piątek, 11 stycznia 2013

Czy Jezus ulega "wstawiennictwu" Maryi?

Postać Maryi i podejście do Maryi - to jeden z największych "ekumenicznych problemów" pomiędzy ewangelicznym chrześcijaństwem oraz starszymi Kościołami reformowanymi a katolicyzmem i prawosławiem. Słowo "problem" ująłem w cudzysłów, gdyż szeroko rozumiany protestantyzm żadnych problemów z osobą Maryi nie ma - jest ona szanowana i przyjmowana taką, jaką znajdujemy ją na kartach Ewangelii: pokorna służebnica Pana, która podjęła się misji zrodzenia Pana, a gdy jej rola się zakończyła, odsunęła się w cień. Wszystkie problemy związane z postacią Marii występują po stronie katolickiej i prawosławnej, gdzie otoczono ją niczym nieuzasadnionym kultem, nadając wiele tytułów i uznając, że ma ona jakąś szczególnie uprzywilejowaną pozycję w niebie. Uczyniono ją między innymi "orędowiniczką" i "pośredniczką" - choć żadna z tych przyznanych jej funkcji nie ma uzasadnienia biblijnego - i "obrosła" ona wieloma mitami, które czynią z niej istotę "nadludzką", po części ubóstwioną, heroskę.

Katolicy bardzo często dziwią się, dlaczego protestanci odrzucili "taki dar, jakim dla Kościoła jest Maryja", która "przecież zjednuje ludziom tyle łask". Zapytani o źródła biblijne tego przekonania, zazwyczaj wspominają o weselu w Kanie Galilejskiej, gdzie Jezus dokonał przemiany wody w wino:
"A trzeciego dnia było wesele w Kanie Galilejskiej i była tam matka Jezusa. Zaproszono też Jezusa wraz z jego uczniami na to wesele. A gdy zabrakło wina, rzekła matka Jezusa do niego: Wina nie mają. I rzekł do niej Jezus: Czego chcesz ode mnie, niewiasto? Jeszcze nie nadeszła godzina moja. Rzekła matka jego do sług: Co wam powie, czyńcie!" (Ewangelia Jana 2, 1 - 5)
To dość niewiele, by na tej podstawie uznać, że Maria pośredniczy pomiędzy ludźmi a Chrystusem i że "Jezus nie potrafi odmówić swojej matce i jest gotów uczynić to, o co ona Go poprosi nawet wbrew sobie".  Tymczasem katoliccy teolodzy wręcz czynią Marię pierwszoplanową postacią tej sceny - jako tą, która dostrzega potrzebę, troszczy się o sprawy ludzi - umniejszając w ten sposób tak naprawdę pozycję Chrystusa. "Powodem do cudu była obecność Matki Jezusa na godach i Jej pełna ufności prośba. Zbawiciel, jak się zdaje, nie miał zamiaru zdziałać pierwszego cudu na owych godach weselnych. Widząc jednak wielką wiarę i ufność swej Matki, widząc Jej współczucie dla weselników, uległ prośbie." (O. Tilmann Pesch SI, Chrześcijańska filozofia życia. Przekład z niemieckiego. T. II. Wydanie drugie. Kraków 1931, ss. 161) Na forum "Żywy Różaniec" znalazłem taką "perełkę": "Matka Boska pokazuje tutaj, że potrafi wszystko wyprosić u Boga. Używa kobiecego szantażu, jasno komunikując problem - Nie mają wina. A później stawia Jezusa przed faktem dokonanym - Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie."

Ciekawą interpretację tej sytuacji przedstawia w swojej książce "Pięćdziesiąt lat w Kościele Rzymskim" XIX-wieczny teolog kanadyjski i były ksiądz katolicki, Charles Chiniquy, który pisze o budzących się w nim stopniowo wątpliwościach:

     "Do tej pory zawsze przyjmowałem ten tekst w sensie podawanym przez kościół rzymski, na dowód, że pierwszy cud Jezusa Chrystusa dokonany został na życzenie Jego matki. Szykowałem się, by odpowiedzieć trzem tajemniczym świadkom: 'Tutaj jest dowód, że jesteście trzej diabłami, a nie Ewangelistami, kiedy mówicie mi, że Jezus nigdy nie spełniał próśb Swojej matki, z wyjątkiem gdy był dzieckiem. Tutaj znajduje się chwalebny tytuł Maryi dla mojej ufności w jej wstawiennictwo, tutaj jest pieczęć jej nieodpartej, nadludzkiej władzy ponad jej boskim Synem, tutaj jest niezaprzeczalny dowód, że Jezus nie może odmówić niczemu, o co prosi Go Jego boska matka!' Ale kiedy tak uzbrojony w te tłumaczenia mojego kościoła gotów byłem wyjść naprzeciw temu, co mówili mi św. Mateusz, św. Marek i św. Łukasz, nagle groźna myśl przyszła mi do głowy, jakbym na raz usłyszał tych trzech świadków mówiących: 'Czy rzeczywiście jesteś tak ślepy, że nie widzisz, że zamiast spełniania prośby Maryi, ten pierwszy cud jest pierwszą okazją wybraną przez Chrystusa, aby zaprotestować [przeciw] jej wstawiennictwu. Jest to poważne upomnienie skierowane do Maryi, by nie prosiła Go o nic, oraz do nas, abyśmy nie ufali w jej żądaniach [tj. nie pokładali ufności w jej pośrednictwie - M.C.]. Tutaj Maryja widoczna jest pełna współczucia dla tych biednych ludzi, którym brak było środków na wino dla gości, którzy przyszli z Jezusem, i chce ona, by jej Syn dał im wino, jakiego zabrakło. A jak odpowiada Chrystus? odpowiada On z naganą, najbardziej surową naganą. Zamiast odpowiedzieć: 'Tak, matko, zrobię czego pragniesz', mówi On: 'Co ja mam z tobą niewiasto', co jasno oznacza: 'Kobieto, to nie twoja sprawa. Nie życzę sobie, abyś mi mówiła o kłopocie pana młodego. To było Moje pragnienie przyjść im na pomoc i okazać Moją boską moc. Nie chcę, abyś stawiała się między potrzebami ludzkości, a Mną. Nie życzę sobie, aby świat wierzył, że masz jakieś prawo, albo moc, bądź wpływ nade mną lub więcej współczucia do nędzy ludzkiej niż Ja. Czy to nie na Mnie i tylko Mnie mają liczyć zgubione dzieci Adama, by zostać zbawione? Kobieto, co mam z tobą w Moim wielkim dziele zbawienia ginącego świata? Nic, absolutnie nic. Ja wiem, co mam robić, by wypełnić nie naszą wolę, ale wolę Mojego Ojca!'
     Takie jest znaczenie surowej nagany udzielonej Maryi. Pragnął On położyć kres wszelkim próbom uczynienia z niej pośredniczki między człowiekiem a Chrystusem. Pragnął On dać wyraz sprzeciwu doktrynie kościoła rzymskiego, że przez Maryję okaże On względy swoim uczniom, a Maryja dobrze to zrozumiała, kiedy powiedziała: 'Cokolwiek wam rzecze, uczyńcie. Nigdy nie przychodźcie do mnie, ale do Niego..." (tłumacz i wydawca: M. Wierszyłowski, Warszawa 2007, str. 300 - 301)

To doprawdy bardzo śmiała interpretacja tego fragmentu, lecz - jak się zdaje - autorowi udało się znakomicie wychwycić sens słów.  Jezus bardzo wyraźnie odpycha Marię - choć bez arogancji, wbrew pozorom z szacunkiem należnym matce - gdy ta próbuje pośredniczyć, wstawiać się, bo on sam dobrze zna potrzeby ludzi i On już miał gotowy "scenariusz". Jezus mówi dokładnie: "Cóż mamy z sobą kobieto?", w czym zawiera się semickie wyrażenie "co mnie i tobie?" mogące być reakcją na niepokojenie, wtrącanie się... Jezus zdaje się mówić: "Mamo, daj spokój - ja wiem, co mam robić!"

Odrzucając "wstawiennictwo Maryi" niczego nie tracimy... Bo Bóg nasz nie jest niedostępny i by "załatwić" coś u Niego nie potrzeba protekcji - jak to bywa u ludzi. W pewnym sensie wydaje się, że nasze ziemskie "normy" w tym względzie uznano za wzorzec, że podobnie też jest w niebie... Nie! Nie jest! Bóg jest wielkim Monarchą, ale każdy może przyjść przed Jego tron i wyłożyć swoją sprawę - i każdy będzie wysłuchany, choć nie każdemu Bóg uczyni tak, jak on by tego chciał. Uważam, że szukanie pośredników, orędowników i zwracanie się do nich, jest wręcz obraźliwe dla Chrystusa - podobnie, jak obraźliwe by było dla mego przyjaciela, który stoi obok mnie, gdybym zamiast zwrócić się do niego z prośbą, poprosił kogoś innego, by rozmawiał z nim w moim imieniu. Przez odrzucenie "wstawiennictwa Maryi" nie tracimy szansy na łaski - raczej je pomnażamy. Czy zauważyliście - także w Biblii - że Bóg nasz jest rad, gdy do Niego przychodzimy z naszymi sprawami? Ja zauważyłem...

3 komentarze:

  1. Nigdy nie patrzyłam na fragment o Kanie w ten sposób.
    Z drugiej strony myślę też, że dla wielu katolików Bóg jako taki jest po prostu... Zbyt abstrakcyjny. Stąd oni potrzebują "żeńskiej formy Boga". Z drugiej strony myślę sobie też o ludowej pobożności - chciałam Ci właśnie przesłać na maila filmik o tym... Ale nie wiem czy dalej masz maila na o2.
    Pozdrawiam i dziękuję za życzenia :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja też nie patrzyłem na ten fragment w ten sposób... Właściwie stanowił on dla mnie pewien problem, bo zachowanie Jezusa było dla mnie niezbyt zrozumiałe. Dlatego czytając książkę Chiniquy'ego prawie się za głowę złapałem! ;P to rzecz jasna tylko pewna interpretacja, ale poczułem się trochę tak, jakby zaczął na mnie padać ciepły, wiosenny, ożywczy deszczyk. :D

    OdpowiedzUsuń
  3. W temacie pośrednictwa Maryi i jej pozycji najwięcej złego zrobili tacy ludzie jak Alfons Liguori, Ludwik Maria Grignon de Montfort czy Bonawentura, czyniąc wręcz z Maryi "współzbawicielkę" (twierdząc że "nabożeństwo do Maryi jest niezbędne do zbawienia") czy e swoich "dziełach" twierdząc że Jezus nie wysłucha innej modlitwy jak tylko zanoszonej za pośrednictwem jego Matki...
    Ci propagatorzy kultu maryjnego uczynili z Maryi osobę co najmniej równą Bogu....

    OdpowiedzUsuń