środa, 9 stycznia 2013

Na skrzydłach do ludzi - z miłości do Chrystusa

Gdy słyszymy słowo "misjonarz", mamy przed oczami obraz księdza (żyjemy przecież w "katolickim kraju"), odprawiającego mszę gdzieś w dżungli, albo kogoś z Biblią w ręku otoczonego gromadką słuchaczy. Ale są też misjonarze, dla których narzędziem pracy w tym samym stopniu, co Biblia i usta - a czasem może i większym - są ręce i oczy, i stery samolotu. Ci którzy latają dla Mission Aviation Fellowship (MAF) - organizacji misyjnej powstałej w 1944 roku jako Christian Airmen’s Missionary Fellowship (CAMF) - dla działa misyjnego są nie mniej ważni, niż ci, którzy z oddaniem służą jako duchowni i nauczyciele. Dzięki lubelskiemu Wydawnictwu "Pojednanie" możemy poznać historię dwojga spośród tych niezwykłych ludzi: Betty Greene i Nate'a Sainta.

W dziele misyjnym ci, którzy udzielają wsparcia są równie ważni jak ci, którzy bezpośrednio zajmują się zwiastowaniem Ewangelii. Bez pomocy bohaterskich lotników - prawdziwych asów przestworzy, którym nie straszne są największe przeszkody, którzy równocześnie muszą też sami dbać o sprawność swoich maszyn - dotarcie w wiele miejsc, do wielu ludów byłoby skrajnie trudne, a może nawet niemożliwe. Marginalizowanie ich w opisach dzieła misyjnego Kościoła Bożego byłoby wielką niesprawiedliwością. Bardzo często jednak tak się dzieje - na pewno nie z powodu złej woli, lecz dlatego, że większość publikacji opisuje życie i pracę tych, którzy żyją "w dżungli", mówiąc tubylcom o Bogu, a "misjonarze wsparcia technicznego" (że tak to określę) są bohaterami bardziej "z tła". I tu wielkie uznanie należy się dla Janet i Geoffa Benge, że pisząc o bohaterach wiary, którzy z zapałem realizują polecenie Chrystusa: "Idźcie na cały świat i nauczajcie wszystkie narody", nie zapomnieli o tych, których poświęcenie i oddanie Bożej sprawie bywa rzadziej dostrzegane i doceniane. Ogromnie cieszy mnie fakt, że misyjnych pilotów uczynili oni pierwszoplanowymi bohaterami książek z tej wspaniałej kolekcji przybliżającej dzieło misyjne Kościoła Chrystusowego.

Betty "od zawsze" była "trochę inną dziewczynką" - od dziecka marzyła o lataniu. Gdy w 1927 roku Charles Augustus Lindbergh dokonał pierwszego w pełni udanego przelotu nad Atlantykiem, dla siedmioletniej Betty stał się największym z bohaterów. Bardzo głęboko przeżyła, gdy na własne oczy ujrzała jego samolot "Spirit of St. Louis" przelatujący nad jej miastem, a wkrótce jego pilota - i to z bliska - odbierającego honory w uroczystej paradzie. Zamiłowanie do lotnictwa i ogromna determinacja sprawiły, że  spełniła swe wielkie marzenia o lataniu - w wieku 16 lat już samodzielnie mogła siadać za sterami samolotów, choć z przyczyn finansowych nie udało jej się zdobyć licencji pilota. Kochała latanie, ale jeszcze bardziej kochała Jezusa i najbardziej na świecie pragnęła służyć Mu... latając. I modliła się: "Boże, nigdy nie słyszałam o czymś takim, żeby ktoś wykorzystywał latanie do głoszenia Ewangelii, ale jeżeli Ty chcesz, żebym latała dla Ciebie, to pokaż mi, jak mam to zrobić."

Podczas II wojny światowej spełniły się marzenia Betty - przeszła szkolenie w ramach Women's Flying Training Detachment i została pilotem  Women Airforce Service Pilots (WASP) - formacji nie działającej na froncie, lecz wyręczającej pilotów - mężczyzn, którzy byli bardziej potrzebni na froncie, w służbie dla wojska na obszarze USA. Betty pełniła służbę w tej formacji aż do jej rozwiązania w roku 1944 (w tym czasie służąc m.in. we Wright Field, gdzie uczestniczyła w badaniach związanych z lotami na dużej wysokości). W międzyczasie w czasopismach chrześcijańskich opublikowała kilka artykułów, w których dzieliła się pragnieniem, by latanie połączyć ze służbą Jezusowi Chrystusowi, z głoszeniem Ewangelii. To dzięki tym tekstom poznała Jima Truxtona i innych, którym Bóg dał tą samą wizję i... siebie nawzajem, aby mogli ją zrealizować.

Betty Greene w mundurze Women Airforce Service Pilots (WASP) - w rogu - a następnie podczas jednej z wypraw misyjnych, z misjonarzami pracującymi wśród Papuasów.

Bóg powołał Betty Greene, by dołączyła do elitarnego grona "pionierów lotnictwa misyjnego" - nie tylko na współzałożycielkę  Christian Airmen’s Missionary Fellowship / Mission Aviation Fellowship, ale też pierwszego w dziejach pilota samolotów misyjnych.

 "Beety Greene:  Służba na skrzydłach" to nie tylko historia jej życia, lecz także obraz zbudowanej przez nią i tak bardzo prze nią kochanej organizacji, której tak wiele zawdzięczają setki misjonarzy na całym świecie. Sam tylko amerykański jej oddział to dziś ponad 80 maszyn - i co kilka minut (!) gdzieś na świecie startują lub lądują jej  piloci, by dostarczyć żywność do stacji misyjnej, odebrać i zostawić pocztę, przetransportować chorych do szpitala, lub dzieci misjonarzy do szkół. MAF zalicza się dziś do najbardziej zasłużonych organizacji misyjnych. Czytając książkę można się przekonać, że samo jej powstanie było cudem...

Z prawdziwym wzruszeniem czytałem o tym, jak rodziła się wizja tej misji - o pomyśle, by z byłych lotników wojskowych, odchodzących do cywila po zakończeniu II wojny światowej, uformować oddział "Bożej armii"... To historia powołania, jakie założyciele MAF dostali od Boga, a najlepszym dowodem na to, że to On za tym stał jest niesamowity rozwój, jaki dał tej organizacji. W "Ziemi Obiecanej" Reymonta znajdujemy taki dialog:
"- Tak, ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic - zaśmiał się głośno.
- To razem właśnie mamy tyle, w sam raz tyle, żeby założyć wielką fabrykę."
Tak samo założyciele MAF mogli sobie mówić: "Ja nie mam nic i ty nie masz nic - załóżmy wielką organizację misyjną!" Gdy MAF zaczęło działać... nie miało ani jednego samolotu, ani nawet funduszy na zakup maszyny, a całym "majątkiem" organizacji było biuro i maszyna do pisania! Jednak gdy samolot realnie stał się potrzebny, udało się zebrać szybko pieniądze na jego zakup. Jest to tak naprawdę opowieść o cudownym Bożym działaniu, poprzez ludzi, którzy... Uwaga! Ważny warunek! ...mają wizję od Boga, kochają Go, ufają Mu i mają odwagę wizję tą realizować, wierząc, że to, co Bóg zaczął, to i dokończy. Bóg posyła ludzi: "Idźcie i czyńcie to, co wam mówię" i nie zostawia ich w tym samych - książka ta jest tego mocnym świadectwem!

Historia Nate'a Sainta rozpoczyna się bardzo podobnie, jak życie Betty Greene - poznajemy gdy jako siedmiolatek głęboko przeżywa swój pierwszy lot samolotem, pilotowanym przez jego starszego brata. Podobnie jak ona pochodzi też z głęboko wierzącej rodziny należącej do Kościoła prezbiteriańskiego, a później baptystycznego. Swą przygodę z lotnictwem zaczął od pracy jako mechanik dla wielkiej korporacji lotniczej, w której jego brat pracował jako pilot. Podczas II wojny światowej dobrowolnie zrezygnował z pracy chroniącej go przed powołaniem do wojska i wstąpił do armii z nadzieją na to, że spełnią się jego sny o lataniu. Bóg jednak miał nieco inne plany - chciał posłać Nate'a na inny "front". Powróciło zakażenie kości, na które cierpiał w dzieciństwie - i to przekreśliło jego marzenia, by stać się wojskowym lotnikiem. Wkrótce Nate zrozumiał, że Bóg chce, by został misjonarzem. Gdy zaś przyjął posłusznie to posłanie - pogodziwszy się już z tym, że jego zadaniem będzie Biblia w ręku zamiast sterów samolotu - Bóg objawił mu dalszą część swojego planu poprzez ojca, który przesłał mu wycinek z chrześcijańskiej gazety, w której pojawił się artykuł o Betty Greene i Jimie Truxtonie, ich wielkiej miłości do latania i jeszcze większej do Chrystusa i realizacji misyjnego posłannictwa, oraz o ich nowopowstałej organizacji Christian Airmen’s Missionary Fellowship.

Misjonarz - lotnik? Nate Saint nigdy nie myślał o tym, że może spełnić swe największe marzenie o lataniu, wypełniając równocześnie wolę Boga, powołanie do bycia misjonarzem. Miał odpowiednie kwalifikacje: był doświadczonym mechanikiem i - choć nie mógł być pilotem wojskowym, ani pilotować samolotów komercyjnych, latających dla wielkich linii lotniczych - miał licencję pilota cywilnego i doświadczenie w pilotowaniu niewielkich maszyn - dokładnie takich, jakie były potrzebne na (podniebnych) "misyjnych drogach". Wola Pana stała się dla niego wreszcie jasna i nie tracąc czasu odpowiedział na zawarty w artykule apel. Wkrótce stał się jednym z pierwszych pilotów misyjnych w dziejach, ale i tym razem służbę musiał rozpocząć jako mechanik - od naprawy, a raczej odbudowy, pierwszego samolotu należącego do CAMF, który rozbił się na lotnisku w południowej części Meksyku.

Meksyk był jednak tylko krótkim epizodem. Krajem, do którego posłał go Bóg - po ukończeniu nauki w renomowanej szkole biblijnej Wheaton College (tej samej, którą w 1943 roku ukończył Billy Graham!) - był Ekwador, gdzie miał pełnić służbę w dżungli, na obszarze bardzo niebezpiecznym, gdzie latanie, życie i głoszenie Ewangelii wymagały po równo wielkiej odwagi. Na kartach książki autorzy pokazują, jak bardzo był on tam potrzebny. Służył tam - wraz z żoną, Marj, przez blisko osiem lat. Ostatnim zadaniem, do jakiego powołał go Bóg było dotarcie z Ewangelią do wojowniczego plemienia Indian Waodani. Tam wypełniło się jego powołanie - 8 stycznia 1956 roku, wraz Jim'em Elliot'em, Ed'em McCully, Petem Fleming'em i Roger'em Youderian'em dołączył do grona męczenników za wiarę. Nie zdradzam tym samym wielkiego sekretu. Mord na "Palmowej plaży" jest bowiem jedną z najbardziej znanych i najlepiej udokumentowanych historii misyjnych - opisany jest m.in. w książce Franka i Marie Drown "Misja wśród łowców głów". Potencjalny czytelnik nic nie traci znając wcześniej finał historii - a piękne życie tego człowieka dostarcza wielu wzruszeń!

Nate Saint i jego żółty Piper MAF














Książki Janet i Geoffa Benge tworzone są głównie z myślą o młodzieży - autorzy związani są z organizacją Youth With A Mission, która jest także wydawcą ich książek - i z tego względu nie są to rozbudowane biografie, nasycone danymi i wszystkimi faktami z życia bohaterów, jakie udało się zgromadzić. Autorzy gromadząc obszerną dokumentację - w tym prowadząc take liczne rozmowy z tymi, którzy znali ich bohaterów, nawet (jak w tym przypadku) z najbliższymi ich krewnymi - starają się w formule powieści pokazać jak najciekawszy obraz tych, których opisują, ich wiary i wpływu Boga na ich życie. Bo nie chodzi o to, by "nafaszerować" czytelnika wiedzą, lecz aby poruszyć jego serce. I to udaje się Janet i Geoffowi Benge wyśmienicie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz