czwartek, 10 stycznia 2013

Posłańcy wielkiego Magano

Książka, z której pochodzi
ta piękna historia
     "Daleko, w górzystych okolicach południowo-środkowej Etiopii, żyje kilka milionów ludzi zajmujących się uprawą kawy. Choć są podzieleni na całkowicie różne plemiona, dzielą wspólną wiarę w dobroczynną istotę zwaną Magano - wszechpotężnego Stwórcę wszystkiego, co istnieje. Jedno z tych plemion jest nazywane Darassa - lub właściwie lud Gedeo.  Niewielu spośród członków półmilionowego plemienia Gedeo faktycznie modliło się do Magano. Przypadkowy obserwator stwierdziłby, że lud ten o wiele bardziej zainteresowany jest zaspokajaniem pewnej złej istoty, którą nazywają Szeit'an. Albert Brant zapytał pewnego dnia grupę ludzi z plemienia Gedeo: 'Jak to jest, że z głęboką czcią podchodzicie do Magano, a jednak ofiary składacie Szeit'anowi?' Oto jaką odpowiedź otrzymał: 'Składamy ofiary Szeit'anowi nie dlatego, że go kochamy, lecz po prostu dlatego, że nie cieszymy się wystarczająco bliskim kontaktem z Magano, by to zmienić!'
     Przynajmniej jeden członek plemienia Gedeo otrzymał osobistą odpowiedź od Magano. Nazywał się Warrasa Wange. Miał wysoki status - należał do 'rodziny królewskiej'. Mieszkał w mieście Dilla, położonym na najdalszym obrzeżu terytorium plemienia Gedeo. A oto jaką metodę podejścia do Magano stosował: po prostu modlił się, prosząc Magano, by objawił siebie ludowi Gedeo!
    Warrasa Wange otrzymał szybką odpowiedź. Zaskakujące wizje kołatały się w jego głowie. (...) Warrasa ujrzał w widzeniu dwóch białych ludzi. Wznosili oni dla siebie wątłe schronienie w cieniu dużej sykomory, rosnącej nieopodal Dilla, miasta rodzinnego Warrasy. Później ludzie ci zbudowali sobie bardziej trwałe konstrukcje pokryte błyszczącymi dachami. W końcu budynki te pokryły całe wzgórze! Nasz wizjoner nigdy wcześniej nie widział niczego, co w jakikolwiek sposób by mogło przypominać te wątłe, tymczasowe schronienia albo pokryte błyszczącymi dachami budowle. wszystkie budynki w kraju plemienia Gedeo miały dachy zrobione z trawy.
     Następnie Warrasa usłyszał głos: 'Ci ludzie - mówił głos - przyniosą wam poselstwo od Magano, Boga, którego szukacie. Czekaj na nich.'
     W ostatniej scenie wizji Warrasa zobaczył siebie, jak usuwa centralny filar ze swego domu. W symbolice ludu Gedeo środkowy słup domu człowieka przedstawia jego życie. Następnie wyniósł go z miasta i ustawił na ziemi, obok jednego z tych lśniących domostw przybyszów. Warrasa zrozumiał implikację - on sam musi utożsamić się z tymi przybyszami, z ich orędziem i z Magano, który ich pośle.
     Warrasa czekał. Minęło osiem lat. W tym czasie kilku innych wieszczów ludu Gedeo prorokowało, że wkrótce nadejdą obcy przybysze, przynosząc wiadomość od Magano. 
     Pewnego gorącego dnia - w grudniu 1948 roku - jadąc wysłużoną, starą ciężarówką, pojawiło się na horyzoncie dwóch Kanadyjczyków: niebieskooki Albert Brant i jego kolega Glen Cain. Ich zadaniem było rozpoczęcie wśród ludu Gedeo pracy misyjnej na Boża chwałę. Nasi misjonarze mieli nadzieję otrzymać od władz etiopskich zezwolenie na rozlokowanie swej nowej misji w samym centrum regionu zajmowanego przez lud Gedeo, lecz pewni Etiopczycy, przyjaźnie nastawieni do misji, poradzili im, że taka prośba mogłaby spotkać się z odrzuceniem ze względu na obecną sytuację polityczną.
     - Poproście tylko o pozwolenie na dojazd do miasta Dilla - mówili doradcy, porozumiewawczo mrużąc oczy. - Jest to bezpieczna odległość od środka rejonu zajmowanego przez to plemię. Ludzie przeciwni waszej misji pomyślą wtedy, że nie będziecie w stanie wywrzeć wpływu na całe plemię, rezydując w tak peryferyjnym miasteczku.
     - Oto i nasze miasto - powiedział Brant do Caina. - Jest to samo obrzeże terytorium plemienia Gedeo, lecz musi się nam udać.
     Z westchnieniem skierował stary pojazd w kierunku Dilla. Glein Cain otarł pot z czoła.
   - Gorąco dzisiaj, Albercie - powiedział. - Mam nadzieję, że znajdziemy trochę cienia dla naszych namiotów!
     - Spójrz na tą starą sykamorę! - odparł Albert. - To jak lekarstwo dla chorego!
     Brant skierował samochód w górę, w kierunku sykamory. Warrasa Wange z pewnej odległości usłyszał dźwięki. Skierował swój wzrok w tym właśnie momencie, gdy stara ciężarówka Branta zatrzymywała się pod rozłożystymi konarami sykamory. Z wolna Warrasa skierował się ku ciężarówce, zastanawiając się...
     Trzydzieści lat później Warrasa (teraz rozpromieniony, wierzący w Jezusa Chrystusa, Syna Magano), wraz z Brantem i innymi, mogli doliczyć się wśród ludzi Gedeo ponad dwustu Kościołów, z których każdy miał przynajmniej dwustu członków! Dzięki pomocy Warrasy i innych mieszkańców Dilla, Ewangelia wywarła wpływ na prawie całe plemię Gedeo, pomimo niedogodnego położenia miasta!"
(Don Richardson, "Wieczność w ich sercach", tłum. Paweł Chojecki, Wydawnictwo "Pojednanie", Lublin 2005, str. 46 - 48. Użyte za zezwoleniem.)

Historia ta, choć tak niezwykła, wydarzyła się naprawdę. Z jednej strony pokazuje, że w tym zepsutym świecie, wśród pogaństwa - będącego kultem demonów i zmyślonych przez ludzi sił / postaci - przetrwały resztki PRAWDZIWEJ WIARY, które przeczom wszelkim teoriom ewolucyjnego rozwoju religii. Bóg dopuścił do upadku tego świata - zostawiając jednak gdzieniegdzie fundamenty dla przyszłej odbudowy Królestwa Niebieskiego! Z drugiej strony zaś opowieść ta pokazuje Boga, który nie chowa się przed ludźmi, nie odgradza się od nich. Ten, kto szczerze szuka Pana, znajduje Go. Nie musimy szukać Boga, gdyż to On wychodzi nam zawsze naprzeciw i nie ma dla Niego żadnych ograniczeń. Nie odwraca się od nikogo, kto szczerze Go poszukuje, kto szczerze do Niego woła. Nigdy szczerego pragnienia, szczerej modlitwy, szczerego wołania z głębi serca nie pozostawia bez odpowiedzi.

W tej historii niesamowite jest to, że jej bohater był prawdziwym mężem Bożym na długo, zanim usłyszał Ewangelię! On wierzył w jedynego prawdziwego Boga, modlił się do jedynego prawdziwego Boga... I pewnie ta wiara jego była silniejsza niż wiara wielu spośród nas. Jego życie, jego nieugięta wiara połączona z ogromną ufnością, jego miłość i jego modlitwa spodobały się Bogu... Choć nie wierzę w zbawienie z uczynków, lecz jedynie z łaski przez wiarę w Jezusa Chrystusa, to wierzę, że nawet gdyby Warrasa nie doczekał się misjonarzy i zwiastowania Ewangelii, gdyby nie usłyszał o Jezusie Chrystusie, byłby zbawiony na podstawie swej wiary. Już słyszę głosy oburzenia niektórych chrześcijan: "Herezja! Bez wiary w Jezusa nie ma zbawienia!" Zapominamy przy tym, że dla Boga nie ma żadnych ograniczeń, a jego działania wymykają się naszemu rozumowaniu, nie dają się zamknąć w "ciasnych i sztywnych ramach" naszego sposobu myślenia, naszej percepcji, naszego zrozumienia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz