piątek, 22 lutego 2013

Ale... jak mam się modlić?

"Gdy będziecie mnie wzywać i zanosić do mnie modły, wysłucham was. A gdy mnie będziecie szukać, znajdziecie mnie. Gdy mnie będziecie szukać całym swoim sercem, objawię się wam - mówi Pan..." (Jeremiasza 29, 12 - 14)
Te słowa, przekazane za pośrednictwem Proroka Jeremiasza ludowi, który Bóg umiłował - choć było to tak bardzo dawno temu i w konkretnej sytuacji, w jakiej się Naród Wybrany znalazł (było to, gdy lud Izraela żył w niewoli w Babilonie) - są ponadczasowe. Choć od chwili, gdy zostały spisane, minęło już ponad 2500 lat i choć w międzyczasie przyszedł Chrystus i Izrael (jako naród) nie jest już jedynym ludem Boga, te słowa wciąż są "żywe" i Bóg kieruje je do nas także dziś, pragnąc nas pobudzić do życia z modlitwą na ustach, życia w społeczności z Nim, rozmawiania z Nim każdego dnia, o każdej porze, o wszystkim...

Było to już wiele lat temu. Spędzałem noc w... klasztorze. Tak, tak! W klasztorze! ...u zaprzyjaźnionych Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej. Kładąc się spać, już leżąc w łóżku w swoim ciepłym śpiworze, zacząłem odmawiać wyuczone na pamięć modlitwy. Gdy skończyłem, zacząłem się - jakoś tak spontanicznie - po prostu Bogu zwierzać ze spraw mojego życia, wcale nieświadomy tego, że właściwie dopiero w tym momencie zacząłem się naprawdę modlić. W pewnym momencie poczułem obecność Boga. Jego potęga pchnęła mnie do tego, by zsunąć się z łóżka i uklęknąć - choć Bóg wcale nie wymaga od nas tego, byśmy zawsze klękali podczas modlitwy. Zacząłem Bogu mówić o swoich problemach, wyznawać grzechy - dziś myślę, że była to pierwsza prawdziwa spowiedź w moim życiu! - i prosić o przemianę serca... Była głęboka noc, a mój pokój był oddalony od innych - od miejsc, gdzie spali inni (goszczący mnie zakonnicy) oddzielała mnie cała kondygnacja pustych pomieszczeń - więc nie musiałem się krępować i modliłem się na głos. Pamiętam, że płakałem... Obecność Boga była tak wyczuwalna, że czułem ją tak, jakby On - sam Bóg! - klęczał obok mnie. Po raz pierwszy doświadczyłem tak niesamowitej bliskości. Po raz pierwszy poznałem, że Bóg nie jest daleko od nas - nie siedzi na swym wyniosłym tronie i nie patrzy na nas z góry, lecz jest realnie obecny wśród nas, jest blisko, "na wyciągnięcie ręki". Tej nocy po raz pierwszy w życiu poczułem, jak Bóg otula mnie swoją miłością. Nie dbałem o upływający czas, lecz po prostu cieszyłem się chwilą sam na sam z Bogiem, a gdy skończyłem się modlić z radości ucałowałem wiszący na ścianie krzyż (choć Bóg wcale od nas takich gestów nie wymaga). Okazało się, że modliłem się... 2 godziny, zupełnie nie czując upływu czasu!

W dzieciństwie nauczono mnie klękać do modlitwy ze złożonymi rękoma... W wieku młodzieńczym odkryłem inne postawy. W Odnowie w Duchu Świętym poznałem ludzi, którzy z większą swobodą, czasem wielką ekspresją podchodzą do modlitwy. Taize nauczyło mnie wyciszenia, ale też i tego, że postawa, jaką ma twoje ciało podczas gdy się modlisz, nie jest bardzo ważna - zawsze dawano nam sporą swobodę. Gdy pojechałem na nabożeństwo do pewnego zboru w centralnej Polsce, pastor - z którym do dziś łączy mnie przyjaźń - powiedział, że możemy się czuć swobodni, jak chodzi o postawy, że to, że ktoś obok nas stoi, nie znaczy, że my nie możemy siedzieć, a to, że ktoś klęczy nie znaczy, że my nie możemy chodzić lub tańczyć... Oczywiście powinniśmy umieć się dostosować tak, by nie rozpraszać innych podczas modlitwy. Chcę powiedzieć tylko tyle, że Bogu nie zależy na tym, abyś modlił się w konkretnej postawie - Bogu zależy jedynie na tym, co płynie z Twojego serca. Nie musisz wcale klękać do modlitwy, ani składać rąk. Ja np. podczas modlitwy bardzo lubię leżeć z zamkniętymi oczami - choć oczywiście nie robię tego podczas nabożeństw w Kościele - raczej prywatnie lub w takich okolicznościach, gdy wiem, że nikt nie będzie miał nic przeciwko temu. Bardzo lubię też modlitwę medytacyjną - wówczas lepsza jest postawa klęcząca lub "siad na piętach". Tego elementu brakuje w naszych zborach ewangelicznych - dobrze by było odnowić tradycję medytacji, niesłusznie odrzuconą jako "błąd katolicyzmu". Najważniejsze jest to, by nie modlić się według własnego scenariusza, lecz oddać prowadzenie w modlitwie Duchowi Świętemu, a On nam będzie podpowiadał co mówić, jaką postawę przyjąć, w jaki sposób wyrazić swą modlitwę.

Gdy myślimy o modlitwie, zazwyczaj kojarzymy od razu ze słowami - bo tak nas nauczono.
"Nad moją kolebą
Matka się schylała,

 I po polsku pacierz mówić nauczała.
'Ojcze nasz' i 'Zdrowaś'
I 'Skład Apostolski',
Bym do samej śmierci kochał Naród polski."

- jak mamy w słowach  naszej popularnej pieśni "Płynie Wisła, płynie". Ale modlitwa nie musi wcale wyrażać się w słowach. Modlitwą może być taniec. Modlitwa może być także wyrażona poprzez muzykę - uważam, że pięknie modlili się muzyką tacy twórcy jak Bach, Mozart czy Telemann - każdy, kto tworzył na cześć Pana (odsuwam przy tym polemiki nt. katolicyzmu) i dziś także jest wielu ludzi, którzy się pięknie modlą poprzez muzykę (czasem grając spontanicznie to, co akurat "czują"). Tą formą modlitwy, jaką ja najbardziej lubię jest "modlitwa dźwiękami"... Myślę, że wielu ludzi byłoby zdziwionych słysząc mnie. Dźwięki przychodzą same, czasem zupełnie niespodziewanie. Czasem idę gdzieś, a one same "wychodzą ze mnie" (staram się tego nie robić zbyt głośno, bo nie lubię zwracać na siebie uwagi) - pozornie nie mają żadnego sensu, ale gdzieś w sercu wiem, że są one modlitwą. Myślę, że jest to prosta modlitwa mojej duszy, której nie ogarnia mój rozum, który w tych chwilach służy tylko generacji tych prostych dźwięków - przetwarzaniu "impulsów" płynących z duszy na dźwięki. A czasem dobrze jest po prostu... milczeć przed Panem...

Czasem tak niewiele trzeba, aby się modlić. Źródło modlitwy jest w każdym z nas, bo każdy ma duszę, a to ona - tak uważam - jest tym źródłem i to źródłem bardzo obfitym. Jeśli mamy jakiś problem z modlitwą, to nie oznacza moim zdaniem, że nie jesteśmy zdolni do modlitwy, tylko, że jest w nas pewna blokada. Niemożność modlitwy jest jakby kamieniem, który blokuje źródło. Nie wierzę, by był ktokolwiek naprawdę niezdolny do modlitwy. Bóg, który dał nam duszę, "wlał" w nią także modlitwę. To diabeł zatyka to źródło wielkim "kamieniem grzechu". Bóg uzdolnił nas do modlitwy - to diabeł nie chce, byśmy się modlili, to on jest sprawcą problemów. Lecz Bóg jest silniejszy od diabła i zawsze chętny pomóc nam odblokować to źródło.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz