niedziela, 31 marca 2013

Dlaczego wierzę w zmartwychwstanie?

Wiara w zmartwychwstanie wydaje się być irracjonalna. Nasz rozum nie sięga poza grób i z tego ograniczenia bierze się przekonanie tak wielu ludzi, że z chwilą śmierci wszystko się kończy. Dla nas, chrześcijan, wszystko się zaczyna - bowiem Chrystus zwyciężył śmierć i ona nad tymi, którzy idą za Nim, nie ma już żadnej mocy. 

Dlaczego wierzę w zmartwychwstanie? Nigdy nie widziałem, żeby ktoś powstał z martwych. Jezus wzbudzał do życia umarłych - bo On jest Panem życia i tak, jak sam oddał życie za nas, tak i sam je odzyskał i obiecał, że my także wstaniemy z martwych, by żyć już wiecznie. Wierzę w zmartwychwstanie, bo Słowo Boże o nim mówi - i to jest dostateczny powód. Słowo Boże jednak także wspomina o świadkach, którzy na własne oczy widzieli Zmartwychwstałego Pana - a były ich setki. Gdy rodziło się chrześcijaństwo, miało ono potężnego wroga - Cesarstwo Rzymskie. Wróg ten pragnął zadusić to duchowe poruszenie... Mógłby to z łatwością uczynić, gdyby to, co mówiono o Chrystusie było kłamstwem. Ale żyli świadkowie! Gdyby Chrystus nie zmartwychwstał, dziś być może świat w ogóle by nie wiedział, że kiedykolwiek ktoś taki był i nie mielibyśmy jego nauk. Wszystko to być może byłoby znane tylko wąskiemu gronu specjalistów zajmujących się dziejami Izraela i judaizmu. Być może zawiązałaby się niewielka grupa religijna, ale... jak długo by przetrwała? Zresztą nawet jej powstanie było by wątpliwe. Po uwięzieniu Chrystusa uczniowie przelękli się prześladowań, ukryli się przed żydami. Gdy ujrzeli żywego Pana - gdy przekonali się kim On naprawdę jest - wszystko się zmieniło i stali się odważnymi świadkami Chrystusa, gotowymi cierpieć i umierać za wiarę. Gdy ktoś mówi: "Chcieli po prostu założyć  nową religię", ja się pytam: "A jaki mieli w tym interes? Czy byliby gotowi umierać za kłamstwo? Co by zyskali? Czy TY byś był gotów umierać za wymyśloną przez siebie ideę?" Wszystko to mnie przekonuje, że Jezus zmartwychwstał naprawdę!

A wam wszystkim, którzy to czytacie życzę
Radosnych świąt wielkanocnych!
i byście kiedyś, gdy ten świat się skończy, 
doznali radości zmartwychwstania do życia wiecznego 
z naszym Panem i Zbawicielem, Jezusem Chrystusem!

Diabeł w ornacie...

"Albo czy nie wiecie, że niesprawiedliwi Królestwa Bożego nie odziedziczą? Nie łudźcie się! Ani ludzie nierządni, ani bałwochwalcy ani cudzołożnicy, ani zniewieściali, ani homoseksualiści, ani złodzieje, ani chciwcy, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy Królestwa Bożego nie odziedziczą" (1. List do Koryntian 6, 9 - przekład dosłowny EIB)
Słowo Boże mówi wyraźnie: homoseksualiści (we wcześniejszych i innych przekładach: mężołożnicy) Królestwa Bożego nie odziedziczą. To znaczy: nie będą zbawieni. Gdy po raz kolejny widzę, jak ktoś, kto twierdzi, że jest "głęboko wierzący" słowa o homoseksualizmie jako grzechu (obrzydliwości) zaczerpnięte wprost z Biblii określa jako "homofobiczne" i "wyrwane z kontekstu", stwierdza, że "wiele związków jednopłciowych może być wzorem dla małżeństw homoseksualnych", to pozostaje mi się tylko modlić. Po kolejnej takiej dziwnej dyskusji - w której pokazywałem opinię Boga w kwestii homoseksualizmu, a dostałem odpowiedź, że "powinienem to Bogu zostawić a nie mówić, że jest to grzech", mogłem tylko westchnąć i zanucić pierwszy wers znanej piosenki grupy Pod Budą: "Ciężkie czasy, dziwne czasy, Panie mój..." (reszta piosenki jest już w innym temacie). Ciężkie czasy, dziwne czasy - kłamstwo i nowe herezje wdzierają się dziś z zadziwiającą siłą do Kościoła. Jak to się mówi: przebrał się diabeł w ornat i ogonem na mszę dzwoni (zło udające dobro).

Czy można być "pobożnym homoseksualistą". Pewnie można - jeśli zacznie się Biblie traktować wybiórczo, powyrywa się kilka kartek (a przynajmniej powykreśla niewygodne wersety)... Wówczas homoseksualista - a nawet wydawca porno-pisemek dla gejów - zakłada ornat i uważa się za "sługę Bożego". Wówczas można przyjąć na pastorów gejów i lesbijki, błogosławić związki, itp. Niektórzy posuwają się nawet do tego, że mówią: Jezus był gejem! Jest to oczywiste bluźnierstwo, ale w naszych czasach chyba już nic nie powinno dziwić. Tak dzieje się, gdy człowiek w centrum stawia dziwne ludzkie ideologie - które często usprawiedliwiają zło - zamiast Słowa Bożego.

Gdy niektórzy przekonują mnie, że "wielu homoseksualistów szczerze kocha Boga", ja stawiam pytanie: "Jakże można 'szczerze kochać Boga' odrzucając Słowo Boże?" Chyba tylko jeśli człowiek ma świadomość własnych problemów i żyje w czystości, nie podejmuje grzesznego współżycia. Wiem, że są tacy ludzie, którzy żyją z tą przypadłością, lecz mimo wszystko żyją po bożemu - choć Bóg ich nie uwolnił od tego "krzyża", uzdolnił ich jednak do zwycięstwa nad sobą samym - i są oni godni szacunku i podziwu. Czynni homoseksualiści lekceważą Słowo Boże, żyją w grzechu i (cóż tu dużo mówić) są w niewoli diabła, czyli... kierunek: piekło. Słowo Boże jest dane ludziom po to, aby się opamiętali i nawrócili. Jeśli żyją w grzechu, to znaczy, że kochają swój grzech, a nie Boga. Albo idziesz za Bogiem i przyjmujesz Słowo Boże, albo odrzucasz Boga i Słowo Boże i idziesz za diabłem. Nie ma innej drogi. I nie można zrobić tak, że coś się z Biblii przyjmie, albo coś się odrzuca. Jeśli cokolwiek odrzuca się z Biblii, jeśli się cokolwiek zakwestionuje, to wybiera się tym samym diabła na życia przewodnika.

Nam, chrześcijanom - ludziom Boga i Słowa Bożego - nie wolno tępić homoseksualistów, bo każdego człowieka mamy kochać i szanować. Musimy jednak mówić:
"Homoseksualizm jest grzechem! Bóg brzydzi się homoseksualizmem!" Musimy ostrzegać ludzi, gdy są na drodze do piekła - właśnie w imię miłości i troski o nich.

piątek, 29 marca 2013

Za mnie i za Ciebie...















W kalendarzu mamy dziś "Wielki Piątek"... Ulicami każdego z naszych miast i drogami wielu wsi przeszły dziś procesje "Drogi Krzyżowej" (choć muszę zaznaczyć, że Bóg wcale od nas nie oczekuje takich form, takich nabożeństw). W wielu miejscach kraju w tym okresie odbywają się "misteria męki Pańskiej", na które również przybywają tłumy wiernych. Wierni płaczą... Dobrze, jeśli wspomnienie o śmierci Chrystusa porusza serca... Wszystkie te misteria i nabożeństwa jednak nie mają żadnego znaczenia! Ważne jest nie to, czy dziś poszedłeś na "Drogę Krzyżową" i czy pójdziesz adorować Chrystusa, odwiedzając "grób pański" w swojej parafii. Ważne jest to, byś zatrzymał się pod krzyżem - pod tym prawdziwym krzyżem, który stał na Golgocie, a pod który każdy z nas może duchowo pójść w modlitwie, spojrzał na krzyż i zrozumiał, że Jezus tam poszedł za Ciebie! To Ty winieneś umrzeć z powodu swoich grzechów, swojej nieprawości. Jezus uczynił to za Ciebie! Bo tak bardzo cię kocha! Uczynił to, byś Ty mógł żyć. Pojmujesz to? to, co powinieneś zrobić, to wyznać swoje grzechy Bogu i oddać Mu swoje życie. To jest to, czego pragnie Jezus!

Chleb i wino, czy "Ciało i Krew" Chrystusa?

"A gdy oni jedli, wziął Jezus chleb i pobłogosławił, łamał i dawał uczniom, i rzekł: Bierzcie, jedzcie, to jest ciało moje. Potem wziął kielich i podziękował, dał im, mówiąc: Pijcie z niego wszyscy; albowiem to jest krew moja nowego przymierza, która się za wielu wylewa na odpuszczenie grzechów. Ale powiadam wam: Nie będę pił odtąd z tego owocu winorośli aż do owego dnia, gdy go będę pił z wami na nowo w Królestwie Ojca mego." (Ewangelia Mateusza 26, 26 - 29)

Ostatnie dni Chrystusa na ziemi, pośród uczniów. Jezus wraz ze swymi bliskimi obchodził w Jerozolimie święto Paschy. To ostatnie święto miało szczególny charakter - było ostatnim przygotowaniem uczniów do odejścia Chrystusa i budowaniem fundamentów Kościoła. Na kartach Biblii znajdujemy tylko dwa ustanowione dla Kościoła obrzędy: chrzest i pamiątka Wieczerzy. Katolicy wierzą, że w tym dniu, gdy Chrystus zasiadł ze swymi uczniami do stołu i gdy połamał chleb i wzniósł kielich z winem, tym samym sprawował pierwszą "eucharystię", "mszę świętą" - choć przecież na kartach Biblii nie znajdujemy nic, co by wskazywało, że zaplanował i przeprowadził jakąś liturgię, a tym bardziej nie ma żadnego podobieństwa pomiędzy tym, co się stało w Wieczerniku, a katolickimi "mszami". Katolicy wierzą, że  "w centrum celebracji Eucharystii jest chleb i wino, które przez słowa Chrystusa i wezwanie Ducha Świętego stają się Ciałem i Krwią Chrystusa" (KKK 1333), choć zarówno Jezus, jak i potem jego uczniowie (por. Dzieje Apostolskie 2, 42: "I trwali w nauce apostolskiej i we wspólnocie, w łamaniu chleba i w modlitwach") traktowali je jak zwykły chleb i wino. Ewangelicznie wierzący chrześcijanie trzymają się tego, co podaje Słowo Boże. Katolicy uczynili z tego mistyczny obrzęd, wokół którego koncentruje się całe życie ich Kościoła - dla ewangelicznie wierzących chrześcijan jest to prosta pamiątka, w której Chrystus jest obecny duchowo. Katoliccy księża swoje celebracje odprawiają codziennie i w każdej chwili gdzieś na świecie dokonują "przeistoczenia" - ewangelicznie wierzący obchodzą pamiątkę według własnego uznania, gdyż Chrystus ani nie ustanowił liturgii, ani nie wyznaczył jej częstotliwości. Katolicy pamiątkę wydarzenia z Wieczernika obchodzą w Wielki Czwartek - w ten dzień także w wielu zborach ewangelicznych chrześcijanie gromadzą się na modlitwę i łamanie chleba.

Herman J. Hegger, były ksiądz katolicki, wyznaje:
   "Moim pierwszym przywilejem kapłańskim było codzienne odprawianie mszy św. Kiedy wypowiadałem szeptem święte słowa konsekracji, substancja chleba i wina zmieniały się w Ciało i Krew Pańską - codzienny cud w moich rękach! Doktryna o transsubstancjacji nie porywała mnie nigdy. Czułem szczególną niechęć do skłaniania kolan przed tymi zewnętrznymi elementami. Nie mogłem modlić się do hostii. Bóg zlokalizowany w formie chleba i wina był czymś pozostającym w zasadniczej sprzeczności z moimi najgłębszymi uczuciami religijnymi. Trudno mi było wznieść duszę do Boga, który ukazywał mi się w martwych rzeczach. Nie potrafiłem odkryć chwały uwielbionego Zbawcy w zjadalnej hostii.
     Autorzy rzymsko-katoliccy również świadomi są tej trudności. Nigdy nie mówią: 'Jezus, który jest w moim żołądku', ale 'Jezus, który jest w moim sercu'. Nieumyślnie zmieniają w jakiś sposób uduchowioną formułę: 'To jest ciało moje'.
     A w rzeczywistości co właściwie stanowi o istocie transsubstancjacji? Jaką korzyść przynosi mi Jezus w moim żołądku w kształcie chleba i wina? Prawdziwie wielką rzeczą jest moja żywa społeczność ze Zbawicielem. Co daje cielesna obecność w tych postaciach? One odwracają tylko moją uwagę od chwalebnej postaci mego Odkupiciela. Jezus ukazuje mi się przez Jego Słowo i Jego Ducha. Mieszkam w Nim, jak objawia to sam w Ewangelii.

Słowo Boże... zakazane?

"Nie wy mnie wybraliście, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was, abyście szli i owoc wydawali i aby owoc wasz był trwały (...). Jeśli świat was nienawidzi, wiedzcie, że mnie wpierw niż was znienawidził. Gdybyście byli ze świata, świat miłowałby to, co jest jego; że jednak ze świata nie jesteście, ale Ja was wybrałem ze świata, dlatego was świat nienawidzi. Wspomnijcie na słowo, które do was powiedziałem. Nie jest sługa większy nad pana swego. Jeśli mnie prześladowali i was prześladować będą; jeśli słowo moje zachowali i wasze zachowywać będą. A to wszystko uczynią wam dla imienia mego, bo nie znają tego, który mnie posłał. Gdybym nie przyszedł i do nich nie mówił, nie mieliby grzechu; lecz teraz nie mają wymówki z powodu grzechu swego. Kto mnie nienawidzi, i Ojca mego nienawidzi. Gdybym wśród nich nie pełnił uczynków, których nikt inny nie czynił, nie mieliby grzechu, lecz teraz i widzieli, i znienawidzili zarówno mnie, jak i Ojca mego. Jednakże słowo, które jest w zakonie ich napisane, wypełniło się: Bez przyczyny mnie znienawidzili." (Ewangelia Jana 15, 16 - 25)
Słowo Boże jest zakazane w wielu krajach świata... W komunistycznych Chinach przez kilkadziesiąt lat egzemplarze Biblii starannie ukrywano. Głoszenie Ewangelii ściągało na "winnych" prześladowania. Od stosunkowo niedawna sytuacja w tym kraju ulega poprawie, lecz wciąż jest on wymieniany wśród krajów, gdzie chrześcijanie są prześladowani. W Korei Północnej Biblia także jest zakazana, a wielu chrześcijan cierpi w "obozach reedukacyjnych". Do takich krajów jak Sudan czy Arabia Saudyjska nie wolno wwozić Biblii. W Arabii Saudyjskiej żyją chrześcijanie, ale nie ma żadnej kaplicy, gdyż władze nie udzielają zgody. W wielu krajach za przejście na wiarę chrześcijańską ludzie są więzieni i zabijani. Wszystko to dzieje się "daleko od nas", w krajach, które zwykliśmy uznawać za mniej cywilizowane od naszych, lub zgoła "dzikie". Czy my możemy "spać spokojnie"?


Komunikat tej treści otrzymał jeden z moich chrześcijańskich przyjaciół, po czym jego konto w tym serwisie społecznościowym zostało zablokowane. Oczywiście to jeszcze nie są prześladowania, lecz nie mam wątpliwości, że zaczyna się ucisk.

czwartek, 28 marca 2013

Zwątpienie i zaufanie

"[Jezus] zaraz wymógł na uczniach, że wsiedli do łodzi i pojechali przed nim na drugi brzeg, zanim rozpuści lud. A gdy rozpuścił lud, wstąpił na górę, aby samemu się modlić. A gdy nastał wieczór, był tam sam. Tymczasem łódź miotana przez fale oddaliła się już od brzegu o wiele stadiów; wiatr bowiem był przeciwny. A o czwartej straży nocnej przyszedł do nich, idąc po morzu. Uczniowie zaś, widząc go idącego po morzu, zatrwożyli się i mówili, że to zjawa, i ze strachu krzyknęli. Ale Jezus zaraz do nich powiedział: Ufajcie, Ja jestem, nie bójcie się! A Piotr, odpowiadając mu, rzekł: Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie. A On rzekł: Przyjdź. I Piotr, wyszedłszy z łodzi, szedł po wodzie i przyszedł do Jezusa. A widząc wichurę, zląkł się i, gdy zaczął tonąć, zawołał, mówiąc: Panie, ratuj mnie. A Jezus zaraz wyciągnął rękę, uchwycił go i rzekł mu: O małowierny, czemu zwątpiłeś? A gdy weszli do łodzi, wiatr ustał. A ci, którzy byli w łodzi, złożyli mu pokłon, mówiąc: Zaprawdę, Ty jesteś Synem Bożym." (Ewangelia Mateusza 14, 22 - 23)
Oni wszyscy mieli problem, by uwierzyć w to, co widzieli. Było to dla nich niepojęte. Piotr zaufał Panu i wyszedł z łodzi. Uczynił to na przekór wszystkiemu, co wiedział: że jezioro jest głębokie, że nie da się chodzić po wodzie, że kto wpadnie do wody może stracić życie... Piotr był rybakiem i doskonale znał ten żywioł. Wiedział też jak wiele istnień ludzkich pochłonęła woda. Wyszedł z łodzi, choć wiedział, że to jest sprzeczne z logiką. Wyszedł z łodzi i patrząc z ufnością w oczy Pana zaczął kroczyć po wodzie. W pewnym momencie przeraził się: "Co się dzieje?! Co ja robię?!" i zaczął tonąć. Czasem gdy czytam Biblię, pojawia się myśl: "A może to nie jest prawda"? Przecież to nielogiczne, więc jakże tak mogło być? Ten zapis przypomina jakiś mit, więc może jest mitem? Wówczas zaczynam tonąć jak Piotr, a Jezus wyciąga dłoń i mówi: "Zaufaj mi! Ja jestem!"

Nie sądzę, by na całym świecie był choćby jeden człowiek wierzący, który by mógł o sobie powiedzieć: Nigdy nie zwątpiłem! Zwątpienie - sądzę - jest w gruncie rzeczy całkiem naturalne. W pewnym sensie jest dowodem na to, że my ludzie - w odróżnieniu od innych stworzeń - jesteśmy istotami myślącymi. Bóg nas takimi uczynił. Uzdolnił nas do poznawania świata i do analizowania tego, co nas otacza. Bóg dał nam rozum, byśmy żyli i postępowali rozumnie. To czyni nas doskonałym Jego dziełem, jednak nasz rozum ma swoje ograniczenia, a linią graniczną jest logika. Za nią zaczyna się prawdziwa wiara - szerokie morze. Linia graniczna logiki jest niczym burta łodzi... Co nie znaczy wcale, że wiara jest sprzeczna z rozumem. Wiara tylko poszerza nasze "horyzonty" myślowe!
"I rzekli apostołowie do Pana: Przydaj nam wiary. A Pan rzekł: Jeślibyście mieli wiarę jak ziarno gorczyczne, i rzeklibyście do tego figowca: Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze, usłuchałby was" (Ewangelia Łukasza 17, 6 - 7) "...zaprawdę powiadam wam, gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, to powiedzielibyście tej górze: Przenieś się stąd tam, a przeniesie się, i nic niemożliwego dla was nie będzie" (Ewangelia Mateusza 17, 20)
Bóg jest świadomy naszych ograniczeń. Mówi nam o wierze "tak małej jak ziarnko gorczycy" nie po to, by nas dołować, lecz by zachęcać do zaufania Mu, do pogłębiania wiary, do życia wiarą na co dzień. Gdybyśmy tak wierzyli, jak mówi Jezus... David Copperfield nigdy by nie zrobił światowej kariery, bo każdy chrześcijanin by bardziej zadziwiał świat! Mamy wielkich ludzi wiary, wielkich ewangelistów, gorliwych głosicieli - ale czy ktoś słyszał, by poruszyła się za ich sprawą jakaś góra? Owszem, dokonują się cuda, gdy chrześcijanie się modlą, ale... mamy zbyt wiele ograniczeń. Ograniczeń, które - wierzę - kiedyś znikną. Kiedyś - gdy czas tego świata dobiegnie końca i nastanie nowe niebo i nowa ziemia.

Póki co - raz wzlatujemy na skrzydłach wiary, a raz zapadamy się w toń jak Piotr... Ważne jest to, by nie tracić z oczu Chrystusa, by nie odwracać się od Niego. Piotr nie odwrócił się od Pana i Pan go wyciągnął z wody. Gdyby zaufał tylko własnemu rozumowi, byłby to pewnie kres jego dni...

O pochodzeniu idei ewolucji

"Na początku stworzył Bóg niebo i ziemię. (1. Księga Mojżeszowa - tzw. "Rodzaju 1, 1)
Gdy chodziłem do szkoły powiedziano mi o "Wielkim Wybuchu", o formowaniu się ziemi na przestrzeni tysięcy i milionów lat, o początkach "budowy" życia w "pierwotnej zupie", w której miały się pojawić pierwsze związku organiczne (co nie mogłoby się stać bez atmosfery, gdyż promieniowanie kosmiczne by to uniemożliwiało i nie mogło się stać też po powstaniu atmosfery, gdyż składniki atmosfery również by to uniemożliwiały - co uświadomił mi potem znakomity brytyjski biochemik, dr Geoff Bernard), że życie ewoluowało z bardzo prostych form w coraz bardziej skomplikowane (nigdy nie zdołano tego udowodnić) i że jakaś "ameba" dała nam początek, że człowiek ma wspólnych przodków z małpą (dr Geoff Bernard obala ten mit, dowodząc, że istnieją poważne genetyczne różnice pomiędzy nami a tą grupą zwierząt), że człowiek ewoluował - że były jakieś australopiteki i pitekantropy... Uwierzyłem w to bez zastrzeżeń, gdyż nie znałem Biblii. 

Gdy zacząłem poznawać Biblię, a następnie zainteresowałem się nauką, zaczęły narastać wątpliwości, aż w końcu uwierzyłem Słowu Bożemu, gdyż przekonałem się, że także nauka - w tym nauki ścisłe! - przeczy teorii ewolucji! Poznawanie Słowa Bożego i materiałów naukowych sprawiło, że przyjąłem kreacjonizm "młodej ziemi". Podkreślam: odrzucam teorię ewolucji nie dlatego, bym przyjął ślepo "biblijny fundamentalizm", ale z tego względu, że dostarczono mi aż nadto wcale nie biblijnych, ale naukowych dowodów na to, że nie ma żadnych podstaw do tego, by sądzić, że ewolucja (w sensie bardzo szerokim) jest faktem, za to wiele wniosków z badań wskazuje, że prawdziwy jest biblijny opis. W szkołach - choć brzmi to na pozór absurdalnie - nie mówi się nam prawdy! Wpaja się nam... przekonania, które nie są niczym innym jak pewnego rodzaju... dogmatami (powiedziałbym nawet wprost: dogmatami wiary!), w które nakazuje się nam wierzyć. Przedstawia się wszystko tak, jakby było udowodnione raz na zawsze - nie mówi się o wątpliwościach, o sprzecznościach, o fałszerstwach (!), których dopuścili się ludzie prowadzący badania i nie pozwala się kwestionować tego, co ogłosili "papieże nauki". W gruncie rzeczy nie uczy się samodzielnego myślenia - nawet czyni się wszystko, by młodzi nie zaczęli samodzielnie myśleć, a by szli wyznaczonym "szlakiem wiedzy". Jest silny opór, by nie dopuszczać do szkół i uczelni innych przekonań, jak tylko "jedyniesłuszne" ewolucjonistyczne. 

W szkołach nie mówi się nawet o... prawdziwym pochodzeniu teorii ewolucji. Być może gdyby mówiono o jej pochodzeniu, ludzie zaczęli by się zastanawiać nad jej wiarygodnością. Darwin nie wymyślił ewolucji. Idea ta nie zrodziła się ani w XIX, ani w XVIII, ani w XVII wieku...

     "Idea ewolucji z pewnością nie wzięła swego początku od Darwina. Wielu naukowców i filozofów przed nim wierzyło w ewolucję. Pojawiła się ona po raz pierwszy wśród starożytnych Greków. Anaksymander nauczał, że człowiek ewoluował z ryby, a Empedokles twierdził, że zwierzęta wywodzą się z roślin. Poglądy te nie były jednak powszechnie akceptowane. Powodem tego była popularność innej teorii dotyczącej pochodzenia istot żywych; teorii, która zepchnęła idee ewolucyjne na dalszy plan. Był to pogląd zwany jako powstanie spontaniczne.
     Powstanie spontaniczne oznacza, że zwierzęta mogą pojawiać się nagle z mułu i szlamu. Po raz pierwszy myśl tę przedstawił Arystoteles i inni, kilka wieków przed narodzeniem Chrystusa. Sądzili oni, że można zobaczyć, jak owady i muchy pojawiają się nagle z mułu. Jeżeli więc może to dziać się z owadami, dlaczego nie może dziać się z innymi stworzeniami? Teoria ta była w równym stopniu niebiblijna i nienaukowa, jak sama teoria ewolucji. W roku 400 Papież Grzegorz zwrócił uwagę, że jeżeli przyjmiemy że muł jest powodem istnienia rzeczy żywych, oznacza to negację istnienia Boga jako Stwórcy. Jego uwaga została jednak zignorowana i przez niewiarygodnie długi czas wierzono w spontaniczne powstawanie życia, aż w końcu jego nieprawdziwość została ostatecznie udowodniona przez Pasteura w poprzednim wieku.
     Rzeczą zdumiewającą jest, że pogląd ten uznawano tak długo, ponieważ wielki uczony, William Harvey, zakwestionował go 200 lat przed Pasteurem. Później w XVII w. Redi także przeprowadził badania naukowe związane ze spontanicznym powstawaniem. Ludzie mu współcześni wierzyli, że robaki mogą pojawiać się spontanicznie w rozkładającym się mięsie. Redi przeprowadził eksperyment; przykrył mięso tak, że muchy nie mogły składać w nim jaj - wtedy nie pojawiały się żadne robaki.
     Nie jest rzeczą zdumiewajacą, iż udowodniono nieprawdziwość spontanicznego powstawania życia. Jakże jednak mogło ono utrzymać się przez tak wiele setek lat? Jakże możliwe było, aby fałszywa teoria była uznawana z taką pasją przez tak długi czas wbrew twierdzeniom wiodących uczonych i wbrew naukowym eksperymentom? Sądzę, że powody są dokładnie takie same jak te, które sprawiają, że dzisiaj jest uznawana teoria ewolucji. Są one podsumowane w opinii jednego z uczonych, Haeckela. Twierdził on, że spontaniczne powstawanie musi być prawdą, ponieważ w przeciwnym wypadku należałoby wierzyć w Stwórcę. Ludzie wierzyli w tę teorię, ponieważ nie chcieli wierzyć w Boga, o którym mówiła Biblia. Dokładnie to samo obserwujemy dzisiaj jeśli chodzi o ewolucjonistów. Pod pewnym względem ewolucja jest jedynie bardziej skomplikowaną wersją poprzedniego starożytnego przesądu. Czy nie naucza ona, że materia żywa nagle 'powstała' z materii nieożywionej?" (Sylvia Baker "Kość niegody", TKECh Kraków 1991, tłum. Andrzej Gandecki, str. 4)

Choć autorka tych słów nie jest utytułowanym naukowcem - jest "zwykłym"  pracownikiem oświaty w Wielkiej Brytanii - jest osobą o szerokiej wiedzy, współpracującą na co dzień z brytyjskimi naukowcami. Miałem przyjemność poznać ją osobiście w 2007 roku, podczas jej wykładów w Poznaniu. Nie uważam jej za najwyższy autorytet, lecz ufam jej słowom. Nie w tytułach naukowych jest źródło mądrości - i wielu wybitnych badaczy wcale nie miało tytułów profesorskich... Jeśli komuś przeszkadza brak "wysokich tytułów" naukowych przy nazwisku i z tego powodu przekreśla kogoś jako autorytet naukowy, to przypominam, że... Mikołaj Kopernik wcale nie był z wykształcenia astronomem! Nie porównuję Sylvii Baker do Kopernika - bo nie jest ona z pewnością "Kopernikiem kreacjonizmu" - lecz chcę pokazać, że tytuły naukowe to... tylko tytuły. Oczywiście wśród kreacjonistów są także bardzo utytułowani naukowcy, wykładowcy renomowanych uczelni i pracownicy szanowanych instytutów. Nie brakuje w naszym środowisku kreacjonistycznym ludzi, którzy mają wielką wiedzę i mogą być autorytetem.

Diabeł uwierzył, że większy jest niż Bóg...

"Wtedy Duch zaprowadził Jezusa na pustynię, aby go kusił diabeł. A gdy pościł czterdzieści dni i czterdzieści nocy, wówczas łaknął. I przystąpił do niego kusiciel, i rzekł mu: Jeżeli jesteś Synem Bożym, powiedz, aby te kamienie stały się chlebem. A On odpowiadając, rzekł: Napisano: Nie samym chlebem żyje człowiek, ale każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych. Wtedy wziął go diabeł do miasta świętego i postawił go na szczycie świątyni. I rzekł mu: Jeżeli jesteś Synem Bożym, rzuć się w dół, napisano bowiem: Aniołom swoim przykaże o tobie, abyś nie zranił o kamień nogi swojej. Jezus mu rzekł: Napisane jest również: Nie będziesz kusił Pana, Boga swego. Znowu wziął go diabeł na bardzo wysoką górę i pokazał mu wszystkie królestwa świata oraz chwałę ich. I rzekł mu: To wszystko dam ci, jeśli upadniesz i złożysz mi pokłon. Wtedy rzekł mu Jezus: Idź precz, szatanie! Albowiem napisano: Panu Bogu swemu pokłon oddawać i tylko jemu służyć będziesz.   Wtedy opuścił go diabeł, a aniołowie przystąpili i służyli mu." (Ewangelia Mateusza 4, 1 - 11)
Wielki ewangelista naszych czasów, Billy Graham, w swoim kazaniu wygłoszonym w Krakowie dnia 12 października 1978, powiedział: "Chrystus był młodym człowiekiem, który narodził się z Marii Panny. Niewiele wiemy o Jego dziecięctwie. Spotykamy go dopiero w 12 roku życia. Już wtedy uczył doktorów prawa w świątyni. Później spotykamy Go w wieku 30 lat. Pojawia się na scenie historii, ucząc o Bogu i człowieku. On również został poddany tej samej co Adam próbie. Zjawił się tu jako Syn Boży, ale był również Synem Człowieczym, narażonym na pokusy. Diabeł powiedział: 'Pokłoń się mnie, pójdź za mną, służ mi, a ja dam ci wszystkie królestwa tego świata. Nie musisz iść na krzyż, możesz współpracować ze mną'. Taka w rzeczywistości jest pokusa. Jednak Jezus odparł wszystkie ataki pokusy szatańskiej. Biblia wypowiada znamienne stwierdzenie: On był kuszony we wszystkim podobnie jak my. Pomyślmy o swoich pokusach, kłopotach, doświadczeniach, cierpieniach. Jezus wie o wszystkim. Znane Mu są twoje radości i smutki. Przyszedł On po to, aby umrzeć, aby wzziąć na siebie winy wszystkich ludzi" ("Billy Graham w Polsce", Wydawnictwo "Słowo Prawdy", Warszawa 1979, str. 180).

Cóż za zadziwiająca sytuacja! Jezus idzie na pustynię aby tam spotkać diabła. Pustynia to miejsce nieprzyjazne człowiekowi - jest symbolem próby, ale też jest miejscem, gdzie wedle dawnych wierzeń bytowały złe duchy. W pewnym sensie jest "domem diabła". Sam Bóg doprowadza do tej konfrontacji. Po co? Być może było konieczne, by tak, jak Adam i Ewa przegrali w bezpośredniej konfrontacji z diabłem w ogrodzie Eden, ulegli pokusie, w kolejnej tak otwartej konfrontacji to diabeł przegrał. Być może było koniecznym, by Chrystus, będąc Bogiem, był też tak bardzo człowiekiem, by doświadczał tego, czego doświadcza każdy człowiek? Być może Bóg chciał się przez to jeszcze bardziej do nas zbliżyć? Chrystus daje nam tu przykład duchowej walki - jak mamy się przeciwstawiać diabłu, odpowiadać na jego kuszenie - jak mamy... zwyciężać! 

Diabeł jest niezwykle pewny siebie, bezczelny, przekonany o własnej potędze... Czy on nie zdawał sobie sprawy z tego, z kim ma do czynienia? On wiedział! On chciał dorównać Bogu nim zaczął biec czas. Być może w swej pysze nadął się aż tak, że wierzył, że stał się tak potężnym, że zdoła usidlić i podporządkować sobie samego Boga? On uważa się za pana! Nawiązując do systemu feudalnego możemy dostrzec taki obraz: szatan uważający się za suzerena (seniora), który chce Chrystusa uczynić swoim wasalem (sługą). Ma nawet czelność ofiarować mu lenno, byle Chrystus mu służył. Jest przekonany, że jest panem świata i że wszystko do niego należy.

Chrystus zdaje się mówić: "A kimże ty jesteś, bym tobie miał służyć? Kimże ty jesteś, by się ze mną próbować? Kimże ty jesteś, by składać mi oferty? Pan, Bóg, jedynie jest władcą tego świata!" Diabeł uwierzył, że większy jest, niż Bóg, a Chrystus kilkoma słowami przebił "balon" jego pychy. Nam także diabeł oferuje "cały świat" - wszystkie jego "atrakcje" i "przyjemności" - i nam też mówi: "Zobacz! To wszystko może być twoje! Bierz i korzystaj z życia!" ale on nam nic nie może dać, bo nic do niego nie należy - karmi nas tylko złudzeniami. Wszystko możemy otrzymać tylko od prawdziwego Władcy, którym jest Bóg. Więc w nim postrzegajmy naszego Suzerena, a siebie czyńmy Jego wasalami - a on da nam piękne lenno!

środa, 27 marca 2013

Szczerze o trudnych sprawach

Są sprawy, o których wcale się łatwo nie pisze... Przede wszystkim staram się żyć według tego, co napisał apostoł Paweł: "Jeśli można, o ile to od was zależy, ze wszystkimi ludźmi pokój miejcie" (List do Rzymian 12, 18). Nie założyłem tego bloga po to, by kopać pod kimkolwiek - raczej, by dzielić się tym, co dobre i tym, co ważne. Są jednak sprawy wobec których trudno jest przejść obojętnie... Moglibyśmy o nich nie rozmawiać, ale czy udawanie, że problemu nie ma może komukolwiek przynieść pożytek?


W ostatnim czasie wiele się mówi o molestowaniu seksualnym w Kościele, o pedofilii wśród księży. Nie jest to - oczywiście - wyłącznie problem w Kościele katolickim - znamy też problemy moralne wśród pastorów, choć bardziej "za wielką wodą" niż u nas. Nie można z powodu tego rodzajów problemów przekreślać czy znieważać kogokolwiek - czy to osoby (księży) czy instytucje (Kościół), lecz nie można też udawać, że problemu nie ma. Jeśli dziś Kościół katolicki wstrząsany jest aferami seksualnymi, jest to efekt długotrwałego milczenia. Rany nie wygoją się przez zmowę milczenia i problem nie stanie się mniejszy, jeśli nie będzie się o tym mówić. Jeśli jest problem, to należy szczerze o tym mówić i... dużo się modlić.

Wczoraj wieczorem zaprzyjaźniony pastor jednej ze Społeczności Chrześcijańskich polecił wywiad (po kliknięciu w tym miejscu możecie przejść do tekstu rozmowy), który z jednym z braci, pastorem Społeczności Chrześcijańskiej w Płocku - Lesławem Juszczyszynem - przeprowadziła dziennikarka serwisu "Na temat". Tytuł jest wymowny (obok fragment strony), a we wstępie czytamy: "Lesław Juszczyszyn był ofiarą księdza – pedofila. Później poszedł do seminarium i przez 15 lat sam był duchownym. Dziś jest pastorem w kościele ewangelicznym, mężem i ojcem. Jak sam przyznaje, nie wytrzymał tuszowania pedofilii, alkoholizmu, przypadków, w których księża mieli dzieci. W poradni psychologicznej pomaga tym, którzy podobnie jak on kiedyś, nie wytrzymują w instytucji Kościoła." Choć od dawna znam różne świadectwa i wiele o problemach, jakie są w katolicyzmie, wiem, jednak rozmowa ta wstrząsnęła mną do głębi. Pastor w zasadzie niewiele mówi o pedofilii - więcej na ten temat mówił w programie "Dzień Dobry TVN" 11 marca br. - lecz porusza wiele różnych problemów, mówiąc o tym, czego sam doświadczył, będąc księdzem katolickim, i z czym się spotkał.

Kościół katolicki od wielu lat jest obiektem ataków - w części tylko z własnej winy (nie wnikam tu w wielkość tej winy)... To, co dla mnie jest ważne, to fakt, że pastor Juszczyszyn nie atakuje Kościoła katolickiego i nie poniża go - on po prostu mówi o tym, czego doświadczył. Nie ma w nim nienawiści ani pogardy... Gdy czytałem jego bolesne wspomnienia Duch Święty - wierzę, że to od Niego - pokazał mi serce tego człowieka napełnione nie goryczą, lecz przebaczeniem (o czym zaświadczył mi potem też ów zaprzyjaźniony pastor), nie nienawiścią i pogardą, lecz pragnieniem, by służyć, także w rozwiązywaniu tych problemów, o których mówi. Nie "trąbi" o skandalach, lecz mówi o nich z autentycznym bólem. Dziś jest pastorem i pomaga tym, którzy opuszczają "stan kapłański" i Kościół katolicki, a także tym, którzy... w nim pozostają.

Czasem, gdy zaczynam mówić o problemach w Kościele katolickim, słyszę: "To nie twoja sprawa!" Czasem bywa jeszcze gorzej - zdarzały się wyzwiska i pomówienia. Nie doświadczyłem tego, czego doświadcza pastor Juszczyszyn - któremu ludzie usiłują zepsuć reputację, być może wierząc, że zamknięcie ust komukolwiek rozwiąże problemy - ale bywały przykrości. Chcę jasno powiedzieć, że jeśli zajmuję się problemami Kościoła katolickiego, to dlatego, że nie jest mi obojętny i że... zależy mi na katolikach, których miłuję. Dla wielu z nich może być to bolesna lektura, ale najlepszy lek czasem jest gorzki jak piołun. Wybaczcie mi, drodzy Przyjaciele, jeśli czasem odnajdujecie tu coś, co ma dla Was gorzki smak.

wtorek, 26 marca 2013

Chrześcijański "groove" - medytacja... w tańcu!

Ten, kto sądzi, że muzyka chrześcijańska jest nudna, ten... nie zna muzyki chrześcijańskiej. Jeśli komuś kojarzy się ona tylko z "zawodzeniem księży i zakonnic", powinien czym prędzej się doedukować muzycznie. Muzyka chrześcijańska tym różni się od muzyki światowej, że - wykorzystując modne brzmienia - niesie światu orędzie Ewangelii. Chrześcijanie wykorzystują w zasadzie każdy rodzaj muzyki. Z drugiej strony style muzyczne, które narodziły się w Kościele i służyły uwielbieniu, miały też wielki wpływ na rozwój muzyki świeckiej - i tak np. gospel dał początek muzyce soul, a także (choć wielu może być tym faktem zszokowanych) miał wpływ na powstanie i rozwój rock'n'rolla...

Gdy na popularnym serwisie aukcyjnym zobaczyłem płytę "Afro America: Grooves & Gospel" (nagraną przez Cool Spirit & Nu Gospel Section) wiedziałem, że... bardzo, ale to bardzo chcę jej posłuchać! Powód był taki, że nie miałem dotąd okazji posłuchać typowej muzyki groove w chrześcijańskim wykonaniu - jeśli już to pojawiającej się jako "ubarwniający brzmieniowo element" w innych nagraniach gospel.  To pragnienie było bardzo łatwo zrealizować, gdyż płyta kosztowała... "aż" 5 zł 90 groszy. Nim jednak ją mogłem wrzucić do odtwarzacza, minęło trochę czasu, gdyż... sprzedawca pomylił płyty. No cóż - zdarza się.

Na początek odpowiedzmy sobie (a przynajmniej spróbujmy odpowiedzieć) na pytanie czym w ogóle jest "groove". Groove jest odczuwaniem propulsywnego (w psychologii: zbliżającego się do źródła emocji) "czucia" rytmu i rozkołysania, tworzonym przez sekcję rytmiczną zespołu (perkusja, gitara basowa, klawisze, gitara). Groove narodził się w latach 30-tych - znamy go doskonale z muzyki jazzowej i współcześnie jest wszechobecny w muzyce popularnej, zwłaszcza w takich gatunkach jak salsa, funk, rock, fusion i soul (a więc także gospel, którego "ideologicznie wypraną" pochodną jest muzyka soul). Samo określenie pochodzi od slangowego słowa "groovy" i oznacza bycie w świetnym nastroju. "[Groove] to nie tyle styl, ale sposób tworzenia i odbierania dźwięków, których słuchanie staje się ekscytującą zabawą, radosną eksplozją emocji" (Wojtek Wowra "Czym jest groove?"). Stuart Wade mówi: "Nam chodzi o groove - coś, co sprawia, że ludzie nie potrafią usiedzieć spokojnie w miejscu. Chcą tańczyć, krzyczeć, bawić się" (za artykułem Wojtka Wawry). No i to jest groove! :) Nazwałbym to... "luzowaniem się"... :)

Jestem przyzwyczajony do innego gospelu - gospelu pełnego treści, która jest zawarta w słowach, wielu słowach zakorzenionych wprost w Biblii. Oszczędność słów jest tym, co mnie najbardziej zaszokowało w tym nagraniu. W wielu wypadkach cała treść utworu zawarta jest w jego tytule. W pierwszym utworze, "Glory" ("Chwała") słyszymy tylko jedno jedyne słowo: "Glory!" wyśpiewane przez chór i solistkę w sumie 92 razy w ciągu zaledwie 4 minut! w kolejnym powtarza się wciąż "Lord of lords, King of kings". Dalej "Freedom" - i znów tylko jedno słowo... Ubóstwo? Nie! Bo w gruncie rzeczy jak pięknie się to łączy: "Chwała! chwała! On, Król królów i Pan panów! W Nim mamy wolność..." Dalej: "Zobacz światło! JEZUS!", "Słodki Jezu, kocham Cię", "Albowiem Bóg tak umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał, aby każdy, kto wierzy w Niego nie zginął ale życie wieczne miał"... Muzyka, muzyka, muzyka... Chwilami niemal "transowa", wprawiająca człowieka w ruch - raczej medytacyjna niż hipnotyczna (co mogłoby być groźne). Wywołuje u mnie w gruncie rzeczy podobny stan modlitwy jak słynne kanony z Taize - tyle, że kanony są "medytacją na kolanach", a groove gospel jest medytacją... w tańcu, z wyciągniętymi ku niebu dłońmi, choć np. "Sweet Jesus, I love you" czy "The Lord is my Shepherd" także "pcha na kolana".

Z pewnością nie jest to szczytowe osiągnięcie w muzyce gospel, ale... "czuję to"! I o to właśnie w groove chodzi! :) Chyba przydałoby się nam w Kościołach trochę takiego "luzowania".

Przekonywać a nie pokonywać...

Źródło: Gość Niedzielny

Znów sięgam do "Gościa Niedzielnego"... Zastanawia mnie powyższa notatka - katolicka redakcja widzi problem, który chce widzieć - antychrześcijańskie działania, a raczej działania wymierzone w Kościół katolicki. Sami wzmiankują o tym, co jest prawdziwym problemem, tego problemu nie dostrzegając: "Mają one stanowić protest przeciwko jej zapisom, zakazującym prawnie organizowania w Wielki Piątek masowych zabaw, jak również publicznych projekcji filmów określonych przez Ministra Kultury jako niestosowne." I należy sobie postawić pytanie: jakim prawem narzuca się ludziom dostosowywanie się do katolickich, czy ogólnochrześcijańskich świąt? Niby dlaczego ludzie żyjący w wolnym kraju mieliby się stosować do katolickich zasad? Myślę, że problemem nie są te prowokacje, ale narzucanie innym swoich zasad religijnych. Gdyby zmienić prawo, zapewne problemu by nie było.
 
W przeszłości ludzie, którzy mienili się być "uczniami Chrystusa", "chrześcijanami", czynili wiele zła. W naszych stronach, gdzie chrześcijaństwo dotarło już mocno spaczone często "Ewangelia była głoszona"... ogniem i mieczem. Tak naprawdę, choć posiadano Słowo Boże, i chrzczono, to często czyniono to w taki sposób, że sprawców można nazwać... zbrodniarzami. Przez wieki narzucano ludziom zasady katolickie - bez względu na to, czy ktoś chciał czy nie, a oporni byli okrutnie prześladowani. Krucjaty... Inkwizycja... Wielu gorliwych chrześcijan - a także ludzi odrzucających chrześcijaństwo - było torturowanych i mordowanych za swe przekonania. Reformatorzy i zwolennicy reformacji też nie byli święci - skopiowali i zastosowali zasady inkwizycyjne, prześladując zwłaszcza tych, którzy w powrocie do Biblii poszli dalej niż oni sami (np. anabaptyści, jeśli przyjrzymy się starym kronikom, byli prześladowani przez reformowanych równie okrutnie, jak przez katolików). Niektórzy patrzą wstecz i mówią o "kryminalnej historii chrześcijaństwa" - i ja to rozumiem, choć trzeba podkreślić, że wszelka przemoc jest całkowicie sprzeczna z zasadami chrześcijańskimi i raczej należałoby mówić w tym wypadku o PSEUDOchrześcijaństwie.

Jezus nie pochwala przemocy: "I oto jeden z tych, którzy byli z Jezusem, wyciągnął rękę, dobył miecza swego, uderzył sługę arcykapłana i uciął mu ucho. Wtedy rzecze mu Jezus: Włóż miecz swój do pochwy; wszyscy bowiem, którzy miecza dobywają, od miecza giną" (Ewangelia Mateusza 26, 51 - 52) Potępił czyn Piotra, choć ten wystąpił w jego obronie. Jezus się nikomu nie narzucał, ani swoim uczniom nie polecił by podporządkowywali ludzi Jego nauce: "Potem wezwał dwunastu i począł ich wysyłać po dwóch, i dał im moc nad duchami nieczystymi. I nakazał im, aby nic nie brali na drogę prócz laski - ani chleba, ani torby podróżnej, ani monety w trzosie, lecz by obuli sandały, a nie wdziewali dwu sukien. I mówił do nich: Gdziekolwiek wejdziecie do domu, tam pozostańcie, aż do swego odejścia stamtąd. A jeśliby w jakiejś miejscowości nie chciano was przyjąć ani słuchać, wyjdźcie stamtąd i otrząśnijcie proch z nóg waszych na świadectwo przeciwko nim" (Ewangelia Marka 6, 7 - 11) Znajomy pastor kiedyś powiedział mi takie słowa: "Wiesz, Bóg puka do drzwi każdego człowieka, ale w nie nie kopie". Jezus nakazał wreszcie: "Idźcie tedy i czyńcie uczniami wszystkie narody, chrzcząc je w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, ucząc je przestrzegać wszystkiego, co wam przykazałem" (Ewangelia Mateusza 28, 19 - 20). Jezus powiedział: "czyńcie uczniami", a nie: "podporządkowujcie ludzi zasadom". Tak, jak - jestem o tym przekonany - Bóg z odrazą odwracał wzrok, gdy ludzie będący rzekomo (!) Jego dziećmi mordowali innych, tak też nie pochwaliłby narzucania zasad chrześcijańskich wszystkim - może z wyjątkiem tych, które służą obronie człowieka (np. prawo antyaborcyjne)... Chrześcijanie powinni przekonywać (nauczając), a nie pokonywać! Powinni wyciągać rękę do ludzi, by ich podnosić, a nie po nich deptać.

To nie Bóg ustanowił prawa, przeciwko którym protestują organizatorzy tych akcji - ustanowili je ludzie. Podobnie jak to nie Bóg podpalał stosy - podpalali je ludzie. I to nie Bóg mordował pogan, nawracając ich na "świętą wiarę katolicką" - czynili to ludzie. Rzecz w tym, że przemoc i narzucanie innym własnych przekonań i reguł nigdy nie jest dobrym rozwiązaniem. Ludzie, którzy nie mają właściwego obrazu Boga, zwracają się nie przeciwko tym, którzy tak postępowali / tak postępują, lecz przeciwko Bogu. Stąd mój wniosek, że jeśli próbujemy innym narzucać własne wierzenia, jest to... ANTYewangelizacja, ANTYświadectwo! Jest to w gruncie rzeczy działanie przeciwko Bogu... Głośmy Ewangelię, ale nie narzucajmy się ludziom. obchodźmy swoje święta i swoje "dni skupienia" (jakim jest Wielki Piątek), ale jakież mamy prawo przymuszać do tego innych?
"Nikomu złem za złe nie oddawajcie, starajcie się o to, co jest dobre w oczach wszystkich ludzi. Jeśli można, o ile to od was zależy, ze wszystkimi ludźmi pokój miejcie" (List do Rzymian 12, 17 - 18)

poniedziałek, 25 marca 2013

Jak Jezus, czy jak słoń w składzie porcelany?

Źródło: Gość Niedzielny

Czasem i w prasie katolickiej pojawia się coś, co zmusza mnie do chwili refleksji. A ten krótki tekst uczynił nawet więcej - jest niczym uderzenie, które zmusza, by paść na kolana przed Bogiem. Pewnie często brakuje nam delikatności i nieraz poruszamy się jak słoń w składzie porcelany - działając nawet w słusznej sprawie przez nieostrożność niszczymy coś delikatnego i pięknego.

Przyjrzyjmy się chociażby podejściu protestantów do katolickiego systemu religijnego. Zbyt często widzę bowiem całkowite potępienie wszystkiego, co katolickie (lub też prawosławne) tylko dlatego, że jest to katolickie (lub prawosławne) i deptanie nawet po tym, co piękne - nawet po modlitwie (tej do Boga) i czytaniu Biblii. Przyznam, że i mi się zdarzało deptać zbyt łatwo... Oczywiście o pewnych sprawach nie wolno milczeć - nie możemy udawać, że nie ma zła - ale też nie powinniśmy zamykać oczu na to, co jest dobre, i tego co dobre i piękne nazywać złem i "diabelstwem" tylko dlatego, że nie zgadzamy się z doktrynami. W tym, co dobre, powinniśmy ludzi wspierać i sami to przyswajać, w myśl tego, co pisze apostoł Paweł:
"Wszystko badajcie, a co szlachetne - zachowujcie!" (1 List do Tesaloniczan 5, 21)
Co szlachetnego, pięknego i delikatnego znajduję w katolicyzmie? Szanuję i podziwiam katolików, którzy szczerze lgną do Pana, którzy... kochają się modlić. Myślę, że wiele się można uczyć od każdego, kto ze szczerym sercem wyciąga ręce ku Bogu. Potępiamy kult świętych, ale czasem warto się zatrzymać i spojrzeć na ich życie i brać z nich przykład w tym, co znajdujemy jako dobre. Mamy Słowo Boże, więc możemy przesiewać, by oddzielić "plewy" od "ziarna", by zostało w naszych rękach to, co dobre. Czasem i "papieży" warto posłuchać - tak samo biorąc w ręce "sito" Słowa Bożego... Bardzo cenię modlitwę w ciszy, modlitwę medytacyjną - kultywowaną przez katolików, a niesłusznie odrzuconą przez protestantów. Bardzo cenię tradycyjne śpiewy - także i prawosławne - byle by były modlitwą do Boga. Od jakiegoś czasu chętnie słucham śpiewów "Wspólnoty Błogosławieństw" - i modlę się nimi (z pominięciem dwóch pieśni maryjnych).

Myślę, że aby być bardziej podobnymi do Jezusa powinniśmy bardziej patrzeć na innych, niż na siebie i słuchać innych, a nie tylko chcieć mówić... I nade wszystko KOCHAĆ ludzi! Nie odrzucać wszystkiego i nie potępiać wszystkiego - bo zbyt często z tym, co złe niszczymy także to, co dobre. Przekonywać a nie pokonywać... Raczej dawać budujący przykład - by ludzie mogli o nas powiedzieć: "Oni są jacyś inni! Oni naprawdę kochają Pana!"

niedziela, 24 marca 2013

Komu potrzebne są modlitwy?

"Powiedział im też podobieństwo o tym, że powinni zawsze się modlić i nie ustawać, mówiąc: Był w jednym mieście pewien sędzia, który Boga się nie bał, a z człowiekiem się nie liczył. Była też w owym mieście pewna wdowa, która go nachodziła i mówiła: Weź mię w obronę przed moim przeciwnikiem. I przez długi czas nie chciał. Potem zaś powiedział sobie: Chociaż i Boga się nie boję ani z człowiekiem się nie liczę, jednak ponieważ naprzykrza mi się ta wdowa, wezmę ją w obronę, by w końcu nie przyszła i nie uderzyła mnie w twarz. I rzekł Pan: Słuchajcie, co ten niesprawiedliwy sędzia powiada! A czyżby Bóg nie wziął w obronę swoich wybranych, którzy wołają do niego we dnie i w nocy, chociaż zwleka w ich sprawie? Powiadam wam, że szybko weźmie ich w obronę. Tylko czy Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?" (Ewangelia Łukasza 18, 1 - 8)
Byłem dziś na dość szczególnym nabożeństwie. Była to modlitwa o nasze miasto i o nasz kraj. Chrześcijanie z mojego miasta już od kilku lat spotykają się cyklicznie na wspólnym uwielbieniu. Dziś pastor prowadzący nabożeństwo powiedział coś, co mi zapadło głęboko w serce: "Bóg nie potrzebuje naszego uwielbienia - ono jest potrzebne nam!" Tak samo Bóg może się doskonale obejść bez naszej modlitwy w ogóle - ona jest potrzebna nam. Bóg pragnie, byśmy się modlili i wysłuchuje modlitw, odpowiada na nie bądź to słowem, bądź działaniem (choć nie zawsze według naszych pragnień). Bóg pragnie, by nasze życie było "życiem modlitwy", byśmy byli "ludźmi na kolanach"... Bo tylko poprzez modlitwę (i czytanie Słowa Bożego) utrzymujemy relacje z Bogiem. Modlitwa jest nam niezbędna do życia. Może to dziwnie zabrzmi, ale żyjemy dzięki modlitwie - bez modlitwy zaczynamy... tylko wegetować. Mam takie skojarzenie z radiem, które ożywa tylko, gdy jest podłączone do sieci - modlitwa kojarzy mi się z... kablem, który łączy nas z Mocą!

Bóg jest w gruncie rzeczy bardzo towarzyski i cieszy się, gdy do Niego przychodzimy. Nie co jakiś czas... Nie tylko wówczas, gdy mamy jakąś pilną potrzebę (mamy takie powiedzonko: "Jak trwoga, to do Boga")... Nie co tydzień w niedzielę... Bóg pragnie, byśmy do Niego przychodzili codziennie, o każdej porze. Nie zależy mu na tym, byśmy się modlili rano i wieczorem - choć dobrze jest mieć wyznaczone pory modlitwy - lecz o każdej porze dnia i nocy. Bóg nigdy nie śpi i zawsze czeka, gotowy by nas wysłuchać. I choć na ziemi żyją miliardy ludzi, to każdego z tych, którzy przychodzą do Niego w modlitwie traktuje indywidualnie - tak, jakby był jego jedynym rozmówcą.

Nie będziesz miał innych bóstw...

"A Pan mówił wszystkie te słowa i rzekł: Jam jest Pan, Bóg twój, który cię wyprowadził z ziemi egipskiej, z domu niewoli. Nie będziesz miał innych bogów obok mnie..." (Druga Księga Mojżeszowa - tzw. "Wyjścia" - 20, 1 - 3)
Czy zastanawialiście się kiedyś nad tym przykazaniem i co ono znaczy? "Nie będziesz miał innych bogów obok mnie" to znaczy, że nie można być chrześcijaninem (lub żydem, oczywiście) uznając równocześnie Allacha, Baala, Krysznę, Buddę, Kali, Artemidę, Światowida, Thora czy jeszcze innego fałszywego boga pogan. Nie możemy też czcić ludzi, ani przedmiotów... Przykazanie to kojarzy się nam zazwyczaj z tym, co określamy mianem "religii", co mieści się w obrębie wierzeń religijnych.  Jeśli pochylimy się nad nim i w modlitwie zapytamy Boga, jak mamy je rozumieć, on może nam pokazać, że w zakazie bałwochwalstwa jest coś więcej niż zakaz czczenia lub choćby poważania innych "bogów" prócz Pana i Stworzyciela (nie będących zresztą wcale bogami, lecz w najlepszym razie wytworem ludzkich umysłów lub - w najgorszym - demonami). Jest oczywiste, że ktoś, kto kłania się przed posągami uprawia bałwochwlastwo, jeśli pali kadzidełka Buddzie - uprawia bałwochwalstwo, jeśli czci Koran i modli się w meczecie - uprawia bałwochwalstwo, jeśli mantruje jak hindusi - uprawia bałwochwalstwo, jeśli ćwiczy jogę - też uprawia bałwochwalstwo, jeśli wchodzi w mistykę wschodnią połączoną ze sztukami walki - tak samo uprawia bałwochwalstwo... Ale bałwochwalstwo nie ogranicza się tylko do wiary w tego czy tamtego pogańskiego bałwana (bożka), do kultu, do mantrowania i medytacji, do "duchowości". Bałwochwalstwo wcale nie musi być związane z czymś, co zwykło się nazywać "religią"!

Kuba Molęda - niegdyś lider LO27 - w musicalu
"Taniec wampirów", 2007 rok
Fot. Effie / Wikipedia (CC BY-SA)
Wiele lat temu jeździłem na festiwale piosenki religijnej (katolickiej) do jednego z prastarych polskich "sanktuariów" maryjnych. Przyjeżdżało tam wielu młodych z całej Polski - w najlepszych latach tej imprezy nawet wiele, wiele tysięcy! Były zmagania konkursowe, był też czas zabawy a także i "wolny mikrofon", kiedy to pośpiewać mogli wszyscy chętni. Każdego roku były też gwiazdy estrady świeckiej. Pewnego roku jako gość specjalny festiwalu przyjechał zespół LO 27, po którym już dawno słuch zaginął i wpomnienia umarły, ale wówczas był "na topie" i młodzież (a raczej bardziej dzieci) za nimi szalała. Pamiętam pewne interesujące zajście. Na festiwal przyjechał pewien ksiądz z młodzieżą. W pewnym momencie podbiega jedna z dziewczynek i podniecona woła: "Dotknęłam go! Dotknęłam go!" (miała na myśli lidera zespołu). A ksiądz na to odpowiedział ze stoickim spokojem: "Spójrz! Tam stoi ich samochód! Możesz iść go polizać."  To oczywiście bardzo łagodny przypadek wariactwa  fanów. To naprawdę nic wielkiego wobec tego, jak potrafią zachowywać się fani Elvisa Presleya, Michaela Jacksona, Freddiego Mercury i innych mega-gwiazd estrady. 

Elvis Presley w 1957 roku.
Fotografia promująca film "Jailhouse rock"
Na widok Presleya fanki wpadały w taką ekstazę, że mdlały. Po każdym z koncertów musiał chyłkiem opuszczać amfiteatr, by uniknąć "oblężenia" przez fanów, z którego bardzo trudno byłoby mu się wydostać. Do dziś niektórzy mają domy pełne zdjęć Presleya, na całym świecie odbywają się zloty fanów i konkursy sobowtórów. Jego wielbiciele założyli nawet... Kościół Presleyański. Niektórzy dopuszczają się nawet - nazwałbym to bluźnierstwem - pokazywania Elvisa jako... Jezusa Chrystusa! Choć sam Elvis na pewno by nie chciał ani swego "kościoła", ani kultu, a już na pewno nie zgodziłby się, by stawiać go w miejsce Chrystusa (był człowiekiem, dla którego - choć może się to wydawać dziwne - Bóg, Biblia i wiara wiele znaczyły, o czym we właściwym czasie napiszę). Niektórzy nigdy nie uwierzyli w to, że Elvis mógł umrzeć!

sobota, 23 marca 2013

Uwielbienie wprost z Afryki

Gdy mówimy: "muzyka gospel" mamy zazwyczaj na myśli ten wspaniały rodzaj uwielbienia, który stworzył pastor Thomas A. Dorsey, bazując na negro spirituals, tradycyjnych hymnach i bluesie. Muzyka ta ma korzenie po obu stronach oceanu. Osobiście bardzo sobie cenię uwielbienie wprost z Afryki. Afryka ma bogate tradycje muzyczne, z których dziś - w mniejszym lub większym stopniu - czerpie cały świat i wielu wspaniałych artystów. Jeśli chodzi o muzykę gospel, to takim "gospelowym zagłębiem" wspaniałego "czarnego Lądu" jest Republika Południowej Afryki. Jedną z najbardziej znanych "gwiazd" tamtejszej "sceny gospel" jest Rebecca Malope.

Rebecca pochodzi z osady Lekazi położonej niedaleko Nelspruit i jest dziś jedną z najbardziej znanych południowoafrykańskich pieśniarek, z dorobkiem 32 albumów (nie tylko z muzyką gospel). Jej kariera rozpoczęła się w 1987 roku, kiedy to wygrała program "Shell Road to Fame" jako najlepsza wokalistka. Jej pierwszy album - "Ma G Man" - w ciągu zaledwie kilku tygodni zyskał status "złotej płyty". Kolejne albumy przyniosły jej jeszcze większą sławę i wiele z nich zyskało status "platynowej płyty". Jej album "Angingedwa" (1997) zyskał status "platyny" w zaledwie... 3 dni od premiery, a kilka tygodni później był już podwójnie platynowym! Wydała go w rok po osobistej tragedii - w 1996 roku w tragicznych okolicznościach straciła równocześnie ojca, brata i siostrę... "Na włosku" zawisła także jej kariera i - jak mówi - tylko Bogu zawdzięcza, że udało się jej przejść przez tą wielką traumę i powrócić na estradę. Choć jej muzyka nie jest "afrykańskim folklorem" - są to jak najbardziej współczesne brzmienia - wyczuwalne są jednak w niej wpływy tradycyjnych brzmień zuluskich.

A teraz wyobraźcie sobie, że wchodzicie do kościoła gdzieś w Afryce...

środa, 20 marca 2013

Belka w oku nie uwiera?

"Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Albowiem jakim sądem sądzicie, takim was osądzą, i jaką miarą mierzycie, taką i wam odmierzą. A czemu widzisz źdźbło w oku brata swego, a belki w oku swoim nie dostrzegasz? Albo jak powiesz bratu swemu: Pozwól, że wyjmę źdźbło z oka twego, a oto belka jest w oku twoim? Obłudniku, wyjmij najpierw belkę z oka swego, a wtedy przejrzysz, aby wyjąć źdźbło z oka brata swego" (Ewangelia Mateusza 7, 1 - 5) "Nie sądźcie z pozoru, ale sądźcie sprawiedliwie" (Ewangelia Jana 7, 24)
Fot. Presidencia de la Nacion Argentina / Wikipedia (CC BY-SA 2.0)
Gdyby kilka lat temu ktoś mi powiedział, że będę bronił "papieża", być może pokazałbym mu "kółko na czole". Czasem jednak zdarzają się sytuacje nieprzewidziane - i wybrano papieża, który ma moją sympatię i w dodatku... ma powiązania ze środowiskiem ewangelikalnym w Ameryce Łacińskiej o czym dowiadujemy się z artykułu na Ekumenizm.pl. Nie przekreślam nikogo tylko z tego powodu, że jest katolikiem i nie mam zamiaru traktować "papieża" Franciszka jak "antychrysta" tylko dlatego, że jest "papieżem" - choć wielu protestantom z pewnością taka postawa nie będzie się podobała (trudno!).

Przykre jest dla mnie to, że wielu ludzi już od pierwszych chwil przepuściło atak na niego - wręcz poniżając go. Powodem był zapis w Wikipedii: "Podczas trwania w Argentynie junty wojskowej generała Videli Redondo i podczas tzw. brudnej wojny 1976–1983 (hiszp. Guerra sucia) Bergoglio donosił wojskowym na lewicujących księży i zakonników, z których niektórzy potem znikali. Dokumenty potwierdzające jego współpracę opublikował Horacio Verbitsky w książkę „El Silencio” („Cisza”), która jest syntezą współpracy hierarchów kościoła argentyńskiego z dyktaturą." Oskarżenia nasiliły się, gdy słowa te zniknęły z Wikipedii. Do oskarżeń dodano w tym momencie, że "Watykan ukrywa fakty" a "jezuici cenzurują Wikipedię" - podczas gdy notatkę o kard. Bergoglio stopniowo przeredagowywano, by dokładniej przedstawiała postać nowego "papieża". Wyjaśnienia, że argentyńskie prawo jest niedoskonałe i pozwala na publikowanie nieudowodnionych zarzutów jakoś nie trafiło do wrogich nowemu "papieżowi" oskarżycieli. Ciekawe czy coś zmienią oficjalne zapewnienia niewinności padające z ust ludzi, którzy wiedzą o czym mówią: "Prezes Sądu Najwyższego Argentyny Ricardo Lorenzetti oświadczył, że papież Franciszek jest „osobą absolutnie niewinną” i nie był nawet podejrzany o współudział w łamaniu praw człowieka w czasie dyktatury wojskowej z lat 1976-83. Wcześniej podobną opinię wygłosili: German Castelli, jeden z trzech sędziów, którzy prowadzili śledztwo w tej sprawie; laureat pokojowej nagrody Nobla, argentyński obrońca praw człowieka Adolfo Perez Esquivel; oraz Stowarzyszenie 24 marca, zajmujące się ochroną praw rodzin osób wówczas zaginionych. Lorenzetti oświadczył, że w każdym przypadku trzeba zachować „domniemanie niewinności”, także w przypadku papieża Franciszka, gdyż nie ciąży na nim żaden wyrok." (źródło: KAI / Gość Niedzielny) "- Choć niektórzy ludzie się z tym nie zgadzają lub twiedzą, że on zrobił to czy tamto, fakt pozostaje taki, że nie ma konkretnych oskarżeń przeciwko byłemu kardynałowie Jorge Bergoglio - powiedział Lorenzetti w wywiadzie radiowym" (źródło: TVN24).

Człowieka skrzywdzić łatwo... Tylko później wziąć na siebie odpowiedzialność za własne słowa i oskarżenia, jest tak bardzo trudno! Łatwo dostrzegamy "źdźbło" (zło) w drugim człowieku. Czasem najwyraźniej "widzimy" rzeczy... wyimaginowane, to co chcemy zobaczyć. Łatwo przekreślamy człowieka, wydajemy wyroki - jakbyśmy my sami byli doskonali i wszechwiedzący. Łatwo stawiamy się... w miejscu Boga, przywłaszczając sobie Jego prawa do osądzania i w dodatku swój osąd uważając za "doskonale sprawiedliwy". Każdy, kto tak czyni - jak zapowiada Słowo Boże - sam sprawiedliwie zostanie osądzony i sprawiedliwą karę za swe złe czyny poniesie. O tym warto pamiętać, nim się weźmiemy za osądzanie innych. Co do mnie z oceną nowego "papieża" zamierzam czekać na owoce - na razie, powtarzam, ma moją sympatię.

wtorek, 19 marca 2013

Bóg uzdrawia także dziś

"A gdy Jezus stamtąd odszedł, przyszedł nad Morze Galilejskie, wszedł na górę i usiadł tam. I przyszło do niego mnóstwo ludu, mając z sobą chromych, kalekich, ślepych, niemych oraz wielu innych i kładli ich u nóg jego, a On ich uzdrowił, tak iż się lud zdumiewał, widząc, że niemi mówią, kalecy odzyskują zdrowie, chromi chodzą, ślepi widzą, i wielbili Boga Izraela." (Ewangelia Mateusza 15, 29 - 31)
Czasem ludzie być może żałują, że Jezus nie żyje w naszych czasach, że dziś nie możemy się z Nim spotkać tak "oko w oko" i przyjść ze swoimi problemami. Czasem poruszają nas cuda zapisane na kartach Ewangelii, a tak trudno nam uwierzyć, że takie same cuda mogą się dziać i dziś - bo Chrystus nas nie opuścił... Rozstając się ze swoimi uczniami, Jezus powiedział: "A oto Ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata" (Ewangelia Mateusza 28, 20) Choć nie jest wśród nas obecny w ciele, to - paradoksalnie - jest znacznie bardziej obecny (można powiedzieć: wszechobecny) niż w tamtych dniach, gdyż będąc Bogiem jest wszędzie, jest pośród swoich uczniów gdziekolwiek się spotykają: "... gdzie są dwaj lub trzej zgromadzeni w imię moje, tam jestem pośród nich" (Ewangelia Mateusza 18, 20). Jeśli Jezus jest wśród nas obecny, to dlaczego by się nie miały dziać podobne cuda, jak te opisane na kartach Ewangelii?

Znam pewnego człowieka.... Był włóczęgą, który "przewędrował pół Europy". Nie miał domu i spał gdzie się dało. Dłuższy czas jego "domem" był... stary bunkier na Pomorzu Zachodnim. Zdarzało mu się kraść. Niejednokrotnie upijał się. Zażywał też narkotyki. Nigdy nie pytałem jak to się stało, ale stracił też rękę. Jego życie było zniszczone, gdy poznał Jezusa, a ten zaczął odbudowywać jego życie - posłał do niego ludzi ze zboru chrześcijańskiego, którzy go przygarnęli, dali mu czasowe schronienie (jakiś czas później ci wspaniali bracia gościli mnie przez dwa dni w tym samym pokoju) i skierowali do chrześcijańskiego ośrodka pomocy, gdzie przez kolejne miesiące - już jako dziecko Boga - "stawał na nogi". 

W swoim życiu zmagał się nie tylko tylko z bezdomnością, alkoholem i narkotykami. Przez szereg lat jego "krzyżem" była schizofrenia. Nie będę tu pisał wiele o samej chorobie, bo każdy może znaleźć z łatwością w internecie wiele informacji. To - po ludzku patrząc - nieuleczalna choroba. Medycy potrafią tylko wyhamować jej działanie na tyle, że lżej chorzy mogą w miarę normalnie funkcjonować w społeczeństwie pod warunkiem, że zażywają leki. Mówi się o niej, że jest "chorobą ludzi inteligentnych" Mam innego przyjaciela, który na nią cierpi, więc widzę jak choroba ta niszczy człowieka, a leczenie czasem nie mniej wyniszcza, niż sama choroba. Jeśli chory zaniedba przyjmowanie leków, jego stan szybko ulega załamaniu i konieczna jest hospitalizacja. Ten drugi przyjaciel - który choruje do dziś - nieraz w swoim życiu z tego powodu trafiał do szpitala. Temu zaś, o którym opowiadam dziś, Bóg powiedział podczas modlitwy, że jest uzdrowiony i żeby więcej już nie brał pastylek przepisanych przez lekarza. Poszedł on do Pastora opiekującego się ośrodkiem, i zakomunikował, że... odstawia leki. Mijały tygodnie, a z jego zdrowiem było wszystko w porządku. Nie działo się nic niepokojącego - raczej przeciwnie: pokój i radość wypełniały tego człowieka!

Jakiś czas później Pastor pojechał z nim do lekarza specjalisty, pod którego opieką człowiek ten się znajdował od chwili przyjęcia do ośrodka. Lekarz ten przeraził się słysząc, że człowiek ten odstawił leki... Dodajmy: bardzo silne leki. No i jak to możliwe, że on ma się tak dobrze? Zdaniem lekarza to było niemożliwe. On w tym momencie - nie biorąc leków - według jego medycznej wiedzy powinien być w fatalnym stanie, nadającym się tylko do natychmiastowej hospitalizacji. A ten staje przed nim, mówi że odstawił leki i... ma się znakomicie! Dla lekarza to, co się stało było nieprawdopodobne i on nie mógł w to uwierzyć! Nawet namawiał go, czy może nie miałby ochoty sobie trochę "odpocząć" w szpitalu, gdzie oczywiście troskliwie by się nim zajęli... aplikując na nowo leki. A on naprawdę ma się świetnie i do żadnego szpitala się nie wybiera! Dla lekarza to, co się stało, wydawało się niemożliwe, ale dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych! 

Było to jesienią 2009 roku, a wiosną 2010 roku miałem radość uczestniczyć w chrzcie tego brata. Dziś jest on w jednym ze zborów baptystycznych - cieszy się duchową wolnością i nie potrzebuje już pomocy psychiatrów. Jest dla mnie wyraźnym dowodem na to, że Bóg żyje i że Chrystus jest wśród nas realnie obecny - i wciąż czyni cuda (choć nam tak trudno czasem w cuda uwierzyć!). Bóg kocha nas i jest potężnym Panem, który jest w mocy zabrać chorobę, a nawet wskrzesić zmarłych. Nie czyni tego na zawołanie. Nie każdy, kto wierzy w Niego zostaje uwolniony od choroby (nie wierzcie tym, którzy to głoszą). Ale Bóg działa dziś tak samo, jak przed wiekami.

Dziś wielu ludzi, niestety, wierzy tak: "Bóg jest - cudów nie ma". To tak, jakby powiedzieć: "Wierzę w Boga, ale nie wierzę, że On wszystko może i nie wierzę w jego działanie". Cuda nie są podstawą wiary chrześcijańskiej, ale są jej nieodłączną częścią. Niewiara w to, że On czyni cuda jest tak naprawdę drogą zwątpienia, a nie wiary. ON MOŻE!

niedziela, 17 marca 2013

Zatrzymać się choć na chwilę...

"A gdy szli, wstąpił do pewnej wioski; a pewna niewiasta, imieniem Marta, przyjęła go do domu. Ta miała siostrę, a na imię jej było Maria, która usiadłszy u nóg Pana, słuchała jego słowa.  Marta zaś krzątała się koło różnej posługi; a przystąpiwszy, rzekła: Panie, czy nie dbasz o to, że siostra moja pozostawiła mnie samą, abym pełniła posługi? Powiedz jej więc, aby mi pomogła. A odpowiadając rzekł do niej Pan: Marto, Marto, troszczysz się i kłopoczesz o wiele rzeczy; niewiele zaś potrzeba, bo tylko jednego; Maria bowiem dobrą cząstkę wybrała, która nie będzie jej odjęta." (Ewangelia Łukasza 10, 38 - 42)
Czy potrafimy  zatrzymać się na chwilę w naszym życiu, by tak po prostu posłuchać, co ma nam do powiedzenia Chrystus? Czy potrafimy się zatrzymać choć na chwilę u stóp Boskiego Mistrza? Czasem nawet w swojej gorliwości i służbie dla Pana - jak pokazuje nam ta sytuacja z Betanii - zbyt się zapędzamy i gubimy to, co najcenniejsze.

sobota, 16 marca 2013

Chrześcijanin a jazda "na gapę"

"Podróżowanie na gapę jest tak stare jak sama historia podróży. (...) Blady strach padł w ubiegłym roku na poznańskich gapowiczów, gdy tamtejsze MPK zapowiedziało drastyczną podwyżkę kar za jazdę bez biletu do prawie 200 złotych. Niby to nie wysokość kary, lecz jej nieuchronność odstrasza, a jednak... - Na niekasowaniu biletów oszczędzałem setki złotych - mówi Przemek z Akademii Ekonomicznej w Poznaniu. - Bardziej opłacało mi się płacić kary, niż kupować sieciówki. Wiele osób do tej pory wolało oszczędzać na biletach, kalkulując, że taniej wyjdzie, jeśli raz na kilka miesięcy zapłacą karę w wysokości 65 złotych. Co zrobić, gdy przyjdzie im zapłacić 195 złotych? - No cóż, będę kasował bilety - zapowiada Przemek" - czytam w serwisie "Doza Kultury".

No cóż - nim napiszę coś więcej muszę uderzyć się w piersi, gdyż ja kiedyś czyniłem dokładnie to samo. Jeszcze będąc uczniem podstawówki obliczyłem sobie, ile mogę "zaoszczędzić" nie wykupując biletu. Brałem pod uwagę cenę i częstotliwość nalotów "kanarów". Wyszło mi to samo, co temu studentowi z Poznania - że bardziej się opłaca jeździć bez biletu, a w razie czego raz czy drugi zapłacić karę. Oczywiście dostawałem kasę na bilety od rodziców, ale ona zostawała w mojej kieszeni. System doskonale się sprawdzał, a ja bodaj nigdy nie zostałem złapany - przynajmniej sobie takiego zajścia nie przypominam. Myślę, że byłem z siebie trochę dumny, że tak sprytnie to sobie wymyśliłem, a byłem po prostu drobnym cwaniaczkiem i... złodziejem - oszustem! Oszukiwałem i zakład komunikacyjny i moich rodziców. Nie pamiętam jak długo to trwało, ale przynajmniej kilka miesięcy. Po jakimś czasie zacząłem jednak kupować bilety - być może powodem było to, że nasiliły się kontrole (nie pamiętam dokładnie), ale znów zacząłem kombinować tak, żeby po kilka razy móc bezpiecznie jechać na jednym bilecie - wciąż udawało się zaoszczędzić, choć sporo mniej. Mniej zostawało w kieszeni, jednak czułem się spokojniejszy - ale w dalszym ciągu byłem po prostu NIEUCZCIWY! Z czasem przestałem "oszczędzać", ale w dalszym ciągu jednak nie widziałem nic złego w jeżdżeniu na gapę.


Potrzebowałem sporo czasu, by zrozumieć co tak naprawdę robiłem, jakim byłem człowiekiem - a uzmysłowił mi to Jezus Chrystus. To On przekonał mnie o tym, że jeżdżąc bez biletu, "oszczędzając", nie tylko naruszałem ludzkie regulaminy i prawo, ale także łamałem prawo, które dał Bóg. Bóg bowiem powiedział nam: "Nie kradnij" (2. Księga Mojżeszowa 20, 15 i 3. Księga Mojżeszowa 19, 17). Czy kradnie tylko ten, kto sięga ręką po czyjąś własność? Przecież nie skradłem biletów, by z nich korzystać, nie wyniosłem też niczego z autobusu, nie wziałęm pieniędzy z kieszeni. Ale Jezus poszerza pojęcie grzechu, poszerza nasze rozumienie co jest grzechem! Jako przykład podam tu słowa: 
"Słyszeliście, iż powiedziano: Nie będziesz cudzołożył. Ale ja wam powiadam, że każdy, kto patrzy na niewiastę i pożąda jej, już popełnił z nią cudzołóstwo w sercu swoim" (Ewangelia Mateusza 5, 27 - 28). 
Oczywiście te słowa dotyczą innego przykazania, ale myślę, że uczą nas, jak mamy rozumieć przykazania. Przykazania są nieco "hasłowe" - my winniśmy rozumieć z nich coś więcej niż tylko tych kilka słów. Myślę, że potrzeba głębszej refleksji. Myślę, że tak samo, jak mówił o pożądaniu, miałby Jezus nam do powiedzenia i o tym czym jest kradzież - również te słowa mógłby rozwinąć w podobny sposób, by poruszyć nasze sumienia...

Czy kradnie tylko ten, kto sięga ręką po swoją własność? Bynajmniej! Złodziejem jest także ten, kto pozbawia kogoś tego, co jest ma należne. Tak więc złodziejem jest ten, kto kopiuje bezprawnie płyty z muzyką lub programami komputerowymi, kto kopiuje bezprawnie książki i inne publikacje, wchodzi przez płot na zawody sportowe, itp. A więc tak samo też złodziejem jest ten, kto nie uiszcza opłaty za przejazd! Komunikacja i jej utrzymanie są bardzo kosztowne - zakup pojazdów, koszty paliwa, olejów i części zamiennych, koszty obsługi. Będąc klientami zakładów komunikacyjnych partycypujemy w tych kosztach, które są ponoszone w służbie społeczeństwa, w służbie pełnionej dla nas samych. Jeśli jeździmy na gapę przewoźnik jest obciążony kosztami, jakie są związane z tym, że my jeździmy, a nie otrzymuje od nas nic! Tysiące ludzi jeździ na gapę, a straty - jakie powoduje ten proceder - liczone są w setkach tysięcy, jeśli nie w milionach złotych (choć skala problemu jakby maleje w ostatnim czasie). Każdy przewoźnik jest w stanie obliczyć mniej więcej ile rocznie kosztują go tacy "oszczędni" ZŁODZIEJE! A więc jednak de facto jazda bez biletu oznacza narażenie kogoś na straty dokładnie tak samo, jakbyśmy sięgnęli po pieniądze, które fizycznie są w jego posiadaniu! I jesteśmy dokładnie TAK SAMO WINNI! 

piątek, 15 marca 2013

Nie każdy zwyczaj jest dobry dla chrześcijan

Fot. Vojtěch Majling / Wikipedia (CC BY-SA 2.5)
Polskie tradycje są piękne i warto je pielęgnować - powszechnie się nas zachęca. To prawda, że mamy wiele pięknych zwyczajów: mamy piękne pieśni i tańce, wspaniałą sztukę ludową. I to, co piękne warto i należy pielęgnować, i nawet do Kościołów naszych to wprowadzać. Należy zdecydowanie przeciwdziałać amerykanizacji byśmy byli ludźmi mającymi swoją własną kulturę, Słowianami - Polakami a nie Polamerykanami, którzy to, co własne podeptali i pogrzebali - a, niestety, niszczymy bardzo nasze zwyczaje i naszą mowę! Nie wszystko jednak, co "tradycyjne", co jest rodzimym zwyczajem, powinniśmy kultywować... Na wszystko mamy patrzeć przez pryzmat Słowa Bożego i zachowywać to, co można z nim pogodzić.

Jest wiele takich zwyczajów, które przetrwały nawet obumieranie naszej słowiańskiej kultury. Jest wiele obrzędów i przesądów, które zachowujemy - czasem zupełnie nieświadomie. I tak, choć nasza rodzima kultura jest bliska zagłady, już niebawem nasze dzieci w szkołach i przedszkolach robić będą tradycyjne kukły - "marzanny", by potem ponieść je nad najbliższe jezioro lub rzekę celem utopienia (czasem poprzedzonego spaleniem). Czy jesteśmy świadomi tego, że kultywując ten stary obyczaj, tak naprawdę bierzemy udział w... kulcie pogańskim? Marzanna to nie jest "symbol zimy" - jak się nam to wmawia - lecz uosobienie, jest to pogańska bogini zimy i śmierci, zwana także niekiedy Śmiercichą. Kukły, które nasze dzieci z taką radością robią i uroczyście niszczą, to nic innego, jak wyobrażenie demonicznej postaci! Zwyczaj ten jest nasączony dodatkowo gestami i symbolika magiczną - przez co jest nie tylko bałwochwalstwem, ale także ma związki z okultyzmem. Związany jest z tzw. "jarym świętem" (21 marca) i kultem (choć słabo udokumentowanym) bożka płodności i wiosny, Jaryły. O tym wszystkim trzeba pamiętać.

Kościół katolicki podjął w XIV wieku chwalebną próbę wytrzebienia tego zwyczaju, świadomy tego, że nie da się go pogodzić z wierzeniami chrześcijańskimi (co nie przeszkadzało kultywować innych pogańskich tradycji,sprzecznych z wierzeniami biblijnymi, jak np. kult obrazów i zmarłych). Niestety bez powodzenia i do dziś ludzie - zupełnie bezmyślnie - czczą pogańskie bożki, nawet o tym nie wiedząc. Kocham polskie zwyczaje, ale przeraża mnie, gdy w pierwszych dniach wiosny widzę dzieci z "marzannami" i nie mam żadnych wątpliwości, że jest to jeden z tych zwyczajów, które Boga napełniają najgłębszą odrazą. Nie mam żadnych wątpliwości, że chrześcijanin w tych obrzędach nie może uczestniczyć, bo jest to obrazą dla naszego Boga. Należy też przed tymi obrzędami - choć są z pozoru "tylko niewinną zabawą" - chronić dzieci.
"Nie będziesz miał innych bogów obok mnie. Nie czyń sobie podobizny rzeźbionej czegokolwiek, co jest na niebie w górze, i na ziemi w dole, i tego, co jest w wodzie pod ziemią.Nie będziesz się im kłaniał i nie będziesz im służył, gdyż Ja Pan, Bóg twój, jestem Bogiem zazdrosnym..." (2. Księga Mojżeszowa - tzw. "Wyjścia" - 20, 3 - 5) "Wszystko badajcie, a co szlachetne - zachowujcie! Unikajcie wszystkiego, co ma choćby pozór zła" (1. List do Tesaloniczan 5, 21 - 22 - tłum. "Biblia Tysiąclecia")