czwartek, 3 stycznia 2013

Moc Ewangelii

"Królestwo Niebios przypomina zakwas. Gospodyni dodała go do ciasta rozrobionego z dwudziestu kilogramów mąki – i całe się zakwasiło." (Ewangelia Mateusza 13, 33 - przekład literacki EIB)
W przekładzie dosłownym zespół Ewangelicznego Instytutu Biblijnego fragment ten opatrzył następującym komentarzem: "Granice rządów Boga rozszerzają się w ten sposób, że ludzie przez Boga przeobrażeni „zarażają innych” lub, innymi słowy, budzą w nich pragnienie powierzenia swego życia Jezusowi. Jak zakwas spełnia swoją rolę, kiedy jest w dzieży z ciastem, tak też chrześcijanie „zarażają” innych poprzez swą aktywną obecność w społeczeństwie" (por. 2 Kor 2,15-16). W katolickiej "Biblii Tysiąclecia" znajdujemy krótki komentarz: "[Przypowieść ta] uwydatnia moc słowa Bożego, które przetwarza całe królestwo Boże od wewnątrz." Obie te myśli wydają się być równie trafione. Podoba mi się także myśl katolickiego zakonnika, o. Grzegorza Gintera SJ: "W innym miejscu jest mowa o tym, że Królestwo Boże jest podobne do zaczynu (kwasu). Wystarcza jego odrobina, by zakwasić całe ciasto. Słowo Boże jest "kwasem", którego odrobina może zmienić bieg życia ludzkiego (ku dobru)."  

Myślę, że ta przypowieść i te komentarze do niej są najlepszym biblijnym obrazem, pięknie pasującym do przeczytanego właśnie przeze mnie fragmentu życiorysu Ulricha Zwinglego. Jeszcze będąc katolickim księdzem zakochał się on w Słowie Bożym. Był jednym z tych nielicznych, którzy Boże przesłanie potrafili czytać w językach, których użyto, by je zapisać. Był też jednym z tych nielicznych księży, którzy głoszone przez siebie nauki całkowicie opierali na Słowie Pana,

     "Zwingli - jeszcze bardziej niż Luter - wysoko cenił kaznodziejstwo na ambonie i był niezmordowany. Kazania składały się teraz przede wszystkim z odczytywania pełnego tekstu Biblii w sposób metodyczny, ale nie chronologiczny. (...) Zaczął od prostych, dydaktycznie pomyślanych lekcji biblijnych, przechodząc później do trudniejszych tematów, dopiero jednak wówczas, gdy jego słuchacze - dla których Biblia była czymś niemal nieznanym i których większość nie umiałaby nawet jej przeczytać - byli już wystarczająco przygotowani. Głównym celem jego kaznodziejstwa było głoszenie Słowa Bożego w formie nie skróconej i nie zniekształconej, jasny wykład Prawa i Proroków, porywające nawoływanie słuchaczy do pokuty i duszpasterskie prowadzenie swej wspólnoty do zbawienia. Postępowanie kaznodziei powinno być zgodne z jego słowami. Winien być też przygotowany, by w razie konieczności przyjąć los męczennika.
     Pewne jest, że jego kazania odpowiadały poziomowi słuchaczy - głoszone były swojskim językiem i pełne swojskich przykładów. Takich kazań dotąd w Zurychu nie słyszano. Nie było w nich żadnych sztuczek, żadnej retoryki, gwałtownych gestów, teatralnych potępień; siła przekonywania łączyła się w nich z humorem, zawierały wiele aluzji do spraw bieżących, do miejscowych osobistości i wydarzeń. Zwingli przemawiał z niezwykłą prostotą, jasnością i szczerością. Mówił spokojnie, ale w miarę nabywania doświadczenia nauczył się wypełniać swym głosem cały wielki kościół. Ostro atakował grzech, zarówno prostych, jak i możnych, mnichów i tych, którzy pobierali pensje od obcych państw; czasem można było nawet zorientować się, kogo ma na myśli. Jeśli nadarzała się okazja, bez ogródek potępiał przeciwników Ewangelii. Zaliczał do nich wszystkich, którzy starali się zakazać tłumaczenia Biblii na języki ludowe, włącznie z biskupami.

     Zakres i znaczenie lektury Biblii w początkach XVI wieku łatwo ocenić w sposób przesadny, trudno zaś określić dokładnie. Z pewnością nastąpił wzrost zainteresowania Biblią, co niekiedy łączy się z działalnością oświatową Braci Wspólnego Życia oraz z towarzyszącym jej rozwojem umiejętności pisania i czytania. Książki, jakie opuszczały pierwsze drukarnie, miały charakter teologiczny. Nowe, oparte na Biblii, kaznodziejstwo podobało się, ponieważ było czymś niezwykłym: zamiast opowieści zaczerpniętych z legend o świętych, anegdot czy banalnego omawiania siedmiu grzechów głównych ludzie mogli teraz usłyszeć pełny tekst Biblii, z objaśnieniem rzadko używanych słów, z porównaniem trudniejszych fragmentów do takich, które pomagały w ich zrozumieniu. Przede wszystkim jednak pominięto odwoływanie się do tradycji; przyjęte od dawna zasady wiary lub praktyki, dekrety papieskie czy soborowe bądź przepisy prawa kanonicznego nie mogły mieć znaczenia większego, niż słowa Pisma Świętego, ani zostać użyte do jego skomentowania czy poszerzenia. Dla rzemieślników zurychskich było to czymś nowym, podniecającym i wyzywającym. (...)
     Nowo mianowany kapłan głosił kazania, odprawiał mszę św., słuchał spowiedzi, brał udział w procesjach i ceremonialnych nabożeństwach w kościele wypełnionym obrazami i figurami, ubierając się i zachowując podobnie jak jego koledzy. Coraz bardziej podporządkowywał się Pismu Świętemu. nie było to rezultatem nagłego objawienia czy nawrócenia, nie było w tym nic podobnego do 'przeżycia w wieży' Lutra ani do decydującej chwili wyboru u Kalwina. Wiele uwagi poświęcono, jednak raczej bez rezultatu, próbie określenia dokładnego momentu, od kiedy Zwingli stał się ewangelikiem. To, że przynajmniej do końca 1518 roku pozostawał ortodoksyjnym księdzem katolickim, wydaje się pewne; a jasne jest, że nie był nim już w 1522 roku. (...) Zwingli nigdy nie wątpił, że Biblia jest bezpośrednim Słowem Boga, objawieniem Tego, który jest samą Prawdą... (...) Jego kazania były śmiałe, czasem nawet gwałtowne, jednak zawsze w sposób zasadniczy i fundamentalny skoncentrowane na Chrystusie. Zawsze był w nich obecny Krzyż i nowina o wiecznym zbawieniu."
(George R. Potter "Zwingli", PIW, Warszawa 1994, str. 71 - 76)

Ulrich Zwingli umiłował Słowo Boże... Bóg zasiał w jego sercu tę miłość i pielęgnował ją, by uczynić z kaznodziei swe narzędzie. Dał równocześnie Zwinglemu wielką mądrość, przez co stał się jednym z najbardziej wpływowych ludzi swych czasów. Z jednej strony był Bożym człowiekiem - choć dalekim z pewnością od doskonałości - a z drugiej kimś, kogo możemy określić mianem "tytana intelektu", równie wielkim, co słynny Erazm z Rotterdamu. Prawdopodobnie nie stałby się nigdy ani jednym, ani drugim, gdyby nie ów błogosławiony "zakwas" Słowa Bożego! Ta miłość do Słowa Bożego przyciągnęła do niego kolejnych, którzy byli głodni Ewangelii - i poprzez jego usta "zakwas" ten wlewał się w serca ludzi, co doprowadziło w końcu do wielkiego poruszenia, wielu zmian...

Wszystko, co dobrego dokonało się w świecie dzięki Zwinglemu, zaczęło się od miłości i podporządkowywania się Słowu Bożemu. Bóg użył Zwinglego i choć minęło już pół tysiąca lat, jego imię jest sławne. Bóg użył też innych - część z nich znamy: Luter, Kalwin, Simmons, imion większości historia "zapomniała" (ale Bóg nie!). I tak samo dziś Bóg dotyka się ludzi, daje im do rąk Pismo Święte, a gdy rozmiłują się w nim, zakorzenią się w nim i są całkowicie oddani Słowu, stają się apostołami, którzy są zdolni i innych pociągnąć do Boga. O Zwinglim nikt by dziś nie pamiętał, gdyby nie jego zakorzenienie w Biblii i moc Słowa Bożego, która przemieniła i tego kapłana w wielkiego reformatora, przemieniła jego serce i serce tych, którzy go słuchali.

Wszelkie dobre przemiany zaczynają się od Biblii - od czystego Słowa Bożego, niezachwaszczonego ludzką ideologią, filozofowaniem, "tradycją"... Zwingli postanowił głosić to, co było w Słowie Bożym, nic ponad to, i okazało się, że jest wielu takich, którzy zwyczajnie CHCIELI SŁUCHAC! Myślę, że dziś także wielu chciałoby słuchać czystej Ewangelii. Potrzeba ludzi, którzy tą czystą Ewangelię będą głosić, których serca będą głęboko zakorzenione w tej czystej Ewangelii! Do tego nie potrzeba wcale być "tytanem intelektu", jak Zwingli - a starczy być TYTANEM WIARY jak Zwingli. Bóg często używał ludzi, którzy nie byli wielkimi uczonymi, nie mieli takiej wiedzy i takich umiejętności... Ot, na kartach Biblii Bóg powołał prostych rybaków: "Chodź za mną". My widzimy wielkich reformatorów, ale pamiętajmy, że to zwykli ludzie w większości ponieśli Ewangelię w świat - ci wielcy, sławni, przypominają mi trochę Proroków, a trochę "koła zamachowe" ewangelizacji... To zwykli ludzie, zakorzenieni w czystej Ewangelii, przynieśli tą czystą Ewangelię także do Polski!

Nie każdy staje się "wielkim reformatorem", ale wszystko, co dobre zaczyna się od tego, byśmy czytali Słowo Boże, modlili się i pozwalali Bogu zreformować nasze serce! Błądzi ten, kto reformowanie zaczyna od innych ludzi - to zawsze trzeba zaczynać od siebie, od własnego serca, od własnego życia! Jeśli nasze serce wypełni moc Ewangelii, będzie się ona mogła wylać też na tych, do których mamy dostęp, których Bóg do nas przyprowadzi. Jeśli nasze serce wypełni "zakwas", sami staniemy się "zakwasem" - żywym Słowem Bożym (bo tym w gruncie rzeczy staje się człowiek, który jest całkowicie oddany Bogu i zakorzeniony głęboko w Jego Słowie) - którego Bóg będzie mógł użyć do wzrostu swojego Kościoła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz