niedziela, 9 grudnia 2012

Pan nasz czyni cuda!

"[Jezus] ...wszedł do Kafarnaum. Sługa pewnego setnika, szczególnie przez niego ceniony, chorował i bliski był śmierci. Skoro setnik posłyszał o Jezusie, wysłał do Niego starszyznę żydowską z prośbą, żeby przyszedł i uzdrowił mu sługę. Ci zjawili się u Jezusa i prosili Go usilnie: Godzien jest, żebyś mu to wyświadczył - mówili - miłuje bowiem nasz naród i sam zbudował nam synagogę. Jezus przeto wybrał się z nimi. A gdy był już niedaleko domu, setnik wysłał do Niego przyjaciół z prośbą: Panie, nie trudź się, bo nie jestem godzien, abyś wszedł pod dach mój. I dlatego ja sam nie uważałem się za godnego przyjść do Ciebie. Lecz powiedz słowo, a mój sługa będzie uzdrowiony. Bo i ja, choć podlegam władzy, mam pod sobą żołnierzy. Mówię temu: Idź! - a idzie; drugiemu: Chodź! - a przychodzi; a mojemu słudze: Zrób to! - a robi. Gdy Jezus to usłyszał, zadziwił się i zwracając się do tłumu, który szedł za Nim, rzekł: Powiadam wam: Tak wielkiej wiary nie znalazłem nawet w Izraelu. A gdy wysłani wrócili do domu, zastali sługę zdrowego." (Ewangelia Łukasza 7, 1 - 10)
Zgromadzenie chrześcijańskie w jednym z domowych Kościołów
w Chinach. Spotkania takie odbywają się w ścisłej tajemnicy,
co upodabnia chińskie Kościoły domowe do pierwotnego Kościoła.
Te słowa przypomniały mi się, gdy w książce "Noc miliona cudów" przeczytałem kolejne niezwykłe świadectwo. Dwóm chińskim chrześcijanom - z których jeden, Matthew Lo to gorliwy i znany w Chinach ewangelista pewnego dnia przydarzyło się coś, co trochę przypomina powyższe zdarzenie z życia Jezusa.

     "Chan skończył planowanie dostaw Biblii w prowincji Henan, a Matthew uznał, że spędził już tutaj wystarczająco dużo czasu, jak na znanego wędrownego ewangelistę - niepożądanego i uciekającego przed pościgiem. Właśnie zbierali się do wyjścia z domu, w którym się zatrzymali, gdy rozległo się pukanie do drzwi. Z przerażeniem zobaczyli, że do środka wchodzi lokalny działacz komunistyczny, szef miejscowej organizacji partyjnej.
     - Który z was to ten ewangelista, Matthew? - spytał zdecydowanie.
     Żeby odwrócić jego uwagę od Chana, Matthew szybko zrobił krok do przodu i powiedział:
     - To ja.
     - Czy możesz przyjść i pomodlić się za mojego ośmioletniego syna? Jest bardzo chory, a lekarz nie wie, jaka jest przyczyna.
     Wszyscy w pokoju odetchnęli z ulgą. Matthew odpowiedział:
     - Dlaczego przyszedłeś do mnie? Dlaczego myślisz, że mogę coś pomóc? - spytał.
     - Bo słyszałem, że jesteś w kontakcie z Bogiem prawdziwej mocy - odpowiedział po prostu partyjniak.
      Matthew nie zadowolił się taką odpowiedzią.
     - Dlaczego sądzisz, że będę prosił Boga o uzdrowienie dla twojego syna? Przecież ty sam dotychczas nie okazywałeś życzliwości chrześcijanom?
     Chan poczuł, jak w pokoju narasta napięcie. Czy Matthew nie posunął się zbyt daleko? Ten komunista miał wielką władzę. Jedno jego słowo mogło wystarczyć, by na kilka następnych miesięcy zamknąć ich w więzieniu.
     Z wielkim wzruszeniem szef partii mówił:
     - Przez całe moje życie uczyli mnie nienawidzić. Nienawidzić tradycji, nienawidzić kapitalizmu, nienawidzić Zachodu. Zawsze to wołanie: 'Nienawidź, nienawidź, nienawidź!' Wiem, że niczego nie osiągnąłem. I wiem, że Chiny do niczego nie doszły. Wiem, że nienawiść jedynie zabija. Ale ciągle jeszcze odczuwam miłość, miłość do mojego synka, i wiem, że bez tej odrobiny miłości, jaką mam dla niego, a on dla mnie, byłbym martwy. Chrześcijanie podobno czczą Boga miłości. Może ten kochający Bóg zlituje się nad moim synem.
     W pokoju zapanowała kompletna cisza. Wszyscy byli w szoku. Nikt jeszcze nie słyszał, by szef partii mówił coś tak szczerze.
     Matthew odpowiedział łagodnie:
     - To prawda, oddajemy cześć Bogu miłości. To on dał ci miłość, którą czujesz do swojego syna. Ale nie musisz prosić mnie, żebym modlił się dla niego. Możesz sam powiedzieć o nim Bogu.
     - Czy On będzie mnie słuchał? - szef partii szeroko otworzył oczy ze zdumienia.
     - Oczywiście - odpowiedział Matthew. - Pomódl się teraz, a my też będziemy modlić się z tobą.
     Udręczony ojciec nieporadnie składał słowa modlitwy:
     - Boże, skoro jesteś miłością, uratuj mojego syna i wyzwól go, żeby mógł prowadzić życie miłości!
     Wszyscy odpowiedzieli 'Amen!' i wybiegli z domu za nim, by zobaczyć stan zdrowia syna. Oczywiście nie musieli się niepokoić. Gdy przybyli do jego domu, chłopiec był zdrowy. Dwie następne osoby zostały zjednoczone w miłości do Chrystusa, naszego Pana."
(Paul Estabrooks, "Noc miliona cudów", tłum. Andrzej Gandecki, Wydawnictwo "Pojednanie", Lublin 2012, str. 100 - 101).

Historia ta pokazuje, że Kościołowi nic nie zostało zabrane... Dlaczego więc nie doświadczamy takich cudów? Najwyraźniej uwierzyliśmy, że takich rzeczy Jezus dokonywał... KIEDYŚ, a potem już zabrakło tej mocy. Bo co? Bo Jezus już między nami nie chodzi w ciele? Sądzę, że to, że nie oglądamy cudów nie znaczy, że Bóg przestał działać w ten sposób, że takie działanie skończyło się z chwilą, gdy zabrakło apostołów... Może to z naszą wiarą jest coś nie tak? Obawiam się, że wielu chrześcijan książkę, gdzie są opisywane takie cuda dziejące się DZIŚ było by skłonnych odrzucić, jako... stek bzdur. Pamiętam zbyt dobrze reakcje wielu na książkę o Bracie Yunie pt. "Człowiek z nieba" - właśnie m.in. przez nagromadzenie opisów cudów wielu tą książkę odrzuciło, a Brata Yuna... niestety srodze osądziło jako "mitomana" i "gwiazdora, próbującego zwracać na siebie uwagę". Co się z nami stało? Pytam, bo czasem nawet w nawrócenia nie wierzymy: "Przecież ten człowiek był taki, że on na pewno się szczerze nie nawrócił, tylko udaje!" - i to mnie zasmuca.
"Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto wierzy we mnie, ten także dokonywać będzie uczynków, które Ja czynię, i większe nad te czynić będzie; bo Ja idę do Ojca." (Ewangelia Jana 14, 12)
To jest obietnica dana nam przez Pana. W zasadzie więc to, że ktoś został uzdrowiony dla Kościoła nie powinno być "niczym nadzwyczajnym" - w sensie: powinno być to normalne, jeśli wierzymy w moc Boga. To, że ktoś odzyskuje władze w rękach, czy nawet utracone części ciała (poznałem pastora, który o takim cudzie mówił jako świadek!) nie powinno nas zaskakiwać. To, że Bóg przesadza (pomaga przeskoczyć) kogoś przez kilkumetrowy mur otoczony fosą, że czyni go jakby "niewidzialnym" dla jego wrogów, że w mgnieniu oka przenosi kogoś w inne miejsce nie powinno być dla nas żadną sensacją. Przecież o tym wszystkim czytamy w Nowym Testamencie! Dlaczego tego nie oglądamy na własne oczy, a gdy o tym słyszymy, poddajemy to w wątpliwość? Myślę, że Jezus przy innej okazji postawił trafną "diagnozę":
"Gdy przyszli do tłumu, podszedł do Niego pewien człowiek i padając przed Nim na kolana, prosił: Panie, zlituj się nad moim synem! Jest epileptykiem i bardzo cierpi; bo często wpada w ogień, a często w wodę. Przyprowadziłem go do Twoich uczniów, lecz nie mogli go uzdrowić. Na to Jezus odrzekł: O, plemię niewierne i przewrotne! Jak długo jeszcze mam być z wami; jak długo mam was cierpieć? Przyprowadźcie Mi go tutaj! Jezus rozkazał mu surowo, i zły duch opuścił go. Od owej pory chłopiec odzyskał zdrowie. Wtedy uczniowie zbliżyli się do Jezusa na osobności i pytali: Dlaczego my nie mogliśmy go wypędzić? On zaś im rzekł: Z powodu małej wiary waszej. Bo zaprawdę, powiadam wam: Jeśli będziecie mieć wiarę jak ziarnko gorczycy, powiecie tej górze: Przesuń się stąd tam!, a przesunie się. I nic niemożliwego nie będzie dla was." (Ewangelia Mateusza 17, 14 - 20)
Chciałbym jeszcze na chwilę wrócić do obu tych historii - i tej Biblijnej i tej z książki brata Estabrooksa...

 Są wielkie podobieństwa między owym setnikiem z kart Biblii i tym tym chińskim, komunistycznym przywódcą. Obaj byli poganami - setnik bez wątpienia był dobrym Rzymianinem, oddającym cześć rzymskim bóstwom, zaś ów Chińczyk... być może był przekonany, że nie jest w ogóle religijny, ale przecież ideologia komunistyczna miała w gruncie rzeczy formę religii właśnie, a w roli "bóstw" występowali przywódcy - w ZSRR: Stalin, na Kubie: Castro, w Korei Północnej: Kim Ir Sen, w Chinach zaś Mao Tse-tung... Chińczykom nie wolno było posiadać Biblii - każdy zaś musiał czytać słowo swojego "boga": "Czerwoną książeczkę" ("Cytaty Przewodniczącego Mao"). I setnik i ów komunista byli predstawicielami "aparatu ucisku" - choć ten pierwszy był okupantem, a drugi wrogiem "wewnętrznym". Podobnymi czyni ich też miłość - setnika do bliskiego sercu sługi, a przewodniczącego do (być może jedynego) dziecka. Kierując się miłością obaj przychodzą do Chrystusa. Zadziwiająca jest... WIARA tych ludzi! Gdyby ów komunista naprawdę nie wierzył, że jest Bóg, który może pomóc, to... czy szedłby, by o tą pomoc prosić? Myślę, że w serce i tego setnika i komunisty Bóg zasadził ziarenko wiary. Biblia nie mówi nam, jakie później decyzje życiowe podjął ów setnik, lecz wcale bym się nie zdziwił, gdyby odtąd stał się uczniem Pana - tak, jak ów działacz partii komunistycznej - gdyż całkiem naturalne jest, że doświadczając cudu ludzie zaczynają wierzyć. 

Cuda... Cuda powinny być  codziennością w Kościele... Ja nie twierdzę, że się nie zdarzają, bo miałem z cudami do czynienia - bezpośrednio i poprzez bezpośrednich świadków. Myślę jednak, że gdybyśmy byli gorliwsi w wierze, gdybyśmy bardziej wierzyli - gdybym ja także bardzie wierzył - w naszych Kościołach działoby się naprawdę wiele. Nie poddaję w wątpliwość cuda, o których świadczą ci, którzy ich doświadczyli, lub widzieli na własne oczy - bo musiałbym w ten sam sposób zakwestionować także Biblię! Choć w historię opisaną przez Estabrooksa trudno - po ludzku uwierzyć - wierzę w nią, bo to samo znajduję na kartach Biblii. I raduję się z cudów, które czyni Pan... A pewnie, że cudem większym, niż uzdrowienie, jest nawrócenie - i raduje mnie to, że tych dwóch zawierzyło swe życie Chrystusowi. Ale wszystko zaczyna się od silnej, wielkiej wiary...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz