niedziela, 17 lutego 2013

Kto kocha, nie wyrządza zła

"Lecz gdy faryzeusze usłyszeli, że zamknął usta saduceuszom, zgromadzili się wokół niego, a jeden z nich, znawca zakonu, wystawiając go na próbę, zapytał: Nauczycielu, które przykazanie jest największe? A On mu powiedział: Będziesz miłował Pana, Boga swego, z całego serca swego i z całej duszy swojej, i z całej myśli swojej. To jest największe i pierwsze przykazanie. A drugie podobne temu: Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się cały zakon i prorocy." (Ewangelia Mateusza 22, 34 - 40)
O miłości bliźniego pisałem już trzykrotnie, w tekstach "Miłość bliźniego", "Będziesz miłował..." i "Kryzys miłości". Było też o tolerancji - w związku z wspaniałą wypowiedzią Johna Godsona. Tolerancja - powtórzę to, co już napisałem to szacunek do drugiego człowieka, realizowanie w praktyce przykazania miłości bliźniego. Przez miłość bliźniego należy rozumieć zachowywanie wszystkich przykazań, nie czynienie bliźniemu żadnego zła, nie poniżanie, nie potępianie go (potępiać możemy tylko zło, które czyni), traktowanie innych z ogromną czułością i delikatnością. Niestety, w relacjach z innymi ludźmi często zachowujemy się jak "słoń w składzie porcelany", czyniąc swym zachowaniem wielkie spustoszenie. Czasem czuję się bardzo zażenowany tym, jak potrafią się do innych ludzi odnosić ludzie z kręgów protestanckich, "ewangelicznie wierzący"...

Źródło: Chn24.pl 
to, co mówimy i piszemy nie jest obojętne. Czasem możemy mieć nawet rację (nie jest tak w przypadku przedstawionym powyżej), lecz ważne jest to, jak się odnosimy do innych, jak przedstawiamy sprawę. Tylko przemawiając z pokorą w duchu miłości, jesteśmy ambasadorami Boga - bez pokory i miłości, choćbyśmy mieli rację, reprezentujemy interesy... piekła. Czyniąc zło, krzywdząc innych - choćbyśmy mieli rację w jakichś sprawach - obracamy się przeciwko Bogu! Stając się nieprzyjaciółmi jakiegokolwiek człowieka, stajemy się nieprzyjaciółmi Boga, gdyż Bóg pragnie przyjaźni z każdym człowiekiem! 

Jeśli nie kochamy KAŻDEGO człowieka, to jakże możemy miłować naprawdę Boga, który KAŻDEGO człowieka kocha? Miłość to także szacunek - jeśli nie szanujemy innych, to jakiż jest nasz "szacunek do Boga"? Miłość i szacunek do innych ludzi jest jednym z zewnętrznych przejawów prawdziwej miłości do Boga, która kryje się w sercu. Jeśli tych zewnętrznych elementów miłości i szacunku do bliźnich brakuje, to jest to sygnał, że w sercu człowieka źle się dzieje... Co takiego się dzieje? Dlaczego tak łatwo ludzie czytający Biblię otwierają "drzwi frontowe" przed Chrystusem, a równocześnie nie dbają o "drzwi od ogrodu", którymi wchodzi zło? Obecność zła w sercu człowieka sprawia, że... nie ma w nim tak naprawdę miejsca dla Chrystusa.

W dyskusji, której fragment przedstawiłem powyżej mowa jest o katolicyzmie i o systemie papieskim. Trzeba uczciwie mówić, co się myśli. Uczciwie i odważnie należy też przedstawiać PRAWDĘ. Możemy powiedzieć: "Chrystus nie uczynił Piotra papieżem, ani nie wyznaczył go - ani tym bardziej jego następców - namiestnikiem", "kult Maryi i świętych, a także kult wizerunków jest sprzeczny z Biblią", "Chrystus nie ustanowił ani kapłanów ani sakramentów - z wyjątkiem chrztu i wieczerzy"... Nie wolno nam jednak bluzgać i kłamać (Bóg mówi: "Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu"!), nie wolno nam zmyślać... Szerzenie zmyślonych wiadomości o kimś czy o jakiejś instytucji jest kłamstwem. To niby jest takie oczywiste, ale tak trudno nam zrozumieć, że to, co nam się zdaje, jeśli nie jest poparte żadnymi dowodami, jest tylko zmyślaniem, choćbyśmy byli przekonani o "wpływie Ducha Świętego". Ba! Jeśli ktoś to, co jest projekcją jego umysłu, a co kieruje jako oszczerstwo przeciwko innym nazywa efektem "poznania prawdy" i działania Ducha Świętego w jego życiu, tak naprawdę... wypowiada w tym momencie... bluźnierstwo! Myślę, że Bogu nie podoba się, gdy krzywidzimy innych używając jego Imienia dla autoryzacji naszych przekonań.

Potrzeba tu wielkiej ostrożności z naszej strony, byśmy nie toczyli jakichś własnych wojen i - co ważniejsze - we własne (często niegodziwe) wojny nie wciągali Boga, jako naszego "przywódcy". To my się mamy identyfikować z Bogiem i Słowem Bożym, a nie Boga podciągać pod własne wymysły i wciągać do walki o to, co "nieomylnie" nam się... wydaje być słusznym i prawdziwym. Potrzeba też wielkiej delikatności. Możemy się z kimś nie zgadzać, możemy widzieć zło w jego życiu, ale nie jesteśmy upoważnieni do tego, by podnosić przeciwko niemu krzyk, by rzucać w niego kamieniami! Wprost przeciwnie - jeśli w jego życiu jest zło, potrzebuje on tym bardziej miłości i troski! Powinniśmy burzyć mury, a nie wznosić je! Pisałem niedawno o tym, jak straszne są mury dzielące ludzi! Miłość... Miłość to narzędzie do rozbijania murów. Jeśli dokładamy do nich kolejne cegły, to znak, że nie działamy w "duchu miłości"!

Miłość bliźniego to najlepszy zewnętrzny znak prawdziwego życia z Bogiem! Nie Biblia w ręku, nie płomienne kazania, nie szafka pełna literatury chrześcijańskiej, nie krzyżyk zawieszony na szyi, nie zapewnienia "jestem chrześcijaninem"... Można mieć w ręku Biblię i pięknie mówić o Bogu, można obwieszać się "biżuterią religijną" i mieć szafę pełną książek o Bogu i Słowie Bożym i można sto razy dziennie powtarzać: "jestem uczniem Chrystusa", "jestem chrześcijaninem", a jednak kiedyś - na sądzie szczegółowym - usłyszeć od Pana: "Nie znam cię! Nie ma tu, w Księdze Żywota, twojego imienia!" My możemy się identyfikować z Bogiem, ale nie będziemy zbawieni, jeśli Bóg nie będzie się identyfikował z nami. Czy Bóg może się identyfikować z nami, jeśli w naszych sercach nie ma miłości? Myślę, że bez miłości nie ma zbawienia - miłość bliźniego jest jedną z oznak zbawienia.
"Nie każdy, kto do mnie mówi: Panie, Panie, wejdzie do Królestwa Niebios; lecz tylko ten, kto pełni wolę Ojca mojego, który jest w niebie. W owym dniu wielu mi powie: Panie, Panie, czyż nie prorokowaliśmy w imieniu twoim i w imieniu twoim nie wypędzaliśmy demonów, i w imieniu twoim nie czyniliśmy wielu cudów?" (Ewangelia Mateusza 7, 21 - 22)

2 komentarze:

  1. Podpisuję się pod tym rękami i nogami. Niestety, odnoszę coraz częściej wrażenie, że w Polsce (nie wiem jak jest w innych krajach) główną rzeczą odróżniającą "ewangelicznie wierzących" od reszty jest antykatolicyzm. A antykatolicyzm jest według mnie tym samym co inne "antyizmy", np. antysemityzm czy antycyganizm. To jeszcze jedna forma fanatyzmu, a fanatyzm, jak wiadomo, jest niebezpieczny. Pozostaje mi mieć nadzieję, że ten człowiek jest świeżo nawróconym młodzieńcem, który doświadcza neofickiej gorliwości. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kiedyś zapytałem o podejście do "problemu katolicyzmu" Mateusza Otrębę (Mate.O)... Jest on nie tylko muzykiem, ale także pastorem Wspólnoty "Genesis" w Poznaniu - IV zboru Kościoła Chrześcijan - Baptystów, który ma charakter wspólnoty bardzo otwartej... I właśnie zapytałem go o tą otwartość na inne wyznania, także na katolicyzm, czy nie przeszkadza im bałwochwalstwo w Kościele rzymskim. Odpowiedział: "Tak, bardzo przeszkadza mi bałwochwalstwo... w moim życiu" Wówczas ta odpowiedź mnie bardzo zdziwiła, ale im dłużej jestem na tej drodze, na którą pchnął mnie pan, tym lepiej to rozumiem.

    To, że poznaliśmy prawdę, powinno zwiększać naszą pokorę - i powinniśmy się stawać sługami tych, którzy tej prawdy nie znają, pomagać im ją poznać. Nie wolno nam stawać nad nimi i okładać ich Biblią po głowie, czy ciskać w nich słowami, które są niczym kamienie. Oczywiście, mamy mówić prawdę, ale przede wszystkim pamiętać o tym, że sami jesteśmy grzeszni... To jest tak, jak pisał Piper - te słowa, które tu cytowałem - że w życiu każdego człowieka jest jakaś forma bałwochwalstwa, jeśli jesteśmy przywiązani do jakiegoś grzechu. Uwielbienie dla samego siebie i własnej "doskonałej wiary", patrzenie na innych z góry, porównywanie się z nimi ("Ooo! Popatrzcie na tych bałwochwalców! Ooooo fuuuuujjjj! A teraz spójrzcie na mnie i na moją wiarę!") także jest formą bałwochwalstwa.

    Neofici to trudny "materiał ludzki"... Wiem to po samym sobie... Przyjmuje zasady protestanckie i już mu się wydaje, że osiągnął "szczyt". I już na innych patrzy z góry i pluje nawet na "starszych w wierze", że jeśli nie myślą tak samo, jak on, to nie są "dostatecznie protestanccy", czy w ogóle "nie są prawdziwymi chrześcijanami". Dobrze jest, jeśli taki człowiek w pewnym momencie zaczyna się zastanawiać: "Jeśli wszedłem na szczyt, to dlaczego jestem na nim... sam? Dlaczego wszyscy inni 'odpadli' gdzieś po drodze." Wówczas można dojrzeć, że to, co się wzięło za "szczyt" to ledwie... połowa drogi, a inni są znacznie wyżej, dkąd widać wiele znacznie lepiej, jest znacznie większe poznanie prawdy. I wówczas się zaczyna preawdziwa droga na szczyt! Gorzej, bo niektórzy zostrają w tym miejscu, "okopują się" na tych pozycjach i uparcie twierdzą, że są właśnie na "szczycie", a inni zbłądzili. Ból... Tym większy, że czasami stają się "pastorami". :(

    OdpowiedzUsuń