sobota, 15 grudnia 2012

Jezus "à la Bollywood"?

Źródło zdjęć: oficjalna strona fimu na Facebooku
Chrześcijańskie serwisy informacyjne podają ciekawą wiadomość. Katolicki zakonnik, Geo George SVD, wyreżyserował film o Jezusie Chrystusie. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyż życie Jezusa Chrystusa i przesłanie Ewangelii przenoszono na ekran już wielokrotnie - biblijne historie poprzez "celulojdową taśmę" opowiadane są od samego początku kinematografii (jestem w posiadaniu tego rodzaju filmu, który ma już... 100 lat!). Prawdopodobnie po raz pierwszy jednak Jezus Chrystus pokazany jest "na sposób hinduski"! Reżyser - werbista stworzył film w stylu "Bollywood". Mało kto wie, że właśnie w Indiach kreci się co roku najwięcej filmów na świecie (większość studiów działa w Mumbaju / Bombaju - stąd określenie "Bollywood"), gdyż Hindusi po prostu kochają kino. Lepiej znamy pewną specyfikę kina hindiskiego, gdyż i do nas dotarły niektóre "bollywoodzkie" filmy, zyskując sobie nawet grono sympatyków - to filmy niezwykle barwne, pełne życia, muzyki, tańca, śpiewu - bo takie filmy uwielbiają Hindusi. I w takim właśnie stylu stworzono film "Christaayan". Produkcja filmu trwała 7 lat, premiera odbyła się 2 grudnia, a już w najbliższych dniach zostanie on wyemitowany przez jedną ze stacji TV.

Przyzwyczajeni jesteśmy do filmów o Jezusie, które "przenoszą nas" do Jego ojczyzny i w jego czasy - realizatorzy często pragną zachować jak największy realizm. Tymczasem twórcy  "Christaayan" pozwolili sobie na ciekawy eksperyment, całość biblijnej historii przenosząc w świat kultury hinduskiej i w krajobrazy typowe dla Indii (film kręcono głównie w środkowoindyjskim stanie Madhya Pradesh, ale także w wielu innych miejscach na terenie całego kraju). Ich zamysłem jest by w ten sposób przybliżyć Hindusom osobę Jezusa Chrystusa i przesłanie, jakie Mistrz nam pozostawił. w sztuce w ogóle taki eksperyment nie jest żadną nowością - od wieków ludzie w ten sposób przybliżali sobie Pana i Ewangelię poprzez graficzne wyobrażenia, lecz film, jak sądzę, jest czymś zupełnie nowym. 

Geo George SVD to prawdziwy "człowiek - orkiestra" - film zrodził się w jego wyobraźni, sam napisał do niego scenariusz, ułożył teksty pieśni i skomponował muzykę, nadzorował charakteryzację i przygotowanie kostiumów, zaprojektował plakaty i kierował zespołem około 200 aktorów i ekipy technicznej. Do realizacji tego trwającego... 6 godzin i 16 minut (!!!) filmu potrzeba było wiele pokory, cierpliwości i ufności Bogu. Ciekawostką jest, że ponad 80% zaangażowanych przez niego aktorów - amatorów, to... wyznawcy hinduizmu i osoby niewierzące. Prawdopodobnie dla większości z nich praca nad filmem była pierwszą okazją do poznania bliżej Jezusa Chrystusa i Słowa Bożego. Varghese Alengaden w swoim artykule "Christaayan, Film with a Difference" ("Indian Currents" nr 51, 10 - 16 grudnia 2012) stwierdza: "Było to rzeczywistym doświadczeniem Boga dla wszystkich członków zespołu, a w szczególności dla Ankita Sharma, grającego Jezusa."

Czy naprawdę trzeba z Jezusa robić Hindusa? Czy aby nie jest to za daleko idąca wizja? Nie. I w artykule znajdujemy świetne wytłumaczenie (w nawiasach kwadratowych dopowiedzenia wyjasniające tekst): "O. George był zwykłym misjonarzem w wioskach położonych w głębi stanu  Madhya Pradesh i był świadkiem sprzeciwu wobec chrześcijan i odrzucania ich z powodu naszego niepowodzenia wtopienia się w socjo-polityczny i kulturalny kontekst naszego kraju. (...) Jasno i z przekonaniem mówi: 'Jezus, żyjący i kochający Bóg, jest obecny z nami i w nas. Musimy więc doświadczać Go pośród nas. Ta wiara w jednego jedynego i uniwersalnego [w sensie: którego misja jest skierowana do całego świata] Chrystusa została przez nas sfilmowana w [kontekście] socjo-kulturalnym [naszego hinduskiego] obrazu świata. Oznacza to, że wreszcie Bóg, który stał się jednym z nas, nie jest już obcym ani cudzoziemcem. To pokazuje fakt, że jesteśmy prawdziwymi Hindusami i prawdziwymi hinduskimi chrześcijanami; ta ziemia jest naszą »pitru bhoomi« [Ojczyzną] i naszą »punya bhoomi« [religijną ziemią - tzn. krajem naszej religii]. Jest wiele przypadków cynicznych uwag i napaści na azjatyckich chrześcijan, oskarżeń, że są ludźmi »obcej ziemi« [są często uważani za zdrajców]. Potrzeba poważnej introspekcji i zaangażowania z obu stron dla integralności i sensu naszej egzustencji'. (...) W filmie widoczna jest jego troska o wyjaśnienie nieporozumień i konfliktów między religijnością rytualną i wartościami duchowymi."

W opisie filmu jest jednak coś, co wzbudza mój poważny niepokój. Varghese Alengaden pisze dalej w swojej recenzji: "Nie zrobił on tego filmu dla zwiększenia pobożności względem Jezusa, nie czyni z niego obiektu uwielbienia. Jezus jest przedstawiony w filmie jako prorok posłany, by wzmocnić pozycję kobiet i dać im godne miejsce w społeczeństwie. On jest zaniepokojony o środowisku, staje w obronie prześladowanych i uczy optymizmu i pozytywnego nastawienia. Inkulturacja jest najlepiej wyrażona w filmie poprzez celebrację 'festiwalu światła'. Bhagawadgita i Wedy także są godnie przedstawiane w 'Christaayan'." Oczywiście nie można osądzać czegoś, czego się nie widziało. Obawiam się jednak, że mogło dojść do zniekształcenia Ewangelii. Wiemy bowiem, że Jezus był i jest Bogiem - nie prorokiem - i że nie zajmował się kwestią pozycji społecznej kobiet ani ekologii, ani nie uczył "pozytywnego myślenia", lecz przyszedł po to, aby nauczać nas jak żyć i by za nas oddać swoje życie. Zaznaczam, że mogło - wcale nie musiało! - dojść do zniekształcenia Ewangelii. Mam jednak nadzieję, że do tego nie doszło, że prawdziwa misja Jezusa została jednak właściwie zaakcentowana. Autor recenzji jest przekonany, że film ten może bardzo pomóc w ewangelizacji Indii - ja mam tylko nadzieję, że nie pokazano Chrystusa w wersji "light" / "new age", Chrystusa "ponadreligijnego", "multikulti", "hippisowsko - don't worry be happy"... 

Jeśli tylko ustrzeżono się takiej herezji, to Chrystus "a la Bollywood" - jako pewna koncepcja - bardzo mi się podoba. Myślę, że "oswajanie" kulturowe Jezusa nie umniejsza biblijnej prawdy o Nim. My w Europie nie czujemy już obcości czytając Biblię, bo oswojeni jesteśmy z "biblijnym światem" i kulturą żydowską, wyrośliśmy wszak na pogańsko-żydowsko-chrześcijańskiej kulturze Europy. To "oswojenie" zaczęło się u nas, gdy tylko wyruszyli piersi misjonarze. Inni jednak dopiero ten proces "oswajania", czy "przyswajania" sobie Jezusa i Ewangelii rozpoczynają. W pewnym sensie u nas, w kręgach "cywilzacji zachodu", podobne działania są podejmowane, by przesłanie Ewangelii dotarło do młodych ludzi, zwłaszcza tych, którzy są w różnych subkulturach - stąd "rock-opery" czy robienie z Jezusa "ziomala hip-hopowców" (co się nie wszystkim podoba). Ważne jest, by ludzie zaczęli słuchać o Jezusie, by zainteresować ich tym, co On ma im do powiedzenia, a w konsekwencji by sięgali po Biblię i oddawali Mu swoje życie...

Mamy iść aż po krańce świata i czynić uczniami wszystkie narody, zwiastując im Ewangelię, Dobrą Nowinę o zbawieniu, przywodząc do upamiętania - to nakazał Jezus, nie mówiąc jak. Myślę, że psychologia i socjo-technika (nie manipulacyjna jednak!), w tym także inkulturacja, są do tego na pewnych etapach wręcz niezbędne - byle tylko nie posunąć się w tym zbyt daleko...

6 komentarzy:

  1. Nie wiem czy nasz naród jest tak oswojony z Biblią. Młodzież dzisiaj nie rozumie wielu kwestii ze Słowa Bożego i trzeba jej wyjaśniać pewne rzeczy inaczej niż starszym.
    To o czym piszesz faktycznie nie jest niczym nowym. Choćby ołtarz Wita Stwosza, gdzie Maria i Jezus noszą stroje typowe dla średniowiecznych Krakowian. Dlaczego więc jednych mierzi Chrystus w wersji "hip-hop", a ołtarz Wita Stwosza już nie?

    OdpowiedzUsuń
  2. Wiem... Ale wydaje mi się, że Tobie chodzi o problemy teologiczne - z treścią. Tutaj faktycznie są problemy - i to często ponawarstwiane, pomnożone przez wieki głoszenia błędnych nauk. Natomiast pod względem kulturowym raczej nasz naród nie ma problemów z przyjęciem Jezusa i Ewangelii... No może czasem ze zrozumieniem, że Jezusa naprawdę był Żydem i "kocham Jezusa" nie pasuje do "te cholerne Żydy"! ;P

    OdpowiedzUsuń
  3. No to trudno się z Tobą nie zgodzić. Dziś do młodych ludzi nie przemawia np. straszenie ich piekłem, jak za dawnych czasów, kiedy ksiądz czy pop rządzili wsią. Ale nie do końca zgodzę się z tym, że nasz naród nie ma problemu z przyjęciem Jezusa. Ma i to spore. Ale to efekt tego, że większość ludzi w naszym narodzie utożsamia Ewangelię i Chrystusa z historycznymi kościołami i tradycją. Chociaż nie tylko u nas tak jest. Gdzieś widziałam statystyki, że w Polsce i ogólnie w Europie Środkowej ewangelicznych chrześcijan procentowo jest tyle, ile w krajach muzułmańskich... Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. No, ale w tym to się 100% zgadam, chodzi mi tylko o to, że istota tego problemu nie leży moim zdaniem w "swojskości" czy "obcości" kulturowej... Owszem, są różnice mentalne pomiędzy nami a Żydami i do pewnych spraw podchodzimy inaczej - są fragmenty Biblii, które można zrozumieć głębiej, lub nawet zrozumieć w ogóle, dopiero jeśli najpierw spróbujemy zrozumieć żyda. ;P chodzi mi o to, że nie ma tej takiej przepaści kultorowej, bo nasze cywilizacje, nasze "światy" od wieków ocierają się o siebie, znacznie się przemieszały. Zachodzą zmiany cywilizacyjne - obecnie nawet o wiele zbyt szybko - ale oddzieliłbym tu tą kwestię wiary od tej "warstwy mentalnej". Trudno mi dokłądnie zdefiniować, ale mam nadzieję, że wiesz, o co chodzi... :) Myślę, że problem, o którym mówisz jest w zagubieniu ludzi - nie w "swojskości" lub "obcości" wiary i "cywilizacji biblijnej"... :)

    OdpowiedzUsuń
  5. A tak to prawda, że obcości tej de facto prawie nie ma, choć niektórzy tworzą ją na siłę.
    A taka mała ciekawostka na koniec - niedawno dowiedziałam się, że Ministerstwo Oświaty chce, aby na lekcjach religii w szkołach było znacznie więcej Biblii, niż do tej pory. Bo z tego co się dowiedziałam, na katolickich lekcjach religii do tej pory Biblii było tyle, co kot napłakał, albo nawet wcale. Aż chciałoby się powiedzieć: nareszcie! Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Oooo! Chodzi o to, że nawet przy współcesnych trudnościach nie musimy dokonywać tak wielkiego "przeskoku kulturowego"... :)

    OdpowiedzUsuń