nikt nie wyraził - zebrałem wiele głosów, jakie do mnie docierają, gdy wypowiadam publicznie swoje oparte na Biblii, poglądy - np. w kwestii homoseksualizmu, aborcji, eutanazji, edukacji seksualnej, itp. "Problem" w tym, że gdybym tak postąpił, jak pragnęli by tego ludzie żyjący z dala od światłości, wyznający liberalizm "róbta co chceta", gdybym uznał Biblię za zbiór przekonań tych, którzy ją spisywali i gdybym zakwestionował to, co Biblia zawiera... przestałbym być chrześcijaninem, albo inaczej: byłby to dowód, że nigdy nim tak naprawdę nie byłem. Biblia nie jest zwykłą książką. Jej prawdziwym autorem jest Bóg i to On sam - używając do tego ludzi - mówi nam, poprzez zawarte w niej słowa, jak mamy żyć, uświadamia nam, co jest dobre, a co jest złe. Można się z tym, co mówi Bóg nie zgadzać, ale nie można być chrześcijaninem, nie zgadzając się z Bogiem! Nie ma chrześcijaństwa bez posłuszeństwa Bogu i bez uznania pełnego autorytetu Słowa Bożego!

"Poświęć ich w prawdzie twojej; słowo twoje jest prawdą..." Mój zaprzyjaźniony pastor - biblista przetłumaczył to następująco: "Poświęć ich do życia w prawdzie; Słowo Twoje jest prawdą..." Słowa te rozumiem w ten sposób: Spraw, by żyli według Słowa Twego, które jest prawdą, uzdalniaj ich do tego. Być chrześcijaninem to znaczy żyć w światłości, żyć w prawdzie, być "zanurzonym" w Słowie Bożym... Być chrześcijaninem to znaczy żyć według Biblii, nie obok Biblii! Gdy Bóg mówi, my winniśmy słuchać i dostosowywać się. Dystansować się od Słowa Bożego nie oznacza nic innego, jak tylko... oddalać się od Boga. Jeśli dokonujemy wyboru - jeśli decydujemy się iść jedyną drogą, którą jest Jezus - to nie może to być filozofia, lecz trzeba pójść za Jezusem na 100%, z całego serca i oddać Mu całe swoje życie. A to oznacza podporządkowanie się Słowu Bożemu - nie może być inaczej!

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Złodzieje i zbóje w... Kościele


"Papież Franciszek ostro wypowiedział się dzisiaj o karierowiczach w Kościele nazywając ich 'złodziejami i zbójami', którzy 'okradają Jezusa z chwały' i myślą tylko o zyskach dla siebie. - Także we wspólnotach chrześcijańskich są karierowicze. Udają, że wchodzą do niej, ale to złodzieje i zbóje okradający Jezusa z chwały - powiedział cytowany przez Ansę papież w homilii podczas porannej mszy, jaką codziennie odprawia w watykańskim Domu św. Marty, gdzie mieszka. Dodał, że karierowicze 'chcą tylko zysku dla samych siebie'." (Źródło: Gazeta Wyborcza)


Nie wszystko, co robi nowy zwierzchnik Kościoła katolickiego mi się podoba. Zawierzenie "Matce Bożej Fatimskiej" - jak to uczynił kilka tygodni temu - jest grzechem i zwróceniem się ku istocie będącej w rzeczywistości w opozycji do Boga (o problemie rzekomych "objawień maryjnych" - w tym o zdarzeniu z Fatimy - pisałem we wrześniu w tekście "Nie znalazłem tam Boga"). Ta postawa mocno rozczarowuje, zwłaszcza w kontekście przyjaźni "papieża" z Louisem Palau - słynnym ewangelistą - co dawało nadzieję na daleko idące zmiany w duchowości i praktyce. Przyznam, że po cichu liczyłem na... demaryizację (myślę, że to właściwe określenie) katolicyzmu i ostry zwrot ku czystej wierze ewangelicznej. Czuję rozczarowanie, ale wciąż z nadzieją patrzę na tego człowieka...

W tym, co dzisiaj powiedział jest wielka mądrość. To także problem zborów Boga żywego. Mamy takich "kaznodziejów", którzy wprawdzie wiele mówią o Bogu, ale pracują dla własnej chwały i własnych korzyści. Wielu z nich zna cały świat - występują przed kamerami TV (niektórzy mają własne stacje!), podróżują pomiędzy kontynentami prywatnymi odrzutowcami, mieszkają w pałacach i luksusowych hotelach, ubierają się w kosztowne garnitury, czynią "cuda", itd. Żyją jak "celebryci" i - cóż tu wiele mówić? - po prostu nimi są. Dla wielu Biblia i krzyż są tylko narzędziami do wypracowywania pozycji, do "wykuwania" własnego sukcesu i dobrobytu. Udają "pasterzy", lecz nimi nie są! Większość z nich głosi "ewangelię sukcesu" i / lub tzw. "easy-believism" - w gruncie rzeczy "nowe ewangelie", przed czym przestrzega apostoł Paweł: "Choćby anioł z nieba zwiastował wam ewangelię odmienną od tej, którą myśmy wam zwiastowali, niech będzie przeklęty!" (List do Galacjan 1, 8). Ruchy, które wokół siebie tworzą, mają wszelkie cechy sekt religijnych - stają się oni "guru" dla milionów ludzi do tego stopnia, że wszelka, choćby najdrobniejsza krytyka spotyka się z histeryczną, agresywną reakcją wyznawców (sam tego doświadczyłem!). Ci "wyznawcy" postrzegają ich jako "namaszczonych"... "Mówisz przeciwko pomazańcowu Bożemu! Tym samym występujesz przeciwko samemu Bogu!" - dowiedziałem się, gdy odnosiłem się krytycznie do działalności tego czy owego "nauczyciela wiary" ...a ruch religijny skupiony wokół nich traktują niekiedy jako najwyższą formę chrześcijaństwa.
"Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam, kto nie wchodzi przez drzwi do owczarni, lecz w inny sposób się tam dostaje, ten jest złodziejem i zbójcą. Kto zaś wchodzi przez drzwi, jest pasterzem owiec. Temu odźwierny otwiera i owce słuchają jego głosu, i po imieniu woła owce swoje, i wyprowadza je. Gdy wszystkie swoje wypuści, idzie przed nimi, owce zaś idą za nim, gdyż znają jego głos. Za obcym natomiast nie pójdą, lecz uciekną od niego, ponieważ nie znają głosu obcych. Tę przypowieść powiedział im Jezus, lecz oni nie zrozumieli tego, co im mówił. Wtedy Jezus znowu powiedział: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam, Ja jestem drzwiami dla owiec. Wszyscy, ilu przede mną przyszło, to złodzieje i zbójcy, lecz owce nie słuchały ich. Ja jestem drzwiami; jeśli kto przeze mnie wejdzie, zbawiony będzie i wejdzie, i wyjdzie, i pastwisko znajdzie. Złodziej przychodzi tylko po to, by kraść, zarzynać i wytracać. Ja przyszedłem, aby miały życie i obfitowały. Ja jestem dobry pasterz. Dobry pasterz życie swoje kładzie za owce. Najemnik, który nie jest pasterzem, do którego owce nie należą, widząc wilka nadchodzącego, porzuca owce i ucieka, a wilk porywa je i rozprasza, ponieważ jest najemnikiem i nie zależy mu na owcach. Ja jestem dobry pasterz i znam swoje owce, i moje mnie znają. Jak Ojciec mnie zna i Ja znam Ojca, i życie swoje kładę za owce." (Ewangelia Jana 10, 1 - 15) "Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w odzieniu owczym, wewnątrz zaś są wilkami drapieżnymi! Po ich owocach poznacie ich. Czyż zbierają winogrona z cierni albo z ostu figi? Tak każde dobre drzewo wydaje dobre owoce, ale złe drzewo wydaje złe owoce. Nie może dobre drzewo rodzić złych owoców, ani złe drzewo rodzić dobrych owoców. Każde drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, wycina się i rzuca w ogień. Tak więc po owocach poznacie ich. Nie każdy, kto do mnie mówi: Panie, Panie, wejdzie do Królestwa Niebios; lecz tylko ten, kto pełni wolę Ojca mojego, który jest w niebie. W owym dniu wielu mi powie: Panie, Panie, czyż nie prorokowaliśmy w imieniu twoim i w imieniu twoim nie wypędzaliśmy demonów, i w imieniu twoim nie czyniliśmy wielu cudów? A wtedy im powiem: Nigdy was nie znałem. Idźcie precz ode mnie wy, którzy czynicie bezprawie." (Ewangelia Mateusza 7, 15 - 23)
Nie każdy, kto mówi od Bogu jest przez Boga posłany. Pobożność i gorliwość - i dobra znajomość Biblii, bez której nie dało by się wiele zdziałać (fałszywi prorocy, nauczyciele - zwodziciele Biblię muszą znać dobrze, co nie zmienia faktu, że sami ją zniekształcają) - są tą "owczą skórą". Nie jesteśmy jednak bezbronni. Mamy Słowo Boże, o którym apostoł Paweł napisał: "Całe Pismo przez Boga jest natchnione i pożyteczne do nauki, do wykrywania błędów, do poprawy, do wychowywania w sprawiedliwości, aby człowiek Boży był doskonały, do wszelkiego dobrego dzieła przygotowany" (2. List do Tymoteusza 3, 16 - 17) i mamy Boga, z którym wszelkie sprawy i wątpliwości możemy konsultować w modlitwie. On nie tylko posyła dobrych pasterzy do opieki nad ludem Bożym - pomaga też rozpoznać, kto przychodzi od Niego, jako Jego sługa, a kto przychodzi dla własnych korzyści...

Walery Korop - uwielbienie z Ukrainy

Odkąd Bóg dał mi przywilej gościć przez miesiąc wśród Braci i Sióstr w Chrystusie na Ukrainie, pokochałem szczerze tych ludzi. Tam żyje się inaczej... Brat Andrzej Mytych na swojej stronie pięknie o tym napisał: "Podróże w tym kierunku są inne. Tutaj ludzie żyją inaczej, myślą inaczej, mają inne tempo, inne wartości, inaczej postrzegają rzeczywistość." Ludzie tam na wschodzie są doprawdy niezwykli - bardzo serdeczni i szczerze oddani Bogu, a w ich zborach panuje niezwykła atmosfera. Są głęboko zanurzeni w Bogu - oni po prostu "żyją Bogiem na co dzień". Mają też w swych Kościołach wielu niezwykłych artystów. Jednym z moich najukochańszych jest Walery Korop (ros. Валерий Короп)

Nie mam o nim zbyt wielu informacji. Już od jakiegoś czasu próbuję nawiązać z nim kontakt, by dowiedzieć się o nim więcej i przedstawić go i jego twórczość Polakom - nie jest to jednak takie proste. Wiem, że był muzykiem rockowym i że nawrócił się 20 lat temu - Bóg uwolnił go od alkoholu i narkotyków. Dziś jest pastorem i prowadzi wspólnotę chrześcijańską - w strukturach Ukraińskiego Kościoła Misyjnego (Украинская Миссионерская Церковь). Jako pastor usługuje także poza Ukrainą, ale do Polski - o ile wiem - nigdy nie przyjechał. Jako artysta wykonuje bardzo zróżnicowaną muzykę - pomiędzy spokojnymi uwielbieniowymi balladami a rockiem. Wydał w sumie 30 płyt. Pokochałem jego muzykę od chwili gdy usłyszałem jego pieśń "Велики и чудны" ("Wielkie i wspaniałe"), nagraną w Izraelu wspólnie z Aleksandrem Rojtmanem, mesjańskim żydem: 



Długo modliłem się tą niesamowitą, choć tak prostą pieśnią - a także innymi z pięknego albumu "Поклонение в Духе и Истине" ("Cześć w Duchu i Prawdzie"). Zacząłem też intensywnie poszukiwać czegokolwiek z jego twórczości, co tylko pojawiło się gdzieś w internecie - i ku mej radości znalazło się tego sporo. W wielu pieśniach Walerego czuć potężny wpływ Ducha Świętego - myślę, że nie będzie nadużyciem, jeśli określę go mianem: namaszczony piewca chwały Bożej. Jego muzyka - przynajmniej w tych najbardziej "rozmodlonych" utworach - prowadzi na duchową głębię. Poprzez jego muzykę Bóg dotyka serca słuchacza... Niejedna z jego pieśni może wycisnąć z oka łzę.

niedziela, 21 kwietnia 2013

Bóg mówi: bądź szczodry!

"Dawajcie, a będzie wam dane; wtedy miarę dobrą, napchaną, utrzęsioną i z naddatkiem wsypią także w wasze zanadrze, bo jaką miarą mierzycie, taką i wam będzie odmierzone." (Ewangelia Łukasza 6, 38 - przekład literacki EIB)
Bóg jest Panem hojnym... Nie ma wyliczone ile może nam dać - może dać wszystko, czego będziemy potrzebować, a nawet wiele więcej. Wokół nas żyją inni ludzie. Wielu z nich potrzebuje pomocy. Jeśli widzimy ludzką nędzę, kierując się miłością powinniśmy zatroszczyć się o tych, którzy cierpią niedostatek. Bóg oczekuje naszej szczodrości. Bóg mówi nam, byśmy się dzielili tym, co posiadamy z tymi, którym się gorzej powodzi. Przecież wszystko, co posiadamy, tak naprawdę mamy od Niego - i jeśli On daje nam dostatek, to także po to, byśmy innych wspierali w ich niedostatku!

Bóg dał Ziemię wszystkim ludziom i jeśli ktoś ma z niej więcej - nie chodzi tylko o rolnictwo, lecz o wszystkie dobra - Bóg od niego oczekuje, by dzielił się tym, co ma. Powinniśmy - kierując się sercem - obracać tym, co posiadamy tak, by był z tego pożytek dla wszystkich. Ambroży z Mediolanu - jak sądzę - dobrze zrozumiał to, co Bóg próbuje nam powiedzieć. Bóg, od którego otrzymujemy chce, byśmy nie tylko umieli przyjmować, lecz także dawać. Powinniśmy to czynić bez wyliczania, "z serca" - jeśli mamy taką możliwość dawać nawet ponad miarę, więcej niż potrzeba. Może Bóg chciałby nam nawet podpowiedzieć, byśmy patrzyli ile trzeba, a nie na to ile nam zbywa, ile mamy ponad własne potrzeby i czym możemy się podzielić?

Bóg mówi wprost, że od postawy naszego serca zależy też i to, na ile od Niego możemy liczyć. Tym, którzy kierując się miłością bliźniego, potrafią być hojni, Bóg hojnie wynagrodzi. Wielu ludzi jest zdumionych, gdy przekonują się, że gdy dają innym, gdy dzielą się tym, co mają od Boga, wkrótce otrzymują jeszcze więcej. Bóg uzdalnia ich do posiadania - czasem nawet wielkiego majątku. Skąpym i zachłannym zaś Bóg błogosławić nie będzie. Choć także niewierzący miewają bogactwa, są przez swój majątek niszczeni. Bóg dał Ziemię wszystkim ludziom i chce, byśmy wspólnie z niej korzystali - w gruncie rzeczy chodzi o sprawiedliwość w podziale dóbr. Bóg nie chce, by jedni mieli wszystko i opływali w luksusy, a inni umierali z głodu, i mówi nam: tak nie może być!

Nie chodzi o bezmyślne rozdawanie - które nie jest pomocą, a wprost przeciwnie, działaniem szkodliwym - lecz o mądrą troskę o drugiego człowieka. Nie powinniśmy dawać pieniędzy żebrakom - bo w ten sposób oni pozostaną żebrakami. Nie chodzi o to, by "rozrzucać" pieniądze, ale by się umieć mądrze dzielić! Hojnym można być na różne sposoby - owszem, także głodnego nakarmić, nagiego przyodziać, jeśli taka jest potrzeba. Dobrze jest dać chleb głodnemu, ale lepiej nauczyć go, jak sobie może radzić w życiu. Oczywiście być może nie potrafimy lub nie czujemy się na siłach by samemu to robić, lecz nasze Kościoły niosą takim ludziom pomoc - i gdy będziemy wspierać to dzieło, będziemy się podobać Bogu. Działając poprzez Kościół - który korzysta ze wsparcia ludzi dobrze przygotowanych do pomagania potrzebującym, którzy wiedzą jak pomagać i potrafią lepiej rozeznać potrzeby - możemy być spokojni, że nasza pomoc trafi do tych, którzy rzeczywiście jej potrzebują. Pięknie postąpimy także dzieląc się nie tylko dobrami materialnymi, lecz także własnym czasem - włączając się w dystrybucję dóbr, w bezpośrednią pracę z potrzebującymi.

Myślę, że gotowość dzielenia się bierze się z piękna i szlachetności serca - które staje się takie pod dotknięciem Boga - i z prawdziwej wiary chrześcijańskiej.

sobota, 20 kwietnia 2013

Co cieszy diabła?

Czasami odnoszę wrażenie, że ulubionym zajęciem niejednego chrześcijanina jest... szukanie demonów. Tylko PO CO? Chyba po to, by wciąż straszyć ludzi "diabelskimi intrygami", by móc wciąż mówić o szatanie, o okultyzmie, o demonicznych wpływach. Niektórzy - odnoszę takie wrażenie - z większym przejęciem mówią o tym, co (ich zdaniem) jest złe i demoniczne, niż o... Jezusie Chrystusie. 

W ciągu ostatnich kilku lat o co najmniej połowie znanych mi bajek usłyszałem, że są "demoniczne", włącznie ze... "Smerfami". W sumie fakt, że teraz pojawia się kwestia "Hello Kitty" mnie nie zdziwiła - dziwi mnie natomiast, że tzw. "ludziom wierzącym" starcza byle pogłoska, jakoby twórca zawarł pakt z diabłem, by już przestrzegać przed "diabelstwem"... Nie zawsze da się dorobić powiązania okultystyczne - lecz od czego wyobraźnia? I tak możemy się dowiedzieć, że np. bajki z wytwórni Disneya... "deprawują dzieci". W "Królu Lwie" pojawia się (rzekomo) napis "sex" a w innej bajce wieża zamku - ktoś się tego dopatrzył - ma kształt penisa w stanie wzwodu. Obejrzałem dokładnie i trzeba naprawdę ogromnej fantazji, by się czegoś tam dopatrzeć, ale widocznie "głodnemu ......." (i tak dalej!)... Przed kilkoma laty wiele się mówiło o japońskich filmach "anime" - też praktycznie wszystkie miały być "od diabła". Owszem, do niektórych można było mieć zastrzeżenia, ale większość z nich to po prostu różne historyjki - ciekawsze lub mniej ciekawe, wartościowe (!) lub bez znaczenia.

Filmy "fantasy" też są "niebezpieczne". Wiele się w minionych latach mówiło o Harrym Potterze jako o zagrożeniu, lecz czy ktoś jest w stanie wykazać, że na skutek tego ktokolwiek się zainteresował okultyzmem? Chodziło głównie o praktyki magiczne - a te... pojawiają się w każdej baśni. Jeśli czary są problemem, to obok Harry'ego Pottera potępić należy równie stanowczo Pana Kleksa! Jakoś nie słyszałem jednak, by Panem Kleksem się zajmowano, a Harry Potter to dziwnie ulubiony temat. W ostatnich miesiącach za to katoliccy "eksperci" wzięli się za potępianie Tolkiena - w związku z pojawieniem się w kinach "Hobbita" - z tym samym zarzutem o "okultyzm". Tolkien był natomiast katolikiem i w jego książkach jest wiele "odbić" katolicyzmu. A że pojawiają się czary? jego przyjaciel, C.S. Lewis także pisał o czarach - a jednak Lewisem się wszyscy zachwycają, bo odniesienia do Ewangelii są u niego wyraźne.

Myślę, że... diabeł bardzo się cieszy z tego, że ludzie wierzący tak wiele czasu i energii poświęcają na wyszukiwanie "jego działań", bo wówczas tego czasu nie poświęcają Jezusowi Chrystusowi. Wyszukują z zapałem czego można się przyczepić i przed czym kolejnym "trzeba ostrzegać", zamiast czas ten poświęcić medytacji nad Słowem Bożym, modlitwie i ewangelizacji. Cieszy się też, bo wielu wierzących udało mu się zwabić w pułapkę... plotkarstwa - niemal wszystkie tego rodzaju "rewelacje" zawierają w sobie element "podobno"! Cieszy się diabeł też z tego, że podniecając się tego rodzaju "skandalami" i rozgłaszając swoje poglądy chrześcijanie nie tylko zaniedbują ewangelizację, ale też osłabiają działania ewangelizacyjne... ośmieszając swymi akcjami chrześcijaństwo. Przy tym też jeśli pojawiają się w pop-kulturze wpływy zła, elementy przed którymi faktycznie trzeba ostrzegać (są takie!), sami chrześcijanie osłabiają swój głos, tak głośno krzycząc o tym, co się im zdawało.

Nie znam ani jednego przypadku, by ktoś się zainteresował okultyzmem na skutek czytania lub oglądania bajek. Znam natomiast przypadki, gdy ludzie śmieją się z Kościoła i Ewangelii - i to wyłącznie z powodu absurdalnych zachowań tych, którym wydaje się, że toczą "walkę ze złem" i są "w armii Pana", a tak naprawdę są jak Don Kichot: walczą z własnymi... urojeniami. PO CO szukać demonów? Jezus nie polecił nam zabawy w detektywów, lecz ewangelizację - i temu warto się poświęcić. Większy pożytek jest z 5 minut głoszenia Ewangelii niż z całej serii wykładów na temat "okultyzmu i deprawacji" w kreskówkach czy filmach fantasy! Takie jest moje zdanie...

czwartek, 18 kwietnia 2013

Zmarł "pierwszy kantor" Ameryki

Fot. z archiwum The Billy Graham Library
16 kwietnia br., w wieku 104 lat - na skutek powikłań poudarowych - odszedł do Pana George Beverly Shea. W Polsce nie był on artystą szeroko znanym, jednak w USA był jednym z najpopularniejszych promotorów i wykonawców muzyki gospel. Był przede wszystkim bliskim przyjacielem i współpracownikiem pastora Billy'ego Grahama. Uczestniczył on w krucjatach Grahama przez blisko 60 lat (1947 - 2005), poprzedzając jego wystąpienia śpiewem. Sam Billy Graham uważa go za współtwórcę swych ewangelizacyjnych sukcesów. Szacuje się, że wystąpił osobiście dla więcej niż 220 milionów ludzi na całym świecie - nie dotarł z nim jednak do naszego kraju. 


G.B. Shea urodził się 1 lutego 1909 roku w kanadyjskim stanie Ontario jako czwarte z ośmiorga dzieci, w rodzinie wesleyańskiego duchownego. Powierzył swe życie Jezusowi w wieku 5 lub 6 lat, jednak potem nie wiódł bardzo uduchowionego życia - oddał na nowo swe życie Jezusowi mając lat 18, a On przemienił całe jego życie. W 1940 roku Shea poznaje pastora wiejskiego kościoła w Western Springs (Illinois) - tym pastorem jest wielebny Billy Graham. W tym czasie jest już dobrze znany radiosłuchaczom w Stanach Zjednoczonych. W 1941 roku Shea przyjął obywatelstwo amerykańskie, a w rok później zaczął się angażować w akcje ewangelizacyjne. W listopadzie 1947 roku po raz pierwszy bierze udział w krucjacie ewangelizacyjnej Billy'ego Grahama - jeśli z czasem Graham stał się "pastorem Ameryki", to Shea z pewnością jej "pierwszym kantorem". Był nie tylko śpiewakiem o zachwycającym głosie (pełen ciepła baryton), lecz także kompozytorem. Na filmie powyżej możecie zobaczyć i usłyszeć go, śpiewającego "I'd rather have Jesus": "Wolałbym Jezusa niż srebro i złoto..." - dziś jedna z najbardziej znanych pieśni gospel, do której stworzył muzykę (w wieku 23 lat). W ciągu 80 lat wydał 70 albumów z muzyką chrześcijańską


W swojej karierze był 10-krotnie nominowany do nagrody Grammy. Nagrodę tę zdobył w 1966 roku za album "Southland Favorites" nagrany z Anita Kerr Quartet. W 2010 roku otrzymał specjalną nagrodę Grammy za całokształt działalności artystycznej. W 1978 roku został wprowadzony przez Gospel Music Association - największą na świecie organizację promującą muzykę gospel - do "Gospel Music Hall of Fame". George Beverly Shea pozostał bardzo aktywny nawet wówczas, gdy jego wiek określały już nie dwie, lecz trzy cyfry! Posługiwał podczas krucjat ewangelizacyjnych Franklina Grahama (syna Bill'ego). Po raz ostatni wystąpił publicznie we wrześniu 2011 roku (w wieku 102 lat) w "The Cove".

Ateizm czy... (krypto)satanizm?

Źródło: Gość.pl

Gdy to przeczytałem, na początku zacząłem się śmiać. Nawet w czasach komunistycznych - o ile mi wiadomo - tak idiotycznych wystąpień przeciwko wierze chrześcijańskiej nie było. Tak naprawdę jednak to wcale nie jest śmieszne - jest to obraz zniszczeń jakie w ludziach czyni diabelska ideologia. Nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy sami nie wierząc, czynią wszystko, by inni utracili wiarę, by niszczyć wierzenia. Jeśli ktoś nie wierzy w Boga, powinien przynajmniej uszanować tego, kto w Boga wierzy. Każdemu wolno odrzucić Biblię jako Słowo Boże, ale... domagać się by Biblię usuwano z życia społecznego? Nawet jeśli nie przyjmować Biblii jako Słowa Bożego, jest ona skarbem literatury światowej. Nie można być dobrze wykształconym człowiekiem bez znajomości tego, co zawiera Biblia. Nie jest dobrze wykształconym ten, kto nigdy nie wziął do ręki Biblii i nie zaczął czytać. Jest ona z pewnością nie mniej ważna niż inne pisma starożytne - jest zapisem historii a przy tym też podręcznikiem dobrego życia. Słowo Boże uczy nas, jak być CZŁOWIEKIEM! 

Walka z Bogiem i Słowem Bożym nie jest przejawem ateizmu, lecz raczej... satanizmu. Oczywiście nie ma tu mowy o satanizmie takim, jak sobie go wyobrażamy, w formie kultycznej, gdyż ateizm wyklucza wiarę nie tylko w Boga, lecz także w diabła. Jednak ten, kto otwarcie występuje przeciwko Bogu - choćby formalnie nie wierzył i nie stosował żadnych form kultu - w rzeczywistości czci diabła, służąc mu. Walka z Bogiem i Słowem Bożym nie jest to też żadnym "świeckim humanizmem", choć większość ateistów uważa się za "humanistów". Humanizm jest bowiem ukierunkowany na troskę o potrzeby, szczęście, godność i swobodny rozwój człowieka - odchodzi od duchowości, lecz nie przekreśla jej, popełniając błąd w przekonaniu, że "Bóg nie jest człowiekowi potrzebny". Walka z Bogiem i Słowem Bożym jest raczej antyhumanizm, bo ludzie ci prowadzą swą walkę z... najbardziej humanitarnymi wzorcami życia, które podaje Słowo Boże! Prowadzą swą walkę przeciwko Temu, który daje ludziom szczęście i poczucie godności. Próbują ograniczać rozwój człowieka, "podcinać skrzydła" ludzkości. Nie ma szansy rozwoju tam, gdzie nie będzie Ewangelii, gdzie nie będzie ukierunkowywania ludzi na sprawy duchowe, gdzie nie będzie mowy o grzechu (przestroga) i zbawieniu (nadzieja). Ci ludzie walczą nie tylko z Bogiem, lecz z nauką dobrego życia. Próbują za wszelką cenę usunąć Boga z życia naszego społeczeństwa - chcą, by ludzie zapomnieli o Bogu. To pokazuje, czyje interesy naprawdę reprezentują na Ziemi! O "racjonalizmie" - a ludzie ci uważają się za "racjonalistów" - też zdecydowanie trudno mówić, gdyż racjonalizm opiera się na rozumowaniu (myśleniu), a tu mamy do czynienia z jakąś absurdalną filozofią!
"Albowiem tajemna moc nieprawości już działa, tajemna dopóty, dopóki ten, który teraz powstrzymuje, nie zejdzie z pola. A wtedy objawi się ów niegodziwiec, którego Pan Jezus zabije tchnieniem ust swoich i zniweczy blaskiem przyjścia swego. A ów niegodziwiec przyjdzie za sprawą szatana z wszelką mocą, wśród znaków i rzekomych cudów, i wśród wszelkich podstępnych oszustw wobec tych, którzy mają zginąć, ponieważ nie przyjęli miłości prawdy, która mogła ich zbawić. I dlatego zsyła Bóg na nich ostry obłęd, tak iż wierzą kłamstwu, aby zostali osądzeni wszyscy, którzy nie uwierzyli prawdzie, lecz znaleźli upodobanie w nieprawości." (2. List do Tesaloniczan 2, 7 - 12)
To zapowiedź czasów ostatecznych i nadejścia antychrysta, ale też mowa o diabelskim działaniu poprzedzającym jego nadejście. Trzeba zrozumieć, że Bóg nie działa przeciwko człowiekowi, nie niszczy człowieka - nie tyle "zsyła ostry obłęd", co pozwala człowiekowi zatracić się w kłamstwie. Popadniecie w obłęd jest skutkiem oddania się diabłu. Bóg jedynie dopuszcza, by to się działo z ludźmi... I już w sumie wszystko wiadomo i nic, żadne działania przeciwko Bogu i Prawdzie, nie powinny nas dziwić - nawet te najbardziej absurdalne. Pozostaje nam tylko modlić się za ludzi dotkniętych tą przerażającą przypadłością.

Potrzeba miłości w sercu...

Jezus mówi: "Gdy Syn Człowieczy przyjdzie w swojej chwale, a z Nim wszyscy aniołowie, wtedy zasiądzie na tronie swojej chwały i będą zgromadzone przed Nim wszystkie narody. Wówczas odłączy jednych ludzi od drugich, jak pasterz odłącza owce od kozłów. Owce ustawi po swej prawej stronie, a kozły – po lewej. Wtedy jako Król powie tym po prawej stronie: Wyróżnieni przez mojego Ojca, podejdźcie, odziedziczcie Królestwo przygotowane wam od stworzenia świata. Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść, byłem spragniony, a daliście Mi pić, byłem obcym przybyszem, a przyjęliście Mnie, byłem nagi, a ubraliście Mnie, byłem chory, a doglądaliście Mnie, byłem w więzieniu, a odwiedziliście Mnie. A sprawiedliwi zapytają: Panie! Kiedy widzieliśmy Cię głodnym, a daliśmy Ci jeść, lub spragnionym, a daliśmy Ci pić? Kiedy widzieliśmy Cię obcym przybyszem, a przyjęliśmy Cię, lub nagim, a ubraliśmy Cię? Kiedy też widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu, a odwiedziliśmy Cię? Król natomiast odpowie: Zapewniam was, cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych moich braci, uczyniliście Mnie. Następnie powie tym po lewej stronie: Odejdźcie ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom. Gdyż byłem głodny, a nie daliście Mi jeść, byłem spragniony, a nie daliście Mi pić. Byłem obcym przybyszem, a nie przyjęliście Mnie, nagim, a nie ubraliście Mnie, chorym i w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie. A oni zapytają: Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym lub spragnionym, lub obcym przybyszem, lub nagim, lub chorym, lub w więzieniu – i nie usłużyliśmy Ci? Zapewniam was – odpowie – czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, nie uczyniliście Mnie. I odejdą ci ludzie, by ponieść wieczną karę, sprawiedliwi zaś wkroczą w życie wieczne." (Ewangelia Mateusza 25, 31 - 46 - przekład literacki EIB) 
Jeden z wielkich uczniów Jezusa, głoszący Ewangelię w Indiach i Tybecie tak wspomina jedną ze swoich wypraw misyjnych: "Gdy kiedyś podczas burzy śnieżnej wędrowałem w górach z pewnym Tybetańczykiem, dostrzegłem człowieka, który leżał nieprzytomny na drodze. Powiedziałem do mego towarzysza: 'Musimy zatrzymać się i pomóc mu'. Ten jednak zaoponował: 'Nikt nie może od nas wymagać, byśmy jemu pomogli, skoro sami jesteśmy w niebezpieczeństwie'. 'Jeśli myślisz, że i my mamy umrzeć, lepiej byśmy umierali, niosąc drugiemu pomoc' - odrzekłem. Nie usłuchał mnie i poszedł swoją drogą. - Wziąłem z wielkim wysiłkiem zmarzniętego człowieka na plecy i niosłem go szmat drogi. Praca mięśni rozgrzała mnie i ciepło udzieliło się nieszczęśnikowi. Dotarliśmy do najbliższej wioski, czując się dobrze. Tybetańczyka, który opuścił mnie i ruszył samotnie w drogę, znalazłem w pobliżu szlaku. Zamarzł na śmierć. Stało się dla mnie jasne, że ci, którzy chcą zachować swe życie, stracą je, ci zaś, którzy tracą swe życie dla Pana, zachowują je. Chciałem ratować człowieka, a trudząc się dla niego, uratowałem samego siebie. Gdy będziemy postępować samolubnie, myśleć tylko o sobie - zginiemy. O ile przez czynną miłość bliźniego życie wewnętrzne krzepnie i nabiera rumieńców, o tyle samotna kontemplacja, wyzuta z troski o bliźnich, trwoni siły wewnętrzne. Mistycyzm zamykający się bez reszty w sobie, oznacza śmierć prawdziwej społeczności z Bogiem. Sadhu wyrażał często tę myśl w podobieństwach." (Tadeusz Łamacz  "Wielki Chrześcijanin - Sadhu Sundar Singh")

Sadhu Sundar Singh i Himalaje (zdjęcie satelitarne), przez które tak często przechodził
Zbawieni jesteśmy z łaski przez wiarę - nie przez własne uczynki (List do Efezjan 2, 8 - 9). Nie osiągniemy tego przez własne starania i choćbyśmy życie za kogoś oddali, a nie wierzyli w Jezusa Chrystusa, nic nam to nie pomoże w dostaniu się do nieba! Jednak jeśli wiara nie przynosi owoców w postaci dobrych uczynków jest ona martwa, pusta, powierzchowna i bezużyteczna (List Jakuba 2, 20) - jest równie "realna" jak... fatamorgana na pustyni! Jeśli za wiarą nie idą uczynki, to znaczy, że choć być może mówimy o Jezusie, to wyznajemy go tylko swoimi ustami, a nie płynie to z serca. Taka "wiara" nie ma żadnej wartości! I w dniu, gdy Jezus przyjdzie ponownie jako sędzia tacy "wyznawcy" będą mieć "duży problem"!

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Uśpione sumienie

"...pobożność jest wielkim zyskiem, jeżeli jest połączona z poprzestawaniem na małym. Albowiem niczego na świat nie przynieśliśmy, dlatego też niczego wynieść nie możemy. Jeżeli zatem mamy wyżywienie i odzież, poprzestawajmy na tym. A ci, którzy chcą być bogaci, wpadają w pokuszenie i w sidła, i w liczne bezsensowne i szkodliwe pożądliwości, które pogrążają ludzi w zgubę i zatracenie. Albowiem korzeniem wszelkiego zła jest miłość pieniędzy; niektórzy, ulegając jej, zboczyli z drogi wiary i uwikłali się sami w przeróżne cierpienia. Ale ty, człowiecze Boży, unikaj tego, a zabiegaj o sprawiedliwość, pobożność, wiarę, miłość, cierpliwość, łagodność. Staczaj dobry bój wiary, uchwyć się żywota wiecznego, do którego też zostałeś powołany i złożyłeś dobre wyznanie wobec wielu świadków." (1. List do Tymoteusza 6, 6 - 12)


Gdy przeczytałem tą informację, zadałem sobie pytanie: "Co na to Bóg?" Znamy przykazanie: "Nie kradnij" (2. Księga Mojżeszowa 20, 15), ale czy można w tym wypadku mówić o kradzieży? Nie. Awaria to zdarzenie losowe i nawet jeśli ktoś ją wykorzystał nie można tego nazwać kradzieżą, choć na pewno jest nieuczciwością. Naruszone natomiast zostało inne przykazanie: "Nie pożądaj domu bliźniego swego, nie pożądaj żony bliźniego swego ani jego sługi, ani jego służebnicy, ani jego wołu, ani jego osła, ani żadnej rzeczy, która należy do bliźniego twego" (2.Księga Mojżeszowa 20, 17) Co prawda bank jest instytucją i komuś może się wydawać, że wobec tego "nie ma grzechu" - ale pieniądze, którymi ta instytucja obraca należą do ludzi i sama instytucja także należy do ludzi - czasem ma konkretnych właścicieli, a czasem należy do społeczeństwa. Możemy mieć wątpliwości co do banków i mamy powody narzekać na ich pazerność, ale nie usprawiedliwia to sięgania po to, co nie nasze. A ludzi, którzy zaczęli "pielgrzymować" do tego automatu, prowadziła żądza pieniądza - pragnienie wzięcia pieniędzy, które nie są ich własnością, są własnością kogoś innego.

Gdy w grę wchodzą pieniądze, ludzie często tracą głowę. I nawet "w zasadzie porządny człowiek" potrafi się skusić na taką okazję, i wcale nie dostrzega w tym nic złego. Być może nawet jest dumny z siebie i swojej "zaradności życiowej". Może zawahałby się, gdyby komuś z kieszeni na jego oczach wypadło 100 złotych. Są wprawdzie tacy, którzy zaraz by położyli na nich łapę, lub choćby postawili nogę i czekali, by właściciel zguby sobie poszedł, ale może wielu (jak wielu?) by podniosło i pobiegło za właścicielem, by oddać. Gdy mamy przed sobą konkretnego człowieka, może nasze sumienie działa sprawniej - gdy zaś nie stoi przed nami żywy człowiek, pokusa jest większa a sumienie łatwiej "uśpić". Przykre jest to, że wielu ludzi bardziej ceni pieniądze niż honor i przyzwoitość.

Chodzi mi po głowie jeszcze taka myśl. Gdybym gdzieś w mieście zostawił torbę pełną pieniędzy, zapewne bardzo szybko by nie pozostał po niej ślad. Gdyby natomiast w tej torbie były Biblie, mógłbym być raczej spokojny o to, że znajdę ją tam, gdzie ją zostawiłem. Słowo Boże nie jest dla ludzi tak atrakcyjne, jak pieniądze.

niedziela, 14 kwietnia 2013

O prawdziwym mistycyzmie chrześcijańskim

Pragnę się podzielić ciekawą refleksją na temat prawdziwego mistycyzmu chrześcijańskiego i jego duchowych fundamentów. Jej autorem jest holenderski teolog i były ksiądz katolicki Herman J. Hegger (1916 - 2012). Jest to fragment niezwykle interesującej książki - będącej osobistym świadectwem życia tego Męża Bożego - "Zobaczyłem światło" (tłum. Elżbieta Modnicka i Jan Tomczyk, wyd. Kościół Ewangelicznych Chrześcijan, Warszawa 1988, str. 43 - 53).

   "Przez lata nowicjatu, oprócz dążenia do uzyskania zwycięstwa nad ciałem i jego namiętnościami, przykładaliśmy się także do praktyk modlitewnych. nazywane to było pielęgnacją duchowego, czyli wewnętrznego życia. Celem jej była rosnąca intensywność naszych nieprzerwanych kontaktów z Bogiem, Jezusem Chrystusem i Marią. Najwyższym naszym celem było osiągnięcie prawdziwego mistycyzmu. Różnica między zwykłym życiem a życiem mistycznym objaśniana jest często w kościele rzymsko - katolickim przy pomocy następującego przykładu. W zwyczajnym życiu modlitewnym, człowiek używać musi jakby łodzi wioślarskiej. Sam musi pracować wiosłami i posuwać swą łódź. wiosła łodzi dane mu są przez Boga. Życie modlitewne nie jest możliwe bez łaski Bożej. Mistycyzm porównany może być do łodzi żaglowej. Bez wysiłku ślizga się po falach, kiedy wiatr dmie w żagle. W mistycyzmie człowiek prowadzony jest przez Ducha Świętego, który prowadzi go w osobistą, pełną miłości społeczność z Bogiem. On nie może opierać się temu wpływowi. Jest to rodzaj ekstazy, która opanowuje go nagle i równie szybko może zniknąć. Taki człowiek obdarowany jest podwójną łaską, ponieważ nie tylko zdolny jest wejść w nadnaturalną społeczność z Bogiem, ale nawet sposób jego modłów jest manifestacją boskiej łaski. (...) 
    Jestem (...) przekonany, że mistycyzm mógł rozwinąć się w pełni jedynie w reformatorskim punkcie widzenia na zbawienie przez wiarę. Doktryna rzymsko - katolicka zawiera poszczególne elementy, które umożliwiają doskonały związek, mogący rozkwitnąć w prawdziwym mistycyzmie. Główną przeszkodą dla takiego zjednoczenia jest doktryna o możliwości utraty łaski. (...) Inną barierę dla doskonałej miłości Chrystusa stanowi cześć dla Marii. (...) Inną sprawą blokującą doskonałą społeczność z Chrystusem była doktryna głosząca, że to, co Kościół ogłosi, jest najwyższym, ultymatywnym źródłem wiedzy o Bożym objawieniu. Z tego punktu widzenia doktryna ta redukuje Biblię do roli drugorzędnej książki i upomnienia papieskie do wiernych, by czytali Biblię, często nie mogą zmienić tego faktu. Katolik nigdy bowiem nie może poświęcić się całkowicie medytacji nad Biblią. (...) Wszystkie te trudności mogą być przezwyciężone przez doktryny Sola Fide (tylko wiara) i Sola Gratia (tylko łaska) wraz z Sola Scriptura (tylko Pismo), głoszone przez reformację. Dlatego właśnie odpowiadają one potrzebom autentycznego, mistycznego odrodzenia duszy ludzkiej. 
     Tylko wiara - człowiek zbawiony jest tylko przez wiarę, wiarę w Jezusa Chrystusa, jako swego Zbawiciela. W tym sensie mistycyzm jest czymś całkiem odmiennym - jest relacją interpersonalną. (...) [Prawdziwy mistycyzm] jest to kwestia absolutnej więzi z żyjącym Bogiem Abrahama, Izaaka i Jakuba, z Bogiem, który jest Ojcem Pana naszego, Jezusa Chrystusa. (...) Prawdziwy mistycyzm nie jest jedynie uczuciem zależności od Stwórcy, implikuje on także sens zależności od Łaski Bożej. W ten sposób pierścień jedności z Bogiem jest zamknięty i doskonały. W świadomości każdego stworzenia ramiona jego sięgają nieba, dusza tęskni za pełną rozmaitych barw światłością Boga, klęka w adoracji i uwielbieniu wieczystego Majestatu Nieograniczonego. (...) Jedynie nauka o zbawieniu przez wiarę daje duszy doskonały pokój w każdej sferze. Zgodnie z nią zbawienie człowieka opiera się wyłącznie na wiernym oddaniu się jezusowi Chrystusowi, na przyjęciu Jego pojednawczej śmierci i Jego zmartwychwstania. Zaufanie Jezusowi jest zatem kwestią - być albo nie być. Moją ostoją w Nim jest moje zbawienie. (...) Taka wiara niemalże zniewala do praktykowania prawdziwego mistycyzmu.
     Sola Gratia - człowiek zbawiony jest tylko przez łaskę. Nie może zapracować na Niebo. To Boża wierność zbawia go. 'Kto wierzy we Mnie ma życie wieczne... nikt nie może wyrwać (moich owiec) z mojej ręki'. Dzięki tym obietnicom Zbawiciela człowiek wie, że jest doskonale zbawiony w ramionach Dobrego Pasterza. Wie, że nigdy nie odpadnie od Łaski Bożej. Sam Bóg bierze w swoje ręce naszą wytrwałość. Bóg nigdy nie rezygnuje z pracy swoich rąk. Nic nie zakłóca tej miłości, żaden strach piekła nie może zaćmić jej żarliwości ani nie zagasi jej światła.
     Sola Scriptura - tylko Biblia jest spisanym objawieniem Boga. To jest Boże objawienie, objawienie samego Boga dla człowieka. Jest to czysty dar Boga dla człowieka, który Boga poszukuje. Nie może więcej ludzka tradycja panować nad nim. To prawda, że w społeczności świętych - a dotyczy to także Kościoła, który jest społecznością świętych w Boskiej służbie i był nią przez stulecia - wierzący może znaleźć wiele różnych rzeczy, które doprowadzić go mogą do głębszego zrozumienia Słowa Bożego. Ale Pismo pozostaje zawsze ostatecznym sądem i niepodważalnym sprawdzianem prawdy każdej doktryny. Dlatego wierzący zagłębia się w Biblię i słucha jej poselstwa, modląc się o oświecenie Ducha. Wtedy żywy Bóg mówi do niego i napełnia jego duszę czcią, dobrocią i radością."