sobota, 19 stycznia 2013

Zwiastun pokoju

To była "najgłupsza" rzecz, jaką mogłem zrobić - obudziwszy się w nocy i nie mogąc na nowo usnąć, sięgnąłem po kolejną książkę Janet i Geoffa Benge, 'John Williams: Zwiastun pokoju". Zapomniałem o jednym - książki tych autorów są tak wspaniałe, historie tak wciągające, że gdy się zacznie czytać, to trudno się od nich oderwać aż do przerzucenia ostatniej kartki. Tak było i tym razem - w ciągu nocy kilkakrotnie próbowałem zgasić światło i zasnąć, lecz bezskutecznie. Czułem się jak wędrowiec na drodze, którego wciąż ciągnie do przodu, by przekonać się, co jest za następnym zakrętem... W ten sposób minęła noc...

Polinezja była moją wielką, młodzieńczą miłością... geograficzno - podróżniczą, gdy miałem swoich "naście" lat. Zaczęło się od książki Jacka Lilpopa "Po drugiej stronie nieba", potem m.in. "Polinezyjski pasat" Sverre Holmsena, "Raj na Tahiti" Arne Falk Rønne i oczywiście "Dzień dobry, Tahiti" naszego wielkiego podróżnika, Wojciecha Dworczyka... Każda z książek o Polinezji wysławia piękno tych wysp i uroki polinezyjskiej kultury, dzięki czemu jawią się nam one jako prawdziwy "ziemski raj". Nie ma tam wielu zabytków, gdyż mieszkańcy tych wysp nigdy nie mieli potrzeby tworzenia trwałego budownictwa - wyjątkiem są świątynie "marae", kamienne platformy służące niegdyś celom religijnym. Czytając bajeczne opisy piękna wysp, aż trudno uwierzyć, że ich mieszkańcy uprawiali kulty raczej z piekła rodem - ich ołtarze spływały często... ludzką krwią. I to wcale nie tylko na Markizach i Nowych Hebrydach, gdzie na wielu wyspach żyli ludożercy, ale także na obszarze archipelagu Wysp Towarzystwa, którego "sercem" jest Tahiti, "perła Polinezji". 

John Williams - grafika z książki Ebenezera Prouta
"Memoirs of the life of the Rev
. John Williams,
missionary to Polynesia
(1843)
Kulty te wymarły, gdy do "raju na Ziemi" dotarła Ewangelia Jezusa Chrystusa, a największy wpływ na przemianę całej Polinezji mieli misjonarze słynnego Londyńskiego Towarzystwa Misyjnego - na czele z Johnem Williamsem, którego bez najmniejszego cienia przesady można określić mianem "Apostoła Polinezji", i jego żony Mary. Wielka to szkoda, że książki podróżnicze rzadko opisują proces chrystianizacji Polinezji, gdyż swym przebiegiem przypominała ona raczej rewolucję kulturalno - religijną niż żmudną pracę misyjną, o której zazwyczaj czytamy. Niestety wielu podróżników, jeśli już wspominają o działalności misjonarzy, koncentrują się na tym, że zakazywano tradycyjnych tańców, muzyki i obrzędów. Książka o życiu pastora Johna Williamsa jest więc doskonałą "lekturą uzupełniającą" dla ludzi zakochanych w Polinezji.

Autorzy książki - nie wiadomo dlaczego - nie wspominają o jego pochodzeniu. Wywodził się z rodziny o tradycjach baptystycznych, lecz jego matka była pod wpływami kalwinistycznego metodzymu. Dla młodego Johna Bóg jednak niewiele znaczył, a Kościół kojarzył się z nudą - wolał pójść z kolegami na piwo, niż "nudzić się" na nabożeństwach. Chyba nikt nie spodziewał się, że wkrótce stanie się on jedną z najbarwniejszych postaci wśród misjonarzy, gorliwym ewangelizatorem i tłumaczem Biblii (był genialnym samoukiem, który z zadziwiającą szybkością uczył się "śpiewnej" mowy polinezyjskiej), a w końcu także męczennikiem za wiarę. Całe jego życie odmieniło się, gdy "przypadkowo" spotkał na ulicy żonę swego pryncypała, która posłużyła się... niemal szantażem, by zaciągnąć go na nabożeństwo do kalwinistyczno-metodystycznego zboru Whitefield Tabernacle Church, do którego sama uczęszczała. Takim chwytem - niemal "poniżej pasa" - Bóg przyprowadził go, by wysłuchał kazania pastora Tomothy'ego East'a, który tego dnia głosił na podstawie Ewangelii Marka 8, 36 - 37: "Albowiem cóż pomoże człowiekowi, choćby cały świat pozyskał, a na duszy swojej szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za duszę swoją?" Bóg - przy pomocy pastora - dotknął serca Johna i całe jego życie "przewrócił do góry nogami". John w jednej chwili zrozumiał swoją sytuację, ujrzał, że żyje w zły sposób i podjął decyzję, by to zmienić. Zamiast chadzać z kolegami na piwo zaczął studiować Biblię, uczęszczać na spotkania modlitewne, odwiedzać chorych, po dwóch miesiącach prowadził zajęcia szkółki niedzielnej, a w roku 1816 - mniej więcej dwa lata po nawróceniu - zgłosił chęć wyjazdu na wyspy Polinezji - nowootwierające się pole misyjne - gdzie, po akceptacji na członka  Londyńskiego Towarzystwa Misyjnego i wstępnym przygotowaniu wyruszył już w następnym roku.

John Wiliams uczczony został m.in. poprzez wydanie znaczka
 z jego podobizną przez władze archipelagu Wysp Cooka
Życie pastora Williamsa toczy się z tak niesamowitą prędkością, że jego opis wręcz oszałamia czytelnika. Tak, jak szybkie było jego nawrócenie i "kariera" w Kościele, tak szybko przychodzą też sukcesy na "polu misyjnym". W pewnym momencie czytelnik zaczyna się chwilami gubić w mnogości odwiedzanych przez niego wysp, budowanych kaplic, powstających zborach - ze strony na stronę książka pokazuje nam coraz wspanialszy i bardziej niesamowity "krajobraz"... Niewiele tu opisów wysp, natomiast mamy "krajobraz" kulturowy i cudownych (naprawdę CUDownych!) przemian kulturowych i religijnych. Czasem aż trudno uwierzyć w to, że wszelkie podane w książce czytelnikowi informacje są dokładne i nieprzesadzone. Podczas lektury ja sam wiele razy zastanawiałem się: "Czy to aby prawda?" Chwilami wydawało mi się, że nie ma sposobu na to, by Ewangelia była przyswajana tak szybko i łatwo, by tak szybko i łatwo zachodziły w ludziach przemiany duchowe: od najgorszego pogaństwa po pełne oddanie życia Jezusowi... Wątpliwość: a jeśli tak szybko i łatwo, to pewnie niezbyt głęboka była ta ewangelizacja, raczej powierzchowna i niewiele warta. Gdy jednak przypominałem sobie precyzję opisów biograficznych w innych książkach małżeństwa Benge, zacząłem się czuć jak ów niewierny Tomasz z kart Ewangelii. Tak łatwo nam nie dowierzać, zapominać, że dla Boga nie ma nic niemożliwego!

"Messanger of Peace" na znaczku państwa Tuvalu, wydanym w 1986 roku
John Williams był nie tylko gorliwym misjonarzem, ale też wizjonerem "wyprzedzającym swoją epokę". Był człowiekiem, który doskonale czuł, co należy robić, jak rozwijać działalność misyjną. Podjął spór - grożący wręcz konfliktem - z Londyńskim Towarzystwem Misyjnym, którego tematem było... posiadanie przez misjonarzy na wyspach Polinezji własnego statku, umożliwiającego sprawne przemieszczanie się pomiędzy wyspami. LMS nawet nie chciało o tym słyszeć - nakazano sprzedać statek, który pierwsi misjonarze sami zbudowali, a także i kolejny, zakupiony przez pastora Williamsa, który w połowie sam go sfinansował... Wreszcie Williams sam zbudował statek, nazywając go "Messenger of Paece" - "Zwiastun Pokoju", na którym odbywał rejsy pomiędzy wyspami, zwiastując Ewangelię, aż udało się przekonać Towarzystwo, że statek jest niezbędny i skłonić do zakupu większej i bardziej przydatnej jednostki "Camden". 

Nowy statek radykalnie zwiększał możliwości misjonarzy - także pod względem zasięgu ich działalności. Był rok 1838, a już w listopadzie kolejnego roku John Williams na jego pokładzie wyruszył w kierunku wyspy Erromango, gdzie pragnął głosić Dobrą Nowinę. Tam zginął dnia 20 listopada, podczas próby lądowania i nawiązania kontaktu, wraz z młodym misjonarzem - Thomasem Harrisem, a ich ciała zostały zjedzone przez tubylców. Wyspa Erromango - należąca do archipelagu Nowe Hebrydy - zwana była w XIX wieku "Wyspą Męczenników", gdyż u ich brzegów zginęło bardzo wielu misjonarzy.

Scena śmierci Johna Williamsa. Grafika Georga Baxtera (1841)

Historie misyjne nie zawsze kończą się "happy endem" - bo to życie, a nie bajka. Czy jednak naprawdę jest to historia bez "happy endu"? W książce nie znajdzie się tej informacji, ale obecnie przeszło 85% mieszkańców wysp Vanuatu (dawne Nowe Hebrydy) wierzy w Jezusa Chrystusa! I o tym warto pamiętać, gdy weźmie się do ręki tą książkę - książkę, którą czyta się tak wyśmienicie, że gdy po kilku godzinach (tyle mi zajęło przeczytanie) odwraca się ostatnią kartkę, czuje się duży niedosyt. No cóż... Zawsze można zacząć czytać raz jeszcze od początku!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz