sobota, 8 grudnia 2012

Brat Bob

Chciałbym napisać krótko o człowieku - gorliwym chrześcijaninie, oddanym misjonarzu i dobrym przyjacielu, który dla wielu może być wzorem...

Boba i  jego żonę, Sue poznałem przed kilkoma laty, podczas wizyty na obozie chrześcijańskim, o którym miałem napisać krótki artykuł (z czego w końcu nic nie wyszło). Myślę, że mogę powiedzieć, że od pierwszej chwili się polubiliśmy. I bardzo się ucieszyłem, gdy dowiedziałem się, że to właśnie oni są tymi amerykańskimi misjonarzami, którzy mieli "na stałe" osiedlić się w moim rodzinnym mieście i służyć Kościołowi. Tak też się stało i przez kolejne lata byli oni dla społeczności chrześcijańskiej i wielu innych ludzi, którym służyli, wielkim błogosławieństwem. Sami będąc dla Kościoła darem od Boga, wszystkim dali największy dar, jaki może człowiek ofiarować drugiemu człowiekowi: samych siebie.

Bob niejednokrotnie głosił w kazania - choć sam zawsze mówił, że nie jest kaznodzieją, mówił w sposób poruszający... Ważniejsze bowiem od studiów teologicznych i talentów krasomówczych jest zakorzenienie w Bogu i Słowie Bożym! Bob zawsze miał przy sobie Biblię - nie tylko podczas niedzielnych nabożeństw - i zawsze widać było, jak wielkie ma ona dla niego - i również dla jego żony, która w niczym mu nie ustępuje - znaczenie. Nie przypominam sobie Boba w garniturze i krawacie - choć pewnie i garnitur i krawat miał - nie ubierał się inaczej, niż inni, ale nawet gdy w zwykłym swetrze stawał "za kazalnicą" - częściej w niewielkiej wspólnocie, jaką zaczęliśmy zakładać w sąsiednim mieście, gdzie jego pomoc była wręcz nieodzowna, niż w zborze do pomocy któremu został skierowany - można było czuć od niego autorytet. Autorytet - dodam - który nie jest pochodną ludzkich osiągnięć i ludzkiej mądrości, lecz pochodzi od Boga i wiąże się z głęboką wiarą. "Za kazalnicą" też niekoniecznie znaczy dosłownie, bo nasze nabożeństwa nie zawsze odbywały się w tradycyjny sposób - długi czas gromadziliśmy się... wokół stołu. Bob i Sue wymyślili też oryginalną formułę dodatkowych spotkań modlitewnych w tygodniu: "Pizza & prayer", podczas których spożywaliśmy wspólnie na kolację wspaniale pachnące i cudnie smakujące pizze i modliliśmy się. Pokazywali nam, że "Kościół" i "nabożeństwo" nie muszą wcale być w jakichś "sztywnych ramkach" - chyba zbliżaliśmy się wraz z nimi do stylu pierwotnych chrześcijan, dla których wiara i wszelkie formy pobożności były po prostu splecione ze zwykłym życiem.

Bob... To imię (a raczej zdrobnienie od imienia Robert) u nas w Polsce kojarzy się bodaj najbardziej z bajką dla dzieci "Bob budowniczy". Bob pomagał budować Kościół słowem, jako misjonarz. Nie bał się jednak także ciężkiej, fizycznej pracy - i tak też służył. Często pracowaliśmy razem, gdy trwała przebudowa zborowej kaplicy. Choć nie był już "młodzieniaszkiem" - do pracy misyjnej wraz z żoną ruszyli będąc już na emeryturze - trudno było "dotrzymać mu kroku" w pracy, był  bardzo silnym mężczyzną. Był też utalentowanym majsterkowiczem - i tym talentem też służył nie tylko w swoim domu, ale też w Kościele. Także i dzięki jego pracy mógł powstać ośrodek pomocy dla ludzi bezdomnych prowadzony przez Fundację Bread of Life, w którego funkcjonowanie się głęboko zaangażował...

Bob był chrześcijaninem tak "po prostu" - dla którego świat nie zaczynał się i kończył się na Biblii i spotkaniach Kościoła. Jest dla mnie wzorem prawdziwego chrześcijanina, w którym nie ma ani grama "dewocji"! Bo chrześcijaństwo wcale nie polega na tym, że się cały czas człowiek modli i tylko w kółko o Bogu i Biblii mówi. Bob był człowiekiem wielu zainteresowań... Zawsze się śmiałem, że Bob i Sue "nie  są typowymi Amerykanami", bo przyjechawszy do Europy nie dziwią się, że są jakieś zabytki starsze niż 200 lat. Oboje byli zakochani w naszym kraju i żywo zainteresowani historią. Na zawsze zapadły w pamięci wspólne wycieczki - zwiedzanie zabytków i udział w festynach historyczno - archeologicznych. Z drugiej strony jednak byli typowymi Amerykanami i zdawali się żyć według zasady "Don't worry, be happy!" - zwykle, gdy mieliśmy gdzieś razem jechać, trzeba było na nich poczekać troszkę dłużej. Dobrze było po prostu być nrazem i nigdzie się nie spieszyć! Ich pogodny sposób życia - też w jakiejś części biorący się z ufności pokładanej w Bogu - pomagał też innym widzieć świat w piękniejszych barwach.

Być chrześcijaninem to znaczy żyć na co dzień z Bogiem, ale też żyć dla ludzi... Bob - człowiek, który tylko Boga umiłował bardziej niż ludzi! Bob - wspaniały przyjaciel, zawsze gotowy wysłuchać, radować się z drugim człowiekiem i razem z nim smucić, współodczuwając i obejmując... Nigdy - jak pamiętam - nie przeszedł obojętnie obok drugiego człowieka! I tak samo jego żona... Każdą troskę i każdy smutek łatwiej było nieść, bo oni brali na siebie ochoczo część tego ładunku. Ich "don't worry" i modlitwy bywały jak opatrunek i kojący balsam. Nad każdą słabością, każdym cierpieniem pochylali się tak, że było widać, że dotyka to także ich. Nie okazywali współczucia, lecz współodczuwanie! te dwa słowa mają to samo znaczenie, lecz "współczucie" mocno się w naszych czasach zdewaluowało, do "wartości" najczęściej jedynie... pustego słowa, używanego, gdy coś przykrego spotkało kogoś z naszego otoczenia  Chciałbym znać więcej ludzi, którzy by tak kochali bliźnich - z doświadczenia wiem, że nawet w Kościele jest ich niewielu! Ogromną troską otaczali też Kościół jako społeczność - i byłem świadkiem, ile bólu sprawiały im niedomagania Kościoła, jak głęboko czasem byli rozczarowani, a jednak nie szczędzili trudu i uparcie pracowali dalej...

Oboje poświęcili nam lata swego życia - pracując w Polsce, zamiast korzystając z wolnego czasu, którego nie brakuje emerytom i zgromadzonych środków "używać życia", zwiedzać świat... W lutym ubiegłego roku powrócili do domu - do słonecznej Kalifornii. Wraz z jeszcze dwojgiem przyjaciół z Kościoła żegnałem ich na lotnisku, ciesząc się już, że planują jeszcze do Polski wrócić, by poprowadzić przez pół roku zajęcia dla liderów Kościoła. Plany te jednak zaczęły się "przesuwać", a w ostatnich miesiącach często dostawałem informacje o nie najlepszym stanie zdrowia Boba. Przedwczoraj dotarła do mnie informacja, że na kolejne spotkanie być może będziemy musieli poczekać naprawdę dłużej niż zakładaliśmy - nastąpi ono już w domu Ojca, w którego progach właśnie stanął brat Bob. Wierzę, że Bóg otworzył mu drzwi ze słowami: "Dobrze, sługo dobry i wierny! (...) Wejdź do radości twojego pana" (Ewangelia Mateusza 25, 21 i 23). To smutny czas dla nas na ziemi, lecz święto w niebie, że oto kolejny "zawodnik" - a może raczej "zapaśnik boży" - dobiegł do mety i może za Apostołem Pawłem powiedzieć: "W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem" (2. List do Tymoteusza 4, 6 - tłum. "Biblia Tysiąclecia"). jestem ogromnie wdzięczny Bogu za przywilej poznania i obcowania z bratem Bobem i dziękuję dziś Panu, że na mojej drodze życia postawił tego człowieka!

1 komentarz: