czwartek, 31 stycznia 2013

Nieprzyjaciel we własnym sercu

Czytając książkę Musaba Hasana Jusufa "Syn Hamasu" natknąłem się na bardzo ciekawy i inspirujący fragment, którym bardzo pragnę się z Wami podzielić:

    "[Czytając Biblię] w pewnym momencie doszedłem do zdania: 'Słyszeliście, że powiedziano: Będziesz miłował swego bliźniego, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. A ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie' (Ewangelia według św. Mateusza 5:43 - 45).
     To było to! Słowa Jezusa poraziły mnie jak grom. Nigdy wcześniej niczego podobnego nie słyszałem, ale czułem, że to jest przesłanie, którego podświadomie szukałem przez całe życie.
     Całymi latami zmagałem się z pytaniem kto jest moim wrogiem. Upatrywałem nieprzyjaciół w tych, którzy nie należeli do kręgu islamu i nie byli Palestyńczykami. Nagle pojąłem, że to nie Izraelczycy są moimi wrogami. Nie są nimi również przywódcy Hamasu, ani wuj Ibrahim, ani młody żołnierz, który pobił mnie kolbą karabinu, ani nawet garbaty strażnik z aresztu śledczego. Zrozumiałem, że wrogów nie określa narodowość, religia, czy rasa. W rzeczywistości wszyscy mamy tych samych wrogów: chciwość, pychę, niszczycielskie idee i diabelskie wartości zakorzenione w zakamarkach naszych serc. 
     To oznaczało, że mogę kochać każdego człowieka. Moim jedynym prawdziwym wrogiem jest nieprzyjaciel, którego noszę we własnym wnętrzu" (Musab Hasan Jusuf & Ron Brackin "Syn Hamasu", tłum. Anna Kurzępa,  wyd. Aetos Media, Wrocław 2010, str. 138 - 139).

Nieprzyjaźń... Wrogość... Pogarda... Bóg pozwolił mi zrozumieć, że bierze się to w naszym sercu głównie z różnych zranień i ze strachu. Jezus, dotykając się naszego serca, uzdrawia je - zabliźniają się rany, ślady okaleczenia duchowego - i zabiera nasz strach. ten, kogo się dotknął, słyszy też Jego kojący głos: "Odłóż ten miecz! Już nie musisz walczyć - nie tak! Z kim chcesz walczyć? Z ludźmi? Spójrz - ja ich miłuję! Darzę ich tą samą miłością, którą żywię wobec ciebie! Więc schowaj swój miecz i... kochaj!" Tak! Bóg przemienia tych, którzy klękają przed Nim, w zupełnie innego rodzaju wojowników, dla których mieczem staje się Słowo Boże, a wrogiem zło tego świata - zło, które każdy z nas musi wykorzenić najpierw z własnego serca!

Syn Hamasu

Kim jest bohater? Ktoś powie: bohater to ktoś, kto uratował komuś życie. Inny powie: nasi żołnierze są bohaterami. Kto inny jeszcze pewnie: bohater to ktoś "z charakterem". I wszystko to pewnie w mniejszym lub większym stopniu racja. Czasem jednak największym bohaterstwem nie jest rzucić się w ogień, ryzykując zdrowiem i życiem dla ocalenia kogoś, kto nie może sam wyjść z płonącego domu, ani walka z karabinem w ręku w mniej lub bardziej szczytnym celu... Czasem największej odwagi, największego bohaterstwa potrzeba, by po prostu opowiedzieć się za tym, w czym rozpoznaliśmy prawdę i trwać wiernie w prawdzie - choćby wyrzekli się nas krewni i przyjaciele i choćby nawet groziło nam to utratą życia. Wielcy bohaterowie często działają po cichu, w ukryciu.

Nie jest łatwo być bohaterem - zwłaszcza w czasach szalejącego terroru, wśród ludzi ogarniętych szałem nienawiści... "Syn Hamasu" to autobiografia jednego z takich właśnie bohaterów, który wiedziony szlachetnością serca, dokonuje rzeczy wprost niezwykłych na rzecz pokoju, choć jego decyzje i poczynania mogą nam się wydawać kontrowersyjne. Czasem, by stać się bohaterem, by działać na rzecz dobra swojej rodziny i swojego ludu, trzeba, jak się okazuje, z pozoru... zdradzić najbliższych, przyjaciół i swój lud. Ludzie czasem mogą nie rozumieć - wydaje mi się, że książka, którą chcę opisać, powstała przede wszystkim po to, by to zrozumienie im ułatwić. Jej pierwszym adresatem jest własny ojciec opowiadającego i reszta jego rodziny; dalej - jak się zdaje - przyjaciele i rodacy; a w końcu cała reszta świata, która też potrzebuje wiele, wiele zrozumieć, by mieć pełniejszy obraz tego, co dzieje się na Bliskim Wschodzie.

 
Plakat propagandowy wzywający do uwolnienia
szejka Jusufa, ojca Musaba i zwracający uwagę
na problemy "Palestyńczyków"

Urodzony by mścić

Musab Hasan Jusuf (Mosab Hassan Yousef) jest Arabem z Palestyny. Urodził się w 1978 roku w Ramallah, "stolicy" Autonomii Palestyńskiej. Jest pierworodnym synem Hasana Jusufa, jednego z najbardziej szanowanych szejków (przywódców religijnych) na obszarze Palestyny, współzałożyciela Hamasu (choć nie jest on wymieniany wśród założycieli). Szejkiem był także dziadek Musaba, Jusuf Dawud. Tak, jak jego ojciec pragnął naśladować swego ojca, tak samo także dla Musaba jego rodzic był wzorem dobrego muzułmanina, którego chciał naśladować w jego miłości do Allaha i gorliwości w życiu wiarą i głoszenia wiary. Był też Hasan dla swego syna wzorcem cnót moralnych, wzorcem dobrego życia, człowiekiem wręcz "kryształowym", pokojowo nastawionym do ludzi, pragnącym zawsze czynić dobro. Musab ufał swemu ojcu bezgranicznie, a  czasem też dla ojca stał się zaufanym człowiekiem i nadzieją, że pójdzie w jego ślady... Dopiero po latach Musab zrozumiał, że jego ojciec nie był do końca takim człowiekiem, jak się mu zdawało.

Hamas... Samo to słowo dziś wywołuje strach! Gdy je słyszymy, same przychodzą nam na myśl obrazki widziane w mediach: "bojownicy" w czarnych maskach z zielonymi opaskami wokół głowy, wykrzykujący "Allahu akbar!", wymachujących bronią, wykrzykujący swą nienawiść, ostrzeliwujący izraelskie osady... "Syn Hamsu" jest wprost bezcennym źródłem danych dla ludzi, którzy pragną się dowiedzieć czegoś więcej o tej organizacji, jej celach, o tworzących ją ludziach, niż to, co podają nam media. Musab doskonale zna to środowisko - nie ma ono przed nim tajemnic, bo w nim dorastał i wychowywał się. To właśnie z racji swych tak bliskich relacji z tą organizacją, nazwany został "Synem Hamasu". Opowiedziana przez niego historia to niezwykły obraz narodzin i przeobrażeń, jakim ulegał Hamas, przy czym sprostowuje pewne nieprawdziwe informacje o organizacji.

To także obraz tego, w jak niszczący sposób wpłynęła na niego ideologia Hamasu i innych "bojowników". Od początku mamy obraz młodego człowieka, któremu wmówiono, że państwo Izrael jest złem, że Żydzi są źli, że są agresorami, okupantami. Nasączono go do głębi ideologią zniszczenia Izraela, pozbycia się Żydów. Jako dziecko zaczął od obrzucania Żydów kamieniami. Potem pragnął zabijać...

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Dobroczyńca czy sługa?

"Wiecie, iż książęta narodów nadużywają swej władzy nad nimi, a ich możni rządzą nimi samowolnie. Nie tak ma być między wami; ale ktokolwiek by chciał między wami być wielki, niech będzie sługą waszym. I ktokolwiek by chciał być między wami pierwszy, niech będzie sługą waszym. Podobnie jak Syn Człowieczy nie przyszedł, aby mu służono, lecz aby służył i oddał życie swoje na okup za wielu." (Ewangelia Mateusza 20, 25 - 28) "Kto zaś jest największy pośród was, niech będzie sługą waszym, a kto się będzie wywyższał, będzie poniżony, a kto się będzie poniżał, będzie wywyższony." (Ewangelia Mateusza 23, 11 - 12)
Czytając książkę Elisabeth Elliot "Dzikus, mój brat" - którą opisałem w tekście "Pięć 'nasion' dla Waorani" - natknąłem się na bardzo interesującą refleksję: "Jeżeli nazywamy się naśladowcami Jezusa, oczywiste jest, że musimy iść ścieżką, którą szedł On. 'Syn Człowieczy nie przyszedł, aby mu służono, lecz aby służyć'. Musimy zobaczyć to jasno. Przyszliśmy nie po to, aby być dobroczyńcami, ale sługami. Jezus często używał słowa 'niewolnicy'. Postrzeganie tej prawdy powoduje olbrzymią różnicę w naszej postawie wobec ludzi, co z kolei niezawodnie zmienia ich postawę wobec nas. Bycie dobroczyńcą oznacza bycie kimś wyższym, lepszym. Całkowicie niezależnie od tego, czy pogląd taki jest słuszny z moralnego punktu widzenia, zrozumiałam, że był to wielki błąd. (...) Bycie sługą oznacza bycie kimś niższym - i dopóki nie jesteśmy gotowi zaakceptować tej pozycji, nie jesteśmy naśladowcami Jezusa Chrystusa. Sługa nie jest większy od swego pana. A jeżeli sądzimy, że zdobywamy jakieś zasługi przez to, co robimy, otrzymujemy przypomnienie, że gdy zrobimy już wszystko, jesteśmy 'sługami nieużytecznymi'. Mamy dług. Jesteśmy to winni Chrystusowi. Jesteśmy to winni ludziom - dzikim czy cywilizowanym - by codziennie oddawać nasze życie." (tłum. Andrzej Gandecki, Wydawnictwo "Pojednanie", Lublin 2010, str. 169)
 
Jakże się ta Chrystusowa wizja wielkości różni od tego, co widzimy na tym świecie, gdzie największym zdaje się być ten, kto najwięcej posiada, kogo stać na wszystko, czego zapragnie, kto ma znakomicie prosperującą firmę lub wiele firm, wielki jacht, pałac i mnóstwo służby. Wielu z tych ludzi, którzy tak wiele posiadają jest także wielkimi filantropami - niektórzy są bardzo znani z "dzielenia się", wspierają różne dzieła i fundacje. Niestety niektórzy wspierają działania szatańskie (np. wspierają organizacje domagające się "praw" dla osób homoseksualnych, lub wspierają nieetyczne badania naukowe, itp) a nazywają to "filantropią", "dobroczynnością"! Jeśli wspierają to, co dobre - np. szkoły, sierocińce, domy starców, szpitale - czynią dobrze, ale samo bycie filantropem to jeszcze nie naśladowanie Chrystusa. Bogatemu bardzo trudno jest przyjąć postawę sługi - z dobroczynnością (pozorną, czasem na pokaz - dla własnej chwały, lub prawdziwą) większość chyba nie ma problemów. My patrzymy na uczynki, Bóg zaś patrzy w serce i wie...

Jezus uczy nas życia pełnego pokory, nie żądania niczego dla siebie, uniżenia, służby ludziom. Jezus Chrystus "
wyparł się samego siebie, przyjął postać sługi i stał się podobny ludziom" (List do Filipan 2, 7). W katolickiej Biblii Tysiąclecia mamy słowa: "ogołocił samego siebie" - zostawił to wszystko, co posiadał (jako Bóg), stał się dla nas ubogim człowiekiem, wybrał trudne życie pełne wyrzeczeń. Nie dość, że opuścił niebo, lecz nie zadbał nawet o to, by tu na ziemi mieć swój własny kąt: "Lisy mają nory, a ptaki niebieskie gniazda, ale Syn Człowieczy nie ma gdzie złożyć głowy" (Ewangelia Łukasza 9, 58 - przekład literacki EIB). Oczywiście to wcale nie znaczy, że my nagle mamy wyzbywać się wszystkiego, co posiadamy - choć do pewnego młodzieńca Jezus powiedział: "idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie, po czym przyjdź i naśladuj mnie" (Ewangelia Marka 10, 21). Gdy Jezus nawołuje nas, byśmy się stali sługami, nie chodzi mu o zasobność naszych kont bankowych, ani warunków, w jakich żyjemy, lecz o postawę serca naszego! 

Fascynuje mnie to spostrzeżenie Elisabeth Elliot dotyczące różnicy pomiędzy sługą a dobroczyńcą. Jezusowi nie chodzi o to, byśmy byli dobroczyńcami, lecz sługami - tu jest różnica w postawie serca. Są milionerzy, którzy każdego roku przelewają wiele pieniędzy na różne cele - to jest dobroczynność. Są też tacy, którzy oddają właściwie wszystko, co zdobyli. Znani są ludzie, którzy zarobili miliardy dolarów i prawie wszystko przeznaczyli dla innych, a sami żyją skromnie - to już bym nazwał postawą sługi, choć to oczywiście wciąż za mało, by być zbawionym. Jako przykład stania się sługą może służyć Matka Teresa z Kalkuty, która poszła do ubogich i chorych, by ich podnosić i opatrywać. Możemy mieć do niej wiele zastrzeżeń pod względem religijnym, możemy zakwestionować jej świętość i zastanawiać się, czy będzie wśród zbawionych, czy mimo wszystko wśród potępionych - bo choć przyjęła funkcję sługi najuboższych i oddała im całe życie, zbawieni jesteśmy z łaski, a nie z uczynków (por. List do Efezjan 2, 9) i bycie dobrym i ofiarnym (choć komuś się to może wydać skandalem) nie gwarantuje zbawienia. Nigdy bym się jednak nie ośmielił powiedzieć czegokolwiek przeciw jej służbie! Ona niewątpliwie dobrze odczytała to akurat wezwanie Chrystusa i może być wzorem służby i pokory niezależnie od tego, czy zgadzamy się z jej wierzeniami

Myślę, że bycie dobroczyńcą jest związane z pewną formą współczucia, ale sługą staje się tylko ten, kto ma w sercu dużo miłości do bliźnich. Dobroczyńca oddaje swoje pieniądze. Sługa oddaje swoje życie.

Zysk czy strata?

"Jeśli kto chce pójść za mną, niech się zaprze samego siebie i weźmie krzyż swój, i niech idzie za mną. Bo kto by chciał życie swoje zachować, utraci je, a kto by utracił życie swoje dla mnie, odnajdzie je." (Ewangelia Mateusza 16, 24 - 25)

niedziela, 27 stycznia 2013

"Zło dobrem zwyciężaj" a "sprawa polska"

"Nikomu złem za złe nie oddawajcie, starajcie się o to, co jest dobre w oczach wszystkich ludzi. Jeśli można, o ile to od was zależy, ze wszystkimi ludźmi pokój miejcie. Najmilsi! Nie mścijcie się sami, ale pozostawcie to gniewowi Bożemu, albowiem napisano: Pomsta do mnie należy, Ja odpłacę, mówi Pan. Jeśli tedy łaknie nieprzyjaciel twój, nakarm go; jeśli pragnie, napój go; bo czyniąc to, węgle rozżarzone zgarniesz na jego głowę. Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj." (List do Rzymian 12, 17 - 21)
Obchodzimy 150 rocznicę Powstania Styczniowego. Konferencje, spotkania, ekspozycje muzealne, programy w radiu i telewizji... To takie "patriotyczne" upamiętnić zryw narodowy. Cóż z tego, że byliśmy,do niego (jako naród) zupełnie nieprzygotowani, że chcieliśmy pokonać wroga prawie nie mając broni, posyłając do walki ludzi, którzy o walce nie mieli żadnego pojęcia, że jak zwykle wśród przywódców nie brakło idealistów - fantastów, którym wydawało się, że samą wolą walki można wiele osiągnąć... Cóż z tego, że choć szaleńczo odważni, lecz odwadze nie towarzyszyła rozumna kalkulacja, że cały XIX wiek działaliśmy "podkręcani" fantastycznymi wizjami, które nie miały szansy się urzeczywistnić... Ówczesne działania niepodległościowe dobrze pokazuje Adam Mickiewicz w swojej "Pieśni Filaretów", napisanej przed 1821 rokiem:
"Cyrkla, wagi i miary
Do martwych użyj brył;
Mierz siłę na zamiary,
Nie zamiar podług sił."
 
co znaczy: obieramy sobie wielki, być może nierealny cel i robimy wszystko, aby go osiągnąć. Mickiewicz zaangażował się w 1841 roku w stworzenie dziwacznej sekty o charakterze patriotyczno-religijnym działającej w ramach nurtu zwanego "mesjanizmem polskim", zwącej się "Kołem Sprawy Bożej", którą od początku współtworzył wraz z Andrzejem Towiańskim. Członkiem tej samej sekty był także Juliusz Słowacki. To od nich pochodzą hasła: "Polska mesjaszem narodów" (Mickiewicz) i "Polska Winkelriedem narodów" (Słowacki), co miało stymulować naród do walki. To na uch twórczości w dużej części został zbudowany polski patriotyzm! Ten sam patriotyzm, którego częścią jest dziś niemal nabożna cześć dla wszystkich, którzy walczyli "o sprawę polską", dla przywódców (choćby najbardziej nieodpowiedzialnych fantastów, którzy doprowadzili tak naprawdę jedynie do śmierci wielu ludzi) i uczestników powstań, do "wielkich wydarzeń" (choćby nie przyniosły nam nic oprócz cierpienia). 

Być "patriotą"...

Wciąż i wciąż wskazuje się nam na wydarzenia z historii, na różnych ludzi i wmawia się, że powinniśmy się tymi "szczytnymi ideami" kierować w swoim życiu i naśladować "wielkich patriotów". Cały patriotyzm, którego się nas uczy, to... zagrzewanie do walki, choćby beznadziejnej. Z naszych podręczników i z naszych lekcji historii wynika, że jako naród wiele się wycierpieliśmy i jesteśmy "ludem bohaterskim". Bardzo niechętnie się pisze - a najczęściej w ogóle się nie pisze - o głupocie (np. gdzie w podręcznikach historii przeczytamy o naiwności przywódców Powstania Warszawskiego?) i łajdactwach (np. zagarnięcie ziem dawnego Księstwa Litewskiego), jakich się dopuszczali nasi rodacy. 
Religia jest bardzo często wmontowywana w ten patriotzym, jako narzędzie i tak z nim łączona, że może się wręcz wydawać, że stanowią praktycznie jedno. Wielu i dziś uważa, że nie można być naprawdę Polakiem, nie będąc katolikiem i że wiara katolicka jest bezcenna i ważna dla istnienia państwa. Wielu duchownych katolickich uczestniczyło w powstaniach i podburzało lud. Obrazki z powstania, na których ksiądz idzie na cele uzbrojonych ludzi (których celem jest walka, więc: zabijanie) z krzyżem nie są wymysłem rysowników i malarzy. Tylko czy Chrystus chciałby być - wraz ze swym krzyżem - znakiem na czele tych, którzy... idą zabijać i mścić?

W naszych szkołach uczy się patriotyzmu bardzo chyba w gruncie rzeczy zbliżonego do wizji towiańczyków. "Ikonami patriotyzmu" w naszych szkołach są właśnie Mickiewicz, Słowacki i ludzie, którzy podobnie jak oni myśleli o Polsce. Obrzydza się przy tym to wszystko, co się z tą wizją nie zgadza. Pamiętam jeszcze dobrze jak niekorzystnym świetle przedstawiano choćby Grzegorza XVI który potępił Powstanie Listopadowe, a któremu Słowacki włożył w usta słowa: "Niech Polaki modlą się, czczą cara i wierzą ..." ("Kordian") - choć te akurat słowa dobrze pasują do tego, co o władzy mówi Biblia.

sobota, 26 stycznia 2013

Pięć "ziaren" dla Indian Waorani

"Przez bramy nieba" autorstwa Elizabeth Elliot to kolejna pozycja mówiąca o poświęceniu amerykańskich misjonarzy, autorów i uczestników "Operacji Auca" - Jima Elliota, Nate'a Sainta, Eda McCully, Petera Fleminga i Rogera Youderiana - którzy 8 stycznia 1956 roku oddali życie na "Palmowej Plaży" nad rzeką Curaray w ekwadorskim Oriente (Amazonia). Stało się to podczas próby podjęcia pierwszego kontaktu z Indianami Waorani, co miało być wstępem do podjęcia działalności misyjnej wśród nich. Jeśli śledzicie mojego bloga, to wiecie, że często do tego wracam, że gromadzę kolejne książki (to jeszcze nie koniec, bo to zdarzenie jest bodaj najlepiej opisaną historią misyjną!)... Tak, jest w tej historii i w ludziach w niej uczestniczących coś, co mnie fascynuje.

Ta książka tym różni się od tych, które opisałem wcześniej, że Elizabeth Eliott była "w samym centrum wydarzeń", bowiem jest to książka o ludziach jej najbliższych... Była wierną i oddaną towarzyszką życia Jima Elliota, a po jego śmierci została poproszona, by całą historię opowiedzieć, gdyż bardzo wielu ludzi na świecie pytało o "Operację Auca" i o to, co się wydarzyło na "Palmowej Plaży". Podziwiam hart ducha autorki i wyobrażam sobie, że kartki tej książki są "zmoczone łzami", bo nie zwlekała z realizacją tej prośby i książka ukazała się już pół roku po tej tragedii. Elisabeth nie starała się wszystkiego opisać jak najpiękniej, lecz jak najwierniej - i to, pewna wyczuwalna surowość materiału - odróżnia tą książkę od innych pozycji z mojej "misyjnej półki". Nie jest to piękna, "wymuskana" opowieść, lecz świadectwo - dokumentacja życia i wiary piątki męczenników.

Cała piątka bohaterów była młodymi, pełnymi energii i wiary ludźmi. Jim Elliot urodził się 27 października 1927 roku - do Ekwadoru przyjechał 21 lutego 1952 roku, mając 24 lata. Towarzyszył mu o rok młodszy kolega, Peter Fleming. 10 grudnia 1952 roku dołączył do nich Edward McCully (rocznik 1927), a w 1953 Roger Youderian (ur. 21 stycznia 1924). Najstarszy z nich wszystkich - Nathanael "Nate" Saint (ur. 30 sierpnia 1923 roku) - pracował w Ekwadorze, wraz ze swoją żoną Marj już od 1948 roku jako misjonarz - pilot i mechanik Mission Aviation Fellowship. W 1955 roku, gdy zdecydowali się podjąć próbę dotarcia do dzikiego plemienia Waorani (Auca), mieli wszyscy mieli grubo poniżej 40 lat, co pozwala kwalifikować ich jako młodych ludzi. Największym pragnieniem każdego z nich było pójść i zanieść Ewangelię tam, gdzie wcześniej nikt nie mówił o Jezusie Chrystusie. 1/3 książki to historia powołania i posłuszeństwa Bogu, opowieść o tym, w jaki niezwykły sposób Bóg "skompletował" zespół potrzebnych mu ludzi.

Pięciu męczenników z "Palmowej Plaży: Peter Fleming, Jim Elliot, Ed McCully, Nate Saint i Roger Youderian.

Operacja Auca realizowana była w najgłębszej tajemnicy przed światem. Obawiano się bowiem, że próba kontaktu z plemieniem "żyjącym w epoce kamiennej" przyciągnęłaby zbyt wielu ludzi, których obecność mogłaby wszystko popsuć - obawiano się zwłaszcza zainteresowania mediów, bo nie chciano przy tym reporterów, aparatów i kamer. Nie przekazano nawet informacji Kościołom ani rodzinom, proszono co najwyżej o modlitwy. Także organizacje misyjne nie były bliżej informowane o tym, co się szykuje. Nie wiedzieli o tym okoliczni misjonarze - spoza tego wąskiego grona. Nie wtajemniczono w to nawet siostry Nate'a, Rachel Saint, która przygotowywała się już do podjęcia misji wśród Waorani. W najgłębszym sekrecie odbywano loty "zwiadowcze" nad terytorium tego plemienia, badając położenie osad, a następnie nawiązując wstępny kontakt, mający na celu przekonanie ich o przyjaznych zamiarach. W łączności radiowej - odbywającej się na kanałach, z których korzystali na co dzień lotnicy MAF - używano szyfru, nikt nie śmiał wiedzieć gdzie skierował się żółty samolot MAF i o kim mowa. O całej akcji świat dowiedział się, gdy przekazana została wiadomość o męczeńskiej śmierci tych bohaterskich ludzi.

Mury

Starsza pani machająca do znajomego w sektorze wschodnim (1961)
Być w Berlinie i nie zobaczyć "Muru Berlińskiego", to jak "być w Rzymie i nie widzieć papieża' (tak się mówi, choć to przecież żadna atrakcja). Choć z muru niewiele zostało, warto zatrzymać się tam, gdzie są jego ślady. Warto też odwiedzić Miejsce Pamięci Muru Berlińskiego przy Bernauer Straße. Miałem okazję być w tym mieście w grudniu 2011 roku. Ekspozycja przy  Bernauer Straße robi doprawdy przygnębiające wrażenie - było to niczym więzienie dla setek tysięcy ludzi... Chociaż pani Barbara - moja gospodyni w Berlinie - zadała trafne pytanie: "Tylko kto właściwie był w więzieniu"... Miasto podzielono w 1961 roku - nie tylko betonowym murem, ale także okopami, zasiekami, polami minowymi. Cały ten system umocnień miał ponad 150 kilometrów długości i przetrwał do 9 listopada 1989 roku. Dla dzisiejszej młodzieży to już historia, ale ja dobrze pamiętam relacje telewizyjne ze zjednoczenia Niemiec - pamiętam uchwycone przez kamery telewizyjne sceny, gdy berlińczycy spontanicznie zaczęli rozbijać mur. Dla świata upadek "Muru Berlińskiego" jest symbolicznym kresem komunizmu w Europie - choć wiemy, że był to tylko kolejny etap "rozbiórki systemu"...


Mur ten podzielił Niemców i kto wie, czy jeszcze dziś ludzie, którym przyszło żyć w tamtych czasach, nie noszą jeszcze w sobie "resztek" tego muru, bowiem takie tragedie, jakich doświadczyli, zostawia w człowieku ślad. Nie zapominam przy tym, że sprawcą tych zranień był sam naród niemiecki, z którego woli w 1933 roku władzę zyskał Adolf Hitler - gdyby nie II wojna światowa, Rosjanie nie zajęliby Berlina, nie wprowadzono by władzy komunistycznej, ani nie było by podziału Niemiec. O tym trzeba pamiętać! A jednak, gdy stajemy "oko w oko" z Murem, nie sposób nie pochylić się nad tragedią narodu, który przez ten mur cierpiał. Nie wszystkich Niemców można obwiniać o wojnę - słowo "bandyta" nie jest w żadnym wypadku synonimem słowa "Niemiec"! Tam, przy  Bernauer Straße - i także w wielu innych miejscach (choć ślady po murze coraz trudniej znaleźć) - poznajemy historię tego podziału, historię pełną krwi i łez...  Po zwiedzeniu ekspozycji trudno zapomnieć twarze ludzi, którzy próbowali się przez tą zaporę przedostać i tam zginęli - nawet kilkuletnie dzieci! Trudno zapomnieć zdjęcia i ujęcia filmowe sprzed lat. Trudno zapomnieć opowieści o "stacjach - duchach" (metro i szybka kolej) obstawionych przez żołnierzy, na których nigdy nie zatrzymywały się pociągi i o pewnej matce, która tylko przez mur mogła ujrzeć córkę w dniu jej ślubu.

Fot. Thierry Noir (1986) / Wikipedia CC 3.0
Myślę, że tak naprawdę trudno nam sobie wyobrazić przez co przeszli mieszkańcy tego miasta. Do domu wróciłem z kawałkiem tego muru - typową pamiątką z Berlina. Każdy może sobie taką pamiątkę przywieźć - starczy wydać kilka, kilkanaście euro... To, że każdy może mieć kawałek muru (mój kawałek pochodzi z pewnego źródła - został zakupiony w oficjalnym sklepie firmowanym przez miasto Berlin) daje pewne wyobrażenie o tym, jak wiele gruzu musiało pozostać po murze! Mój kawałek jest dosyć spory, oprawiony w plexi, i jest tak kolorowy, jak to widać na zdjęciu obok. Jest dla mnie pamiątką, symbolem Berlina, symbolem trudnej historii XX wieku, cierpienia pod jarzmem komunizmu... Jest jednak dla mnie symbolem czegoś jeszcze...

piątek, 25 stycznia 2013

Ku czyjej chwale?

Fot Mohylek / Wikipedia  CC0 1.0
"Panama zbuduje największą na świecie statuę Matki Bożej. Będzie wyższa niż nowojorska Statua Wolności. (...) Prezydent kraju, Ricardo Martinelli, ogłosił, że gigantyczna konstrukcja stanie przy wejściu do stołecznego portu. Figura ma mieć ponad 100 metrów wysokości i być 'ikoną miasta'. Zostanie wykonana przez prywatną firmę, ale wspartą finansowo przez państwo" - taką informację od kilku miesięcy podają media. Według najświeższych doniesień - i jak widać na zdjęciach - prace są już na ukończeniu, a choć wymiary podane przez m.in. Radio Watykańskie są przesadzone, to jednak wysokość 45 metrów również "imponuje".

Swego czasu w podobnym stylu, pełnym fascynacji gigantycznością, pisano o figurze Chrystusa budowanej w Świebodzinie (nota bene budowanego niezgodnie z prawem). Monument ów szybko okrzyknięto "przerośniętym ogrodowym krasnalem" - nie ubliżając tym Chrystusowi, lecz raczej odnosząc się do specyficznej "urody" pomnika. Tylko to jedno można o nim powiedzieć: jest rzeczywiście ogromny! Nie dane jednak było narodowi długo cieszyć się "największym Chrystusem", bo byli też inni chętni do "największości". 9 listopada 2010 roku "Gazeta Lubuska" podawała: "Świebodziński Chrystus zdetronizowany? (...) Pomnik Chrystusa Króla w Świebodzinie może nie być największym tego typu monumentem na świecie. Pretendentem do tego tytułu jest także figura Jezusa Cristo de la Concordia stojąca na wzgórzu w pobliżu Cochabamba w Boliwii. Sprawdziliśmy tę informację. W istocie sama postać boliwijskiego Jezusa mierzy 34,2 metra. Jeśli nie liczyć korony jego świebodzińskiego odpowiednika (33 metry), jest on w takim razie najwyższym pomnikiem Jezusa na świecie. Jeśli natomiast wziąć pod uwagę trzymetrową koronę, to jednak Chrystus Król jest zwycięzcą, osiągając wysokość 36 metrów." Same doniesienia jako żywo przypominały relację z "Wielkiej Pardubickiej" i analizy, który z koni zwyciężył o pół długości łba! Już jednak 25 czerwca 2011 Katolicka Agencja Informacyjna podawała: "Potężna, 37-metrowa figura Chrystusa stanęła nad brzegami Pacyfiku na wzgórzu Morro Solar de Chorrillos, wznoszącym się nad Limą. peruwiańska statua przewyższa pomnik w Świebodzinie o zaledwie jeden metr." I znów jakby relacja z zawodów: Proszę Państwa, przegrywamy, ale niewiele! Może się jeszcze naród zmobilizuje do dalszej walki? Ale czy na pewno przegrywamy? - zastanawiają się niektórzy - Przecież "nasz" Chrystus stoi na 16-metrowym kopcu, więc tak naprawdę ma aż 52 metry! Jeśli tak liczyć, to faktycznie - nawet monument z Boliwii mu "nie podskoczy"!

Czytając takie wieści, zadaję sobie przede wszystkim pytanie: Czemu ma to służyć? Zwyczajowa odpowiedź wyznawców katolicyzmu jest: "ku chwale Boga!" Ale czy Bóg potrzebuje, by stawiać pomniki Chrystusa lub jego matki? Czy przez to jest wspanialszym Bogiem? Czy Jego chwała przez to jest większa? Nie! Ani Bogu to nie jest potrzebne, ani nie służy wywyższeniu Boga! Obserwując ten swoisty wyścig doszedłem do wniosku, że w gruncie rzeczy nie chodzi o oddanie chwały Bogu, lecz o satysfakcję, że zrobiło się coś "największego na świecie", "imponującego", że "jest się czym pochwalić"! W rzeczywistości jest to więc wcale nie "ku chwale Boga", lecz ku zaspokojeniu własnych ambicji, więc ku chwale człowieka! Przypomina to zresztą starożytną Grecję i Rzym, gdzie także kult przybierał formę wystawiania pomników bożkom - i z tych zwyczajów wywodzą się tendencje do wznoszenia monumentów "ku chwale Boga"! Podobnie jest ze wspaniałymi świątyniami, które Bogu nie są do niczego potrzebne - a tylko "mile łechcą" próżność ludzi i mają "cieszyć oko".

Stawiamy pomniki bohaterom. Jezus jest bohaterem! Lecz jeśli stawiamy Mu pomniki, to jest to raczej "uczłowieczanie" Chrystusa - w sensie: umniejszania go do równości z innymi bohaterami, których upamiętnia się pomnikami. Pomnik dziś jest, a jutro może być zburzony - jakaż więc chwała dla Boga z wystawionego mu pomnika? Jezus nie pragnął tego, byśmy wystawiali mu pomniki, bo nie oczekuje takiego wywyższenia, nie oczekuje oddania Mu chwały na ziemski sposób - gdy ludzie chcieli Go koronować, umknął im (Ewangelia Jana 6, 14). Jezus nie pragnie dla siebie ani koronacji - obwołanie Go królem - ani pomników. Jedyne wywyższenie, jakiego pragnął w sensie czysto ziemskim, to wywyższenie na krzyżu, dla naszego zbawienia. Jedyny przejaw kultu, jakiego pragnie to byśmy my oddawali Bogu chwałę w duchu i prawdzie (Ewangelia Jana 4, 23)! Tym bardziej nie mamy wywyższać w ten sposób Marii / Maryi, która jest tylko STWORZENIEM, narzędziem, którym posłużył się Bóg, by jako Zbawiciel przyjść na świat (2. Księga Mojżeszowa - tzw. "Wyjścia" - 20, 4 - 6). 

Większą chwałę Bogu oddaje nie ten, kto stawia wielkie pomniki i bogate świątynie, a ten, kto pada na kolana przed Bogiem, a zawartość sakiewki "przemienia na dobro". Nic Bogu po pomnikach i świątyniach, które się w nicość obrócą  - jeśli nie jutro i nie za 100 lat, to przy końcu świata, ale miły mu jest ten, kto klęcząc przed nim nie będzie marnował środków na zaspokojenie swoich ambicji, lecz nakarmi głodnych i ubierze sieroty. Większy jest pożytek i dla ludzi i dla Królestwa Niebieskiego z takiego świadectwa, niż ze wszystkich pomników razem wziętych. Monumentalne pomniki są dziś raczej zgorszeniem dla świata; antyświadectwem; obrazem bogactwa, dominacji i pychy Kościoła; są także poważną przeszkodą w głoszeniu Ewangelii!

czwartek, 24 stycznia 2013

Gdy ból rozdziera serce...

Gdy jest mi tak źle...
Gdy serce me jest obolałe
a oczy pełne łez...
Gdy tonę w rozpaczy,
zraniony przez ludzi i odepchnięty...
Gdy jestem na dnie
i widzę tylko ciemność...

Ty, Panie, wyciągasz do mnie swą dłoń
i pomagasz mi wstać!

Niektórzy uważają, że chrześcijanin powinien być zawsze pogodny lub wręcz radosny. Niektórzy mówią: "smutek i przygnębienie pochodzą od diabła, wystrzega się tego!" Nie jest to jednak oparte na Biblii. Cokolwiek byśmy nie robili, przychodzą w naszym życiu także trudne chwile - apatia, ból, a nawet depresja. Nie ma człowieka, który by nie doświadczał smutku - także tego najgłębszego. Jeśli ktoś zdaje się być takim człowiekiem zawsze radosnym, to prawdopodobnie ma "niezłą maskę". Nie okłamujmy się mówiąc, że "kto przyjął Chrystusa ten już powinien być szczęśliwy", bo ból i łzy są nam także potrzebne - tak naprawdę to, że odczuwamy ból i płaczemy świadczy o naszej wrażliwości.

Jezus mówi nam: "Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni" (Ewangelia Mateusza 5, 4). W przekładzie literackim Ewangelicznego Instytutu Biblijnego wers ten przyjmuje zaskakującą formę: "Szczęśliwi zasmuceni, gdyż oni doznają pociechy", co może się wydawać w tym brzmieniu absurdalne, ale... To oznacza, że Bóg jest przy nas, gdy doświadczamy smutku, gdy oczy nasze są pełne łez, gdy nasze serce napełnia ból - czasem tak wielki, że trudny do zniesienia - Bóg jest przy nas. Bóg do Jakuba skierował kiedyś takie słowa: "Nie bój się, bom Ja z tobą, nie lękaj się, bom Ja Bogiem twoim! Wzmocnię cię, a dam ci pomoc, podeprę cię prawicą sprawiedliwości swojej" (Izajasza 41, 9). Choć Bóg przekazał je przed wiekami, są one wciąż aktualne, bo dotyczą w takim samym stopniu każdego człowieka, którego Bóg wybrał, wzywając: "Chodź za mną!" i który na to wezwanie odpowiedział: "Idę, Panie!" Gdy upadamy na duchu, gdy doświadczamy smutku, On pochyla się nad nami i otula - czy może osłania nas - swoją miłością. Choć może nie zawsze to czujemy i jest w bas skarga: "Boże mój! Boże mój! Czemuś mnie opuścił!" (por. Ew. Mateusza 27, 46 oraz Ew. Marka 15, 34). Gdybyśmy nie doświadczali bólu i łez, to czy potrafilibyśmy docenić ukojenie i radość? Czy gdybyśmy nie cierpieli, potrafilibyśmy rozpoznać delikatny dotyk Boga?

środa, 23 stycznia 2013

Chrześcijaństwo ewangeliczne w PRL...

... oczami reporterów Telewizji Polskiej (POLTEL) - czyli niezwykle ciekawe obrazy z życia zborów Zjednoczonego Kościoła Ewangelicznego (Kościoła Zielonoświątkowego) i Kościoła Chrześcijan - Baptystów. Oba filmy nakręcone zostały w roku 1983 w ramach cyklu "Religie i Kościoły w Polsce", mającego ukazać rzekome (!) swobody religijne w PRL i różnorodność wspólnot wyznaniowych i religijnych. Status prawny obu filmów nie jest mi znany - wiem jedynie, że nie są one szeroko udostępniane widzom, gdyż nigdzie nie można tych materiałów zakupić, a emitowane zostały jedynie w TVP Historia, który to kanał jest dostępny tylko dla części abonentów TVP korzystających z usług wybranych operatorów telewizji kablowych.

wtorek, 22 stycznia 2013

Ziarenko wiary

Fot. João Pedro Gonçalves / Wikipedia
"'Pośród was stoi ten, którego wy nie znacie' (Ew. Jana 1, 26) Ty, który pragniesz zgłebić tajemnicę swego serca, gdziekolwiek jesteś na Ziemi, czy przeczuwasz w sobie choćby przelotne, ciche oczekiwanie czyjejś obecności? To pełne prostoty oczekiwanie, to proste pragnienie Boga jest już początkiem wiary" (Brat Roger z Taize)

Chociaż można mieć wiele zastrzeżeń odnośnie Taize - być może wkrótce wreszcie napiszę coś więcej i o Taize i o moich wątpliwościach - ta myśl założyciela ekumenicznej Wspólnoty zawsze mi się bardzo podobała. Jest wielu ludzi, którzy Boga nie znają`, ale ich serce w sposób niesamowity jest gotowe na przyjęcie Ewangelii. Takim człowiekiem był pewnie sługa etipskiej królowej Kandaki, o którym czytamy w Dziejach Apostolskich 8, 26 - 39. 
"A anioł Pański rzekł do Filipa, mówiąc: Wstań i idź na południe drogą, która prowadzi z Jerozolimy do Gazy. Jest to droga pustynna. I powstawszy, poszedł. A oto Etiopczyk, eunuch, dostojnik królowej etiopskiej Kandaki, który zarządzał jej wszystkimi skarbami, a przyszedł do Jerozolimy, aby się modlić, powracał, a siedząc na swoim wozie, czytał proroka Izajasza. I rzekł Duch Filipowi: Podejdź i przyłącz się do tego wozu. A gdy Filip podbiegł, usłyszał, jak tamten czytał proroka Izajasza, i rzekł: Czy rozumiesz to, co czytasz? Ten zaś powiedział: Jakżebym mógł, jeśli mnie nikt nie pouczył? I poprosił Filipa, aby wsiadł i zajął przy nim miejsce. A ustęp Pisma, który czytał, był ten: Jak owca na rzeź był prowadzony I jak baranek milczący wobec tego, który go strzyże, Tak nie otwiera ust swoich; W poniżeniu jego wyjęty został spod prawa, O jego rodzie któż opowie? Bo życie jego z ziemi zgładzone zostaje. Wtedy eunuch odezwał się do Filipa i rzekł: Proszę cię, o kim to prorok mówi? O sobie samym, czy też o kim innym? A Filip otworzył swoje usta i zwiastował mu dobrą nowinę o Jezusie, począwszy od tego ustępu Pisma. A gdy tak jechali drogą, przybyli nad jakąś wodę, a eunuch rzekł: Oto woda; cóż stoi na przeszkodzie, abym został ochrzczony? Filip zaś powiedział mu: Jeśli wierzysz z całego serca, możesz. A odpowiadając, rzekł: Wierzę, że Jezus Chrystus jest Synem Bożym. I kazał zatrzymać wóz, zeszli obaj, Filip i eunuch, do wody, i ochrzcił go. Gdy zaś wyszli z wody, Duch Pański porwał Filipa i eunuch nie ujrzał go więcej, lecz radując się jechał dalej swoją drogą."
Musiał być to znaczny i bogaty sługa, skoro stać go było na kosztowną podróż. Nie wiemy kim był. Być może był Żydem, skoro wyruszył w tak daleką podróż - "serce" Etiopii, skąd niewątpliwie wyruszył, od Jerozolimy dzieli dystans ok. 2500 km w linii prostej! Zastanawiające jest jednak, że nie znał Pism - więc może jednak Żydem nie był? Mógł być też tzw. Felaszem, czarnoskórym wyznawcą mozaizmu - choć trwają spory odnośnie pochodzenia Felaszy i początków wpływów judaizmu na terenie Etiopii. Był za to na pewno człowiekiem uczonym  - nawet jeśli nie był Żydem, musiał znać biegle język hebrajski, być może też aramejski i prawie na pewno grekę, która była językiem filozofów, ludzi uczonych. Do odbycia dalekiej drogi skłoniło go pragnienie modlitwy, pragnienie spotkania z Bogiem - może poznania Boga? Możemy się domyślać, że sługa ów zainteresował się świętą księgą Proroka Izajasza, o której istnieniu prawdopodobnie wcześniej nawet nie wiedział, goszcząc w Jerozolimie i zapragnął dowiedzieć się więcej o Bogu.  Bogu, który zasiał w nim "ziarenko" głodu prawdziwej wiary, poznania Boga.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Bóg i medycyna

"Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w odzieniu owczym, wewnątrz zaś są wilkami drapieżnymi!" (Ewangelia Mateusza 7, 15)
Nie każdy, kto sprawia wrażenie pobożnego i mówi o Bogu, jest godzien naszego zaufania. Nie każde miejsce, które określa się jako "kościół", "zbór" czy "dom modlitwy" jest tym, gdzie można przyjść i czuć się bezpiecznie. Nie od każdego, kto w ręku trzyma Biblię usłyszycie zdrowe i czyste Słowo Boże. Na świecie pojawiło się wielu fałszywych nauczycieli - zwodzicieli - głoszących poglądy, których wcale nie ma w Biblii! Niektórzy z nich głoszą na przykład, że chrześcijanin ufający Bogu, to dziecko Króla, a królewskie dzieci na tym świecie mają wszelkie przywileje i "jeżdżą zawsze pierwszą klasą", a więc "chrześcijanina ufającego Bogu" można poznać (przykład) po tym, że jest bogaty (bo Bóg mu błogosławi) i zawsze zdrowy (bo Bóg go chroni) i pewnie zawsze powinien czuć się szczęśliwy, a jeśli ktoś cierpi biedę lub choruje skłonni są uznać, że... nie ufa Panu!

Pozwólcie, że przytoczę - jako ostrzeżenie - pewną rozmowę, którą swego czasu odbyłem przez internet (stąd charakterystyczne "wymieszanie" widoczne w kilku miejscach). Był 22 stycznia 2011 roku, a moim rozmówcą był młody brat, który pewnego dnia zniknął ze zboru baptystycznego i... tak naprawdę do dziś nie wiem gdzie i na jakich nauczycieli trafił. W pewnym momencie nasza rozmowa zeszła na sprawy związane ze zdrowiem i medycyną - i okazało się, że mój rozmówca ma co najmniej zastanawiające poglądy na ten temat. Rozmowa jest długa, ale myślę, że pożytecznie będzie przeczytać ją całą. Pozwalam sobie podkreślić pewne szczególne fragmenty, dość dobrze pokazujące filozofię ruchów religijnych, które nazwałbym hipercharyzmańskimi (nie chcąc nikogo obrażać, lecz dla odróżnienia ich od tradycyjnych wspólnot charyzmatycznych).

*****

Brat: - Jutro nie mogę przyjechać do G. na nabożeństwo, bo jadę do K. Mój przyjaciel trafił tam do wariatkowa. Ale on nie jest wariatem, bo jest w Panu. Podtrzymuję go i rozmawiam z nim dużo. Moim zdaniem jest on normalny i nie każę mu jeść tabletek. Mówię mu, żeby je wypluwał i on tak robi. Wiesz, dużo w tym chemii.
Ja: To jest bardzo kiepski pomysł.  Wiesz, zaufanie do Boga to jedno, ale Bóg dał nam też lekarzy i tabletki. I to nie może być tak, że ty mówisz mu, żeby nie łykał. To Bóg musi to powiedzieć! To jest bardzo niebezpieczne, jeśli się odstawi lek samemu, bez konsultacji lub bez wyraźnego znaku od Boga, by to zrobić.
- On sam tego nie robi – ja go poparłem. A jeśli mamy lekarzy i tabletki, to po co Jezus uzdrawiał, no po co? Jesteś normalny, M., i łykaj teraz jakieś psychotropy. Zaszkodzi ci to. On jest normalny!
- Znam jednego brata, który chorował na schizofrenię. Pewnego dnia Bóg mu powiedział, aby odstawił tabletki. Został uzdrowiony. Ale to Bóg musi powiedzieć – nie może to być od człowieka!
- Ja zostawiam ten problem Bogu. On i jemu, i nam pomoże. Człowiek jest omylną istotą, Bóg nie, więc wiesz...
- Jezus uzdrawiał, ale czy jest gdzieś powiedziane, abyśmy nie korzystali z medycyny, lub nie brali lekarstw? Uważaj, bo to jest zupełnie niebiblijna nauka. Nie masz tego w Biblii. Nie masz tam takich praktyk ani takiego zalecenia!
- A czy gdzieś jest powiedziane: korzystajcie z pomocy lekarzy lub tabletek, jeżeli Jezus Chrystus uzdrawia? Żeby być zdrowym, wystarczy uwierzyć, kochać Jezusa Chrystusa i jest się zdrowym. Tabletki kosztują. To strata czasu i szkoda dla organizmu...
- Mylisz się!
- Jak ja miałem rzepkę kolanową złamaną, lekarz zapisał mi tabletki. Ja te tabletki zastąpiłem modlitwą, bracie, i dziś skaczę na tej nodze, a podobno nie powinienem chodzić.
- Jest wielu ludzi, którzy są oddani Bogu a chorują. Nawet psychicznie. Znasz L. Chyba?
- Tak.
- On jest cały oddany Bogu, kocha Boga całym sobą, a ma potężne problemy ze zdrowiem i z psychiką.
- Są ludzie, którzy są oddani Bogu, ale nie wierzą w jego moc, albo nie mają takiej wiary. I to jest problem. Wystarczy, że jako wierzący, wpuścisz do swego serca choćby ziarenko zwątpienia i masz chorobę. M., po prostu trzeba wierzyć. Powiedz mi dlaczego Jezus Chrystus umarł na krzyżu? Dlaczego?
- Nie... Ludzie głębokiej wiary tak samo chorują jak każdy inny! Nie zostaliśmy wyzwoleni od chorób i kalectwa. Dobrym przykładem tego jest Joni...
- M., jak będziesz się karmił takimi rzeczami, to i ciebie to może spotkać. Odcinaj się od tego i zacznij wierzyć wiarą a nie ludźmi!
- Przepraszam, ale to, co teraz mówisz, jest niebiblijne.
- Jezus Chrystus!
- To są ludzkie nauki, J.!
- O właśnie, znowu ludzie... Czyli ludzie są ważniejsi od Boga, bo patrzymy na ludzi a nie na Boga i Jego moc! Ja wierzę w to, że Jezus uzdrawia i dzięki temu czuję się zdrowy. I tak będzie zawsze!
- Oczywiście są takie nurty, z taką nauką, ale to jest potępiane nawet przez bardzo charyzmatycznych nauczycieli. Przeczytaj choćby książkę pastora Chucka Smitha „Charyzma czy charyzmania”. On bardzo mądrze pisze o złych naukach, które pojawiają się w zborach.
- Nie, bracie. Moją jedyną lekturą teraz jest Biblia. Nie interesuje mnie zdanie ludzi, bo człowiek może się mylić. Bóg się nie myli, więc On jest dla mnie autorytetem.

niedziela, 20 stycznia 2013

Autorytet i porządek w Kościele

"On też uczynił jednych apostołami, drugich prorokami, innych ewangelistami, jeszcze innych duszpasterzami i nauczycielami. Uczynił to po to, by wyposażyć świętych do spełniania właściwych im zadań, do budowania ciała Chrystusa (...) Chodzi bowiem o to, abyśmy już nie byli dziećmi rzucanymi przez fale i unoszonymi przez każdy powiew nauki będącej w rzeczy samej wyrazem ludzkiego oszustwa i sprytu w posługiwaniu się zwodniczymi metodami. Przeciwnie, zależy mi, abyście pod każdym względem (...) rozwijali się i coraz bardziej przypominali Jego, który jest Głową, Chrystusa" (List do Efezjan 5, 11 - 15 - przekład literacki EIB)

Bóg ustanowił swój Kościół na Ziemi, a w tym Kościele ustanowił pewien porządek... Nie ustanowił podziału ludzi - podział na "kler" i "laikat" jest w gruncie rzeczy podziałem... kastowym, który nie występuje nigdzie w Nowym Testamencie. Uczynił nas, ludzi, braćmi i siostrami, i każde z nas ma do Niego dokładnie taki sam dostęp. Nie wyznaczył żadnych "łączników" - a tym w rzeczy samej są "kapłani" jakiejkolwiek religii! Ustanowił jednak pewien porządek w Kościele - nie celem podziału ludzi, lecz celem umocnienia Kościoła. Różnych ludzi do różnych funkcji powołał, a z tymi funkcjami łączy się autorytet różnych ludzi w Kościele - i do tego porządku w Kościele mamy się dostosowywać.

Każdy, kto "jest w Chrystusie" - kto wierzy w Niego - może przewodniczyć zgromadzeniom chrześcijańskim. Każdy może przewodniczyć Wieczerzy. Każdy może chrzcić tych, którzy tego pragną, wyznawszy swą wiarę. Każdy - jeśli tylko Bóg go do tego uzdalnia - może być dla drugiego "spowiednikiem" (zgodnie z tym, co apostoł Paweł pisze w szóstym rozdziale Listu do Galatów). Nigdzie w Biblii te zadania nie są przypisane komuś, kto w Kościele pełni jakąś konkretną funkcję, choć w praktyce w prawie wszystkich zborach i wspólnotach zadania te powierzono pastorom (funkcja w gruncie rzeczy pozabiblijna, w której łączy się kilka różnych wymienionych w Biblii, lecz możliwa do zaakceptowania). Do innych jednak zadań trzeba mieć specjalne namaszczenie - być osobno powołanym przez Boga. 

Nie każdy jest powołany do tego, by nauczać Słowa Bożego - choć każdy może mówić, jak Słowo rozumie, co pokazuje mu Pan. Nie każdy może też przewodzić w Kościele. Cóż by się stało, gdyby każdy mógł nauczać i kierować? Z Kościołem stałoby się wówczas to samo, co z autem szalonego konstruktora, który założył cztery koła, wstawił cztery fotele i przy każdym z foteli umieścił kierownicę połączoną z jednym z kół. Ja nie znam się na mechanice pojazdowej, ale na podstawie czysto logicznej mogę stwierdzić: taki pojazd daleko by nie zajechał. W najlepszym razie w ogóle by nie był w stanie ruszyć do przodu, lub stanąłby po kilku metrach, w najgorszym doszłoby do poważnego wypadku. Kierowca musi być jeden!

Bóg ustanowił pewien porządek w swoim Kościele nie po to, by ludzi dzielić, lecz sprawnego funkcjonowania całości i dla naszego bezpieczeństwa. I tą Jego decyzję musimy uszanować. On jest Głową Kościoła, jest Monarchą, a społeczności chrześcijan są częściami Królestwa Niebieskiego, Bożego władztwa. Królestwo zaś to jest pewien porządek, a nie anarchia z jej "róbta co chceta". Bóg przydzielił różnym ludziom różne zadania, obdarząjąc ich różnym autorytetem. 

Osobnym problemem jest to, byśmy potrafili rozpoznawać tych, których Bóg powołał i szli za nimi, nie dając się zwieść tym, którzy... powołali się sami. Nie każdy bowiem, kto określa się "pastorem" (pasterzem) i "nauczycielem wiary" jest tym, którego Bóg nim uczynił! Niektórzy na "autorytecie" budują hierarchię, inni własną pozycję, ustalając własną dominację. Wielu złodziei zakradło się do Owczarni Pana! Tych właściwych może nam wskazać sam Bóg, dając nam mądrość i kierując naszymi krokami, a nade wszystko poprzez swoje Słowo, gdyż jak pisze apostoł Paweł: "Całe Pismo przez Boga jest natchnione i pożyteczna do nauki, do wykrywania błędów, do poprawy,do wychowywania w sprawiedliwości" (2. List do Tymoteusza 3, 16). Ja to rozumiem następująco: błędów zarówno naszych własnych, jak i tych w naukach (i praktykach) różnych "autorytetów w wierze". Niechże ten, który sam jest Najwyższym Autorytetem, wskazuje nam tych, których On sam posłał i którym możemy ufać!

sobota, 19 stycznia 2013

Zwiastun pokoju

To była "najgłupsza" rzecz, jaką mogłem zrobić - obudziwszy się w nocy i nie mogąc na nowo usnąć, sięgnąłem po kolejną książkę Janet i Geoffa Benge, 'John Williams: Zwiastun pokoju". Zapomniałem o jednym - książki tych autorów są tak wspaniałe, historie tak wciągające, że gdy się zacznie czytać, to trudno się od nich oderwać aż do przerzucenia ostatniej kartki. Tak było i tym razem - w ciągu nocy kilkakrotnie próbowałem zgasić światło i zasnąć, lecz bezskutecznie. Czułem się jak wędrowiec na drodze, którego wciąż ciągnie do przodu, by przekonać się, co jest za następnym zakrętem... W ten sposób minęła noc...

Polinezja była moją wielką, młodzieńczą miłością... geograficzno - podróżniczą, gdy miałem swoich "naście" lat. Zaczęło się od książki Jacka Lilpopa "Po drugiej stronie nieba", potem m.in. "Polinezyjski pasat" Sverre Holmsena, "Raj na Tahiti" Arne Falk Rønne i oczywiście "Dzień dobry, Tahiti" naszego wielkiego podróżnika, Wojciecha Dworczyka... Każda z książek o Polinezji wysławia piękno tych wysp i uroki polinezyjskiej kultury, dzięki czemu jawią się nam one jako prawdziwy "ziemski raj". Nie ma tam wielu zabytków, gdyż mieszkańcy tych wysp nigdy nie mieli potrzeby tworzenia trwałego budownictwa - wyjątkiem są świątynie "marae", kamienne platformy służące niegdyś celom religijnym. Czytając bajeczne opisy piękna wysp, aż trudno uwierzyć, że ich mieszkańcy uprawiali kulty raczej z piekła rodem - ich ołtarze spływały często... ludzką krwią. I to wcale nie tylko na Markizach i Nowych Hebrydach, gdzie na wielu wyspach żyli ludożercy, ale także na obszarze archipelagu Wysp Towarzystwa, którego "sercem" jest Tahiti, "perła Polinezji". 

John Williams - grafika z książki Ebenezera Prouta
"Memoirs of the life of the Rev
. John Williams,
missionary to Polynesia
(1843)
Kulty te wymarły, gdy do "raju na Ziemi" dotarła Ewangelia Jezusa Chrystusa, a największy wpływ na przemianę całej Polinezji mieli misjonarze słynnego Londyńskiego Towarzystwa Misyjnego - na czele z Johnem Williamsem, którego bez najmniejszego cienia przesady można określić mianem "Apostoła Polinezji", i jego żony Mary. Wielka to szkoda, że książki podróżnicze rzadko opisują proces chrystianizacji Polinezji, gdyż swym przebiegiem przypominała ona raczej rewolucję kulturalno - religijną niż żmudną pracę misyjną, o której zazwyczaj czytamy. Niestety wielu podróżników, jeśli już wspominają o działalności misjonarzy, koncentrują się na tym, że zakazywano tradycyjnych tańców, muzyki i obrzędów. Książka o życiu pastora Johna Williamsa jest więc doskonałą "lekturą uzupełniającą" dla ludzi zakochanych w Polinezji.

Autorzy książki - nie wiadomo dlaczego - nie wspominają o jego pochodzeniu. Wywodził się z rodziny o tradycjach baptystycznych, lecz jego matka była pod wpływami kalwinistycznego metodzymu. Dla młodego Johna Bóg jednak niewiele znaczył, a Kościół kojarzył się z nudą - wolał pójść z kolegami na piwo, niż "nudzić się" na nabożeństwach. Chyba nikt nie spodziewał się, że wkrótce stanie się on jedną z najbarwniejszych postaci wśród misjonarzy, gorliwym ewangelizatorem i tłumaczem Biblii (był genialnym samoukiem, który z zadziwiającą szybkością uczył się "śpiewnej" mowy polinezyjskiej), a w końcu także męczennikiem za wiarę. Całe jego życie odmieniło się, gdy "przypadkowo" spotkał na ulicy żonę swego pryncypała, która posłużyła się... niemal szantażem, by zaciągnąć go na nabożeństwo do kalwinistyczno-metodystycznego zboru Whitefield Tabernacle Church, do którego sama uczęszczała. Takim chwytem - niemal "poniżej pasa" - Bóg przyprowadził go, by wysłuchał kazania pastora Tomothy'ego East'a, który tego dnia głosił na podstawie Ewangelii Marka 8, 36 - 37: "Albowiem cóż pomoże człowiekowi, choćby cały świat pozyskał, a na duszy swojej szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za duszę swoją?" Bóg - przy pomocy pastora - dotknął serca Johna i całe jego życie "przewrócił do góry nogami". John w jednej chwili zrozumiał swoją sytuację, ujrzał, że żyje w zły sposób i podjął decyzję, by to zmienić. Zamiast chadzać z kolegami na piwo zaczął studiować Biblię, uczęszczać na spotkania modlitewne, odwiedzać chorych, po dwóch miesiącach prowadził zajęcia szkółki niedzielnej, a w roku 1816 - mniej więcej dwa lata po nawróceniu - zgłosił chęć wyjazdu na wyspy Polinezji - nowootwierające się pole misyjne - gdzie, po akceptacji na członka  Londyńskiego Towarzystwa Misyjnego i wstępnym przygotowaniu wyruszył już w następnym roku.

piątek, 18 stycznia 2013

Gwiazda w dżungli

Choć może trudno nam to sobie wyobrazić, są na świecie prawdziwe "misyjne rodziny" - i nie chodzi mi wcale o małżeństwa, które wraz z dziećmi wyjeżdżają "na drugi koniec świata", by głosić Ewangelię, lecz o rodziny w szerszym znaczeniu. Taką rodziną jest rodzina Saintów - troje spośród dzieci Lawrencea i Katherine Saint zostało misjonarzami: David Saint wyjechał do Argentyny, Nate Saint do Ekwadoru - gdzie w 1956 roku zginął śmiercią męczeńską - a ich starsza siostra, Rachel Saint, po 12 latach pracy w ośrodku pomocy dla alkoholików decydowała się przyłączyć do organizacji misyjnej Wycliffe Bible Transaltors i również udać się do Ameryki Południowej, podejmując pracę misyjną najpierw w Peru, a później w ekwadorskim "Oriente", w sąsiedztwie swego brata. Dzięki niezmordowanym pasjonatom misji, Janet i Geoffowi Benge możemy poznać życie tej niezwykłej i świętej niewiasty.

Rachel przyszła na świat w 1914 roku w niezwykłęj rodzinie - jej dziadek, Joshiah Proctor był wynalacą i przemysłowcem. Jego córka, a jej matka miała szczęście urodzić się w bogatej rodzinie i mogła żyć w dostatku - z własnej woli wybrała jednak życie u boku artysty - witrażysty, Lawrencea Sainta, któremu urodziła ośmioro dzieci - Rachel była trzecim ich dzieckiem, a przy tym jedyną dziewczynką. Rodzina długi czas żyła w ubóstwie - ich sytuacja poprawiła się dopiero, gdy ojciec wypracował unikalną technikę produkcji szkła witrażowego i - przez "przypadek" - spotkał na swej drodze człowieka, Raymonda Pitcairna. On to, dowiedziawszy się czym się zajmuje Lawrence, szybko zdecydował się powierzyć mu pracę nad witrażami dla budowanej przez siebie niedaleko Filadelfii episkopalnej katedry "Bryn Athyn", otwierając przed nim tym samym - jak się okazało - drogę do sławy i powodzenia. 

Wkrótce niezwykłe perspektywy otworzyły się także przed Rachel. Pewnego dnia ojciec zabrał ją ze sobą do Waszyngtonu, gdzie pracował właśnie nad witrażami dla Katedry Narodowej. Tam została przedstawiona fundatorom witraży, małżonkom Parmalee, którym tak przypadła do gustu, że stała się towarzyszką starszej pani w podróży do Europy. Podczas podróży Rachel poznała, co to znaczy życie w luksusie - rejs w kabinach pierwszej klasy, noclegi w najlepszych hotelach, zakupy w ekskluzywnych sklepach, posiłki w drogich restauracjach i popołudniowe "herbatki", których koszt z przerażeniem przeliczyła na... trzydniowe utrzymanie całej rodziny Saintów! Urzeczona dziewczyną starsza pani złożyła jej propozycję, która - jak mogło się zdawać - powinna być spełnieniem najpiękniejszych snów młodej dziewczyny: że może uczynić z niej swoją przybraną córkę (nie mieli bowiem dzieci) i towarzyszkę, a także dziedziczkę ogromnego jak na tamte czasy majątku, szacowanego na ponad milion dolarów! Do końca swego życia dziewczyna nie musiałaby się o nic troszczyć. A jednak Rachel odmówiła - postanowiła pójść za głosem Boga i zostać misjonarką, zdając sobie sprawę, że odrzuca życie w pałacu na rzecz chaty gdzieś w dżungli, posiłki w restauracjach na rzecz pracy w trudzie, by mieć co jeść, bezpieczne życie na rzecz życia wśród węży, skorpionów i ludzi, którzy są może nawet bardziej niebezpieczni od innych stworzeń.

czwartek, 17 stycznia 2013

Czy Bóg chce, byśmy chrzcili dzieci?

Fot. Tom Adriaenssen / Wikipedia cc-by-sa-2.0
Podobnie jak niemal wszyscy Polacy, zostałem przed laty ochrzczony jako dziecko. Nikt mnie nie pytał o zdanie - a nawet jakby, to przecież odpowiedzi by nie było... Niestety, zdecydowano za mnie kim mam być, a gdy po latach zaprotestowałem przeciwko tej decyzji, wywołało to wielkie oburzenie i nawet oskarżenia pod moim adresem. To przekonało mnie, że w gruncie rzeczy "tradycyjne" Kościoły, w których dokonuje się chrztu dzieci, są systemami... niewolniczymi. Wszystko bowiem polega na takim spojrzeniu: "Ochrzczony jako dziecko w Kościele katolickim, na zawsze już powinien być katolikiem".  A co jeśli ktoś nie chce być katolikiem, chce wystąpić z Kościoła? Kościół, oczywiście, mu to "umożliwia", ale narzucając taką procedurę, by ludzi zniechęcić od odstąpienia: trzeba na piśmie, w obecności dwóch świadków, rozmowa z proboszczem - próba zniechęceni do odejścia a czasem także zastraszania - przeciąganie procedur... Czasem bywa i tak, ze ksiądz w ogóle nie chce dopuścić do wystąpienia z Kościoła (co spotkało znane mi osobiście osoby)! Bywa i tak, że pragnących wystąpić wpędza się w poczucie winy - np. mówiąc, że "krzywdzą w ten sposób własnych rodziców, że rodzice przez nich bardo cierpią, bo oni chcą odejść z Kościoła, w wierze którego rodzice ich wychowali" (to piszę z własnego doświadczenia) - co jest typową psychomnipulacją. Z tego powodu uważam praktykę chrztu dzieci za cześć systemu niewolenia - duchowego, psychicznego i społecznego.

Ale... "TRADYCJA"!

"Tak na Wschodzie jak na Zachodzie praktykę udzielania Chrztu dzieciom uważa się za normę niepamiętnej tradycji. Orygenes, a po nim św. Augustyn uważali tę praktykę za 'tradycję przejętą od Apostołów'. Chociaż pierwsze wyraźne świadectwa pochodzą z drugiego wieku, to jednak żadne z nich nie przedstawia Chrztu dzieci jako czegoś nowego" - Czytamy w dokumencie Kongregacji Nauki Wiary "Pastoris actio". Orygenes głosił swe nauki w III wieku, Augustyn na przełomie IV i V wieku. Najwcześniejsze jest nauczanie Ireneusza z Lyonu, przytoczone dalej: "Św. Ireneusz, obok innych, uważa za oczywiste i zgodne z tradycją wyliczanie wśród ochrzczonych 'niemowląt i dzieci', razem z dorastającymi, młodzieńcami i starcami." Jednak i to jest dopiero schyłek II wieku! Katolicy twierdzą, że już wówczas była to "starożytna tradycja", ale... skąd pewność, że autorzy, na których się powołują napisali prawdę, że nie szerzyli swych prywatnych przekonań, nazywając je "starożytną tradycją" tylko po to, by ich nauki zostały... ślepo, bez zastrzeżeń przyjęte? 
Oczywiście starożytne pisma mają swoją wartość... zabytkową - natomiast jak chodzi o wartość duchową, intelektualną, to nauki tam zawarte powinny być czymś jeszcze podparte i nie można ślepo wierzyć ludziom, którzy czasem pisali mądrze i zgodnie z prawdą, a czasem... szerzyli przekonania tak niedorzeczne, że do dziś ich pisma ośmieszają chrześcijaństwo (np. na temat kobiet). Jakże może być wiarygodnym ktoś, kto tylko w jakiejś części opierał się o prawdę i obok mądrych słów pisał głupoty? Inna jeszcze sprawa, że tzw. "Ojcowie Kościoła" - jak świadczą o tym ci, którzy zgłębili ich nauki - praktycznie nigdy nie byli ze sobą zgodni, i temu, co jeden stwierdzał: "tak było i tak być powinno", inny z kolei zaprzeczał. Jaką pewność może mieć "zwykły parafianin", któremu przedstawia się zasadniczo to, w co po prostu "winien wierzyć", że mówi się mu prawdę? A może inny z autorytetów duchowych mówił na ten temat co innego, ale jego słowa się przemilcza jako "mało ważne"? Zbyt często widuję wywyższanie tego, co jest zgodne z katolickimi przekonaniami, a bagatelizowanie i przemilczanie tego, co już się z tym, co głosi Kościół katolicki nie zgadza - i np. traktowanie tego jako "prywatnej opinii".

W ciekawy sposób Kościół katolicki "radzi sobie"  faktem, że ich "wielcy święci Ojcowie Kościoła" chrzczeni byli na podstawie własnego wyboru, własnej wiary. Cytuję z tego samego dokumentu: "Praktyka udzielania Chrztu dzieciom przeszła pewien kryzys pod koniec IV wieku. W tym bowiem czasie dorośli odkładali na później swoją inicjację, obawiając się przyszłych grzechów, jak również podejmowania publicznej pokuty. Mając na uwadze te powody, wielu rodziców zaczęło odkładać Chrzest swoich dzieci. Wiadomo jednak, że było w tym czasie wielu Ojców i Doktorów Kościoła, jak św. Bazyli, św. Grzegorz z Nyssy, św. Ambroży, św. Jan Damasceński, św. Hieronim czy św. Augustyn, którzy chociaż na skutek przytoczonych poprzednio powodów zostali ochrzczeni w wieku dojrzałym, występowali jednak przeciw tego rodzaju zaniedbaniu i nawoływali dorosłych, by nie odkładali Chrztu, ponieważ jest on konieczny do zbawienia. Oczywiście, wielu z nich wymagało udzielania Chrztu dzieciom." Brzmi "nieźle" - takie myślenie: "skoro nie chrzczono dzieci, to jest to świadectwo jakiegoś kryzysu związanego z wiarą". Bo przecież "skoro już w czasach apostolskich" chrzczono dzieci, to dlaczego tak wielu nie zostało ochrzczonych gdy byli dziećmi?

Znamienne jest, że w dokumencie tym Kościół katolicki wskazuje na "tradycję" - tylko i wyłącznie, bez powoływani się na Biblię. Powód jest zapewne jeden: w całej Biblii nie ma ani jednego zdania, które by mówiło o chrzczeniu dzieci!

środa, 16 stycznia 2013

Kościół taki... mało polski!

Muzyka jest nieodłączną częścią życia chrześcijańskiego - choć niektóre kongregacje chrześcijańskie ją odrzucają, to jednak nie jest to słuszne, bo wszak król Dawid grał i tańczył na cześć Pana! Muzyka pociąga ludzi, ale wierzę, że Bóg także kocha muzykę - bo to od niego mamy wszystkie dźwięki i nasze talenty. I mamy na całym świecie wspaniałą muzykę chrześcijańską - w każdym niemal stylu. I także u nas w Polsce - jest gospel, jest reggae, jest klasyczne uwielbienie... Wiele utworów mamy prosto z USA. One są piękne, ale... tak bardzo nam czegoś brakuje! Brakuje mi w naszych parafiach i zborach czegoś naprawdę POLSKIEGO! Brakuje mi uwielbienia zakorzenionego w naszej tradycji, w naszej kulturze...

Od kilku lat z wielkim zainteresowaniem patrzę nie tylko na zachód, ale także na wschód. Jakież my mamy niewielkie pojęcie ile dobrego się dzieje w muzyce chrześcijańskiej w Rosji, na Ukrainie, w Białorusi - a to są przecież nasi najbliżsi bracia, Słowianie! Znamy śpiewy cerkiewne - i one są naprawdę piękne i wspaniałe w swym brzmieniu (ignoruję w chwili obecnej teksty, które bywają związane z kultami nie do zaakceptowania - skupiam się na sztuce). Tradycja! Jest bardzo wielu artystów - często znakomitych - których należałoby opisać "chrzecijańska piosenka autorska", a których twórczość utrzymana jest w stylu popularnych "szansonów". Oczywiście jest także wiele ciekawej muzyki współczesnej - także w stylu "amerykańskim", wiele muzyki, która przypomina tą graną w zborach w USA czy Australii. Ale odkryłem też nagrania, które "chwyciły mnie za serce" bardziej niż inne - bo tradycje muzyczne Rosji to nie tylko śpiewy cerkiewne, lecz także folklor, cudowny folklor!

Tych nagrań nie jest wiele... W tym momencie kojarzą mi się najbardziej dwie płyty - obie ukazały się nakładem studia Selah, zajmującego się promowaniem najlepszej muzyki chrześcijańskiej z krajów byłego ZSRR. Pierwsza z nich to nagranie pt. "Вода живая" ("Żywa woda") - uwielbienie z Kościoła "Światło Prawdy" (Церковь "Свет Истины") działającego w mieście Swietłahorsk na Białorusi. Płyta bardzo słowiańska, gdzie niesamowicie połączono tradycyjne brzmienia ludowe z elektroniką. O ile ta płyta bardzo mi się spodobała, to druga - jak to się mówi - "rzuciła mnie na kolana". Ta druga płyta nosi tytuł "Радуйся, церковь Божья" ("Raduj się Kościele Pana") i jest zapisem uwielbienia, w wykonaniu chóru "Slavica" z Kościoła "Wiara działa przez miłość" (Церковь "Вера Действующая Любовью") z miasta Iżewsk, stolicy rosyjskiej Republiki Udmorcji.

Pewne wyobrażenie o tym ostatnim nagraniu mogą dać nagrania video dostępne w internecie:
 
Nie wszystko, co widzę na stronie tego zboru wzbudza mój entuzjazm, lecz bardzo mi się podoba pielęgnowanie lokalnych tradycji (w ostatnim nagraniu dominują tradycje udmurckie)! Bo właściwie niby dlaczego mamy naśladować innych? Boleję nad tym, że pogubiliśmy gdzieś własną tradycję - i pisze już o nas, Polakach - że naszą, polską muzykę skazaliśmy na wegetację w obrębie skansenów, że pozbyliśmy się jej z naszego życia, jak niepotrzebnego śmiecia - że tak mało w naszej duszy zostało słowiańskości, że daliśmy się "kulturalnie przemielić". Nasze Kościoły pod względem kulturalnym także są mało polskie! Najpierw wtargnął Rzym (katolicyzm), potem... Ameryka (protestantyzm)... A to, co takie polskie, takie słowiańskie, odrzuciliśmy i zapomnieliśmy o tym!

A przecież mogłoby być tak pięknie. W marzeniach widzę stroje wielkopolskie, kujawskie, krakowskie - jakże by było pięknie, gdybyśmy w naszych zborach wielbili Boga NASZĄ muzyką i NASZYMI tańcami (bo ja nie mam nic przeciwko temu, by nie tylko śpiewać, ale i tańczyć na cześć Pana!) - byśmy zadbali o to co NASZE, co polskie, póki spuścizna po przodkach nie rozsypała się w proch, nie odeszła zupełnie w zapomnienie. Jakże by było pięknie, gdybyśmy nie kopiowali Ameryki - gdybyśmy byli bardziej słowiańscy, i w Kościele i poza nim! bardzo by mnie cieszyły ludowe zespoły pieśni i tańca w naszych Kościołach, posługujące także podczas nabożeństw...

wtorek, 15 stycznia 2013

Kryzys miłości

"A oto pewien uczony w zakonie wystąpił i wystawiając go na próbę, rzekł: Nauczycielu, co mam czynić, aby dostąpić żywota wiecznego? On zaś rzekł do niego: Co napisano w zakonie? Jak czytasz? A ten, odpowiadając, rzekł: Będziesz miłował Pana, Boga swego, z całego serca swego i z całej duszy swojej, i z całej myśli swojej, i z całej siły swojej, a bliźniego swego, jak siebie samego. Rzekł mu więc: Dobrze odpowiedziałeś, czyń to, a będziesz żył. On zaś, chcąc się usprawiedliwić, rzekł do Jezusa: A kto jest bliźnim moim?" (Ewangelia Łukasza 10, 25 - 29)
Dziś wielu - nawet spośród tych, którzy słyszą, czasem co tydzień w swoim kościele, słowa Ewangelii świętej, być może postąpiło by jak ów uczony w piśmie. Skąd to wiem? Z prostej obserwacji - gdy patrzę dookoła, widzę, jak zalewa nasz kraj "morze" nienawiści i pogardy. Można to zaobserwować zwłaszcza w internecie... Ktoś może powie: "Internet jest dość specyficzny i nie należy się kierować tym, co się tam znajduje". Być może, ale czy przypadkiem nie jest tak, że w internecie czujemy się bezkarni i anonimowi i wyrzucamy z siebie całą "żółć", która gdzieś w nas jest - całą swoją pogardę i nienawiść? Czy przypadkiem wówczas, gdy czujemy się bezpieczni za "barierą anonimowości", nie zrzucamy po prostu swoich masek? Czasem może nawet nie potrzeba "anonimowości", a starcza, że przed sobą mamy maszynę, a nie drugiego człowieka, by "wypłynęło" z nas zło? Może internet to tylko "uwalnia"...

Czasem, gdy śledzę dyskusje, jakie się odbywają, zadaję sobie pytanie: czy w ogóle potrafimy się nawzajem miłować? Niektórzy np. dużo mówią o patriotyzmie - ale jaki to "patriotyzm", skoro oni, będąc Polakami mają jakiś problem z tym, żeby drugiego Polaka miłować? Bo co? Bo popiera inną partię? Bo ma inny światopogląd? Bo inaczej myśli? A przecież ten drugi Polak to nikt inny, jak właśnie nasz BLIŹNI, nasz brat - CZŁOWIEK, stworzony przez tego samego Boga, Boga, który go dokładnie tak samo kocha, jak nas! Że ktoś jest Żydem? Albo Chińczykiem czy Wietnamczykiem? Albo Niemcem lub Rosjaninem? Czy przynależność narodowościowa, lub kolor skóry czynią kogoś lepszym lub gorszym? Każdy z tych ludzi - gdziekolwiek są jego korzenie, to nikt inny, jak właśnie nasz BLIŹNI, nasz brat - CZŁOWIEK, stworzony przez tego samego Boga, Boga, który go dokładnie tak samo kocha, jak nas! Że ktoś kibicuje Lechowi Poznań a nie Legii Warszawa? Albo w Krakowie - najjaskrawszy chyba przykład - kocha "Wisłę" a nie "Cracovię"? Czy takie a nie inne barwy klubowe czynią kogoś gorszym człowiekiem? Ty możesz kibicować komu chcesz, ale musisz wiedzieć i pamiętać o tym, że ten "inny", który nosi szalik w innych barwach to nikt inny, jak właśnie nasz BLIŹNI, nasz brat - CZŁOWIEK, stworzony przez tego samego Boga, Boga, który go dokładnie tak samo kocha, jak nas! Są ludzie, którzy serdecznie nienawidzą innych także za zawód, który wykonują - jedni pogardzają lekarzami, inni policjantami, inni nauczycielami, inni konduktorami, inni śmieciarzami... Ale każdy z tych ludzi to nikt inny, jak właśnie nasz BLIŹNI, nasz brat - CZŁOWIEK, stworzony przez tego samego Boga, Boga, który go dokładnie tak samo kocha, jak nas! Ktoś może być katolikiem, ktoś inny luteraninem, ktoś inny baptystą... Są i świadkowie Jehowy, mormoni, krysznaici... Są żydzi i karaimowie... Nie każdy jest nam bratem i nie możemy udawać, że to wszystko jedno w co się wierzy, ale żyjemy pod jednym niebem i źle jest, jeśli z powodu różnic i niezgody co do wyznawanych wiar będziemy sobą pogardzać. Tak trudno nam czasem pamiętać, że i ten, który studiuje Torę, i ten, który bije pokłony w kierunku Mekki, i ten mantrujący ku czci Kryszny - nam się może nie podobać, że oni w coś nie wierzą, lub mogą się nam nie podobać praktyki i wiara, ale ci ludzie to nikt inny, jak właśnie nasz BLIŹNI, nasz brat - CZŁOWIEK, stworzony przez tego samego Boga, Boga, który go dokładnie tak samo kocha, jak nas!

Jest taka ponadczasowa piosenka... 'Piosenka"... To może złe słowo, bo nie pasuje do powagi utworu i głębi wezwania, które jest w niej zawarte... Należy to raczej nazwać "protest-songiem"... Powstała wiele lat temu, ale dziś jest równie aktualna, jak kiedyś...
Możemy nie lubić tego rodzaju muzyki. Możemy dyskutować o tym, czy Czesław Niemen jest akurat tym, na którego można się powoływać - a może to być dla kogoś gorszące, bo "muzyka światowa" i "to były szalone lata"... Ja akurat Niemena szanuję i wiem, że był człowiekiem poszukującym - nie tylko artystycznie, lecz także duchowo. Wiem, że był katolikiem - a wiarę jego, czy duchową dojrzałość nie nam oceniać. Kocham tę piosenkę, bo... widzę w niej odbicie Ewangelii Jezusa Chrystusa. Dostrzegam w niej głębokie powiązanie ze słowami: "będziesz miłował (...) bliźniego swego, jak siebie samego"!

niedziela, 13 stycznia 2013

Modlitwa przez Boga oczyszczona

Sadhu Sundar Singh
Po kilku miesiącach postanowiłem przeczytać jeszcze raz książkę "Ślady stóp w Himalajach" będącą historią niezwykłego mistyka chrześcijańskiego z Indii i niestrudzonego misjonarza - sadhu Sundara Singha. Tym razem poruszył mnie jej niewielki fragment:

"Podczas pewnego spotkania ktoś spytał go:
- W jaki sposób moje słabe modlitwy mogą pomóc komuś, skoro jestem tak bardzo grzeszny?
Sundar odpowiedział mu:
- Słońce sprawia, że słona woda morska paruje, ale kiedy woda spada z powrotem na ziemię, jest czysta i nadaje się do picia. Słońce ją oczyściło. Tak samo jest z Bogiem i naszymi modlitwami." (str. 97)

Słowo Boże mówi nam: "Wielką moc posiada wytrwała modlitwa sprawiedliwego" (List Jakuba 5, 16) - z drugiej strony jednak wiemy, jak daleko nam do ideału, że jesteśmy w gruncie rzeczy mali i grzeszni. Sprawiedliwość wierzących nie bierze się z ich samych. Jako wierzący nie jesteśmy lepsi od innych ludzi - myślę, że raczej większa jest nasza świadomość grzeszności i niedoskonałości, co łączy się z większym pragnieniem doskonałości i bezustanną pracą nad sobą, której znaczną część wykonuje Bóg, ale przy naszym współudziale. Nikt z nas nie jest ideałem, nie jest "krystalicznie czysty" i doskonały i jeśli mowa o "sprawiedliwości" wierzących, to nie bierze się ona z nich samych, lecz z Boga, który usprawiedliwia tych, którzy szczerze, całym sercem przylgnęli do niego. Usprawiedliwienie dokonuje się przez Jezusa Chrystusa, przez "kąpiel" w Jego krwi przelanej na krzyżu. Ten, który usprawiedliwia człowieka, uzdalnia go też do modlitwy, oczyszcza ją... Gdyby patrzeć na to, jak jesteśmy grzeszni, to żaden z nas nie byłby godny jednego słowa skierować do Boga!

Czy Bóg zrzucił korony?

Źródło: Gość.pl


Cud. albo i nie cud... Ale jeśli cud - jeśli nie był to czysty przypadek, jeśli nie było żadnego fizycznego działania (np zahaczenia o coś podczas odsłaniania, co jest przecież możliwe, co mogło doprowadzić do spadnięcia obu koron), to jakie jest znaczenie tego wydarzenia? A jeśli przez to zdarzenie Bóg chce przypomnieć ludziom swoje prawo?
"Nie czyń sobie podobizny rzeźbionej czegokolwiek, co jest na niebie w górze, i na ziemi w dole, i tego, co jest w wodzie pod ziemią. Nie będziesz się im kłaniał i nie będziesz im służył, gdyż Ja Pan, Bóg twój, jestem Bogiem zazdrosnym..." (2. Księga Mojżeszowa 20, 4 - 5)
Nie mamy czcić nikogo z wyjątkiem Boga samego - ani rzeczywistych postaci, ani wyobrażeń uczynionych przez ludzi. Nie mamy modlić się przed nimi, pielgrzymować do nich, składać wotów - bo wszystko to jest naśladowaniem pogaństwa, wszystko to znaleźć można w pogaństwie. Bóg pragnie wiary szczerej i prostej, i skoncentrowanej tylko na Bogu - co Jezus wyraził w rozmowie z niewiastą w Sychar:
"Niewiasto, wierz mi, że nadchodzi godzina, kiedy ani na tej górze, ani w Jerozolimie nie będziecie oddawali czci Ojcu. Wy czcicie to, czego nie znacie, my czcimy to, co znamy, bo zbawienie pochodzi od Żydów. Lecz nadchodzi godzina i teraz jest, kiedy prawdziwi czciciele będą oddawali Ojcu cześć w duchu i w prawdzie; bo i Ojciec takich szuka, którzy by mu tak cześć oddawali. Bóg jest duchem, a ci, którzy mu cześć oddają, winni mu ją oddawać w duchu i w prawdzie." (Ewangelia Jana 4, 21 - 24)
Istotę kultu ikon - czy to obrazów czy to rzeźb - Jan Damasceński ujął w takich oto słowach:  "Ikona jest widzialnością niewidzialnego i nie mającego obrazu, ale przedstawionego w sposób cielesny ze względu na słabość naszego rozumienia."  Tak więc, jak kult wizerunków (praktyka) jest sprzeczny z przykazaniami danymi nam przez Boga, tak samo "teologia ikony" jest przeciwieństwem tego, co o kulcie, jakiego chce Bóg, mówił nam Jezus Chrystus. Bo jeśli nie w Jerozolimie i nie na szczycie góry Gerazim, to też nie w innych "świątyniach" i "sanktuariach". Jeśli zaś w "duchu i prawdzie" to także bez tworzenia sobie wizerunków dla "ukonkretnienia" obiektów czci i wiary, i koncentrując się wyłącznie na samym Bogu.