środa, 13 lutego 2013

"Jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni..."

"Od góry Hor wyruszyli potem ku Morzu Czerwonemu, aby obejść ziemię Edom. Lecz lud zniecierpliwił się w drodze. I zaczął lud mówić przeciw Bogu i przeciw Mojżeszowi: Po co wyprowadziliście nas z Egiptu, czy po to, abyśmy pomarli na pustyni? Gdyż nie mamy chleba ani wody i zbrzydł nam ten nędzny pokarm. Wtedy zesłał Pan na lud jadowite węże, które kąsały lud, i wielu z Izraela pomarło. Przyszedł więc lud do Mojżesza i rzekli: Zgrzeszyliśmy, bo mówiliśmy przeciwko Panu i przeciwko tobie; módl się do Pana, żeby oddalił od nas te węże. I modlił się Mojżesz za lud. I rzekł Pan do Mojżesza: Zrób sobie węża i osadź go na drzewcu. I stanie się, że każdy ukąszony, który spojrzy na niego, będzie żył. I zrobił Mojżesz miedzianego węża, i osadził go na drzewcu. A jeśli wąż ukąsił człowieka, a ten spojrzał na miedzianego węża, pozostawał przy życiu." (4. Księga Mojżeszowa - tzw. "Liczb" - 21, 4 - 9) "...jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak musi być wywyższony Syn Człowieczy, aby każdy, kto weń wierzy, nie zginął, ale miał żywot wieczny. Albowiem tak Bóg umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał, aby każdy, kto weń wierzy, nie zginął, ale miał żywot wieczny." (Ewangelia Jana 3, 14 - 16)
Nigdy nie zostałem ukąszony przez żadnego węża i nie potrzebowałem nigdy surowicy - i oby Bóg dał, bym nigdy tego nie doświadczył. Węże są jednak straszne i zawsze wzbudzały w ludziach naturalny lęk. Nie każdy wąż jest niebezpieczny, ale wiele jest bardzo jadowitych. Jad niejednego z nich sprawia, że człowiek umiera w okropnych cierpieniach. Z łatwością można znaleźć wiele materiałów o tym, czego doświadczają ludzie pokąsani przez węże, co się  dzieje z ich ciałami, co czują (a jest to często potworny ból!). Przygotowując to rozważanie obejrzałem nawet zdjęcia ran (czego nie polecam niepełnoletnim i wrażliwym!). Pewna wiedza o tym, co dzieje się z człowiekiem pokąsanym przez węża, daje nam wyobrażenie, jak ciężko doświadczył Bóg swój lud...

Sroga kara aktem... miłości?

Ktoś może powiedzieć: "Bóg - jeśli w ogóle istnieje - nie ma serca, skoro dopuścił do takiego cierpienia". To prawda, że trudno sobie wyobrazić, jak Bóg - o którym przyzwyczailiśmy się myśleć: "Bóg jest miłością" - mógł coś takiego uczynić, ale nieposłuszeństwo ludzi było zapewne tak wielkie, że środki zaradcze musiały być radykalne. Była to odpowiedź Boga na bunt człowieka, na ludzką krnąbrność, nieposłuszeństwo, szemrania, a może i bluźnierstwa. Paradoksalnie jednak - uczynił to dla dobra swego ludu, by doprowadzić swój lud do Ziemi Obiecanej. Gdyby ich nie "spacyfikował", nigdy by nie otrzymali tego, co im obiecał! Jeśli tak na to spojrzymy, cała sytuacja zaczyna wyglądać inaczej - zesłana kara powoduje, że ludzie widzą, co uczynili źle, jest więc narzędziem służącym do poprawy. Bóg przypomina ojca, który daje dziecku klapsa, a czasem używa paska, po to, by dziecka nauczyć lepszego postępowania. Kara za złe postępowanie jest związana z miłością - choć bywa dotkliwa - gdyż służy dobremu.

Choć ludzie, którym przewodził Mojżesz zaczęli się odwracać od Boga, Bóg nie odwrócił się od nich. Bóg mógł im powiedzieć: "Nie chcecie iść tam, gdzie was prowadzę, to nie - wasza strata! Zostańcie sobie na pustyni, jeśli nie podoba wam się chodzenie za Mojżeszem!" Nie uczynił tego jednak. Posłał srogą karę i jej nie cofnął - węże nie zniknęły tak nagle, jak się pojawiły. Dał jednak ludziom rozwiązanie problemu, stawiając tylko jeden warunek: ZAUFANIE. Tak naprawdę była to lekcja ZAUFANIA. Bóg pokazał swemu ludowi - który nie miał do Niego dostępu tak, jak my dzisiaj mamy; który nie słyszał Jego głosu: który nie doświadczał Jego obecności inaczej niż tylko przez znaki - że jest tym, któremu powinni ufać, że jest godny zaufania, że nie powinni wątpić, bo On wie, co robi i że powinni iść tam, gdzie On ich prowadzi, za przewodnikiem, Mojżeszem (choć ułomnym), którego On im dał.

Wszyscy nosimy w sobie jad węża...

Bóg do nas, ludzi, ma świętą cierpliwość... Tysiące lat temu stworzył człowieka i umieścił go w pięknym ogrodzie, gdzie mógł on wieść iście "rajskie życie" - zawsze zdrowy, bez trosk, nie pracując w pocie czoła... Bóg dał nam wiele - i dał nam też wolną wolę, bo chciał żywe istoty, a nie posłuszne roboty. Niestety, z tej wolnej woli my zrobiliśmy bardzo zły użytek. W pewnym sensie wszystko zaczęło się od... kryzysu ZAUFANIA do Boga, od "ziarnka nieufności", które w sercu człowieka zasiał szatan - nomen omen przybrawszy postać węża - a z którego wyrosło nieposłuszeństwo, bunt przeciwko Bogu. Bóg nie miał innego wyjścia, jak tylko wyciągnać konsekwencje - dlatego Adam i Ewa nie mogli już żyć wiecznie, musieli opuścić ogród, a sam ogród niewątpliwie został zniszczony (pamiętajmy, że był on gdzieś na ziemi!), musieli doświadczyć bólu i trudu.

W pewnym sensie zostaliśmy "ukąszeni" przez tego węża z ogrodu Eden, szatana. W nas wszystkich jest jad, który on nam wsączył. Krąży w nas trucizna grzechu. jad ten jest groźniejszy od jadu węży - bo jad węży powoduje ból i śmierć ciała, a jad diabła - grzech - nie tylko spowodował wszelkie zło i cierpienie, z jakim stykamy się na tym świecie, ale też ciągnie naszą duszę do piekła, ku "drugiej śmierci", znacznie gorszej niż śmierć ciała. Doświadczamy plagi, której nie jesteśmy w stanie sami zaradzić i ocalić nas może tylko ZAUFANIE, zwrócenie się ku Bogu, wyznanie win...

Chrystus naszą nadzieją

Jezus nie porównał się do owego miedzianego węża bez przyczyny. "...jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak musi być wywyższony Syn Człowieczy, aby każdy, kto weń wierzy, nie zginął, ale miał żywot wieczny." Potrzebujemy krzyża Chrystusa tak samo, jak starozytni Izraelici potrzebowali tego węża niesionego na kiju. Ten, kto ZAUFA i spojrzy na Chrystusa z wiarą, jak Izraelici na owego węża, nie zginie od tego jadu! Nie będziemy od niego wolni, on będzie w nas dopóty, dopóki będziemy żyć w tym świecie - bo nie jesteśmy w stanie nie grzeszyć - ale nie będzie on miał nad nami mocy, nie doprowadzi do śmierci.  Bóg zresztą - zauważmy - nie mówi Mojżeszowi, że usunie jad węży z tych, którzy spojrzą na figurkę, lecz zapewnia, że jad ten nie będzie już im szkodził, że nie pomrą, że nie będą od niego cierpieć - sądzę, że jesteśmy w analogicznej sytuacji.

Cóż rozumiem przez "spojrzeć na Chrystusa"? Oczywiście nie możemy stanać pod krzyżem, jak ci, którzy byli świadkami Jego kaźni (dla wielu pewnie było to "widowisko", na które zbiegano się podobnie, jak znamy to ze średniowiecznych opisów mówiących nam co działo skię w miastach, gdy wykonywano wyroki) i absolutnie nie ma takiej potrzeby. Nie starczy nam też popatrzeć na dwa drewienka z fugurką, ani na obrazy mistrzów pędzla. Jeśli mówię o "spojrzeniu na Chrystusa", chodzi mi o duchowe zwrócenie się ku niemu, o to samo, co wielcy mężowie Boży, Paweł i Sylas, zawrali w słowach: "Uwierz w Pana Jezusa, a będziesz zbawiony, ty i twój dom" (Dzieje Apostolskie 16, 31). Sami jesteśmy winni naszym cierpieniom, lecz Bóg jest wierny i nie zostawił nas bez nadziei, nie odwrócił się od nas, "nie chce, aby ktokolwiek zginął, lecz chce, aby wszyscy przyszli do upamiętania" (2. List Piotra 3, 9). Bóg tym razem nie obiecuje zachowania nas od śmierci doczesnej, lecz od losu nieskończeniekroć gorszego, od "drugiej śmierci", od płomieni piekła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz