czwartek, 26 grudnia 2013

Ideologia czy opętanie?

Media donoszą: półnaga kobieta zakłóciła przebieg "pasterki" - mszy sprawowanej o północy - której w kolońskiej katedrze przewodniczył Joachim Meisner, katolicki arcybiskup tego miasta. Ekshibicjonista wskoczyła na ołtarz i zaczęła krzyczeć, że... "jest bogiem". Powodem agresji jest radykalne (i słuszne!) stanowisko Kościoła katolickiego, który broni prawa każdego człowieka do życia, od poczęcia do naturalnej śmierci. To nie pierwszy taki incydent z udziałem ekshibicjonistek z grupy Femen. W styczniu wtargnęły na Plac św. Piotra w Rzymie. W kwietniu br. zaatakowały Andre-Josepha Leonarda, arcybiskupa Brukseli, oblewając go wodą. W lutym i maju zaś półnagie kobiety zakłóciły spokój w paryskiej katedrze Notre Dame. 20 grudnia panie ponownie rozebrały się na Placu św. Piotra. Panie nawołują nie tylko do przyznania "prawa" do zabijania, lecz także by Kościół katolicki zaprzestał rzekomej "mowy nienawiści" wobec homoseksualistów. Póki co atakowany jest najwyraźniej jedynie Kościół katolicki, lecz z czasem agresja może dotknąć także zbory chrystusowe.

To, co robią te panie początkowo można było traktować jako mało szkodliwe dziwactwo. Później pojawiła się myśl o chorobie psychicznej. Dziś myślę, że jest to opętanie, a za działalnością feministek kryją się demony, które nimi kierują. Ich zachowanie coraz bardziej przypomina mi pewnego człowieka, którego napotkał Jezus: "A gdy [Jezus] wychodził z łodzi, oto wybiegł z grobów naprzeciw niego opętany przez ducha nieczystego człowiek, który mieszkał w grobowcach, i nikt nie mógł go nawet łańcuchami związać, gdyż często, związany pętami i łańcuchami, zrywał łańcuchy i kruszył pęta, i nikt nie mógł go poskromić. I całymi dniami i nocami przebywał w grobowcach i na górach, krzyczał i tłukł się kamieniami. I ujrzawszy Jezusa z daleka, przybiegł i złożył mu pokłon.I wołając wielkim głosem, rzekł: Co ja mam z tobą, Jezusie, Synu Boga Najwyższego? Zaklinam cię na Boga, żebyś mię nie dręczył. Albowiem powiedział mu: Wyjdź, duchu nieczysty, z tego człowieka! I zapytał go: Jak ci na imię? Odpowiedział mu: Na imię mi Legion, gdyż jest nas wielu. I prosił go usilnie, aby ich nie wyganiał z tej krainy. A pasło się tam, u podnóża góry, duże stado świń. I prosiły go duchy, mówiąc: Poślij nas w te świnie, abyśmy w nie wejść mogli. I pozwolił im. Wtedy wyszły duchy nieczyste i weszły w świnie; i rzuciło się to stado ze stromego zbocza do morza, a było ich około dwóch tysięcy, i utonęło w morzu" (Ewangelia Marka 5, 2 - 13) Absurdalność ich postępowania, zawziętość  z jaką występują przeciwko słusznym naukom - bo postawa Kościoła katolickiego w kwestii aborcji, eutanazji, homoseksualizmu i innych dewiacji jest prawidłowa i oparta na Słowie Bożym, zgodna z opinią Boga - i poziom agresji wskazują, że choć diabeł nie daje im może nadzywczajnej mocy, i nie ma wszystkich znanych objawów opętania, to ich problem jest identyczny. To, czego bardzo potrzebują to modlitwy, egzorcyzmy. Myślę, że w ten sposób nie tylko dano by pomoc, lecz także ujawniono by prawdziwego sprawcę zamieszania - bowiem zarówno z moich obserwacji (byłem świadkiem egzorcyzmów), jak i z relacji egzorcystów wynika, że do najpotężniejszych manifestacji demonicznych dochodzi, gdy podczas modlitwy nad ofiarą demonów wzywane jest imię Jezus.

Dlaczego akurat Kościół katolicki jest obiektem ataków? Katolicy być może uznaliby to za dowód na to, że ich Kościół reprezentuje Chrystusa na Ziemi. Nie jest on jednak ani Kościołem Chrystusowym, ani uniwersalnym. Natomiast jest niewątpliwie największą organizacją, która powołuje się na Chrystusa i Biblię i atak na niego jest niewątpliwie symbolicznym atakiem na chrześcijaństwo - także na nas, którzy się z nim nie utożsamiamy, natomiast żywimy te same przekonania odnośnie norm moralnych. Choć jest to atak na Kościół katolicki, jest to też atak na Boga i Boży porządek, Boże zasady. Diabłu nie zależy na niszczeniu Kościoła katolickiego i plugawieniu "świątyń", lecz na wymazaniu Bożych zasad z tego świata. Fakt, że ewangeliczni chrześcijanie nie są (póki co) atakowani, pomimo radykalnego trwania przy Słowie Bożym, jest spowodowany moim zdaniem tym, że diabłu zależy póki co na spektakularnych akcjach, które pomagają mu w rozbudowie ruchu, którym manipuluje, które zespalają oddanych mu fanatyków. 

Obawiam się, że to, co obserwujemy, to tylko przygotowania do czegoś niepomiernie większego, do "godziny próby", do aktywności demonicznej wymierzonej przeciwko Dzieciom Bożym, jakiej nie było w dziejach świata. Nie mam złudzeń i wiem, że tego typu akcje diabła będą się powtarzać, i to coraz częściej i z coraz większą wściekłością, lecz wiem też, że Zwycięzca może być tylko jeden, a ci, którzy Mu zawierzyli wygrają wraz z Nim!
"Na świecie ucisk mieć będziecie, ale ufajcie, Ja zwyciężyłem świat" (Ewangelia Jana 16, 33) "W końcu, bracia moi, umacniajcie się w Panu i w potężnej mocy jego. Przywdziejcie całą zbroję Bożą, abyście mogli ostać się przed zasadzkami diabelskimi. Gdyż bój toczymy nie z krwią i z ciałem, lecz z nadziemskimi władzami, ze zwierzchnościami, z władcami tego świata ciemności, ze złymi duchami w okręgach niebieskich. Dlatego weźcie całą zbroję Bożą, abyście mogli stawić opór w dniu złym i, dokonawszy wszystkiego, ostać się. Stójcie tedy, opasawszy biodra swoje prawdą, przywdziawszy pancerz sprawiedliwości i obuwszy nogi, by być gotowymi do zwiastowania ewangelii pokoju, a przede wszystkim, weźcie tarczę wiary, którą będziecie mogli zgasić wszystkie ogniste pociski złego; weźcie też przyłbicę zbawienia i miecz Ducha, którym jest Słowo Boże. W każdej modlitwie i prośbie zanoście o każdym czasie modły w Duchu i tak czuwajcie z całą wytrwałością i błaganiem za wszystkich świętych" (List do Efezjan 6,10 - 18)

Wyrwać się z niewoli

"Mówił więc Jezus do Żydów, którzy uwierzyli w Niego: Jeżeli wytrwacie w słowie moim, prawdziwie uczniami moimi będziecie i poznacie prawdę, a prawda was wyswobodzi. Odpowiedzieli mu: Jesteśmy potomstwem Abrahama i nigdy nie byliśmy u nikogo w niewoli. Jakże możesz mówić: Wyswobodzeni będziecie? Jezus im odpowiedział: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam, każdy, kto grzeszy, jest niewolnikiem grzechu. A niewolnik nie pozostaje w domu na zawsze, lecz syn pozostaje na zawsze. Jeśli więc Syn was wyswobodzi, prawdziwie wolnymi będziecie." (Ewangelia Jana 8, 31 - 36)

Niewolnictwo dawniej...

Gdy myślę o tym fragmencie, przypomina mi się "kultowy" amerykański serial "Korzenie", który był emitowany przez TVP, gdy byłem jeszcze bardzo młodym człowiekiem. Chyba pół Polski zasiadało wówczas przed ekranami telewizorów, by śledzić - często ze łzami w oczach - smutne dzieje Kunta Kinte z gambijskiego plemienia Mandinka, który w roku 1767, gdy miał około 17 lat, został porwany przez handlarzy niewolników i przewieziony do Ameryki. Tam stał się własnością bogatych plantatorów - stał się kimś, kto tym tylko różnił się od innych zwierząt, że potrafił mówić. Jest to opowieść o trudnych o wyobrażenie cierpieniach wielu, wielu ludzi. Pracowali oni wciąż i wciąż na polach swych białych panów, pomnażając ich majątek. Żyli w barakach, karmieni byle czym. Gdy nie byli ulegli, byli okrutnie bici. Gdy uciekali, robiono na nich obławy. W amerykańską ziemię wsiąkały ich łzy i krew. Wielu z nich zabito bez litości. "Korzenie" to zapis historii cierpienia niewolników z amerykańskiego Południa - to rodzinna historia, spisana przez Alexa Haleya. 

Niewolnictwo kojarzy nam się właśnie w taki sposób - z "czarnuchami" (jak ich pogardliwie nazywano) harującymi na polach bawełny w XVIII i XIX wieku. Lecz tak naprawdę - oczywiście - niewolnictwo nie było w żaden sposób ograniczone ani czasowo (do jakiegoś tylko okresu), ani terytorialnie (do konkretnego obszaru). Nie ma takiego miejsca na całym świecie i nie ma takich czasów w naszych dziejach, które by nie znały tego problemu. Także i Naród Wybrany znał, co to znaczy być niewolnikiem. Także w czasach Chrystusa żyło bardzo wielu niewolników - wielu z nich zresztą nawracało się i stawało się sługami Ewangelii. Wiele wieków później, w feudalnej Europie, wielu chłopów było w praktyce niewolnikami swoich panów, bogaczy posiadających ziemię.

...i... dziś

Obecnie żyjemy w czasach, gdy w cywilizowanych krajach niewolnictwo jest formalnie zakazane, co wcale jednak nie znaczy, że świat jest wolny od tego problemu. Wiadomo, że niewolnictwo wciąż funkcjonuje tam, gdzie "nie sięga cywilizacja", jaką my znamy, i tam, gdzie jest islam. Jednak także w naszych cywilizowanych krajach niewolnictwo wciąż występuje: słyszymy nieraz o obozach pracy, o kobietach zamykanych w burdelach, i coraz częściej także o teoretycznie "wolnych" ludziach doszczętnie wyniszczanych przez kapitalizm.

Jeśli nie ma nad nami bata, i możemy chodzić i jeździć gdzie chcemy, to już mamy powód, by dziękować Bogu za nasze życie. Cenimy sobie wolność - choć nie zawsze rozumiemy jak powinniśmy z niej korzystać, i nie zawsze potrafimy ją doceni, gdy ją mamy - i pewnie trudno nam sobie wyobrazić życie niewolnika. Gdy patrzymy w przeszłość, może nam się zdawać, że niewolnictwo nas nie dotyczy, że nieszczęście to dotknęło tylko jakiejś części ludzkości, lecz Jezus mówi do ludzi: "Jesteście niewolnikami, a Ja jestem waszym oswobodzicielem!" W kalendarzu "Ziarno Prawdy 2013" pod dniem 13 listopada czytamy: "Według słów Jezusa, każdy, kto popełnia grzech, jest niewolnikiem najgorszych tyranów, jacy kiedykolwiek istnieli: grzechu i szatana. Szatan nienawidzi nas i robi co tylko w jego mocy, aby doprowadzić nas do ruiny." Choć ręce nasze nie są skute kajdanami, serca jednak związane są ciężkimi łańcuchami grzechu. Choć poruszamy się, gdzie chcemy, łańcuchy oplątujące nasze serca, ciągną nas do piekła.

niedziela, 22 grudnia 2013

Święta czy szopka?

"Zapewne te słowa Adama Mickiewicza już słyszeliśmy wielokrotnie, ale nie sposób ich w grudniu nie przypomnieć: 'Wierzysz, że się Bóg zrodził w betlejemskim żłobie, lecz biada ci, jeśli nie zrodził się w tobie'. Bez refleksji nad nimi - nad pytaniem kto tak naprawdę narodził się w Betlejem i kim jest On dla mnie, cała reszta będzie tylko nic nie wartą, choć miłą i ckliwą otoczką; ramką do obrazu, ale bez obrazu; formą bez treści." (Andrzej Siciński "Rama bez obrazu" w: "Znaki Czasu" 12/2013, str. 3)

Czy znacie historię Bożego Narodzenia? Czasem różni ludzie niechętni chrześcijaństwu i wyszydzający je wypominają nam, chrześcijanom, jakobyśmy "ukradli" to święto poganom. To nieprawda. Nie brak i gorliwych chrześcijan, który święto to odrzucają, z pogardą nazywając pogańskim. To również nie jest prawda (przy cym szanuję to, że nie chcą go obchodzić, bo nie ma takiego obowiązku). Prawdą jest natomiast, że święto to nie było znane pierwszym chrześcijanom. Święto to wprowadzono pod koniec IV wieku, ustalając jego datę na 25 grudnia, by było konkurencyjne (!) dla świętowanego przez mieszkańców Rzymu, wśród których popularność w tym czasie zyskał kult Mitry, święta "dies natalis solis invicti" ("dzień narodzin niezwyciężonego słońca"). Od początku było ono świętem CHRYSTOCENTRYCZNYM (bez żadnych pogańskich "korzeni")!

Na przestrzeni wieków wykształciła się wokół niego bogata tradycja: wieczerza wigilijna, łamanie się opłatkiem, rodzinne spotkanie, choinka, prezenty... To jest z pewnością szczególny klimat tych świąt - tradycje z nimi związane są urzekające, ale nie są najważniejsze. To niepojęte, że dziś - choć nazwa święta jest tak oczywista - trzeba przypominać, że to nie święto choinki i karpia, że nie chodzi o prezenty i o "Mikołaja" czy "Gwiazdora". Teraz nawet niewierzący stawiają w domu choinki, robią wigilie, składają życzenia. Nawet w... pismach pornograficznych (!) możesz znaleźć "święta"! Poganie również stawiają choinki i obdarowują się prezentami. Jaki sens tego? Jeśli w centrum naszego świętowania nie ma Jezusa Chrystusa, to nasza choinka, spotkanie przy stole, opłatek, kolędy i prezenty to zwykła... żałosna SZOPKA! Jak to jeden z moich przyjaciół powiedział kiedyś: "Na święta zaproś do siebie Jezusa - urodziny bez Solenizanta są do bani!"

piątek, 20 grudnia 2013

O "świętym Mikołaju"

Któż z nas, wychowanych w rodzinach katolickich, nie wyglądał w dzieciństwie "świętego Mikołaja". Kościół katolicki obchodzi jego wspomnienie 6 grudnia, ale wiele domów "odwiedza" on w święta Bożego Narodzenia. Wywodzi się z tradycji religijnej - katolickiej i prawosławnej. Fakt, że "przynosi prezenty" związany jest z przypisywaną mu w legendach o nim działalnością dobroczynną - przede wszystkim z obdarowaniem pewnych panien, które nie mają posagu nie mogły wyjść za mąż i w związku z tym ich ojciec chciał z nich uczynić prostytutki. "Święty" ten stał się też w XX wieku elementem pop-kultury: zażywny jegomość w czerwonej opończy, z długą siwą brodą, pohukujący "Ho ho ho! Weeesooołyyych świąt!" W tej postaci niemal równocześnie zaczął się pojawiać w reklamach i bajkach, potem także filmach. Według nich mieszka na Biegunie Północnym, w otoczeniu skrzatów - pomagierów (a nawet z małżonką!), podróżuje po świecie latającymi saniami z zaprzęgiem reniferów, wchodzi przez komin, etc. Przede wszystkim zaś przynosi spory dochód jako element reklamy i atrakcja w centrach handlowych.

Przeciwko komercjalizacji postaci tego "świętego" - a także (co słuszne!) komercjalizacji świąt Bożego Narodzenia - występuje zarówno Kościół katolicki, jak i Cerekiew prawosławna (dla której jest on jednym z najważniejszych i najbardziej czczonych świętych). Regularnie, co roku, duchowni tych wspólnot i ich media przypominają kim był "prawdziwy święty Mikołaj". Według legend (!) był on biskupem Miry Licyjskiej (dzisiejsza Turcja), osobą bardzo wpływową, dobroczyńcą i cudotwórcą. Podobno (!) zburzył świątynię Artemidy i był jednym z głównych mówców przeciw herezji Ariusza na soborze nicejskim. We włoskim mieście Bari do dziś przechowywane są jego "relikwie". Nawet w naszym kraju jest wiele kościołów i kaplic pod jego wezwaniem. Duchowni zacięcie walczą z "fałszywym" świętym Mikołajem, choć ich "niewątpliwie historyczny" biskup Miry (jak przeczytałem niedawno w "Gościu Niedzielnym") zdaniem historyków jest prawdopodobnie... równie zmyślony.

"Najstarszy tekst literacki opowiadający o losach św. Mikołaja to żywot świętego napisany na początku IX wieku przez Michała Archimandrytę. O autorze tej biografii nie wiemy nic. Nie wiemy także, jakie źródła wykorzystywał. Utwory hagiograficzne, utkane z fantazji, są pełne cudów i niezwykłych opowieści, a ich bohaterowie to postacie wymyślone przez autorów; ponadto zawierają wiele zapożyczeń z innych podobnych źródeł i zwykle są mało wiarygodne. Im czas powstania żywotu jest bliższy czasom jego bohatera, tym bardziej utwór jest wiarygodny i w większym stopniu odnosi się do realnych wydarzeń. W przypadku św. Mikołaja minęło kilka wieków od jego domniemanej śmierci do napisania jego żywotu. To nie dodaje mu wiarygodności. (...) W Wikipedii (polskiej i angielskiej) oraz na wielu katolickich stronach internetowych podaje się jako realne wydarzenia fakty zaczerpnięte z żywotów napisanych przez Michała Archimandrytę i Metodego. Mało tego, podaje się nawet daty życia św. Mikołaja. Tymczasem jest to wątpliwe i metodologicznie błędne. Oba żywoty powstały wiele stuleci po czasach Dioklecjana i Konstantyna, opisują rzeczywistość kościelną czasów swoich twórców. W III - IV wieku ciągle jeszcze chrzczono dorosłych, a nie dzieci. Chrześcijanie niszczyli pogańskie przybytki pod koniec IV i na początku V wieku, a nie stuleci wcześniej. Dodane przez Metodego 'fakty' nie znajdują uzasadnienia i świadczą o jego nie najlepszej znajomości historii. Nic nie wiadomo o udziale Mikołaja w soborze nicejskim. Nasza wiedza o sytuacji Kościoła w Azji Mniejszej w IV wieku jest stosunkowo dobra dzięki obfitości źródeł, a żadne z nich nie wspomina biskupa Miry. Jeśli istotnie żył w tamtym czasie, to nie odgrywał żadnej roli w sporach doktrynalnych pierwszej połowy IV wieku. O ile na podstawie tych faktów nie można zupełnie wykluczyć istnienia św. Mikołaja, o tyle jest oczywiste, że autorzy jego żywotów nie dysponowali żadną wiedzą o nim. Tym samym nie można uznać świętego za realnie istniejącą postać." (Robert Suski, "Jak to było ze świętym Mikołajem", w: "Mówią Wieki" 12/2013, str. 10 - 13)

wtorek, 17 grudnia 2013

Gdy w sercu naszym źle się dzieje...

"Bóg kocha wszystkich ludzi i chce, aby wszyscy ludzie byli zbawieni i doszli do poznania prawdy" (1. List do Tymoteusza 2, 4) "Jeśli można, o ile to od was zależy, ze wszystkimi ludźmi pokój miejcie" (List do Rzymian 12, 18)
Bardzo przykro mi się robi zawsze, gdy człowiek, który deklaruje wiarę i klęka przed Jezusem, odwraca się od drugiego człowieka. Gorej jeszcze jest, gdy patrzy na drugiego człowieka z pogardą i opluwa. O tak! Zdarza się to aż nazbyt często! Nadymamy się niekiedy tak, że tracimy z oczu słowa Ewangelii i w tym momencie przestajemy iść za Jezusem, obieramy... przeciwny kierunek! Tak łatwo zapomnieć, że Bóg kocha także tych, którzy nas denerwują, z którymi się absolutnie nie zgadzamy, których nie znosimy. Jeśli Bóg wzywa nas do miłości i pokoju z ludźmi - nie tylko z braćmi w Chrystusie! - to dlatego, że darzy wszystkich równą miłością. Chrześcijaninie! Uczniu Pana! Czyż możesz pogardzać i działać przeciwko komuś, którego tobie jest trudno znieść? Czasem naprawdę trudno nam żyć z innymi na tej samej ziemi, w tym samym świecie. Gdy zaczynamy odczuwać złość i pogardę, wracajmy do Słowa: "Bóg kocha wszystkich ludzi..." Myślę, że ta prawda ma moc wyciszyć emocje, które zbyt często w nas wzbierają ponad miarę.

piątek, 13 grudnia 2013

"Anioły" na EuroMajdanie

Na Ukrainie wciąż wrze. Każdego dnia docierają do nas jakieś nowe informacje. Dowiadujemy się a to o kolejnych poczynaniach Berkutu - oddziałów specjalnych milicji - a to o pobitych i rannych ludziach, a to o jakichś deklaracjach polityków... Choć ode mnie jest daleko do Kijowa, sercem jestem tam i śledzę to, co się na całej Ukrainie dzieje. Modlę się za ten kraj, który - ta deklaracja może się nie spodobać wielu naszym patriotom i narodowcom - kocham na równi z własnym, i za jego obywateli. Jestem człowiekiem z zewnątrz i ktoś może powiedzieć: "co tobie do spraw Ukrainy?", ale Ukraina jest tak głęboko w moim sercu, że jej sprawy mocno mnie dotykają. 

Modlę się o Bożą ochronę dla ludzi, których pragnienie godnego życia pchnęło do wyjścia na kijowski Majdan i na majdany (place) wielu innych miast. Modlę się o to tym goręcej, że mam tam przyjaciół, którzy uczestniczą w tych wydarzeniach. Modlę się, by Bóg powstrzymał władze przed użyciem siły, i powstrzymał wewnętrznych (nie brak ich!) i zewnętrznych wrogów Ukrainy, przed siłowymi rozwiązaniami. Berkut nie działa bez rozkazu, a Rosjanie skierowali do prezydenta Rosji apel, aby rosyjskie wojsko wkroczyło na teren Ukrainy! Modlę się o to, by Bóg przemieniał ich serca i pobudzał do miłości, by zabierał z nich nienawiść. Modlę się o pokój dla Ukrainy i bezpieczeństwo dla jej mieszkańców. Modlę się o mądrość dla tych, którzy sprawują władzę. Jako chrześcijanin nie mogę modlić się przeciwko komukolwiek - wiec nie modlę się: "Boże, odsuń ich od władzy". Jeśli zmiany są potrzebne - modlę się o to, by do władzy doszli mądrzy ludzie, którzy będą potrafili poprowadzić Ukrainę najlepszą dla niej drogą. Modlę się przede wszystkim o duchowe przebudzenie w tym kraju, o duchową rewolucję. Bo najwięcej dobrego dzieje się nie wtedy, gdy ludzie krzyczą, lecz gdy padają na kolana i zaczynają się modlić. "Świetlana przyszłość" - powtarzam - nigdy nie zacznie się w politycznych gabinetach, lecz tam, gdzie ludzie na kolanach przychodzą do Boga...
 
Każdego dnia, poprzez media, możemy obserwować to, co dzieje się na kijowskim Majdanie. Dzieje się tam naprawdę wiele... To, co do nas dociera to działania polityczne, społeczne, to głosy opozycji, głosy przeciwko władzy. Ale dzieje się tam także wiele wspaniałych rzeczy, których nie pokazuje nasza telewizja, o których nie znajdziecie wzmianki w naszych gazetach. Dziękuję dziś Bogu za ludzi, którzy wiedzą czego potrzeba Ukrainie, jakiej rewolucji. W Kijowie od początku ludzie każdego dnia gromadzą się wokół kolumny Michała Archanioła, by modlić się o swój kraj. Majdan to dziś wielkie obozowisko, z wieloma namiotami, w których - pomimo zimna - koczuje wielu, wielu ludzi. Pośród nich stoją namioty będące miejscami modlitwy. 3 grudnia swój namiot rozstawili prawosławni wraz z greko-katolikami, a 5 grudnia ewangeliczni chrześcijanie (zdjęcie powyżej). "My wierzymy, że modlitwa jest w tej chwili naszą podstawową bronią. Sytuacja jest patowa i może być rozwiązana tylko z pomocą Boga" - mówi Andrij Szechowcow. Wśród zgromadzonych jest wielu misjonarzy, którzy uświadamiają swym rodakom, że nie politycy są nadzieją dla Ukrainy, lecz Bóg. Ogromnie poruszyły mnie dwa zdjęcia:

Napisy na planszach: "Trudno żyć? Zacznij się modlić!" i "Tylko z Bogiem zwycięstwo!"
Ci ludzie są niczym anioły! Anioł to nie kto inny, jak posłaniec Boży. Raduję się, gdy czytam, że wśród zgromadzonych rozchodzi się tak wiele Nowych Testamentów, że jako bardzo pilne idą prośby, by dostarczać ich jak najwięcej. Ważniejsze od ilości rozdanych Ewangelii jest to, że Bóg dotyka się naprawdę wielu serc i wielu ludzi pada przed Nim na kolana - sięga po najlepszą z broni, przyłączając się do dobrej rewolucji.


środa, 11 grudnia 2013

Chroń życie. Pielęgnuj MIŁOŚĆ!

"Nie wolno ci mordować" (2. Księga Mojżeszowa - tzw. "Wyjścia" - 20, 13 - tłum. Tora Pardes Lauder)
Temat aborcji powraca w naszym społeczeństwie bardzo często - równie często więc należy przypominać o chrześcijańskim podejściu do kwestii morderstw - choć zwolennicy zabijania chcą, byśmy milczeli, by tylko oni mieli prawo mówić. Przemawiamy także w imieniu tych, z którymi nie liczą się wcale lewicowi propagandyści, gdyż nie są w stanie mówić sami. Walczymy o prawa dla tych, którym odmawia się podstawowych praw - prawa do bycia człowiekiem i prawa do życia. To nie jest walka o światopogląd, to nie jest narzucanie zasad wiary" - to jest walka o sprawiedliwość i równe prawa dla wszystkich! Nie wolno zapomnieć też o tych, którzy wierzą w Boga, a są lekarzami, pielęgniarkami, położnymi, farmaceutami - nie wolno nam zapomnieć stawać po ich stronie, gdy mówią: "chcemy leczyć - nie zabijać"!

Nasze prawa

Żyjemy w wolnym kraju... Gwarancję wolności daje nam Konstytucja - prawo nadrzędne, z którym wszystkie inne prawa muszą być zgodne. Konstytucja mówi - choć nie wprost - o rozdziale Kościoła od Państwa, ale także gwarantuje każdemu obywatelowi m.in.: "Każdemu zapewnia się wolność sumienia i religii. Wolność religii obejmuje wolność wyznawania lub przyjmowania religii według własnego wyboru oraz uzewnętrzniania indywidualnie lub z innymi, publicznie lub prywatnie, swojej religii przez uprawianie kultu, modlitwę, uczestniczenie w obrzędach, praktykowanie i nauczanie..." (Konstytucja RP, art. 53, pkt 1 i 2) 

Konstytucja gwarantuje nam prawo do bycia chrześcijanami, a chrześcijaninem nie jest się w niedzielę, nie jest się w określonych godzinach (np. kiedy akurat nie jesteśmy w pracy) - chrześcijaninem się jest 24/7! Czyli... nasza konstytucja, gwarantując nam prawo do bycia chrześcijaninem, gwarantuje nam nie tylko to, że możemy w niedzielę pójść do kościoła, nie tylko to, że możemy prowadzić chrześcijańskie życie w domu, ale także to, że poza kościołem i domem również mamy prawo żyć i postępować po chrześcijańsku! W pracy - niezależnie od tego, jaką pracę wykonujemy lub jaką służbę pełnimy - mamy prawo być chrześcijanami dokładnie tak samo, jak we własnym domu. Jeśli ktoś próbuje nas zmusić, byśmy postępowali w pracy wbrew wierze, jest to sprzeczne z Konstytucją.

środa, 4 grudnia 2013

KTOŚ czy COŚ?

Są ludzie, którzy są przekonani, że do modlitwy jest im potrzebne odpowiednie miejsce - świątynia. Mówią, że potrzebują ołtarza i tabernakulum (katolicy) lub ikonostasu (prawosławni), że potrzebują obrazów i (może też) zapachu kadzidła, żeby się modlić. Pierwsi chrześcijanie nie mieli świątyń - modlili się w domach, nie malowali obrazów i nie stawiali ani wspaniałych ołtarzy, ani ikonostasów. Nie używali też kadzidła, ani nie mieli bogatych, skomplikowanych liturgii. Jeśli komuś jest to absolutnie niezbędne do tego, by się "dobrze modlić", to ja się zastanawiam nad tym, czy w centrum tej modlitwy jest KTOŚ czy COŚ?

Nie bądźmy jak...

Jestem zwolennikiem dosłownego rozumienia wielu biblijnych opisów, które inni (dość nierozsądnie, gdyż burzy to automatycznie sens późniejszych zapisów, a nawet podstawy wiary chrześcijańskiej!) traktują jako opisy symboliczne - głównie chodzi o stworzenie świata i potop. Postawa niektórych wyznawców Chrystusa mnie jednak niekiedy zadziwia, bowiem widzę, że przyjmują Słowo Boże dosłownie, lecz... bez zrozumienia. I tak Jezus mi: "Wystrzegajcie się uczonych w Piśmie, którzy chętnie chodzą w długich szatach i lubią pozdrowienia na rynkach i pierwsze krzesła w synagogach..." (Ewangelia Marka 12, 38 - 39). Gdy pewnego razu byłem w jednym ze zborów na południu Polski, szliśmy z jednym z braci do kaplicy na modlitwę. Gdy weszliśmy, zaproponowałem, żebyśmy usiedli bliżej kazalnicy. Jakże się zdziwiłem, gdy brat ten zaczął machać rękami i mówić: "Nie, nie! To miejsca dla faryzeuszy!" Kiedy indziej Jezus powiedział: "A gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy, gdyż oni lubią modlić się, stojąc w synagogach i na rogach ulic, aby pokazać się ludziom; zaprawdę powiadam wam: Otrzymali zapłatę swoją. Ale ty, gdy się modlisz, wejdź do komory swojej, a zamknąwszy drzwi za sobą, módl się do Ojca swego, który jest w ukryciu, a Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odpłaci tobie" (Ewangelia Mateusza 6, 5 - 6) Gdy pewnej grupie ludzi zaproponowałem, by zgromadzić się na wspólnej modlitwie na placu w centrum miasta - oczywiście z zachowaniem wszelkich przepisów prawa - ktoś zwrócił uwagę: "Mamy się modlić jak ci obłudnicy, o których mówił Jezus? To mi nie odpowiada..."

A przecież Jezus wcale nie mówi, byśmy nie zasiadali z przodu podczas nabożeństw czy modlitw, byśmy kryli się gdzieś z tyłu. Nie mówi także, abyśmy nie modlili się publicznie. Mówi nam tylko, byśmy nie prowadzili życia religijnego na pokaz, by być podziwianymi, i dla własnych korzyści, bo Bóg patrzy w serce i widzi czy przychodzimy do Niego, czy tylko stajemy przed ludźmi i czemu służy nasza religijność (Ewangelia Marka 6, 5 - 6). Przestrzega nas też, byśmy nie mieli społeczności z obłudnikami, którzy tak czynią, byśmy nie stawali się im podobni, by ich zakłamane życie nie szkodziło naszemu (Ewangelia Marka 12, 38 - 39). Zasiadajmy więc tam, gdzie chcemy i stawajmy do modlitwy tam, gdzie chcemy - byle to nasze serca były "świątynią" dla Pana!

sobota, 30 listopada 2013

Dziś potrzeba modlitwy za Ukrainę!

"Jeśli Pan domu nie zbuduje, Próżno trudzą się ci, którzy go budują.
Jeśli Pan nie strzeże miasta, Daremnie czuwa stróż."
(Psalm 127, 1)
Z ogromnym bólem oglądałem dziś relacje z Ukrainy. Siły specjalne tamtejszej milicji zaatakowały uczestników pokojowego wiecu prounijnego, którzy spędzili noc na Majdanie Niepodległości w Kijowie. Działania Bierkutu jako żywo przypominały postępowanie PRLowskiego ZOMO. Nie tylko użyto gazu łzawiącego, lecz także ciężko pobito wielu - spokojnie się zachowujących! (co było widać w relacjach medialnych) uczestników wiecu. Czuję ból w sercu, bo ogromnie kocham ten kraj i ten naród. 

Dziś jest czas, by modlić się za Ukrainę! Nie jestem zwolennikiem Unii Europejskiej i nie popieram parcia Ukraińców, by wejść do UE. Wiedząc już więcej o tym, jak to jest być w UE i jakim przekształceniom ulega UE, jakie prądy w niej dominują chciałbym, by Ukraina nie wchodziła do niej, a Polska z niej wystąpiła póki czas, gdyż przystąpienie do tego tworu było błędem. Rozumiem jednak pragnienie ludzi, by żyć lepiej i bezpieczniej. 

Gdy patrzyłem dziś na to, co dzieje się na Ukrainie przypomniały mi się zacytowane na wstępie słowa psalmu. To, co powinni zrobić Ukraińcy, to klęknąć i wołać do Boga o pomyślność dla siebie i swojego kraju, o dobrych i mądrych włodarzy. Bo to od Boga pochodzi wszystko, co dobre - wszelka pomyślność, poczucie bezpieczeństwa, pokój... Jeśli będziemy budować własnymi siłami, będzie się to natychmiast rozsypywać. Nie wierzę, by lepsze jutro jakiegokolwiek kraju rodziło się w politycznych gabinetach - ono rodzi się tam, gdzie ludzie klękają do modlitwy.  Od modlitwy trzeba zacząć i ja dziś się modlę o ten wspaniały kraj.

Umarł guru, narodził się uczeń

Od chwili pierwszego wydania tej książki minęło już sporo lat - trafiła do rąk czytelników, w połowie lat 80-tych, a w ręce polskich czytelników w latach 90-tych. Dzisiaj jest ona jednak nam nie mniej potrzebna, niż wtedy, kiedy była pisana. Raczej jeszcze bardziej, bowiem bardzo prawdziwe, w pełni oddające skalę problemu, są słowa pewnego gorliwego wyznawcy Chrystusa, wspomnianego na kartach tej książki, który przed laty, rozmawiając  Rabim, porównał Europę do szeroko otwartych ust, pochłaniających łapczywie wierzenia wschodu. Wiem o tym doskonale, bowiem sam otarłem się w swoim życiu o środowisko ludzi, którzy wchłonęli je w niesamowitych ilościach, oświecenia szukając w medytacji i pismach przeróżnych guru. Niektórzy z nich nawet mówią: "jesteśmy chrześcijanami", ale na ich półkach jest masa książek o reinkarnacji i medytacji, a nie znajdziesz tam Biblii, a jeśli już używają Biblii to jako podpórki dla swoich wierzeń. Niemal wszędzie, w każdym większym mieście naszego kraju, możemy znaleźć osoby praktykujące reiki. Wśród moich krewnych są... nauczyciele jogi. Są nawet księża i zakonnice, którzy praktykują jogę, inne techniki medytacyjne (np. zen) i reiki!

Autor książki, Rabi Maharaj
Rabi (a w zasadzie Rabindranath) Maharaj urodził się w 1947 roku w rodzinie hinduskiej osiadłej w dalekim Trynidadzie. Była to rodzina bardzo zamożna, w dodatku należąca do najwyższej, bardzo uprzywilejowanej kasty braminów, o "najwyższym stopniu duchowego rozwoju". Według wierzeń hinduskich do osiągnięcia tej pozycji duchowo - społecznej prowadził cykl tysięcy reinkarnacji (kolejnych żyć). Ojciec Rabindranatha był mistrzem jogi. Zmarł, gdy Rabi miał 8 lat, nigdy w życiu nie odezwawszy się do syna, bo przez wszystkie te lata pogrążony był w bezustannej medytacji. Uznawany był za wielkiego jogę i... boga. Dla wielu hindusów z Trynidadu był awaterem, wcieleniem jednego z bóstw, i wzorem duchowym. Jego własny syn oddawał mu boską cześć, a równocześnie sam już w dzieciństwie stawał się guru (nauczycielem, mistrzem) - coraz bardziej poważanym przywódcą religijnym, autorytetem, kapłanem i... bogiem. Pomimo młodego wieku zyskiwał już pierwszych uczniów - był poważany nie tylko przez rówieśników, ale też dorosłych, w tym również kapłanów - i był nazywany "mędrcem". Współwyznawcy wierzyli, że jest on niezwykłym człowiekiem, który pójdzie w ślady swego ojca i będzie wybitnym joginem i że bliski jest osiągnięcia duchowej doskonałości, która położy kres cyklowi reinkarnacji. Był nim do 15 roku życia, kiedy to w jego sercu pojawiło się tak wiele wątpliwości co do religii hinduistycznej i tak szczere pragnienie poznania prawdziwego Boga, że usłyszawszy o Jezusie Chrystusie wkrótce uznał go za swego Pana i Zbawiciela i... umarł guru Rabi Maharaj a narodził się uczeń (Jezusa) Rabi Maharaj.

Nie był on pierwszym nawróconym w swojej rodzinie. O kilka dni wyprzedzili go kuzyn i kuzynka, którzy też poprowadzili go na pierwsze spotkanie Kościoła. Wkrótce niemal wszyscy członkowie rodziny - z wyjątkiem nieobecnej od kilku lat matki, uczącej się w jednym z aśramów w Indiach i wuja - uwierzyli w Chrystusa i spalili wszystkie wyobrażenia bóstw, "święte" pisma i poukrywane w różnych zakamarkach domu karteczki z zaklęciami. Zrozumieli, że byty, które dotąd czcili, z którymi spotykali się podczas medytacji i które manifestowały się różnymi paranormalnymi zdarzeniami w ich domu (słyszalne kroki, dziwne zapachy, poruszające się przedmioty), nie są bóstwami ani duchami, lecz demonami, że wszystkie ich dotychczasowe duchowe praktyki miały podłoże głęboko demoniczne.

czwartek, 28 listopada 2013

Przeszkoda na drodze do nieba

"I oto ktoś przystąpił do niego, i rzekł: Nauczycielu, co dobrego mam czynić, aby osiągnąć żywot wieczny? A On mu odrzekł: Czemu pytasz mnie o to, co dobre? Jeden jest tylko dobry, Bóg. A jeśli chcesz wejść do żywota, przestrzegaj przykazań. Mówi mu: Których? A Jezus rzekł: Tych: Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie mów fałszywego świadectwa, czcij ojca i matkę, i miłuj bliźniego swego, jak siebie samego. Mówi mu młodzieniec: Tego wszystkiego przestrzegałem od młodości mojej; czegóż mi jeszcze nie dostaje? Rzekł mu Jezus: Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie, potem przyjdź i naśladuj mnie. A gdy młodzieniec usłyszał to słowo, odszedł zasmucony, miał bowiem wiele majętności. Jezus zaś rzekł do uczniów swoich: Zaprawdę powiadam wam, że bogacz z trudnością wejdzie do Królestwa Niebios. A nadto powiadam wam: Łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do Królestwa Bożego." (Ewangelia Mateusza 19, 16 - 24)
Czytałem niedawno o pewnym człowieku, który prowadził dobrze prosperujący biznes. Niewątpliwie miał piękny dom i dobry samochód. Był synem misjonarza, który zginął z rąk amazońskich Indian. Po wielu latach od tego zdarzenia pojechał wraz z matką odwiedzić to plemię i został poproszony: "Zostań tutaj z nami". Było to coś więcej, niż prośba ludzi - rozpoznał to jako Boże wezwanie. Zamknął firmę, sprzedał dom i wraz z rodziną osiedlił się w dżungli, by służyć Bogu i ludziom. Szczerze podziwiam tego człowieka i jego poświęcenie wszystkiego, gdy usłyszał chrystusowe "Pójdź za mną!" Patrzę też na tą historię i z Biblii i stawiam sobie pytanie: A JA? Czy potrafiłbym oddać wszystko, co mam i pójść za Jezusem? 

Tak naprawdę w tej historii nie chodzi o bogactwo. Wcale nie chodzi o to, że ten młodzieniec miał pewnie wygodne i dostatnie życie w pięknym domu i że jego sakiewka była pełna złotych monet, lecz o jego przywiązanie do tego, co posiadał. To nie bogactwo zamykało mu drogę do nieba, lecz przywiązanie do tego, co miał na ziemi. W gruncie rzeczy chodzi o to, czy bardziej miłujemy Jezusa czy to, co posiadamy. Nie chodzi o to, ile posiadamy, ale czy jesteśmy przywiązani do Boga czy do złota. Jezus pyta poprzez tą historię każdego z nas: "Czy jesteś gotów oddać wszystko, co posiadasz, zawierzyć mi i pełnić moją wolę?" 

Gdybyś był tak biedny, że miałbyś tylko ubranie, które masz na sobie, spotkałbyś jednak kogoś, kto ma mniej niż ty i usłyszałbyś głos Boga: "okryj go!" czy uczyniłbyś to? A może byś powiedział: "Panie! To jedyne, co mam! Przecież sam zmarznę!" W tym momencie postąpiłbyś tak, jak ów młodzieniec - bo ważniejsze jest dla ciebie ciepłe okrycie i twoje dobro, twój komfort, niż wola Pana. To nie jest przypowieść o bogactwie, lecz o życiowych priorytetach i posłuszeństwie Bogu.

środa, 27 listopada 2013

Na "wielkiej fali" miłości

Od kilku lat - odkąd byłem na Ukrainie - bardzo bliscy mi są bracia ze Wschodu - nie tylko baptyści, do których jest mi duchowo i ideowo najbliżej, lecz wszyscy, którzy szczerze są oddani Bogu. To właśnie powodowany tą miłością sięgnąłem po niewielką książeczkę br. Stanisława Heczko, który również umiłował Kościół na Wschodzie i przez wiele lat mu wiernie służył.

Br. Heczko urodził się w 1929 roku w Wędryni, kilkanaście kilometrów na południowy wschód od Cieszyna. Choć Wędrynia jest położona w tej części Śląska Cieszyńskiego, która znalazła się w granicach Czechosłowacji, urodził się on w polskiej rodzinie i dorastał w polskim otoczeniu (po dziś dzień 35% mieszkańców deklaruje narodowość polską). Wychował się w gorliwej rodzinie luterańskiej, jednak po osobistym doświadczeniu zbawienia i studiach teologicznych, rozpoczętych w Bratysławie a dokończonych w Pradze, został kaznodzieją Kościoła czeskobraterskiego - początkowo w Ostrawie, a potem w Brnie. W połowie lat 60-tych nawiązał pierwsze kontakty z wierzącymi z Wołynia (dzisiejsza Ukraina), a zaczęło się to od pewnego spotkania w... Warszawie. "Pierwszy raz na Wołyń pojechałem pod koniec kwietnia 1968 roku. To, co zobaczyłem, miało ogromny wpływ na moje późniejsze decyzje. Wyobraźcie sobie małą, drewnianą klitkę. Jedno pomieszczenie, bez prądu, bez bieżącej wody, łazienki i toalety, w kącie łóżko dla rodziców, dzieci śpiące na podłodze na słomie. Wyszedłem do ogródka i płakałem. Tego płaczu nawet po latach się nie wstydzę. W duchu modliłem się: 'Panie, jeśli chcesz, abym pomagał i służył tym i innym biednym ludziom przez całe życie, jestem gotów'. Nie miałem wtedy pojęcia, jak dosłownie Pan wysłucha tę moją cichą modlitwę" - wspomina autor. Przez kolejne dziesiątki lat starał się zaspokoić ich potrzeby - zarówno cielesne, jak i duchowe.

To książ(ecz)ka przede wszystkim o służbie drugiemu człowiekowi - o takim "serdecznym przymusie", by nie pozwolić mu przymierać głodem i chłodem, by dzielić się chlebem i słowem. To świadectwo o Bożym działaniu w życiu br. Heczko, o tym, jak Bóg rozbudza w człowieku wielką miłość i jak potężnie działa poprzez człowieka idącego przez świat i życie "na fali miłości". Tacy ludzie, jak br. Heczko przypominają mi surfera, który złapał wielką falę i sunie po niej, niesiony mocą tej fali. Gdy w twoim sercu tak ogromnie wzbiera miłość, robisz rzeczy szalone. Przyznam,  że szczególnie wzruszyły mnie opisy szmuglowania Biblii i literatury chrześcijańskiej, na którą na Ukrainie było ogromne zapotrzebowanie. Jeden z braci z Ukrainy wykorzystywał do tego... swoje kalectwo, przewożąc Nowe Testamenty w protezie nogi, która była w środku pusta. Od razu przypomniał mi się inny niezwykły przemytnik - brat Andrzej, założyciel misji Open Doors, który Boże działanie w swoim życiu i własne przygody na przemytniczym szlaku opisał w książce "Boży przemytnik". Oczywiście znam i inne podobne historie, bo wielu było takich, którzy na różne sposoby służyli braciom i siostrom w ZSRR, ale to właśnie świadectwo br. Heczko najbardziej mi przypomina wyczyny szalonego Holendra.

To jednak nie tylko opowieść o życiowej misji br. Heczko. Jego świadectwo jest także ciekawym obrazem wycinka historii XX wieku. Pokazuje nam sytuację wierzących i Kościołów w krajach komunistycznych - Czechosłowacji i ZSRR. Poznajemy realia życia i funkcjonowania Kościoła w bandyckim, totalitarnym systemie. To kolejny dobry powód, by usiąść i zacząć czytać.

niedziela, 24 listopada 2013

Więziona z powodu Chrystusa

Żyjemy w kraju, gdzie nie ma prześladowań z powodu wiary... Gdy piszę te słowa, jest niedzielny poranek (choć zapewne nim się pojawią na blogu będzie już wieczór) - i każdy z nas może iść swobodnie na mszę lub nabożeństwo. Księża mogą swobodnie sprawować "eucharystię" - ja nie zgadzam się z tymi praktykami, ale szanuję tych, którzy w to wierzą - a pastorzy z Biblią w ręku wygłaszać kazania. Czy wśród wielu intencji, jakie dziś przynosimy Bogu jest też wdzięczność za wolność, którą się cieszymy? Czy potrafimy docenić to, że choć nie zawsze zapewne doświadczaliśmy sprawiedliwości, to jednak od wieków w naszym kraju nie było prawdziwych prześladowań z powodu wiary? Przecież nawet w czasach, gdy w innych krajach szalała Inkwizycja, w Polsce panował względny spokój - i było tu schronienie dla tych, którzy uciekali przed prześladowaniami za wiarę. Czy w naszych sercach jest wdzięczność? Czy w ogóle dostrzegamy to że jesteśmy wolni, że nie musimy się kryć i obawiać?

Obawiam się, że w ten niedzielny poranek bardzo niewiele ust - o ile w ogóle jakieś - błogosławią Bogu za wolność. Bo wolność, gdy ją mamy, jest dla nas czymś tak zwyczajnym, że przestajemy ją zauważać i doceniać. "A ja? Kiedy ostatnio ja dziękowałem Bogu za wolność i bezpieczeństwo?" - to pytanie zadałem sobie, gdy dzisiejszego ranka pochylałem się nad książką Helen Berhane "Pieśń słowika" i ze smutkiem stwierdziłem, że nie potrafię sobie przypomnieć. Być może... NIGDY? A przecież wolność i swoboda gromadzenia się na modlitwach, dostęp do Biblii i możliwość głoszenia Ewangelii, mówienia publicznie o Jezusie, dawania świadectwa wiary, jest ŁASKĄ. Nie wszędzie na świecie chrześcijanie mogą żyć tak spokojnie, jak my. Niedawno w Korei Północnej rozstrzelano 80 osób - m.in. za posiadanie Biblii. Do wielu krajów islamskich krajów nie wolno wwozić Słowa Bożego, ani niczego, co wiąże się z wiarą chrześcijańską. Gdy my w niedzielę idziemy do naszych pięknych kaplic i kościołów, zasiadamy na wygodnych krzesłach lub ławkach, uwielbiamy Boga przy muzyce, gdzieś w świecie być może właśnie wierzący gromadzą się w ciemności, przemykając się chyłkiem - gdzieś na pustkowie, do domów lub szop - by również wielbić naszego Pana. Na całym świecie tysiące chrześcijan zamkniętych jest w więzieniach i obozach pracy tylko dlatego, że są wyznawcami Chrystusa.

Helen Berhane pochodzi z Erytrei - niewielkiego państwa we Wschodniej Afryce, które oderwało się na początku lat 90-tych XX wieku od Etiopii i od początku znalazło się pod władzą jednego człowieka, Isajasa Afewerkiego i Ludowego Frontu Erytrei, którzy wprowadzili w państwie totalitaryzm. Helen urodziła się i wychowała w rodzinie prawosławnej, należącej do monofizyckiego Kościoła podległego patriarchatowi Aleksandrii (koptyjskiemu), przez jakiś czas uczęszczała do Kościoła katolickiego, lecz w końcu - uznając autorytet Biblii i tylko na niej chcąc opierać swą wiarę - przyłączyła się do nieuznawanego przez dyktaturę Kościoła zielonoświątkowego "Rhema". Kilkakrotnie była aresztowana za głoszenie Ewangelii, aż w końcu - pojmana podczas jednego z organizowanych potajemnie nocnych nabożeństw - bez wyroku osadzona na 2,5 roku w najgorszych erytrejskich więzieniach.

piątek, 22 listopada 2013

Polityka w Kościele, Kościół w polityce

Źródło: Wyborcza.pl
Słowo Boże nie mówi nam o polityce, lecz uczy dobrego, pobożnego życia i wskazuje nam drogę zbawienia. Tak samo ma robić Kościół. Kościół nie jest od polityki, lecz od nauczania, co mówi Bóg, jakie są oczekiwania Boga względem nas i co Bóg chce nam dać. To jednak nie znaczy, że chrześcijanie nie mają się angażować w politykę i że nie mają wnosić w nią chrześcijańskich wartości. To nie znaczy też, że kwestie polityczne mają być wcale nie poruszane. Bo polityka to także kwestie moralne, sprawy grzechu. Niektóre grzechy to także przestępstwa cywilne: kradzież, gwałt, zabójstwo, pedofilia, itp. Inne nie: homoseksualizm, niewierność małżeństwa, aborcja (de facto też będąca zabójstwem) itp. Z niektórych - np. aborcji czy homoseksualizmu uczyniono elementy polityki.

Pomysł SLD zdaje się być "wielce pożytecznym", pozornie (!) ma służyć "rozdziałowi Kościoła od Państwa", lecz obawiam się, że w gruncie rzeczy nie chodzi wcale o to, by Kościół nie mieszał się w sprawy świeckie. Myślę, że chodzi o to, by chrześcijaństwo nie miało żadnych wpływów na życie społeczne - by chrześcijanie nie mogli występować w obronie życia, czy potępiać zło, jakie się dzieje w świecie (np. legalizacja związków homoseksualnych). Obawiam się, że ma to służyć ograniczaniu swobód - stopniowemu "zamykaniu" wiary w murach kościołów / salek kościelnych i domów. Już dziś często słyszymy: "wasza wiara to wasza prywatna sprawa i nie może wychodzić poza wasz dom, nie może mieć wpływu na was i wasze postępowanie poza waszym domem". Obawiam się, że chodzi o wyrzucenie wartości chrześcijańskich poza nawias życia społeczno - politycznego. 

poniedziałek, 18 listopada 2013

W wypełnaniu woli Boga odnalazła szczęście

O niektórych książkach nie wiem, co napisać - zwłaszcza, że recenzje nie są moją specjalnością. Najtrudniej jest pisać wówczas, gdy w bohaterze książki poznaję prawdziwą "bratnią duszę". A tak właśnie jest w przypadku Amy Carmichael - niezwykłej kobiety, która całe swoje życie poświęciła dzieciom z południa Indii. Może ona  być przykładem gorliwego poszukiwania woli Boga i bezkompromisowego wypełniania jej.

Urodziła się w 1867 roku w Irlandii, w bogatej, wielodzietnej rodzinie prezbiteriańskiej. Jej ojciec był właścicielem młyna i handlował mąką.Wkrótce jednak kres dobrobytowi położył rozwój żeglugi - szybkie transatlantyki o napędzie parowym zaczęły przywozić w dużych ilościach tańszą mąkę z Ameryki. Sytuacje rodziny pogorszyła się jeszcze, gdy w 1885 roku zmarł ojciec Amy - rodzina Carmichaelów musiała odtąd żyć bardzo oszczędnie.

Amy Carmichael
Pewnego dnia, po niedzielnym nabożeństwie wraz z braćmi pomogła starej, schorowanej, ubogiej kobiecie - odprowadzili ją do domu, niosąc jej węzełek chrustu. Inni członkowie zboru mijali ich... z pogardą (!), widząc, że prowadzą żebraczkę. Ta przykra postawa sprawiła, że poczuli się bardzo nieswojo, poczuli się zawstydzeni i pragnęli uciec przed wzrokiem ludzkim. Wówczas Amy doświadczyła pierwszego mistycznego przeżycia, które pchnęło jej życie na zupełnie nowe tory - usłyszała głos, który mówił: "Ze złota, srebra, drogich kamieni, z drzewa, siana, słomy... Jakie jest dzieło każdego, wypróbuje ogień. Jeśli czyjeś dzieło, zbudowane na tym fundamencie, się ostoi, ten zapłatę odbierze." Są to słowa z 1. Listu do Koryntian 3, 12 - 14. Amy zrozumiała, że Bóg powołuję ją, by służyła ludziom, zwłaszcza tym najuboższym - nie oglądając się na innych ludzi z Kościoła i nie przejmując tym, jak oni będą ją postrzegać.

Chciała nie tylko pomagać, lecz przede wszystkim głosić Ewangelię. Rozpoczęła od najbliższego otoczenia swego domu, do którego zaczęła zapraszać okoliczne dzieci, by mówić im o Bogu i pomagać w nauce. Wkrótce jednak Bóg powierzył jej o wiele poważniejszą misję - posłał ją do najgorszych dzielnic Belfastu, do robotników żyjących w skrajnej biedzie. W swoim zborze - ku oburzeniu wielu jego członków - zaczęła organizować spotkania dla robotnic fabrycznych. Wkrótce tak wiele osób chciało słuchać o Jezusie, że zbudowano specjalny budynek na terenie ofiarowanym przez jednego z bogatych fabrykantów i powołano misję, która z czasem przekształciła się w "The Welcome" Evangelical Church (Ewangeliczny Kościół "Powitanie"). Podobną działalność rozwinęła potem w Manchesterze, w Anglii, dokąd zaprosił ją Robert Wilson, przyjaciel rodziny i bogaty właściciel kopalni. Zrealizowała w ten sposób wielkie Boże zamierzenie. Bóg powierzył jej rozpoczęcie tej misji, lecz nie jej prowadzenie.

piątek, 15 listopada 2013

Uwielbienie z wysp wielkiego oceanu

"Po drugiej stronie nieba" - to tytuł książki Jacka Lilpopa, wydanej w 1987 roku. Od tej książki przed wielu, wielu laty zaczęła się moja miłość do Polinezji. Później przyszedł czas na kolejneksiążki: "Dzień dobry Tahiti Dworczyka, "Polinezyjski pasat" Sverre Holmsena czy "Raj na Tahiti" Arne Falk Ronne. Wyjazd na Tahiti był moim wielkim marzeniem. Teraz, po latach, ta miłość nie jest tak silna, lecz sentyment do wysp Pacyfiku pozostał we mnie. Wciąż lubię dźwięki ukulele i język polinezyjski. "Ua parau ehora te atua ei maramarama" - "I rzekł Bóg: niech stanie się światłość"... Do dziś pamiętam ten niewielki urywek z Biblii (1. Księga Mojżeszowa 1, 3), cytowany gdzieś przez Jacka Lilpopa. Nie stać mnie na podróż w te dalekie zakątki świata, lecz dziś możemy - dzięki zdobyczom techniki - wybrać się tam razem choćby wirtualnie i posłuchać, jak nasi polinezyjscy bracia - choć nie z Tahiti, a z Samoa - wielbią Boga.

Ćwiczenie wojownika

"...i nie dopuść, abyśmy ulegli pokusie" (Ewangelia Łukasza 11, 4 - "Biblia Tysiąclecia")
"Boże, Boże - zabierz ode mnie pokusy. Tak bardzo chcę być święty ale jestem taki słaby. Chroń mnie, Panie, by pokusy mnie nie nachodziły" - modliłem się do Boga. Jakby to było dobrze, gdyby można było żyć bez pokus, gdyby diabeł nie miał do nas dostępu. Bóg słucha naszych modlitw i na nie odpowiada. I przyszła Boża odpowiedź - nawet bardzo szybko. Bóg powiedział: "Wiesz, to nie tak..."

Bóg nasz jest Bogiem absolutnie wszechmocnym, mogącym uczynić wszystko, co postanowi. I jestem przekonany, że mógłby spełnić i taką prośbę - byśmy przez całe swoje życie nie doświadczyli żadnej pokusy, byśmy szli prościutko drogą całkowitej, doskonałej świętości. Bóg mógłby nas, którzy do Niego przychodzimy, zabezpieczyć całkowicie, by diabeł nie miał do nas w żaden sposób dostępu. A jednak tego nie robi. Gdy bardzo pragnąłem, by Bóg sprawił, bym nie cierpiał pokus, Bóg - niespodzianka! - powiedział: "Nie! Ja tego nie uczynię" i skierował moje myśli ku "Modlitwie Pańskiej". Nie ma w niej słów: "uchroń nas przed pokusami", lecz "nie dopuść, abyśmy ulegli pokusie". Wcześniej tłumaczono to: "...i nie wódź nas na pokuszenie..." - taką formę znamy m.in. z Biblii Warszawskiej i z katolickich katechizmów, tak nas uczono tej modlitwy - co jednak mogło prowadzić do błędnych wniosków, że Bóg człowieka zwodzi, że Bóg człowieka wciąga w grzech. W przekładzie dosłownym Ewangelicznego Instytutu Biblijnego przełożono te słowa: "...i spraw, abyśmy nie ulegli w próbie". 

"Mógłbym sprawić, że nie będziesz doświadczał pokus, ale byłbyś wciąż słaby, a ja potrzebuję cię silnym i chcę cię umocnić. Chcę, byś doskonalił się w bojach, byś stał się wojownikiem, jakiego mi potrzeba" - powiedział mi Pan (proszę, nie traktujcie tego jako jakieś "nowe objawienie" - jest to próba literackiego przekazania tego, co Bóg mi pomógł zrozumieć). Życie chrześcijańskie jest życiem wojownika! Apostoł Paweł, zachęcając Tymoteusza do coraz pełniejszej bliskości z Chrystusem, zachęca go, by stawał się "dobrym żołnierzem Chrystusa Jezusa" (por. 2 List do Tymoteusza 2, 3). Każdy z nas jest powołany właśnie do tego, by być dobrym żołnierzem Chrystusa. Nikt nie staje się dobrym żołnierzem bez przejścia poligonu! Cóż wart jest żołnierz, nawet najlepiej uzbrojony, lecz niewyćwiczony?

Bóg nie odsunie od nas pokus, nie "wyłączy" diabła, który nam szepce: "Zrób to!" Zawsze będziemy kuszeni przez diabła! Bóg nie odsuwa od nas pokus, byśmy przeciwstawiając się im, wzmacniali się, mężnieli, stawali się wojownikami przydatnymi dla rozszerzania Królestwa Bożego. Jeśli mamy iść w bitwę, musimy być dobrze wyszkoleni. Gdy doświadczamy pokus, jest to pole ćwiczeń - poligon, na którym jesteśmy trenowani, by móc potem walczyć o innych. Pokusy są ciosami zadawanymi przez diabła - my zaś powinniśmy się doskonalić w robieniu uników, w osłanianiu się tarczą, w kontrze, w uderzeniach. Nie módlmy się więc, byśmy nie doświadczali pokus, lecz byśmy umieli się uskoczyć i byśmy pamiętali o tarczy. Nie módlmy się, by Bóg ochraniał naszą słabość, lecz by wzmacniał nas, byśmy byli gotowi, gdy nadejdzie czas, by walczyć.

poniedziałek, 11 listopada 2013

Brat Marcin w... Radiu Maryja

Fot. Telewizja Tychy / You Tube
Nie słucham Radia Maryja. Tym razem uczyniłem wyjątek, gdyż gościem audycji był brat Marcin. Był on bardzo związany duchowo - okultyzm, narkotyki, pornografia... Został wyzwolony przez Boga. Latem podlinkowałem dwie wersje jego świadectwa - "Niezwykłe świadectwo Marcina Boczka" - z tego jedna już, niestety, nie jest dostępna. Bardzo się cieszę, że został zaproszony do Torunia. Cała audycja "Rozmowy niedokończone" z jego udziałem jest dostępna na stronie radiostacji. Bardzo polecam - nawet znającym już jego świadectwo.

Przeciwdziałać ruinie

"A jeśliby zgrzeszył brat twój, idź, upomnij go sam na sam; jeśliby cię usłuchał, pozyskałeś brata swego. Jeśliby zaś nie usłuchał, weź z sobą jeszcze jednego lub dwóch, aby na oświadczeniu dwu lub trzech świadków była oparta każda sprawa. A jeśliby ich nie usłuchał, powiedz zborowi; a jeśliby zboru nie usłuchał, niech będzie dla ciebie jak poganin i celnik." (Ewangelia Mateusza 18, 15 - 17)
Czytając niedawno biografię Gotfryda Fryderyka Alfa zwróciłem uwagę, jak wiele razy z bólem wspominał on o ludziach, których... wyrzucono z Kościoła. Czyniono tak, gdy ich życie nie zgadzało się ze "standardami wiary" - choć obawiam się, że powodem bywały zarówno uchybienia wobec Słowa Bożego, jak i uchybienia wobec zasad określonych przez ludzi, bo nieraz jest tak, że choć Słowo Boże o czymś milczy, nie jest to potępiane, to ludzie mają własne wyobrażenie o przyzwoitości. Nie powinniśmy ingerować, gdy coś nam się nie podoba, a Słowo Boże o tym nie mówi - lub powinniśmy się sprawą zając tylko w bardzo ograniczonym zakresie, bez potępienia czy usuwania człowieka z Kościoła. Jednak gdy naruszenie jest poważne - np. gdy sprawa dotyczy cudzołóstwa, pijaństwa (lub używania narkotyków), lub innych niemoralnych zachowań i postaw - powinniśmy zawsze interweniować.

Jeśli przymkniemy oko na zło, pomożemy mu się rozprzestrzeniać w Kościele. Jeśli nie napomnimy brata, który do Kościoła wnosi błoto, i będziemy udawać, że nie pozostawia po sobie brudnych śladów, że ich nie widzimy, to wkrótce cały Kościół może być w takim stanie. Jest takie porzekadło: "łyżka dziegciu beczkę miodu zepsuje". Dlatego właśnie już w czasach apostolskich zatwardziałych grzeszników usuwano z Kościoła. Jeśli zaś trafił się taki, kto odszedł całkowicie od wiary, kto zaparł się Chrystusa, to - o ile dobrze pamiętam wykłady o historii Kościoła - już nie było dla niego powrotu. Surowe zasady - być może w czasach G.F. Alfa już nie tak surowo traktowano ludzi, bo z radością przyjmowano tych, którzy się nawracali, z powrotem do zboru

"[A] jeśliby zboru nie usłuchał, niech będzie dla ciebie jak poganin i celnik" Bóg nie chce, byśmy pozwalali braciom ginąć. Jeśli widzimy, że w ich życiu i postępowaniu coś jest nie tak, że coś się nie zgadza ze Słowem Bożym - mamy iść z napomnieniem. Jeśli nasze słowa nie działają, mamy iść razem z Braćmi. Dalej powinniśmy poruszyć tą sprawę wobec starszych, lub całego Kościoła. Jeśli i to nie poskutkuje, powinniśmy traktować ich jako nieczystych - by ich brud nie przechodził na nas. Gdy wali się wiara naszego brata, mamy ją podpierać, lecz nie mamy ryzykować, że pociągnie on nas za sobą, że jego upadek przyczyni się do ruiny nas samych. Widziałem na własne oczy (!) w Kościele, jak upadek jednego, pociągał drugiego! Ważne jest podpierać, ale ważne jest też wiedzieć, kiedy się odwrócić i uciekać. Może to nie brzmi dobrze, ale jest taki moment, gdy powinniśmy się przestać zajmować drugim człowiekiem, a chronić siebie i Kościół.

sobota, 9 listopada 2013

Gospel Joy w TVN

Źródło; Gość Niedzielny
Nie jestem wielbicielem programu typu "talent show" i nie jestem przekonany co do ich skuteczności - o niemal wszystkich ich uczestnikach przestajemy słyszeć, gdy tylko kończy się program... Mam nadzieję, że tym razem będzie inaczej, bowiem chór jest już znany - i uważam, że NAJLEPSZY W POLSCE! Z całego serca życzę im sukcesu, bo wiem, że na niego zasługują. Bardzo się cieszę, że mają okazję zaprezentować się w tak popularnym programie, oglądanym przez miliony Polaków - i  że znaleźli się w półfinale. Nie jest to pierwszy przypadek, gdy gospel pojawi się w programie tego typu - w III edycji emitowanego przez TV Polsat program "Tylko Muzyka - Must be the Music" mieliśmy okazję oglądać Briana Fentresssa (nota bene współpracującego także z Gospel Joy) z zespołem reGenaration, a w V edycji tego samego programu zespół Sienna Singers z warszawskiego zboru zielonoświątkowego. Nie wiem jak wy (zachęcam!) - ja oglądam i wspieram modlitwą!


Początek świata okiem naukowca

Przekonanie o tym, że to Bóg stworzył  świat - że świat i życie nie są dziełem przypadku, nie powstały w procesie ewolucji - nie jest kwestią wiary, lecz... WIEDZY! Ogromny sprzeciw - a nawet terror (o czym świadczy choćby artykuł pr. "O Inteligentnym Projekcie na razie incognito", opublikowany właśnie przez magazyn "World") - wobec naukowców niepodzielających światopoglądu (ideologii) ewolucjonistycznego - nie zmienia faktu, że pogłębianie wiedzy w pewnym momencie stawia nas przed koniecznością przyznania: "Jest Bóg!" Jest wielu odważnych naukowców, którzy mówią o tym zupełnie otwarcie. Jednym z nich jest prof. Geoff Barnard. Oto wywiad z nim, opublikowany w Magazynie Chrześcijańskim "CEL" nr 2 (21), lato 2010. Tradycyjnie już - aby obrazek wyświetlił się w wielkości odpowiedniej do czytania należy w niego kliknąć i otworzyć w nowym oknie.



piątek, 8 listopada 2013

Co masz w sercu?

"Owocem zaś Ducha są: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, wstrzemięźliwość" (List do Galatów 5, 22 - 23)
Na zewnątrz wychodzi to, co człowiek ma w środku, "w sercu". Jeśli doświadczyliśmy zbawienia to zawsze (!) wraz z nim "w pakiecie" dostajemy pokój serca - Boży pokój - i wszystko, co on przynosi. Zbawienie przejawia się na zewnątrz dobrymi "owocami". Gdy natomiast w środku mamy coś obrzydliwego, będzie to wyłazić na wierzch w postaci "glutów" wszelkich złych uczynków. Jeśli z człowieka wychodzi na zewnątrz coś innego, niż dobre rzeczy, o których pisze Apostoł Paweł, to znaczy, że w jego sercu są wpływy "jakiegoś innego" ducha, niż Duch Boży, panuje w nim duchowy bałagan i potrzebna jest Boska interwencja.

czwartek, 7 listopada 2013

Kościół Boga jest JEDEN!

Czasem żałuję, że nie mam w sobie niekończącej się energii, że człowiek nie może być "żywym perpetuum mobile", że potrzebujemy snu, odpoczynku. Sen i sny to też przyjemność, lecz są takie sytuacje, gdy konieczność przespania się jest co-nieco przykra, bo człowiek czuje, że coś traci, że omija go coś niesamowitego. 

Dla mnie takim czasem, gdy najchętniej bym wcale nie spał, są odbywające się co kilka miesięcy w Poznaniu Weekendy Uwielbienia. Kiedyś, gdy była to jeszcze "tylko" Doba Uwielbienia, można było wytrzymać od początku do końca - to przecie tylko 24h! Odkąd Doby stały się Weekendem - 48h modlitwy non-stop - przestało to być, niestety, możliwe. Przychodzi chwila, gdy nie pomaga nawet druga kawa, gdy oczy się zamykają... I chociaż jest w człowieku takie pragnienie, by uczestniczyć w tym dalej, by modlić się dalej, musimy jednak odpocząć. Bóg wcale nie chce, bym trwał na modlitwie nie licząc się z potrzebami mojego organizmu, ze swoim zdrowiem. Trzeba wiedzieć, kiedy skończyć wychwalać i powiedzieć: "Teraz dobranoc, Boże!" Lecz zawsze jest ta odrobina żalu...

Po raz kolejny taki wspaniały czas z Panem mieliśmy w Poznaniu w dniach od 18 do 20 października. zgromadziliśmy się z różnych Kościołów. Byli baptyści, byli zielonoświątkowcy, byli członkowie innych Kościołów i wspólnot charyzmatycznych, byli katolicy... Przybyli nawet Bracia i Siostry, którzy Jezusa nazywają Yeshua Ha'Mashijah, członkowie społeczności żydów mesjańskich. we wspólnej modlitwie Ta różnorodność ogromnie cieszy. To wspaniale, że możemy się spotykać i wspólnie stawać przed Bogiem, dla którego nie liczy się to, w jakiej społeczności jesteśmy, lecz wiara i to, że chcemy naszą wiarę "zasilać" modlitwą. Bo naprawdę Kościół Boga jest jeden i tylko jeden! Modlę się - a pewnie wszyscy się modlimy - o to, by było nas coraz więcej, i nie tylko z Poznania (jedna z Sióstr, którą zawsze można podczas Weekendów spotkać przyjeżdża ponad 1000 kilometrów, aż z Białorusi!). Chciałbym wśród nas kiedyś ujrzeć także... księży i siostry zakonne! :) Bo Bóg nie patrzy w papiery, lecz w serce i Bóg działa niezależnie od tego, gdzie przynależymy. :)

Braterstwo

"A jeśliby zgrzeszył brat twój, idź, upomnij go sam na sam; jeśliby cię usłuchał, pozyskałeś brata swego" (Ewangelia Mateusza 18, 15)
Bóg w swej mądrości postawił nas obok siebie, jednego obok drugiego. Jeden łatwiej upadnie, niż dwóch albo trzech, którzy się wzajem dobrze trzymają. Gdy jeden się potyka, drugi może go podtrzymać. Gdy idziemy po drodze życia powinniśmy patrzeć nie tylko pod własne "nogi", nie tylko o siebie się troszczyć, lecz także pod nogi brata, by ustrzec go w razie potrzeby, od upadku. Braterstwo to coś więcej niż bycie razem w Kościele Chrystusa - to miłość i troska jednego o drugiego!

Apostoł Mazowsza

Lubię czytać o misjonarzach, którzy tak dalece zawierzyli Bogu, że nie wahali się iść na koniec świata, by tam głosić Ewangelię. Jak wiele ich to kosztowało? Ilu z nich za swój zapał i miłość do Chrystusa zapłaciło krwią? Myślę, że nikt nie jest w stanie tego oszacować - to wie tylko Bóg. Podziwiamy tych bohaterów wiary, którzy nieśli Ewangelię do krajów afrykańskich, azjatyckich i na zamieszkałe przez ludożerców wyspy Pacyfiku. A co wiemy o tych, którzy przynieśli Ewangelię tutaj, do Polski? W gruncie rzeczy bardzo niewiele. Mogąc długo rozmawiać o misjach zagranicznych z siewcami, którzy rzucali (u rzucają) ziarno w naszą ziemię mamy pewien problem. 

Jednym z tych niezwykłych ludzi był Gotfryd Fryderyk Alf. Był to człowiek, który przyczynił się do rozkwitu wiary ewangelicznej, nie tylko w Polsce, a przynajmniej w jej części będącej pod zaborem rosyjskim, lecz także w krajach na wschód od niej leżących. Był pierwszym baptystą nad Wisłą, a ogień Ewangelii Chrystusowej, który tu zapłonął, wkrótce zaczął się przenosić poza Polskę - na Ukrainę, Białoruś i w dalsze zakątki wielkiego Imperium. Po raz pierwszy usłyszałem o nim 9 lub 10 lat temu, gdy moje kontakty z ewangelicznym chrześcijaństwem w ogóle, a baptystami w szczególności, dopiero się zawiązywały. Informacje były nader skąpe - o założeniu pierwszych zborów w Adamowie i Kicinie, o masowych chrztach, o prześladowaniach. To niewiele rozbudziło jednak we mnie fascynację tym człowiekiem, pragnienie poznania go bliżej. Niestety niezbyt wiele się po nim zachowało, a niewiele brakło, by on sam popadł w zapomnienie, bo przez wiele lat - niestety - polscy baptyści nie interesowali się nim tak dalece, że zapomniano nawet o jego grobie! Potrzeba było mądrego brata z Ameryki - historyka Kościoła a przy tym krewniaka G.F. Alfa - prof. Alberta Wardina, by pamięć o nim w naszym kraju ożywić.

Gotfryd Fryderyk Alf urodził się w 1831 roku na terenie "Królestwa Polskiego", zwanego często także "Polską Kongresową" lub "Kongresówką". Często jako miejsce jego urodzenia podaje się Ossów koło Pułtuska. Na jego grobie jednak jako miejsce urodzenia wskazuje się wieś Wólka, a sam Alf wspomniał w jednym ze swych listów, że jego rodzinna wieś znajduje się w okolicy Kłodawy. Był synem niezamożnych osadników niemieckich, wyznania luterańskiego. Mając 19 lat został nauczycielem i kantorem w podwarszawskiej wsi Mentnowo - i był, można powiedzieć, u "szczytu kariery", gdyż ze swym pochodzeniem i nader skromnym wykształceniem w zasadzie nie mógł już nic więcej osiągnąć. Choć nauczanie dzieci i odczytywanie kazań w kościele w zastępstwie proboszcza zdawały się być rolą, która miał odgrywać już do końca swoich dni, Bóg miał zupełnie inny plan. Regularne czytanie Słowa Bożego pomogło mu zrozumieć jego duchową sytuację, a gorliwa modlitwa doprowadziła go do zbawienia. Był rok 1853. Przebudzony duchowo młodzieniec, stał się "iskrą", od której rozpoczęło się przebudzenie duchowe w mentnowskiej parafii, co jednak nie w smak było ani pastorowi, ani władzom Kościoła - Alf został pozbawiony pracy i wypędzony. W dalszym ciągu, w kręgu przyjaciół, studiował Biblię i rozważał zwłaszcza kwestię chrztu - podjęli decyzję o opuszczeniu Kościoła luterańskiego i przyłączeniu się do baptystów, których misja działała intensywnie w sąsiadujących z Mazowszem Prusach Wschodnich. Pod koniec 1858 roku do Polski przybył kaznodzieja Wilhelm Weist, który ochrzcił pierwszych wierzących. I tak to się zaczęło...

środa, 6 listopada 2013

Krzyż Chrystusa nie był ze złota

"Miesz­ka­ją w luk­su­so­wych re­zy­den­cjach, ota­cza­ją się pięk­ny­mi ko­bie­ta­mi, jeż­dżą dro­gi­mi spor­to­wy­mi sa­mo­cho­da­mi, lubią chwa­lić się ma­syw­ną złotą bi­żu­te­rią i ta­tu­aża­mi, a do tego upa­ja­ją się swym sta­tu­sem ce­le­bry­tów. Oto pastorzy sześciu ewangelicznych kalifornijskich ”megakościołów”... (...) Łączy ich specyficzna wizja chrześcijaństwa, która skrajnie różni się od idei ”Kościoła dla ubogich”, propagowanej przez papieża Franciszka od czasu rozpoczęcia jego pontyfikatu. Owi pastorzy-gwiazdorzy głoszą ewangelię ”teologii sukcesu”. Wedle tej doktryny, będącej jednym z nurtów ruchu zielonoświątkowego i zdobywającej coraz większą popularność w Stanach Zjednoczonych, materialne bogactwo i zdrowie są Bożymi błogosławieństwami, doczesną nagrodą za wiarę, której moc przezwycięża ubóstwo oraz choroby" - podawał przed kilkoma dniami Onet. Przyznam, że czytając ten artykuł omal nie zacząłem płakać. Chciałbym się podzielić z wami pewną refleksją z nim związaną - choć to nie jest łatwe, bo w moich oczach są łzy, które wciąż chcą płynąć.

Apostołowie mieli wielką wiarę - choć nie od razu... czy któregoś z nich Bóg nagrodził bogactwem? Czy Bóg dał im pałace, służbę, najlepsze konie, lektyki i rydwany? Spośród tych, którzy byli najbliżej Jezusa tylko jeden, Jan, zmarł śmiercią naturalną - na zesłaniu, po wielu torturach. Nie posypało się na nich złoto za ich wiarę - za ich wiarę polała się na ziemię ich krew. Owszem, wśród pierwszych chrześcijan nie brakło ludzi zamożnych - którzy swoim majątkiem służyli Bogu, mając udział w dziełach Kościoła, utrzymując misjonarzy i nauczycieli. Wiedzieli, że z powodu swej wiary mogą kiedyś stracić wszystko, wraz z życiem. Czy gdzieś w Biblii mamy obietnicę, że jeśli będziemy wiernie szli za Bogiem, to Bóg da nam ludzi, którzy nas będą słuchać w zachwycie, a wraz z nimi pieniądze, wille, samoloty, limuzyny, itd.? Nie! On obiecał nam jedynie swoją obecność pośród nas - jako jedyne nasze bogactwo... Zapowiedział, że Jego uczniowie zostaną szczodrze obdarzeni przez świat: szyderstwem, oszczerstwami, ciosami miecza i krwawymi bruzdami na ciele.

Czy oni naprawdę myślą, że Jezus poszedł na krzyż po to, by oni mogli o nim mówić / śpiewać i pławić się w luksusie? Czy Jezus po to poszedł na krzyż, aby oni mogli "błyszczeć" przed światem w swych śnieżnobiałych (niektórzy bardzo lubią ten kolor), kosztownych garniturach, by światło się pięknie odbijało w złotym krzyżu na ich piersi, by mogli mówić o powodzeniu - "wspierajcie moją służbę, a Bóg da wam więcej!"?  Czy Chrystus poszedł na krzyż po to, by ci, którzy powtarzają jego imię jeździli drogimi samochodami i mieszkali w "wypasionych" willach? Krzyż Chrystusa nie był ze złota, nie był wysadzany drogimi kamieniami i nie błyszczał pięknie w słońcu ze szczytu Golgoty! Był z chropowatego drewna i Jezus nie wisiał na nim dla ich wypasionych willi, samolotów i limuzyn, lecz by zbawić ludzi - i boli mnie, gdy ktoś naukę Chrystusa przemienia na złoto. Może dosadniej: boli mnie, gdy ktoś krew Chrystusa (!) za nas przelaną zamienia w złoto dla siebie.

Bóg czasem daje pieniądze (niekiedy nawet wielkie bogactwo!), ale jeśli daje duże pieniądze, to znaczy, że gdzieś są duże potrzeby - że ma jakiś cel dla pieniędzy, które nam daje. Jeśli dostajesz więcej, niż potrzebujesz to dlatego, że gdzieś ktoś potrzebuje więcej niż dostaje. Nie potrafię zrozumieć ludzi, którzy tytułują się "pastorami" i "wielebnymi" i rozkoszują się bogactwem, gdy gdzie indziej pastorzy mieszkają w szałasach, nie mogą sobie pozwolić na buty lub odbudowę dachu kaplicy, opiekują się sierotami i nie mają co dać im do jedzenia, lub błagają, by ktoś kupił im rower, by nie musieli chodzić przez dżunglę na piechotę. Nie potrafiłbym się cieszyć pięknym samochodem i jachtem, gdybym wiedział, że mój brat nie ma na buty. Nie potrafiłbym pieścić rękoma kazalnicy z mahoniu (czy innego szlachetnego drewna), wiedząc, że gdzieś ktoś nie ma swego miejsca, gdzie mógłby uwielbiać Boga. Nie potrafiłbym zajadać się kawiorem i homarami wiedząc, że ktoś szuka chleba po śmietnikach.

Nie do mnie należy osądzanie kogokolwiek, ale... Wolałbym jechać do Indii i słuchać bosego pastora w byle portkach i koszuli, lecz szczerze oddanemu Chrystusowi i Ewangelii, niż jechać do USA i wsłuchiwać się w kazania tych, którzy z równym zapałem mówią o Jezusie i o swoim powodzeniu. Bo wiem, że ten pierwszy zabiega o dusze ludzkie, nie o pieniądze i sławę. Wolę modlić się wśród biedaków w baraku bez dachu, niż w rozświetlonej kolorowo hali, gdzie kaznodzieja w lśniącym garniturze wykrzykuje coś dzieciach Boga, które zawsze powinny się cieszyć zdrowiem i dostatkiem. Nie chcę nikogo osądzać, ale przyjdzie taki dzień, gdy każdy swą zapłatę odbierze i... sądzię, że niestety wielu "znakomitych" pastorów / kaznodziejów, "autorytetów wiary" "namaszczonych przez Boga" i "natchnionych przez Ducha Świętego", autorów poczytnych książek i liderów uwielbienia nie spotkamy w niebie!

niedziela, 3 listopada 2013

Do Marii, czy do Jezusa?

A Ty do kogo się zwracasz ze swoimi sprawami? Jezus powiedział do nas: "Ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata" (Ewangelia Mateusza 28, 20) a także: "Jesteście przyjaciółmi moimi, jeśli czynić będziecie, co wam przykazuję. Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego; lecz nazwałem was przyjaciółmi..." (Ewangelia Jana 15, 14 - 15) Mamy PRZYJACIELA, który jest pośród nas, który nas kocha i rozumie. Nie potrzeba nikogo innego, żadnych pośredników.

sobota, 2 listopada 2013

Powołanie

"Pan (...) nie chce, aby ktokolwiek zginął, lecz chce, aby wszyscy przyszli do upamiętania" (2. List Piotra 3, 9)
Bóg powołuje - ale czy my odpowiemy "tak" czy "nie" to już inna sprawa. Nie jesteśmy w stanie Boga zaskoczyć swą decyzją. On wie od początku, którzy pójdą drogą, którą On wskaże, a którzy będą chcieli żyć "po swojemu". Są ludzie, którzy uważają, że od człowieka nic nie zależy - że Bóg od początku tylko część ludzi wyznaczył do zbawienia, a resztę odrzucił na potępienie. Powołują się przy tym na inny fragment Biblii: "Albowiem tych, których od wieków poznał, tych też przeznaczył na to, by się stali na wzór obrazu Jego Syna, aby On był pierworodnym między wielu braćmi. Tych zaś, których przeznaczył, tych też powołał, a których powołał - tych też usprawiedliwił, a których usprawiedliwił - tych też obdarzył chwałą" (List do Rzymian 8, 29 - 30), lecz to fałszywy obraz Boga, wyobrażenie, w którym przypomina ojca, który swe dzieci dzieli na te, którym otwiera drzwi domu i te, które wyrzuca na ulicę, pozostawia bez opieki i własnego miejsca w życiu. To ma być "dobry Ojciec"? Owo "przeznaczenie od wieków" nie opiera się w moim przekonaniu na Bożej decyzji o naszym losie, lecz na Bożej wiedzy o naszych życiowych decyzjach. On wie od początku jakiego wyboru dokona każdy z nas - dlatego Paweł Apostoł pisze: "tych, których od wieków poznał"! - i dla kogo będzie niebo. Przed tymi, którzy na Jego wezwanie odpowiadają "tak", otworzył niebo na wieki przed dniem ich narodzin. Decyduje Boża WIEDZA a nie Boże postanowienie, podział kogo błogosławić, a kogo skazać na zniszczenie. I jeszcze jedna myśl: gdy czytamy w Biblii o sądzie nad światem, który się ma odbyć, będzie to już tylko formalność, bo Bóg wie wszystko.

piątek, 1 listopada 2013

Bóg chce rozpalić ogień

To bardzo stara książka... Myślę, że można ją nazwać "białym krukiem", gdyż wydana została w roku 1981 i to w nakładzie zaledwie 2000 egzemplarzy - i od tego czasu nikt nie pomyślał, że warto byłoby ją ponownie udostępnić polskiemu czytelnikowi. Swój egzemplarz mam dzięki wycofaniu go z biblioteczki jednego ze zborów ewangelicznych i sprzedaży poprzez antykwariat (co zresztą zaowocowało nie tylko refleksją nad książką, ale także zawarciem cennej dla mnie znajomości z pastorem tej społeczności).

Tytuł książki nawiązuje do pewnego niezwykle ważnego wydarzenia z naszej historii. "A gdy nadszedł dzień Zielonych Świąt, byli wszyscy razem na jednym miejscu. I powstał nagle z nieba szum, jakby wiejącego gwałtownego wiatru, i napełnił cały dom, gdzie siedzieli. I ukazały się im języki jakby z ognia, które się rozdzieliły i usiadły na każdym z nich. I napełnieni zostali wszyscy Duchem Świętym, i zaczęli mówić innymi językami, tak jak im Duch poddawał. A przebywali w Jerozolimie Żydzi, mężowie nabożni, spośród wszystkich ludów, jakie są pod niebem; gdy więc powstał ten szum, zgromadził się tłum i zatrwożył się, bo każdy słyszał ich mówiących w swoim języku. (...) [Niektórzy] drwiąc, mówili: Młodym winem się upili. Na to powstał Piotr wraz z jedenastoma, podniósł swój głos i przemówił do nich: Mężowie judzcy i wy wszyscy, którzy mieszkacie w Jerozolimie! Niechże wam to będzie wiadome, dajcie też posłuch słowom moim. Albowiem ludzie ci nie są pijani, jak mniemacie, gdyż jest dopiero trzecia godzina dnia, ale tutaj jest to, co było zapowiedziane przez proroka Joela..." (Dzieje Apostolskie 2, 1 - 6 i 13 - 16) Tak zaczął się Kościół! To wydarzenie jest fundamentalnym dla narodzin Kościoła. Kościół narodził się z Ducha Świętego! Pierwotny Kościół był bardzo "rozpalony" - działy się tam niezwykłe rzeczy! Potem ten ogień na długo przygasł - do tego stopnia, że dziś wielu wierzy, że dany został tylko na początek, a gdy podobne poruszenia duchowe występują dziś, wyznawcy Chrystusa zachowują sceptycyzm. Ks. Dennis J. Bennet - duchowny episkopalny (anglikański) z USA, utożsamiajacy się z nurtem anglo-katolickim - był jednym z takich sceptyków. Do czasu, gdy Bóg i w nim rozpalił ten ogień!

Kupując tą książkę przed kilku laty tak naprawdę kupowałem "kota w worku". Kupiłem ją nie wiedząc nic o jej autorze i nie mając możliwości choćby jej przekartkować. Liczyłem na to, że będzie interesującym wykładem popularno - teologicznym na temat Ducha Świętego, że dowiem się z niej więcej o Duchu Świętym, o jego obecności i wpływie na Kościół, o "darach Ducha Świętego", o których tak wiele słyszałem jeszcze jako katolik... Książka ta okazała się być jednak zupełnie czym innym! Owszem, jest o Duchu Świętym, o Jego działaniu w Kościele, o "ogniu" w ludzkich sercach... Ale nie ma tam teologii! Nawet biblijne odniesienia trudno wyłowić. Nie znajdziesz tam listy cytatów o Duchu Świętym z Biblii. Ta książka jest bardzo osobistym świadectwem ks. Bennetta, który w sposób niezwykle "plastyczny" opisuje swoje przeżycia związane z chrztem Duchem Świętym i w jaki sposób wydarzenie to zmieniło jego życie.