czwartek, 7 marca 2013

O literaturze fantasy i "połykaniu wielbłąda"

"Wszystko badajcie, a co szlachetne - zachowujcie! Unikajcie wszystkiego, co ma choćby pozór zła." (1. List do Tesaloniczan 5, 21 - 22)
Bóg zaleca nam wielką ostrożność w kwestiach duchowych. Nie mamy bezmyślnie przyjmować wszystkiego, co do nas dociera, co nas otacza. Mamy badać jego pochodzenie i "skład". Możemy to czynić w świetle Słowa Bożego, a czego nie jesteśmy pewni, może nam dopowiedzieć Duch Święty. Czasem odnoszę jednak wrażenie, że wielu chrześcijan jest zbyt przeczulonych i... dopatruje się diabła tam, gdzie wcale go nie ma!

Rys. Nidoart / Wikipedia C.C. 3.0
Przeczytałem dziś relację ze spotkania z pewnym publicystą katolickim związanym z... hmmm... dość "specyficznym" środowiskiem medialnym, a w niej, że według niego: "...tolkienowska postać Gandalfa, który, w związku z używaniem magii, jest postacią demoniczną." Nie wiem czy ten pan wie cokolwiek o Tolkienie i jego twórczości - w każdym razie nie trzeba wiele wysiłku, by się dowiedzieć, że J.R.R. Tolkien był... gorliwym i bardzo ortodoksyjnym w wierze katolikiem, wychowankiem zakonnika, podporządkowującym się nauczaniu Kościoła katolickiego i wprowadzającym elementy katolickie do swoich powieści (na szczęście w sposób nieprzeszkadzający i nie narzucający wierzeń katolickich). Człowiekiem wierzącym był zresztą także bliski przyjaciel Tolkiena - C.S. Lewis, autor "Kronik Narnii". O ile u Tolkiena elementy katolickie nie są widoczne, u Lewisa są wręcz oczywiste. "Kroniki Narnii" to powieść z wieloma wątkami ewangelicznymi. W "Kronikach Narnii" też pojawiają się czary. Czy to przekreśla te książki? W żadnym razie!

Dlaczego mamy odrzucać tą literaturę tylko dlatego, że występuje w niej jakieś "hokus - pokus"? Osobnym tematem być może jest "Harry Potter" - nie wypowiadam się o nim, bo nie czytałem, ale w Polsce książki te wydaje firma należąca do człowieka, którego poznałem osobiście a który jest... duchownym Kościoła episkopalnego (choć obecnie nie pełni posługi pastorskiej). Wiem, jakie są wobec tej powieści zastrzeżenia  - włącznie z sugestiami, że zawiera autentyczne okultystyczne formuły magiczne i że jest dość brutalna. Ale najczęściej pada zarzut o magii na kartach książki w ogóle. Jakoś jednak nikt z chrześcijan nie potępił przy tym naszej rodzimej "Akademii Pana Kleksa", która też jest pełna "czarostwa"! Tak samo jakoś też nikt się nie czepia starych bajek, pełnych czarownic, czarodziejów, dobrych wróżek, itp. Dziwne. Spotkałem się za to z ostrym potępianiem... sztuki iluzji i iluzjonistów ("magików"), którzy też "promują okultyzm". Gdy próbowałem wyjaśnić, że przecież żadnych czarów w tym nie ma, a tylko zręczność i odwracanie uwagi + sprytne rekwizyty, dowiedziałem się, że... "więc jest to kłamstwo / oszustwo, a więc grzech" i "chrześcijanin nie może w tym uczestniczyć", a jeśli uczestniczy / praktykuje iluzję, to... "jest dzieckiem diabła".

"Uwielbiam" takie "nieomylne" orzekanie o tym, co jest dobre a co jest złe! Jakże smutny byłby świat bez odrobiny fantazji - w której musi być odrobina magii. Ja wyrosłem na klasycznych bajkach. Jako dziecko kochałem Pana Kleksa, potem pokochałem Aslana (szybko zrozumiałem czyim "obrazem" on jest i zacząłem odkrywać Ewangelię w "Kronikach Narnii"!), potem pokochałem też Hobbity i Gandalfa. "Dziwnie" nie stałem się przez to okultystą, ani nigdy nie próbowałem czarów czy wywoływania duchów. Natomiast wpłynęło to znakomicie na moją fantazję, na rozwój umysłowy, na rozwój zdolności pisania... Zastanawiam się, czy ci, którzy mówią o "wielkim zagrożeniu"  związanym z tego rodzaju literaturą (czy fascynacją iluzją) potrafią udowodnić, że ktokolwiek na skutek tych opowiadań zajął się magią (czyt.: stał się okultystą), czy też jest to po prostu teoria, której nikt tak naprawdę nie sprawdził, a głosi niemal jako dogmat wiary? Jestem wielce wdzięczny owemu katolickiemu publicyście, że on traktuje je jako pomniejsze zagrożenie, co nie zmienia faktu, że... mówi "od rzeczy", wykazując się - jak wielu innych - nieznajomością tematu, a więc... ignorancją.

Jezus powiedział kiedyś do faryzeuszy, mistrzów w pouczaniu innych i tworzeniu "regulacji życia duchowego": "Ślepi przewodnicy! Przecedzacie komara, a połykacie wielbłąda" (Ewangelia Mateusza 23, 24). Odnoszę dziwne wrażenie, że te słowa pasują jak ulał do wielu współczesnych nam wierzących, wielkich formalistów, którzy próbują przesadnie regulować zasady życia chrześcijańskiego i szukać brudów. Zbyt często tracą ludzie czas i siły na zupełnie niepotrzebne kwestie. Zbyt wiele uwagi poświęcają drobiazgom - często błędnie je interpretując - a wówczas łatwo umyka to, co naprawdę istotne. A ja lubię Gandalfa... Czy to znaczy, że nie kocham Chrystusa? Kocham! A że jedno drugiemu nie przeszkadza bierze się stąd, że potrafię odróżnić rzeczywistość od fikcji literackiej. Wydaje mi się, że wielu chrześcijan ma z tym problem.

2 komentarze:

  1. Ja też kiedyś byłam nastawiona "anty" do wszystkiego, co magiczne w literaturze. Ale przecież np. w szkole poznajemy mitologię Greków i Rzymian, co przecież nie spowodowało, że jestem poganką.
    Niestety, ale odnoszę wrażenie, że niektórzy chrześcijanie zachowują się trochę tak, jak świadkowie Jehowy, którzy izolują się od wszystkiego, co "światowe", a potem nie umieją rozmawiać na pewne tematy. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ludzie potrafią tak naprawdę w dobrej wierze bardzo głupio robić. Teraz napiszę trochę obok tematu, ale mnie przeraża np. jak niektórzy chrześcijanie biorą się za pisanie o new age. Gdy czytałem niektóre publikacje na temat ufologii (element new age), to jako człowiek już nawrócony, a kiedyś się pasjonujący ufologią, dosłownie łapałem się za głowę i niemal krzyczałem: "Co za bzdety!", bo autorzy chrześcijańskich publikacji na ten temat - co smutne - zajmują się tym, co naprawdę nieistotne, a nie tym, co stanowi naprawdę problem. A największe bzdury przeczytałem u adwentystów - że "widziałem szatana spadającego z nieba jak błyskawica" (z Apokalipsy) przypomina opisy UFO, a więc UFO to szatan, co u zainteresowanych ufologią wywoła tylko spazmy Śmiechu, skoro nawet na mojej twarzy wierzącego wywołało uśmiech politowania. ;p Myślę, że kiedyś o tym napiszę, bo popełniany jest dosłownie błąd za błędem, a chyba nie o to chodzi, by się ośmieszać i robić za fanatyka religijnego. New age jest rzeczywistym zagrożeniem, ale chrześcijanie - co stwierdzam z rozpaczą - poruszają się w tym jak "słoń w składzie porcelany".

    Myślę, że podobnie jest w przypadku literatury fantasy. Doszukiwanie się na siłę diabelstwa tylko dlatego, że jest jakieś "hokus - pokus" ośmiesza nas i tracimy autorytet. Przy tym szukamy najpewniej diabła tam, gdzie go wcale nie ma, a odsłaniamy zupełnie przed nim inne obszary, gdzie dzięki naszej nadgorliwości w zwalczaniu "pozorów zła", może on swobodnie działać. Czasem zastanawiam się, czy tocząc takie walki nie stajemy się nieświadomie sprzymierzeńcami szatana w walce z Kościołem? Chyba lepiej by było, gdybyśmy się mniej czepiali drobiazgów a baśnie - i dawne i współczesne - zostawili w spokoju, bardziej zajmując się rzeczywistymi sprawami duchowymi... Co nie znaczy: nie uważali! :)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń