piątek, 4 stycznia 2013

966 - czy Boga cieszył "chrzest Polski"?

"...lud ten zbliża się do Mnie tylko słowami, ponieważ czci Mnie tylko wargami, sercem zaś jest daleko ode Mnie, ponieważ czci Mnie tylko z ludzkiego nakazu i według ludzkich pouczeń..." (Księga Izajasza 29, 13)
Rok 966 - tą datę (przynajmniej teoretycznie) zna każdy Polak, od dzieci zaczynając. Każdy (również teoretycznie, bo z praktyką różnie bywa) zapytany o to, co się z nią wiąże powinien bez namysłu odpowiedzieć: "chrzest Polski". Jesteśmy bardzo dumni z tego, czego dokonał Mieszko I i często podkreśla się "tysiącletnią tradycję chrześcijańską w Polsce". Ale czy Bóg jest dumny z tego, co stało się w Polsce w roku 966 i w wiekach późniejszych? Czy dla Boga w ogóle miało to jakiekolwiek znaczenie? A może ów "chrzest" był wręcz czynem dla niego obrzydliwym?

Zacznijmy od tego, że... nie ma czegoś takiego, jak chrzest jakiegoś państwa! Ilekroć Biblia mówi o chrzcie, jest to zawsze związane z osobistą decyzją poszczególnych ludzi. Chrzest jest konsekwencją uwierzenia i zrozumienia własnej sytuacji, zrozumienia własnej grzeszności, zrozumienia konieczności odkupienia, żalu za grzechy i wyrazem oddania Bogu. Mowa o "chrzczeniu krajów" - "chrzcie Polski" - jest całkowicie niebiblijna, jest wyrazem niezrozumienia istoty chrztu... Określenie "chrzest Polski" ma co najwyżej uzasadnienie historyczne i wiąże się to z całkowicie obcą chrześcijaństwu zasadą "cuius egio, eius religio" - "czyj kraj, tego religia", co w praktyce oznaczało, że władca ma prawo choćby przemocą narzucać dowolną religię mieszkańcom kraju. Mieszko I zresztą tak właśnie czynił. "Chrystianizacja" Polski odbywała się w ten sposób, że pogańskie świątynie demolowano, a tych, którzy ich bronili mordowano bez skrupułów. Czyż można więc mówić o "nawróceniu" Mieszka? Czy można określić go mianem "pierwszego chrześcijańskiego władcy"? Przestał czcić dawnych bogów - to prawda - ale nie stał się przez to chrześcijaninem. Chrzest, sprowadzenie katolickiego duchowieństwa i fundowanie świątyń nowemu bóstwu (nie sądzę, by uwierzył naprawdę w Boga i zawierzył Bogu swe życie) nie uczyniło go chrześcijaninem. Myślę, że można powiedzieć - oceniając jego metody "chrystianizacji", jego postępowanie - że pozostał w gruncie rzeczy poganinem, tyle, że ochrzczonym i "klęczącym pod krzyżem". Nie ma chrześcijaństwa bez przemiany serca i nie ma nawrócenia, jeśli człowiek wciąż czyni w gruncie rzeczy to samo zło, które czynił dawniej.

Są ludzie, którzy wierzą, że Mieszko I przeżył "autentyczne nawrócenie", że Dąbrówka - która została mu dana za żonę - mówiła mu o Chrystusie i on szczerze uwierzył. Ale... Chrześcijanin ma obowiązek zwiastowania Ewangelii. Ma obowiązek iść do innych - lecz ze Słowem Bożym, a nie z mieczem - by zabijać tych, którzy nie przyjmą nowej wiary - i ogniem - którym palić się będzie ich dobytek i święte miejsca. Można powiedzieć: "Mieszko I był nadgorliwy jak każdy neofita i trzeba mu to wybaczyć". Gorzej, że przy nim byli katoliccy duchowni. Czy oni także nie byli świadomi, że to, co czyni Mieszko jest zbrodnią i (śmiem twierdzić) bluźnierstwem? Nie powstrzymali oni Mieszka I, a być może nawet wspierali go w tym, co czynił - bo wiemy przecież, że w miejscach kultów pogańskich wznoszono świątynie i obsadzano je duchownymi! Z czystym sumieniem można to uznać za formę aprobaty ze strony Kościoła katolickiego dla haniebnego postępowania księcia Polan.

Historycy nie mają wątpliwości co do tego, jakie cele przyświecały Mieszkowi I. Chodziło o: zapobieganie wzrostowi wpływów niemieckich i ustanowienie samodzielnej pozycji państwa Polan w chrześcijańskiej Europie; zbliżenie z panami saksońskimi, co miało ułatwić wspólne działania przeciwko plemionom połabskim, np. Wieletom; ugruntowanie sojuszu z państwem czeskim (a przez to zneutralizowanie sojuszu czesko-wieleckiego; niedługo potem Czesi przysłali posiłki, dzięki którym Mieszko zwyciężył Wichmana); umocnienie swojej władzy (religijne jej usankcjonowanie). Tym samym Boga sprowadzono do funkcji "elementu gry politycznej", co samo w sobie jest bluźnierstwem. Mieszko I stał się równocześnie lennikiem "dynastii" władców, którzy zawłaszczyli sobie "prawo zwierzchnictwa nad światem", oddając siebie i kraj pod władzę "papieży". "Papieży" - wcale nie "namiestników chrystusowych, a tak naprawdę uzurpatorów, którzy wykorzystując upadek cesarstwa sobie przyznali cesarskie uprawnienia, stawiających się ponad książętami i królami. Mieszko I był sprytnym władcą, świetnie rozgrywającym "polityczną grę", lecz wiele naiwności trzeba - moim zdaniem - by wierzyć w jego nawrócenie, skoro świadectwa o nim przeczą temu.

Warunkiem zawarcia przez Mieszka związku małżeńskiego z Dąbrówką było przyjęcie chrześcijaństwa. Z ich związku narodził się syn i spadkobierca Mieszka, Bolesław, nazwany potem Chrobrym. Był on dzieckiem ochrzczonych rodziców, dorastał na dworze, gdzie stale przebywało wielu duchownych, uczestniczył w nabożeństwach, "oddawał chwałę" Bogu... Ale czy był chrześcijańskim władcą? Czy w jego sercu "mieszkał" Jezus? Wspomnijmy odnotowaną przez kronikarzy jego praktykę wybijania zębów tym, którzy nie przestrzegali narzuconych przez Kościół postów. Wspomnijmy najazd na Ruś Kijowską, mającą na celu podporządkowanie jej sobie (chciwość władzy), połączoną (co było zwykła praktyką w średniowieczu) z grabieżą i gwałtami, w czym - jak wiemy z kronik - władca bezpośrednio uczestniczył.

Cóż by o poczynaniach naszych władców powiedział Jezus? Wszak gdy w Ogrójcu Szymon Piotr - w najlepszej wierze stając w obronie Mistrza - odciął ucho jednego ze sług arcykapłana, którzy przyszli pojmać Jezusa, Jezus pohamował jego zapalczywość, mówiąc: "Schowaj swój miecz do pochwy. (...) Ci, co chwytają za miecz, od miecza również giną" (Ewangelia Mateusza 26, 52) i z miłością pochylił się nad tym, który nie był jego uczniem, by go uzdrowić, by naprawić krzywdę, którą mu jego uczeń wyrządził. Cóż więc ten sam Jezus powiedziałby o zabijaniu tych, którzy nie chcieli "na ślepo" przyjąć narzuconej im przez władcę wiary i o wybijaniu zębów? Co powiedziałby o wszystkich innych nieprawościach, jakich dopuszczali się Mieszko I i jego syn?

Mieszko I "ochrzcił Polskę" ogniem i mieczem - "chrystianizacja" oznaczała łuny pożarów i strumienie krwi... Na Ewangelię Polska musiała czekać jeszcze wiele wieków. Nie ma się co szczycić "tysiącletnią tradycją chrześcijańską" bo jest to raczej mit, a historia "chrystianizacji" jest raczej thrillerem historycznym, nie świadectwem nawróceń i prawdziwej chrześcijańskiej gorliwości. Bogu nie zależy na tym, by fundowano świątynie, by uczestniczono w nabożeństwach, by stawiano krzyże - Bóg pragnie, by wiara była szczera i zakorzeniona głęboko w ludzkich sercach. Bóg nie radował i nie raduje się z "chrztu Polski". Powiedzmy wprost; w roku 966 dokonał się nie "chrzest Polski", lecz wielki akt obłudy i bluźnierstwa! Myślę, że od czynu Mieszka I i duchownych katolickich Bóg odwrócił się z odrazą...

9 komentarzy:

  1. Niestety, ale tak właśnie wyglądała "chrystianizacja" Polski po X wieku. A są dowody na to, że w Krakowie już w IX stuleciu był kościół, choć nie wiadomo jaki - być może greckiego obrządku.
    Nie nam osądzać Mieszka I czy innych postaci historycznych - ich osądzi Bóg.
    Ostatnio czytałam o Afryce, o tym jak pewne grupy mocno zielonoświątkowe prowadzą ewangelizację. Pokojowo, ale tamtejsze ludy często łączą animistyczne wierzenia i chrześcijańskie nauki - stąd palenie czarownic (tak!) i tym podobne ekscesy.
    Myślę że podobny poziom umysłowy w X wieku panował w Europie, jak dziś w krajach afrykańskich.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. W Wielkopolsce też już w VIII wieku działały ośrodki misyjne, ewangelizacja była prowadzona przez Iroszkotów (Celtów)... Te fakty potem "zamazano", by podnieść rangę zdarzenia z 966 roku - takie historyczne oszustwo. :( Co do Mieszka I i Bolka - masz rację, Bóg ich osądzi. nasze poznanie jest tylko częściowe i my możemy oceniać ich czyny, ale poprzez czyny możemy dociekać co było "od środka". Myślę, że możemy osądzać - w sensie rozpatrywać fakty i wyciągać wnioski - lecz bez ostatecznego wyroku względem ludzi, gdyż nie jesteśmy najwyższą instancją. Nikt z nas nie wie, czy Mieszko I i Bolek żałowali za grzechy czy nie i w jakim stanie duchowym odchodzili z tego świata. Obawiam się jednak, że nigdy nie poznawszy prawdziwej, czystej Ewangelii prawdopodobnie pomarli tak, jak żyli. :( W gruncie rzeczy Kościół katolicki był instytucją stworzoną nie na bazie Ewangelii, lecz ludzkich przekonań i ludzkiej mentalności - i tu jest chyba główny problem - tu jest powód gnicia. Jedyne, co się stało w roku 966 to zmiana bóstwa - lecz co z tego, jeśli "serca" zostały te same, jeśli nie zmieniły się czyny (które wynikają z tego, co jest w sercu)?

    Obecnie uważa się Mieszka I i Bolesława Chrobrego za wielkich władców "zasłużonych dla chrześcijaństwa". Jest jakoś tak, że z potrzeby posiadania bohaterów tych bohaterów się wybiela - i kto dziś powie wprost o tym, że Chrobry był złym, grzesznym, niemoralnym człowiekiem? Inaczej: kto jego czyny nazwie łajdactwem? Chociaż to i tak jeszcze nie tak źle. W najnowszym wydaniu "Focus Historia" jest materiał o hospodarze mołdawskim, Stefanie III Wielkim, słynącym z okrucieństwa - w którym dorównywał zapewne Władowi Palownikowi (Drakuli) - a przez cerkiew prawosławną jest czczony jako... święty! Historia nasza jest pełna mitów, zakłamań... Źle jest, jeśli w to ślepo wierzymy.

    OdpowiedzUsuń
  3. No cóż, każdy naród potrzebuje swoich mitów, to mniej więcej tak samo jak niektórzy dziś robią ze Smoleńskiem... W prawosławiu przynajmniej jest tak, że kogo czci jedna cerkiew, druga już niekoniecznie.
    Interesuję się historią średniowiecza, szczególnie tzw. prereformacji. I wygląda na to, że zarówno w średniowieczu, jak i nieco wcześniej, w czasach upadku Cesarstwa Zachodniego, żyli ludzie wierni Ewangelii.
    Natomiast nasi ziomkowie z czasów Mieszka I i sam Mieszko - tak jak pisałam - mentalnie niewiele różnili się od dzisiejszych afrykańskich przywódców plemiennych, łączących animizm, wierzenia pogańskie, z chrześcijaństwem. Tak być nie powinno, choć dziś misjonarze w Afryce starają się wiernie nauczać prawd biblijnych. Czy jest to więc wina tamtejszych ludzi czy wina kogoś innego? Trudno powiedzieć...
    Pozdrawiam! :)
    PS: Masz dalej ten sam e-mail na o2.pl? Chciałabym Ci coś wysłać z YouTube.

    OdpowiedzUsuń
  4. Tak jak już w komentarzach napisano wtedy ludzie mieli inną mentalnośc, a NOWE wierzenia łatwo łączyli ze STARYMI... Przemoc była wtedy na porządku dziennym i ludzkie życie dla wielu też miało całkiem inną wartośc... Nie możemy na tamte czasy patrzec przez pryzmat naszych czasów... Nie oznacza to, że oni postępowali dobrze, postąpowali źle, ale mogli poprostu o tym nie wiedziec... A skoro nie byli świadomi swojego swojego złego postępowania to grzechu nie było (pamiętajmy, że duchowni też byli wtedy ludźmi tamtych czasów i mentalnośc była podobna)

    OdpowiedzUsuń
  5. Kwestie takiej, a nie innej mentalności nie są w żadnym wypadku usprawiedliwieniem! Choćby z tego powodu, że otrzymaliśmy Słowo Boże, ale ludzie go nie przyjęli. Bóg powiedział, co jest dobre, co złe, ale ludzie postanowili żyć po swojemu - także ci, którzy z pozoru mu służyli, po tzw. "namiestników chrystusowych" włącznie. Nie możemy patrzeć na tamte czasy przez pryzmat naszych czasów, ale przez pryzmat Biblii jak najbardziej. I jeśli czynili źle - według definicji biblijnych - trzeba to nazwać jasno: drogą potępienia. Nieświadomość także nie jest usprawiedliwieniem - ci, którzy żyją w grzechu, których życie się Bogu nie podoba, o ile się nie nawrócą, są... mówiąc wprost! ...na drodze do piekła. To dotyczy każdego człowieka! Wróćmy do Mieszka I i Bolesława Chrobrego... O ile choćby w ostatniej sekundzie życia nie zawołali do Boga i nie żałowali złych czynów - z powodu swych złych uczynków znajdą się w piekle, bez względu na poziom własnej świadomości.

    OdpowiedzUsuń
  6. A ja powiem inaczej - dla nich nie było już usprawiedliwienia, bowiem mieli Pismo (przynajmniej ci księża) i wiedzieli co jest dobre, a co złe. A jeśli ktoś przekręca Słowo Boże, to nie można tego inaczej nazwać, jak herezją... Czyli ci, którzy tępili zewsząd herezję, sami nią żyli. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Lepiej bym tego nie ujął! A jeszcze muszę dopowiedzieć: nieznajomość prawdziwej wiary nie sprawia, że nie ma grzechu. Ale Bóg jest sprawiedliwy i sądzi według uczynków. Pooba mi się myśl pastora Dona Richardsona, zawarta w jego książce "Wiecznośc w ich sercach", że Bóg także wśród tych, którzy nigdy nie słyszeli Ewangelii ma "swoich ludzi" - ludzi, których życie się Panu podoba i którzy nie znając Go żyją tak, jakby Go znali i nie znając Słowa żyją tak, jaby je wciąz studiowali i wcielali w życie. Choć takich prawych mimo nieznajomości Boga i Ewangelii pewnie wielu nigdy nie było. W sumie może warto o tym napisać... Życie i czyny Mieszka I i Bolesława Chrobrego nie mogły się Bogu podobać. W zasadzie cała średniowieczna Europa była teoretycznie tylko chrześcijańska, a w praktyce niewielu żyło po chrześcijańsku, a więc de facto było to pogaństwo... Czegóż chcieć, jeśli nawet Watykan - jak piszą historycy - był "nasączony" niegodziwością?

    OdpowiedzUsuń
  8. Trzeba dodać, że chrześcijaństwo przyszło do Europy z bliskiego wschodu.
    Dlaczego odrzucamy wiarę przodków jako tą nieprawdziwą?
    Może to chrześcijaństwo jest wymyślone, a słowiańska wiara jest prawdziwa?

    OdpowiedzUsuń
  9. Owszem, chrześcijaństwo przyszło z Bliskiego Wschodu, ale to właśnie wiara chrześcijańska jest uniwersalna. Jest jeden Bóg i tylko jeden. Tak naprawdę wiarą naszych przodków, tych najdawniejszych jest wiara w tego jednego jedynego Boga, który 2000 lat temu powołał do powstania Kościół. Niemal w każdym zakątku świata badacze natrafiają na relikty kulturowe tej najdawniejszej wiary, choć Najwyższa Istota bywa różnie określana. Cała reszta wierzeń w gruncie rzeczy dzieli się na dwie kategorie:
    a) wiara w siły i postacie będące wymysłem ludzi
    b) kult demonów
    Wiara dawnych Słowian była prawdopodobnie i taka i taka. Niestety o systemie wierzeń Słowian niewiele wiemy. BYC MOŻE także w niej zachowały się jakieś relikty pierwotnego kultu monoteistycznego, zdominowane jednak przez bałwochwalstwo. Dziś tego już nie poznamy, bo nawet te wierzenia nie istnieją, a nie zostały udokumentowane w dostatecznym stopniu. To, że dziś odnajdujemy ślady tych najdawniejszych wierzeń, nim ludzie popadli w pogaństwo, wynika z tego, że stosowane są metody badawcze, że bada się kulturę i wierzenia - zresztą ogromną masę danych dostarczają chrześcijańscy misjonarze.

    Chrześcijaństwo nie jest wymyślone - są na to mocne dowody. Przede wszystkim FAKT pojawienia się Jezusa Chrystusa i bez wątpienia najlepiej udokumentowany cud w dziejach świata - Jego zmartwychwstanie. To, że w ogóle żył poświadcza wiele dokumentów, nie tylko Biblia. Natomiast świadkami widzącymi Zmartwychwstałego było ponad pół tysiąca osób, z których wielu - jeśli nie większość - żyła, gdy były spisywane Ewangelie i gdy władcy Rzymu zwalczali chrześcijaństwo. Cóż byłoby prostszego, by zniszczyć chrześcijaństwo, jak udowodnić, że zmartwychwstanie nie było prawdą? Rzym bardzo łatwo mógł zadławić chrześcijaństwo, gdyby Jezus faktycznie nie zmartwychwstał. Zresztą niebawem napiszę o tym szerzej.

    Kolejnym dowodem prawdziwości jest fakt, że Bóg objawia się ludziom na całym świecie - przez swoją moc, swoje działanie. Osobiście znam ludzi, którzy zostali uzdrowieni. Są ludzie, którzy po latach wstają z wózków inwalidzkich. Ba! To dość rzadkie przypadki, ale są i takie, że ludzie odzyskują utracone części ciała - poznałem człowieka, który jest świadkiem odzyskania palców (utraconych na skutek trądu) przez pewną osobę z Indii podczas modlitwy. Mówi się też o przypadkach wskrzeszeń - w tym jednak wypadku nie mam nic konkretniej do powiedzenia, bo nie otarłem się o to. Wiadomo też o niezwykłych objawieniach. Polecam film "Więcej niż sen", w którym byli muzułmanie opowiadają o wizjach Chrystusa. Czegoś podobnego doświadczył także słynny "apostoł Tybetu", Sadhu Sundar Singh.

    "Religia" chrześcijańska nie jest ślepą wiarą. Od początków towarzyszą jej liczne znaki, które najdobitniej świadczą o tym, że za nią i tylko za nią stoi jedyny prawdziwy Bóg. W Starym testamencie mamy przykłady "pojedynków" Jahwe z fałszywymi bożkami - i okazuje się ich bezmoc. Nawet w przypadku Baala, za którym bez wątpienia stoi rzeczywista potęga - demon. A cóż uczyniły bóstwa słowiańskie, by się bronić? Nic, bo wymysły ludzi wiele nie mogą - a te, które coś mogą i tak kryją się pod nowymi formami kultu, jakie zaprowadzono.

    OdpowiedzUsuń