sobota, 29 grudnia 2012

Sylwester... ale jaki?

Fot. Mick Stephenson
Kończy się rok 2012 i już za kilkadziesiąt godzin powitamy kolejny, 2013 rok. Odmierzamy czas od chwili narodzin Zbawiciela (pomijając błąd w obliczeniach, do jakiego doszło podczas tworzenia chrześcijańskiego kalendarza). I pierwsza myśl od razu: większość ludzi dziś nie pamięta dlaczego mamy taki, a nie inny kalendarz, dlaczego obchodzimy początek akurat 2013 roku, dlaczego taka a nie inna rachuba i w ten wieczór wcale nie myśli o Bogu... Ludziom raczej w głowie fajerwerki, serpentyny, tańce i strzelające korki od szampana...

Dla mnie będzie to pierwszy Sylwester od mniej więcej 20 lat, jaki spędzę w domu. Każdego roku w tych dniach bywałem raczej daleko, lub jeszcze dalej (żart) od własnych "czterech ścian" i od własnej rodziny, uczestnicząc w Europejskich Spotkaniach Młodych organizowanych przez ekumeniczną Wspólnotę z Taizé. Kolejne takie spotkanie właśnie w tych dniach odbywa się w Rzymie, tym razem już bez mojego udziału. Choć ekumenizm wśród protestantów budzi mieszane uczucia i sama Wspólnota z Taizé dla wielu ewangelicznych chrześcijan jest kontrowersyjna, Bóg jest tam na pierwszym miejscu i "rytm dnia" wyznacza modlitwa: rano, w południe i wieczorem. Także w ten szczególny. Także w noc sylwestrową uczestnicy spotkania gromadzą się, by wspólnie modlić się o pokój na świecie - zwłaszcza za ludzi żyjących na obszarach, gdzie trwają działania wojenne. Modlitwy te trwają od godz. 23.00 do samej północy, a następnie zaczyna się "święto narodów" - dość nietypowa "impreza", zwyczajowo bez alkoholu, lub z niewielkimi tylko ilościami, na którą przedstawiciele różnych nacji przygotowują jakąś niespodziankę: pokaz lub wspólną zabawę.

Alkohol... Na zwykłych "Sylwestrach" leje się on strumieniami... i - niestety - wielu ludzi traci kontrolę. Alkohol... Zdanie chrześcijan w kwestii "pić albo nie pić" jest mocno podzielone i od różnych ludzi różne nauki usłyszycie. W Słowie Bożym nie ma jednoznacznego zakazu. Co najwyżej mądry Salomon mówi:
"Nie patrz na wino, jak się czerwieni, jak się skrzy w pucharze i lekko spływa do gardła. Bo w końcu ukąsi jak wąż, wypuści jad jak żmija" (Przypowieści 23, 31 - 32), "Wino - to szyderca, mocny trunek - to wrzaskliwa kłótnia" (Przypowieści 20, 1)
W Nowym Testamencie zaś apostoł Paweł do nas (także DO NAS) pisze:
"A nie upijajcie się winem, bo to jest [przyczyną] rozwiązłości, ale napełniajcie się Duchem..." (List do Efezjan 5, 18), "Biskup więc powinien być nienaganny (...) nieprzebierający miary w piciu wina..." (1. List do Tymoteusza 3, 2 - 3)
Słowo Boże mówi nam raczej: "nie upijajcie się", a nie "nie pijcie"! Sam Jezus przemienił w Kanie wodę w wino i choć niektórzy byliby się skłonni wykłócać o charakter tego wina, że może to był sok z winogron, wcale nie sfermentowany, to jednak wydaje się, że zdobycie soku z winogron nie byłoby dla państwa młodych takim problemem... Niektórzy przywiązują zbyt wielką wagę do całkowitej abstynencji, zbyt łatwo potępiając przy tym każdego, kto się z tym nie zgadza. Wielką cnotą jest wstrzemięźliwość - także od alkoholu - ale przyjmując dosłownie Słowo Boże nie widzę nic innego, jak tylko przestrogi przed uzależnieniem się i nawoływanie do zachowania UMIARU i jedynie UMIARU.

Niemniej pięknie jest, jeśli potrafimy się bawić inaczej, niż bawią się ludzie "ze świata". Pięknie jest, jeśli alkohol wcale nie jest nam potrzebny do tego, by się bawić. Pięknie jest, jeśli butelka z winem nie jest dla nas najważniejsza w tę sylwestrową noc! Cokolwiek robimy, powinniśmy pamiętać o jednej zasadzie: 
"Albo czy nie wiecie, że ciało wasze jest świątynią Ducha Świętego, który jest w was i którego macie od Boga" (1. List do Koryntian 6, 19)
Jakże wygląda "świątynia" kogoś, kto upija się, kto obżera się (bo żarłoczność - spożywanie jedzenia ponad miarę - nie jest mniejszym grzechem niż pijaństwo!), "folguje sobie" we wszystkim, zachowuje się nieprzyzwoicie? Jeśli nasze życie należy do Boga, słuchać będziemy Boga, a On nam powie "co i jak"... I nie jest tak, że raz się możemy "gorliwie modlić" a raz "balować na całość" i jest wszystko OK! "Wszystko mi wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść…" (1 List do Koryntian 10,23) - wszystko mi wolno, ale tak łatwo nasze życie staje się... szambem pełnym nieczystości!

Zbliża się Sylwester... Wszystkim życzę Szczęśliwego Nowego Roku! Ale też pragnę, by to święto było takim, by podobało się Bogu... I każdemu życzę, by PAMIĘTAŁ tego Sylwestra od początku imprezy do samego końca!

wtorek, 25 grudnia 2012

Boże Narodzenie

"Wierzysz, że się Bóg zrodził w betlejemskim żłobie,
Lecz biada ci, jeśli nie zrodził się w tobie."

(Adam Mickiewicz)

Boże Narodzenie nie jest świętem biblijnym - to stwierdzenie może być dla wielu szokujące, bo tak mocno święto to zakorzeniło się w naszej tradycji i kulturze, że jego biblijność wydaje się oczywista. Słowo Boże mówi nam o narodzeniu Pana i podaje nam te wiadomości, które są dla nas pożyteczne - przekazuje nam wszystko, co wskazuje, że to nie zwykłe dziecię się urodziło, lecz sam Bóg zstąpił pomiędzy ludzi. Słowo Boże podaje nam, że stało się to w Betlejem. Nie znajdujemy jednak żadnej informacji o tym, kiedy to się wydarzyło - z wyjątkiem informacji, że stało się to za panowania cesarza Oktawiana Augusta, przybranego syna Juliusza Cezara. Brak tak istotnej z punktu widzenia kronikarskiego informacji, wskazuje, że nie przywiązywano wielkiego znaczenia do terminu przyjścia na świat Zbawiciela, nie widziano żadnego powodu, by tą informację przekazywać i równocześnie jest to pośrednim dowodem na to, że pierwsi chrześcijanie nie obchodzili święta związanego z narodzeniem Mesjasza. 

Boże Narodzenie obchodzone jest dopiero od IV wieku, kiedy to pilną potrzebą stało się danie wierzącym jakiegoś święta, które by było mocną konkurencją dla wprowadzanego w roku 274 w pogańskim wciąż Rzymie synkretycznego święta Dies Natalis Solis Invicti (Dzień narodzin Niezwyciężonego Słońca), które miało charakter "festiwalowy". Najstarszą wzmiankę o tym święcie znajdujemy w "Chronografie" z 354 roku. Poważnym błędem, jaki popełnia wielu chrześcijan, gorliwie zwalczających obchodzenie Bożego Narodzenia", jako święta "niebiblijnego" jest przekonanie, że wywodzi się ono wprost z pogaństwa - tymczasem badacze wyraźnie podkreślają, że od początku było świętem KONKURENCYJNYM, mającym odciągać ludzi od zwyczajów i praktyk pogańskich!

Czasem spotykam się także z innym "duchowym" niby-argumentem: Bóg nie nakazał nam obchodzić tego święta! W domyśle: obchodzenie tego święta jest odstępstwem od wiary! "Problem" w tym, że nie tylko Boże Narodzenie, jako święto, jest inicjatywą ludzi. W Ewangelii Jana 10, 22 - 30 "spotykamy" Jezusa w Świątyni Jerozolimskiej. "Akcja" tego fragmentu rozgrywa się podczas żydowskiego święta Chanuka - święta odnowienia świątyni - które jest świętem... ustanowionym tak samo przez ludzi, jak Boże Narodzenie. To wskazuje, że Jezus honorował i obchodził to święto ustanowione przez ludzi! Nigdzie w całej Biblii nie ma żadnego zakazu ustanawiania świąt! Myślę, że Boga raduje każda inicjatywa, która wskazuje na Niego, która może przyczyniać się do ewangelizacji świata. Można obchodzić Boże Narodzenie, można go nie obchodzić i nikt nie powinien nikogo potępiać z powodu tego święta (por. List do Kolosan 2,16 - 17) i wydaje mi się, że niektórzy wierzący w Chrystusa dbają o "czystość rytualną" (zwaną "trzymaniem się Biblii") z gorliwością... istnie faryzejską, potępiając ludzi za "pogańskie" i "katolickie" święta.

Święta Bożego Narodzenia przez wieki były najpiękniejszymi świętami w roku - choć od strony wiary nie mają wielkiego znaczenia, bo "duchowo" najważniejsza jest Wielkanoc i wydarzenia z nią związane... W święta Bożego Narodzenia rodzina gromadziła się przy wspólnym stole. Niekiedy wracano na nie do domu "z dalekiego świata". Dość dużo wiemy o tym, jak te święta obchodzono na przestrzeni wieków, ale nie będę o tym pisał, bo to doskonale opisują historycy i kulturoznawcy. Ucztowano i obdarowywano się, lecz przez wieki w "centrum" tych świąt był Chrystus, a po Nim rodzina i przyjaciele... Z prawdziwym wzruszeniem czytam opisy dawnych Wigilii - nawet jeśli dotyczą one świętowania katolickiego. Boże Narodzenie zostało ZNISZCZONE w wieku XX, kiedy to stało się świętem konsumpcji - kiedy prezenty pod choinką i dania na świątecznym stole stały się "centrum" świątecznych wydarzeń, a Chrystus stał się... maluteńki, stał się jedynie "detalem", dodatkiem do świąt. Niektórzy zresztą całkowicie... usunęli Jezusa ze świąt Bożego Narodzenia i największym absurdem jest, że dziś nawet poganie i niewierzący obchodzą narodzenie kogoś, kto... nic dla nich nie znaczy! Cóż stało się z naszym Bożym Narodzeniem?

Dziś my, chrześcijanie, powinniśmy dokładać starań, by świętom tym przywrócić ich dawny charakter. Nie jest ważne, czy chrześcijanie będą to święto obchodzić, czy nie - dobrze jest je obchodzić, ale zatroszczmy się o to, by znów, jak przed wiekami, stały się one naprawdę BOŻYM narodzeniem. Niech nie będą świętami żarcia i podarków! Zwracajmy się w tych dniach ku Jezusowi i Jemu oddajmy chwałę! Dziękujmy mu za to, co stało się w Betlejem, na początku "drogi", która prowadzi na krzyż na Golgocie! Dziękujmy Bogu za tą łaskę, jaką było Jego zstąpienie pośród nas, dla naszego odkupienia!

      Błogosławionych świąt  Bożego Narodzenia!

środa, 19 grudnia 2012

Będziesz miłował...

"I przystąpił jeden z uczonych w Piśmie, który słyszał, jak oni rozprawiali, a wiedząc, że dobrze im odpowiedział, zapytał go: Które przykazanie jest pierwsze ze wszystkich? Jezus odpowiedział: Pierwsze przykazanie jest to: Słuchaj, Izraelu! Pan, Bóg nasz, Pan jeden jest. Będziesz tedy miłował Pana, Boga swego, z całego serca swego i z całej duszy swojej, i z całej myśli swojej, i z całej siły swojej. A drugie jest to: Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego. Innego przykazania, większego ponad te, nie masz. I rzekł do niego uczony w Piśmie: Dobrze, Nauczycielu! Prawdę powiedziałeś, że Bóg jest jeden i że nie masz innego oprócz niego; i że jego miłować z całego serca i z całej myśli, i z całej siły, a bliźniego miłować jak siebie samego, to znaczy więcej niż wszystkie całopalenia i ofiary." (Ewangelia Marka 12, 28 - 33) "Jeśli kto mówi: Miłuję Boga, a nienawidzi brata swego, kłamcą jest; albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi." (1. List Jana 4, 21) "Nikomu nic winni nie bądźcie prócz miłości wzajemnej; kto bowiem miłuje bliźniego, zakon wypełnił. Przykazania bowiem: Nie cudzołóż, nie zabijaj, nie kradnij, nie pożądaj i wszelkie inne w tym słowie się streszczają: Miłuj bliźniego swego jak siebie samego. Miłość bliźniemu złego nie wyrządza; wypełnieniem więc zakonu jest miłość." (List do Rzymian, 13, 8 - 10)
Nie ma chrześcijaństwa tam, gdzie nie ma miłości bliźniego - miłości, z którą przyjmujemy drugiego człowieka takim, jakim jest. Nie ma zwykłej ludzkiej przyzwoitości bez najwyższego możliwego szacunku do drugiego człowieka. Nie ma też patriotyzmu bez miłości do drugiego człowieka, zwłaszcza wobec tego, który należy do tego samego narodu (oczywiście z punktu widzenia chrześcijańskiego przynależność narodowościowa nie ma żadnego znaczenia). Nie jest ani dobrym człowiekiem - nie mówiąc już o byciu chrześcijaninem! - ani też polskim patriotą, ten, kto nie szanuje i nie miłuje innego człowieka (w ogólności), innego Polaka (w szczególności), nie patrząc na to, jakie są jego poglądy, za czym lub przeciowko czemu się opowiada, kogo popiera. Brak miłości - i związanego z nią szacunku - to postawa szatańska, antyspołeczna i niszcząca naród.

Ogromnie się dziwię wielu naszym rodakom, którzy uważając się za "patriotów" i (najczęściej także) "chrześcijan" nie mają żadnych hamulców, które by powstrzymywały ich od plucia na braci - bliźnich, braci - rodaków! Gdy przeglądam internet, gdy słucham wiadomości lub czytam gazety, z przerażeniem widzę, jak wiele osób - od zwykłych obywateli, po tzw. "elitę" wybiera diabelską drogę już nawet nie braku miłości, ale pogardy i nienawiści do każdego, kto ma odmienne poglądy lub popiera "niewłaściwych" ludzi. Przeraża mnie zwłaszcza, gdy widzę, że dana osoba formalnie wyznaje wiarę w Jezusa, a tym, jak się odnosi do ludzi, pokazuje, że uczy się od... diabła. 


Cieszą mnie pragnienia niektórych, by walczyć z mową nienawiści. Zapowiedzi tej walki nie podobają się tym, których serce nienawiść przeżarła niczym rdza. Albo będzie jakaś odnowa - i duchowa i społeczna - w Polsce, albo sami zrujnujemy nasz kraj i naród poprzez nienawiść!

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Zburz ten ołtarz, Gedeonie!

"Tejże nocy rzekł Pan do [Gedeona]: Weź cielca z bydła twojego ojca i drugiego siedmioletniego cielca i rozwal ołtarz Baala, który należy do twojego ojca, i zetnij słup, który jest przy nim, a zbuduj dla Pana, Boga twego, na szczycie tej warowni ołtarz z ułożonych kamieni i weź drugiego cielca, i złóż całopalenie na drwach ze słupa, który ściąłeś. Gedeon wziął więc dziesięciu mężów spośród swoich sług i uczynił, jak mu powiedział Pan; ponieważ jednak bał się domowników swojego ojca i obywateli miasta, aby uczynić to w dzień, uczynił to w nocy. A gdy wstali wcześnie rano obywatele miasta, oto ołtarz Baala był zburzony a słup, który był obok niego, ścięty, na nowo zaś zbudowanym ołtarzu złożone było całopalenie z drugiego cielca. Mówili tedy jeden do drugiego: Któż to uczynił? A gdy przeprowadzili dochodzenie, powiedzieli: Uczynił to Gedeon, syn Joasza. Wtedy rzekli obywatele miasta do Joasza: Wyprowadź swego syna, niech zginie, gdyż zburzył ołtarz Baala i ściął słup, który był przy nim. I rzekł Joasz do wszystkich, którzy stali przy nim: Czy chcecie walczyć o Baala, czy chcecie go ratować? Kto o niego będzie walczył, do rana zginie. Jeżeli jest bogiem, niech sam o siebie walczy, przecież to jego ołtarz został zburzony." (Księga Sędziów 6, 25 - 31)
Fot. Wikipedia (public domain)
Gdy byłem w Kościele katolickim, jednym z najważniejszych miejsc dla mnie było sanktuarium maryjne w Górce Klasztornej (zdjęcie obok). Bywałem tam każdego roku na festiwalach religijnych "Maria Carmen", a dwukrotnie także na wystawianych tam w okresie Wielkiego Tygodnia "misteriach męki pańskiej". Sanktuarium położone jest nieopodal wsi Łobżenica, w powiecie pilskim. Jest najstarszym w Polsce miejscem kultu maryjnego. Początki sanktuarium sięgają roku 1079. Wówczas to miejscowemu pasterzowi rzekomo "objawiła się Matka Boska". Co ciekawe - stało się to w gaju, który był dotąd... pogańskim sanktuarium! Być może faktycznie jakaś postać pojawiła się przed oczami zdumionego, nie znanego nam dziś z imienia, pastuszka. Sama data 1079 wydaje się jednak istotna dla całej sprawy - stało się to bowiem w stosunkowo niewiele lat po upadku powstania ludowego, zwanego "reakcją pogańską", które wybuchło prawdopodobnie w 1034 roku, a ostatecznie stłumione zostało dopiero w latach 40-tych XI wieku przez Kazimierza Odnowiciela. Biorąc pod uwagę, że miejscowy gaj był miejscem kultu pogańskiego, nie można wykluczyć, że historię o "objawieniu" wymyślono jako element walki z pogaństwem i by mieć "dobre wytłumaczenie" dla zagarnięcia dawnego pogańskiego miejsca kultu przez Kościół katolicki.

W "mrokach średniowiecza" kult maryjny się doskonale w tym miejscu rozwijał, aż do XVI wieku... Wówczas to Górka (Klasztorną zwie się ona dopiero od 1923 roku) stała się własnością rodziny Krotowskich, wyznającej kalwinizm. W kościelnych publikacjach o sanktuarium, przedstawia się ich niemal jak barbarzyńców kierujących się zajadłością i nienawiścią, "prześladujących katolików", wypędzających duchownych, grabiących "mienie Kościoła" a świątynie przemieniających w kalwińskie zbory. "Zapomniano" o tym, że kiedyś ziemie należały do szlachty z wszystkim, co na nich się znajdowało, i (niestety) także z ludźmi. Skoro obowiązkiem panów było fundować kościoły, obsadzać je duchowieństwem i utrzymywać je, to prawem panów było także przeganiać duchownych, tępić kult i kościoły przemieniać na zbory - ale o tym, już nikt nie myśli i pewnie mało kto jest tego świadomy. Krotowscy - skoro ich była ziemia - mieli prawo na tej ziemi wprowadzać swoje zasady. W 1575 roku spalono kościół, a ponieważ to nie starczyło do wyplenienia z Górki kultu maryjnego, w 1591 roku zasypano studzienkę istniejącą w miejscu objawienia, z której pielgrzymi pobierali "cudowną wodę". Uczyniła to Urszula Ostrożanka, wdowa po Janie Krotowskim, w kronikach klasztornych - pewnie w ramach "miłości bliźniego" - nazywana "jędzą". Kult jednak przetrwał, a na rodzinę Krotowskich zaczęły spadać "gromy" i nawet... groźby. Kroniki nie wspominają, by Krotowscy kogokolwiek zabili (myślę, że skrzętnie by to odnotowano), a "wyznawcy Maryi" - o czym świadczą dokumenty - byli gotowi ich pomordować!

Byłem w tamtym czasie młodym człowiekiem, w dodatku całkowicie ufającym Kościołowi katolickiemu. Jeśli Kościół katolicki coś nazwał "białym" - ja jako białe to widziałem. Gdy zaś Kościół katolicki coś określił jako "czarne" - tak samo ja jako czarne to postrzegałem. I tak samo - z największym oburzeniem czytałem o "podłych uczynkach Krotowskich", nie zastanawiając się specjalnie nad tym, jaka jest prawda, jak i dlaczego to wszystko czyniono. Kościół katolicki odmalowywał ich przed moim oczami jako okrutników i wręcz "sługi diabła", i tak też ich postrzegałem. Kościół katolicki wmawiał mi, że Krotowscy "odeszli od Boga", "porzucili wiarę przodków" i ja to tak przyjmowałem bez zastanowienia. Dziś widzę, że Krotowscy nie uczynili nic innego, jak to, co zalecał czynić sam Bóg! I nie można ich winić o to, że dosłownie zrozumieli Słowo Boże i dołożyli starań by wypełnić jak najpełniej, na miarę  swego zrozumienia, wypełnić to, co wyczytali w Słowie Bożym.

Narodowa "świętość" a Słowo Boże

"Nie będziesz miał innych bogów obok mnie. Nie czyń sobie podobizny rzeźbionej czegokolwiek, co jest na niebie w górze, i na ziemi w dole, i tego, co jest w wodzie pod ziemią. Nie będziesz się im kłaniał i nie będziesz im służył, gdyż Ja Pan, Bóg twój, jestem Bogiem zazdrosnym..." (2. Księga Mojeszowa - tzw. "Wyjścia" - 20, 3 - 6)
Spore poruszenie w kraju zapanowało  w poprzednią niedzielę, kiedy to pewien 58-letni mieszkaniec Świdnicy podczas porannych modłów w jasnogórskim sanktuarium obrzucił pojemnikami z farbą obraz "Matki Boskiej" Częstochowskiej. Niektórzy nazwali to "zamachem" - jakby człowiek ten był jakimś groźnym terrorystą, inni "bluźnierstwem" i "świętokradztwem" - jakby to było wymierzone w Boga. Człowieka tego określono "szaleńcem" - chociaż żaden specjalista dotąd nie wypowiedział się na temat jego stanu. W prasie ogłoszono, że został skierowany na obserwację psychiatryczną, co dla wielu samo w sobie może być potwierdzeniem "szaleństwa". Niektórzy... obwiniają Premiera Tuska, Rząd i całą Platformę Obywatelską i mówią, że "akt ten wpisuje się w szeroką akcję walki z Kościołem w Polsce" - co jest chyba największym absurdem. Dla Prawa i Sprawiedliwości incydent ten - w gruncie rzeczy drobny - stał się elementem walki o... katolickość Polski. Posłanka PiS trybunę sejmową wykorzystała jako... kazalnicę:  "To polska świętość - symbol naszej wiary, nadziei oraz tożsamości narodowej. To trudne doświadczenie pokazuje, do czego może prowadzić laicyzm oraz nachalne propagowanie ateizmu, ale jest to również przestroga dla tych, którzy za wszelką cenę chcą uczynić z Polski świeckie państwo - przestroga, że Maryi nie da się pokonać, bo ona jest Tarczą Polski. I na nic zdadzą się wszelkie próby jej zniszczenia, bo ona jest silniejsza od wszystkich i wszystkiego" - zapominając wyraźnie, że Polacy to nie tylko katolicy (jest to forma dyskryminacji, marginalizacji tych, którzy się z katolicką wiarą nie zgadzają). Natychmiast zaczęto odprawiać "nabożeństwa wynagradzające". Dariusz Ciechor z zakonu paulinów wypowiedział się na antenie Radia Wnet: "Dowiedzieliśmy się, że napastnikiem był Jerzy D. - fanatyk religijny. Z relacji świadków tego wydarzenia można powiedzieć, że nie był to człowiek antyreligijny. Świadkowie mówią, że kierował się dziwnymi motywami religijnymi. Ta specyficzna religijność polegała na tym, że zamachowiec uznał, iż obraz Jasnogórski jest nieszczęściem dla Polski." Prasa informuje już, że sprawcy "zamachu" może grozić nawet... 10 lat więzienia, chociaż jedyne co zrobił, to zabrudził ołtarz - mniejsze wyroki grożą sprawcom napadów, pobić i gwałtów! Zdaniem katolików dopuścił się "bluźnierstwa" i tak naprawdę za to ma stanąć przed sądem (co bardzo w sumie przypomina "praworządność" krajów islamskich)!

Jerzy D. swym czynem nie obraził Boga! Bóg bardzo wyraźnie powiedział: "Nie będziesz czcił innych bóstw, ani nie będziesz czynił wizerunków kultycznych!" Niektórzy katolicy argumentują: "Bóg zakazał kultu wizerunków pogańskich, a nasze obrazy są chrześcijańskie i tego Bóg nie zabronił!" Ale Bóg nie powiedział: "Nie czyń sobie wizerunków, jakie są u pogan"! Nie powiedział także: "Nie czyń sobie żadnego obrazu, chyba, że ......." On powiedział bardzo wyraźnie: "Nie czyń sobie podobizny rzeźbionej czegokolwiek..."! Nie Jerzy D. więc obraził Boga, lecz raczej ci, którzy tworzą i czczą wizerunki! 

Jerzy D. nie znieważył też "Matki Boskiej", gdyż takiej osoby najzwyczajniej... nie ma! Bóg nie ma matki! Jest co najwyżej matka Jezusa, która - gdyby mogła spojrzeć z nieba na ziemię i zobaczyć, co ludzie wyprawiają - była by zapewne przerażona tymi obrazami, figurami, różańcami, procesjami... Niektórzy powołują się na "objawienia maryjne", gdzie "Maryja" nawołuje do tego, by ją czcić. Ale Biblia - fundament wiary chrześcijańskiej! - pokazuje nam, jaka była ta dziewczyna, która tak się podobała Bogu, że wybrał ją na matkę Chrystusa. Ona nie pchała się na pierwszy plan. Żyła skromnie w cieniu Jezusa - szanowana przez Apostołów. Gdy Jezus odszedł nie zajęła eksponowanego miejsca w Kościele, nie "matkowała" wierzącym... Prawdopodobnie "dożyła swoich lat" u boku apostoła Jana. nie wiemy nawet gdzie i kiedy zmarła. Jej rola na kartach Biblii to zrodzenie Jezusa i opieka nad nim w początkowym okresie życia. Fakt, że z dalszych lat mamy wiadomości o niej bardzo skąpe jest... bardzo wymowny! Bóg wyznaczył jej zaszczytną rolę i dobrze wypełniła ona swe zadanie. Gdyby miała ona być czczona, gdyby miała być "Matką Kościoła" to bez cienia wątpienia jej osoba byłaby na kartach Biblii znacznie wyraźniej zarysowana i zawarta byłaby jakaś informacja, jaka rola w Kościele ma jej przypaść. Tego zwyczajnie nie ma!

sobota, 15 grudnia 2012

Jezus "à la Bollywood"?

Źródło zdjęć: oficjalna strona fimu na Facebooku
Chrześcijańskie serwisy informacyjne podają ciekawą wiadomość. Katolicki zakonnik, Geo George SVD, wyreżyserował film o Jezusie Chrystusie. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyż życie Jezusa Chrystusa i przesłanie Ewangelii przenoszono na ekran już wielokrotnie - biblijne historie poprzez "celulojdową taśmę" opowiadane są od samego początku kinematografii (jestem w posiadaniu tego rodzaju filmu, który ma już... 100 lat!). Prawdopodobnie po raz pierwszy jednak Jezus Chrystus pokazany jest "na sposób hinduski"! Reżyser - werbista stworzył film w stylu "Bollywood". Mało kto wie, że właśnie w Indiach kreci się co roku najwięcej filmów na świecie (większość studiów działa w Mumbaju / Bombaju - stąd określenie "Bollywood"), gdyż Hindusi po prostu kochają kino. Lepiej znamy pewną specyfikę kina hindiskiego, gdyż i do nas dotarły niektóre "bollywoodzkie" filmy, zyskując sobie nawet grono sympatyków - to filmy niezwykle barwne, pełne życia, muzyki, tańca, śpiewu - bo takie filmy uwielbiają Hindusi. I w takim właśnie stylu stworzono film "Christaayan". Produkcja filmu trwała 7 lat, premiera odbyła się 2 grudnia, a już w najbliższych dniach zostanie on wyemitowany przez jedną ze stacji TV.

Przyzwyczajeni jesteśmy do filmów o Jezusie, które "przenoszą nas" do Jego ojczyzny i w jego czasy - realizatorzy często pragną zachować jak największy realizm. Tymczasem twórcy  "Christaayan" pozwolili sobie na ciekawy eksperyment, całość biblijnej historii przenosząc w świat kultury hinduskiej i w krajobrazy typowe dla Indii (film kręcono głównie w środkowoindyjskim stanie Madhya Pradesh, ale także w wielu innych miejscach na terenie całego kraju). Ich zamysłem jest by w ten sposób przybliżyć Hindusom osobę Jezusa Chrystusa i przesłanie, jakie Mistrz nam pozostawił. w sztuce w ogóle taki eksperyment nie jest żadną nowością - od wieków ludzie w ten sposób przybliżali sobie Pana i Ewangelię poprzez graficzne wyobrażenia, lecz film, jak sądzę, jest czymś zupełnie nowym. 

Geo George SVD to prawdziwy "człowiek - orkiestra" - film zrodził się w jego wyobraźni, sam napisał do niego scenariusz, ułożył teksty pieśni i skomponował muzykę, nadzorował charakteryzację i przygotowanie kostiumów, zaprojektował plakaty i kierował zespołem około 200 aktorów i ekipy technicznej. Do realizacji tego trwającego... 6 godzin i 16 minut (!!!) filmu potrzeba było wiele pokory, cierpliwości i ufności Bogu. Ciekawostką jest, że ponad 80% zaangażowanych przez niego aktorów - amatorów, to... wyznawcy hinduizmu i osoby niewierzące. Prawdopodobnie dla większości z nich praca nad filmem była pierwszą okazją do poznania bliżej Jezusa Chrystusa i Słowa Bożego. Varghese Alengaden w swoim artykule "Christaayan, Film with a Difference" ("Indian Currents" nr 51, 10 - 16 grudnia 2012) stwierdza: "Było to rzeczywistym doświadczeniem Boga dla wszystkich członków zespołu, a w szczególności dla Ankita Sharma, grającego Jezusa."

Czy naprawdę trzeba z Jezusa robić Hindusa? Czy aby nie jest to za daleko idąca wizja? Nie. I w artykule znajdujemy świetne wytłumaczenie (w nawiasach kwadratowych dopowiedzenia wyjasniające tekst): "O. George był zwykłym misjonarzem w wioskach położonych w głębi stanu  Madhya Pradesh i był świadkiem sprzeciwu wobec chrześcijan i odrzucania ich z powodu naszego niepowodzenia wtopienia się w socjo-polityczny i kulturalny kontekst naszego kraju. (...) Jasno i z przekonaniem mówi: 'Jezus, żyjący i kochający Bóg, jest obecny z nami i w nas. Musimy więc doświadczać Go pośród nas. Ta wiara w jednego jedynego i uniwersalnego [w sensie: którego misja jest skierowana do całego świata] Chrystusa została przez nas sfilmowana w [kontekście] socjo-kulturalnym [naszego hinduskiego] obrazu świata. Oznacza to, że wreszcie Bóg, który stał się jednym z nas, nie jest już obcym ani cudzoziemcem. To pokazuje fakt, że jesteśmy prawdziwymi Hindusami i prawdziwymi hinduskimi chrześcijanami; ta ziemia jest naszą »pitru bhoomi« [Ojczyzną] i naszą »punya bhoomi« [religijną ziemią - tzn. krajem naszej religii]. Jest wiele przypadków cynicznych uwag i napaści na azjatyckich chrześcijan, oskarżeń, że są ludźmi »obcej ziemi« [są często uważani za zdrajców]. Potrzeba poważnej introspekcji i zaangażowania z obu stron dla integralności i sensu naszej egzustencji'. (...) W filmie widoczna jest jego troska o wyjaśnienie nieporozumień i konfliktów między religijnością rytualną i wartościami duchowymi."

piątek, 14 grudnia 2012

Nie sądźcie...

"Nie sądźcie z pozoru, ale sądźcie sprawiedliwie." (Ewangelia Jana 7, 24)
My, ludzie, bardzo często wydajemy werdykt na podstawie tego, co nam się wydaje. Lub gorej jeszcze - opierając się na własnych poglądach i uprzedzeniach do innych. Czasem tak trudno nam wytrzymać choćby to, że ktoś ma inne poglądy, niż my i już jesteśmy gotowi przekreślić tego człowieka...

Przykładem takiego działania może być przeczytany niedawno przeze mnie tekst autorstwa pastora małej, silnie upolitycznionej grupki chrześcijańskiej, w którym odniesiono się do poczynań i ogólnej postawy człowieka, który swego czasu był pastorem w jednym z wielkich polskich miast, a dziś zasiada w Parlamencie (wiadomo o kogo chodzi). Tak się składa, że ta niewielka grupka sympatyzuje akurat z ugrupowaniem, które - mówiąc najdelikatniej - nie darzy sympatią tej partii, do której należy ów poseł.  Cóż tam można było przeczytać? Ano, że protestantyzm i urząd pastorski nie zapewniły mu sukcesu (sugestia: karierowicz), że marny był z niego pastor, że nie ma pojęcia o Biblii, itp. Ciekawe jest przy tym to, że o tym pastorze, który jest dziś posłem, wówczas gdy przewodził Kościołowi słyszałem wiele dobrego, był i jest postacią szeroko znaną, był cenionym duszpasterzem (a ja go w dalszym ciągu za duszpasterza uważam, choć nie pełni obecnie tej funkcji), znany jest z życzliwości i łagodności - o autorze wypowiedzi natomiast można powiedzieć coś wprost przeciwnego: mało znany, szanowany przez wąską grupę wyznawców i sympatyków, większość ewangelicznie wierzących chrześcijan, z którymi kiedykolwiek rozmawiałem na temat tego, co ów pastor i jego wspólnota głoszą, dystansuje się od tego (o ile cokolwiek o nich w ogóle słyszeli)... Uprzedzenia natury politycznej w tym wypadku przekładają się na wyrażaną opinię o człowieku - do kompletu zarzutów, gruncie rzeczy jakby... inkwizycyjnych (!) brakuje mi tylko słów: "heretyk", "dziecko diabła"...

To tylko przykład. Podobnych zachowań można by przytoczyć więcej... Wróćmy jednak do Biblii. Wielu żydów było głęboko uprzedzonych do Pana Jezusa i z uporem wyszukiwali wszytko, co mogli, by wykazać, że "to zły człowiek", że łamie Prawo, że... Religijni żydzi wręcz "polowali" na Chrystusa - wykorzystując wszystko, co się natrafiło, by albo móc Go postawić przed sądem, albo publicznie oczernić przed ludźmi - aby ludziom Go obrzydzić, odciągnąć od Niego... "Czarny PR" to nie jest wynalazek naszych czasów! Chwilę przed tym, jak padają zacytowane na wstępie słowa Jezus obnaża hipokryzję swoich przeciwników w bardzo mocnych słowach. Te zacytowane nie są nic łagodniejsze. One zawierają w sobie (tak myślę) tak naprawdę zarzut: "Wy nie osądzacie według prawdy, was nie interesuje ani prawda ani sprawiedliwość - wy ogłaszacie wyroki w oparciu o własne poglądy i uprzedzenia!" 

Odniosę się jeszcze krótko do opisanej sytuacji... Wzbudziła ona oburzenie wielu protestantów i ja byłem jednym z tych, którzy włączyli się w wymianę zdań na ten temat. Dowiedziałem się w końcu, że pastor i wspólnota, mają prawo do... subiektywnej oceny i wypowiadania się zgodnie z własnymi poglądami. Mi jednak zawsze się wydawało, że chrześcijanin powinien przede wszystkim poszukiwać prawdy. Bóg nie zakazuje nam tak naprawdę osądzania, lecz mówi: bądźcie obiektywni - co odczutuję: nie zważajcie na osoby, nie mierzcie spraw i ludzi po swojemu, przyglądajcie się sprawom bez uprzedzeń i poszukujcie prawdy! Spójrzmy na przytoczony na wstępie fragment tak:
 "Nie sądźcie z pozoru (subiektywizm), ale sądźcie sprawiedliwie (obiektywizm)."
Nie mamy opierać się na własnych poglądach i na odczuciach, na tym, co nam się wydaje, lecz patrzeć jak się sprawy naprawdę mają, zawsze, ZAWSZE poszukiwać prawdy! Nie mamy ogłaszać winy na podstawie naszych subiektywnych odczuć (bo to zwodnicze)! Przed konsekwencją niesprawiedliwego osądzania innych Jezus ostrzega nas tymi słowami:
"Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Albowiem jakim sądem sądzicie, takim was osądzą, i jaką miarą mierzycie, taką i wam odmierzą." (Ewangelia Mateusza 7, 1 - 2)
Jeśli dziś kogoś osądzamy niesprawiedliwie, kierując się własnymi poglądami i uprzedzeniami, jutro to my będziemy osądzeni, i to surowo! O tym warto pamiętać, zanim uznamy siebie za upoważnionych do tego, by osądzać tych, którzy z jakichś powodów nam nie odpowiadają.  Kolejne wersy z Ewangelii Mateusza pouczają nas, że sami jesteśmy tylko ułomnymi, grzesznymi ludźmi i o tym mamy nie zapominać. Jeśli dziś przykładamy do kogoś miecz, jutro miecz będzie nad naszą głową. 

Postać przedstawioną na rysunku obok znamy wszyscy doskonale, choćby z podręczników historii. Jest to grecka bogini Temis - zwana po polsku Temidą - grecka bogini sprawiedliwości, personifikacja sprawiedliwych sądów. System prawny często określany jest jej imieniem, choć nie zawsze działa sprawiedliwie. O kimś, kto staje przed ludzkim sądem mówi się nawet: "stanął przed obliczem Temidy. Jej podstawowe atrybuty to waga i miecz... Waga służąca "ważeniu spraw", dociekaniu prawdy i miecz jako narzędzie wymierzania kary. Bardzo często też pojawia się opaska na oczach - symbol bezstronności, sprawiedliwości. 

Wielu chrześcijanom może się nie podobać to, że nawiązuję do wierzeń pogańskich, ale myślę, że w gruncie rzeczy wizerunek ten jest najbliższy temu, co na temat osądzania mówi Słowo Boże. Stosując je w praktyce siłą rzeczy zbliżamy się do tego greckiego ideału sprawiedliwości. Słowo Boże tak naprawdę nigdzie nie zabrania nam osądzania! Pierwszy wers siódmego rozdziału Ew. Mateusza zbyt często jest wyrywany z kontekatu. Mamy prawo osądzać - nawet czasem (uważam) powinniśmy! Ale... Ale... Jak tam nasza opaska na oczach?

Noc miliona cudów

To kolejna bardzo dobra... Wróć! NIESAMOWITA książka wydana pod szyldem Open Doors (wydawcą jest Wydawnictwo "Pojednanie" z Lublina). Z jednej strony jest to wspaniała, wciągająca opowieść, bardzo dobra pod względem literackim, z drugiej zaś wspaniałe świadectwo wiary - nie tylko w Boga, ale wiary Bogu i zaufania do Niego. Paul "Pablo" Estabrooks stworzył literacki dokument przedstawiający całą historię jednej z największych, najciekawszych, najodważniejszych i... najbezczelniejszych akcji przemytniczych w XX wieku. To opowieśc o tym, jak w ciągu jednej nocy przemycono do komunistycznych Chin 1.000.000 kompletnych Biblii!

Choć dziś w Chinach drukuje się dziesiątki milionów Biblii (i być może twoja własna Biblia tam właśnie została wydrukowana!), jest to kraj, gdzie wciąż jeszcze Biblia dla wierzących jest wielkim skarbem nie tylko ze względu na ogromną wartość Słowa Bożego, lecz także i dlatego, że nie jest łatwo ją posiąść. Dziś chrześcijaństwo w Chinach wciąz nie jest dobrze widziane, a wielu chrześcijan cierpi z powodu swej wiary, ale "buisness is buisness". Biblie są dostępne w wielkich miastach i głównie w "Kościołach patriotycznych", których przywódcy związani byli i są z władzami komunistycznymi i niekiedy z głęboką nienawiścią odnoszą się do "niepatriotycznych" chrześcijan.

Wielki głód Słowa Bożego opisał Paul Hattaway w książce "Człowiek z nieba", będącej historią życia i świadectwem wiary Brata Yuna. Ten sam wielki głód pokazuje na kartach "Nocy miliona cudów" Paul Estabrooks: "W Shantou w Chinach młody chrześcijanin, Daniel Ng, klęka i modli się gorąco: 'Panie, nie wiem dlaczego nie wysłuchałeś mojej modlitwy o własną Biblię, ale Ty wiesz. Obiecuję Ci, że resztę mojego życia poświęcę dla dystrybucji Twojego Słowa. Proszę, poślij mi Biblię.' Dopalająca się świeca migocze w niewielkim pokoju w Mongolii Wewnętrznej. Siostra Grace, podobnie jak robiła to wiele razy w przeszłości, pracowała większą częśc nocy ręcznie przepisując pożyczoną Biblię. Jest bardzo zmęczona, a jednak rozradowana słowami, które pisze. Przed położeniem się na kilka godzin snu, wypowiada często powtarzaną modlitwę: 'Boże, moim największym pragnieniem jest posiadanie własnej Biblii.' (...) Brat Lee jedzie szybko rowerem wyboist drogą w centralnej prowincji Henan. Już wiele razy pokonywał tę liczącą dwadzieścia kilometrów trasę. dzisiaj jest jego kolej na studiowanie Biblii pastora Goha, jako przygotowanie do kolejnego domowego spotkania biblijnego z przyjaciółmi. Niestrudzenie naciskając nogami na pedały, brat Lee modli się: 'Panie, modlę się tak, jak robię to codziennie już od trzech lat: proszę, czy mógłbym mieć własną Biblię?' (...) W zachodnich Chinach siostra Ling pracuje jako młoda ewangelistka, posłana do tej służby przez swój kościół domowy. Kościół wysłał ją, dając jej bilet kolejowy w jedną stronę i ryż wystarczający na dwa tygodnie. Siostra Ling bardzo lubi swoją pracę, ale jest głęboko zaniepokojona tym, że chrześcijanie nie posiadający Biblii błądzą w swoim rozumieniu i robią różne dziwne rzeczy. (...) Tej nocy, po skończonym spotkaniu, siostra Ling błaga swojego Pana o Biblie dla jego dzieci. Mija godzina za godziną na gorliwej modlitwie. W pewnym momencie siostra Ling czuje, że jej modlitwa została wysłuchana i może się już położyć na spoczynek" (fragmenty Prologu do książki). "Noc miliona cudów" to książka, która opowiada o tym, w jak niesamowity sposób Bóg odpowiedział na te wszystkie modlitwy.

środa, 12 grudnia 2012

Siły światłości

"Niektórzy czytelnicy mogą uznać tę książkę za kontrowersyjną. Znajdą się tacy nawet w Open Doors, organizacji założonej przez brata Andrew..." - pisze w słowie wstępnym Johan Companien, prezes Open Doors. I... Cóż tu kryć! ...ma rację! Jest to książka, która może zamieszać w czarno - białym postrzeganiu konfliktu na Biskim Wschodzie, jaki ma część chrześcijan - że Izrael to zawsze tylko dobry i pokojowo nastawiony, a "Palestyńczycy" zawsze źli i wina jest tylko po ich stronie. Od razu wyjaśniam - ja opowiadam się za Izraelem, gdyż obecna sytuacja jest dość klarowna: od wielu lat Izrael dąży do pokojowego rozwiązania problemu, a strona palestyńska regularnie łamie wszelkie pokojowe ustalenia i - jak to miało miejsce niedawno - ostrzeliwuje bezbronną ludność żydowską (fakt, że nie ma ofiar wynika z marnej jakości uzbrojenia), potem odgrywając (udanie, niestety) rolę pokrzywdzonych i próbując wzbudzić litość na całym świecie i wywołać potępienie dla Izraela. Nie zaliczam się natomiast do ludzi, którzy by w zaślepieniu dawali sobie wmówić, że Izrael nigdy nic złego nie uczynił...

Brat Andrew - baptysta z Holandii - jest założycielem międzynarodowej i ponaddenominacyjnej misji Open Doors... Początkowo zasłynął jako misjonarz i przemytnik Biblii do krajów zniewolonych przez komunistów - swą misję zaczął w roku 1955 w Polsce. Po ukazaniu się jego książki "Boży przemytnik" granice "bloku wschodniego" się jednak przed nim zamknęły - wówczas większość swych wysiłków skierował na Bliski Wschód. Wielokrotnie odwiedzał kraje islamskie i tam realizował swoją misję opartą na słowie, które Bóg położył mu na sercu w 1955 roku: "Stań się czujnym i umocnij resztę, która miała umrzeć" (Apokalipsa 3, 2). Owocem tej misji jest m.in. książka "Prześladowani za wiarę" opisująca prześladowania, jakich doznają chrześcijanie w krajach islamskich. Właśnie tą książkę należy koniecznie przeczytać - chociaż w oryginale ukazała się dopiero w trzy lata po "Siłach światłości" -  zanim weźmiemy do ręki "Siły światłości", byśmy tej drugiej przypadkiem źle nie zrozumieli, byśmy nie ulegli złudzeniu, że islam jest w gruncie rzeczy "całkiem niezłą religią".

"Siły światłości" to jakby dwie, a może nawet trzy, książki w jednej. Jest to opowieść o chrześcijanach żyjących w Izraelu i w jego wydzielonej części, zwanej "Autonomią Palestyńską" (zaznaczam bowiem - jestem przeciwnikiem tworzenia osobnego państwa palestyńskiego, a nawet autonomii), a także w sąsiednim Libanie. Autorzy pokazują nam Kościoły... przez nas zapomniane. Pokazują żydów mesjańskich, Kościoły tzw. "historyczne" (jak katolicyzm czy prawosławie) i ewangeliczne działające w Ziemi Świętej. Uzmysławiają nam, że także Palestyńczycy to nie tylko muzułmanie - przybliżają nam arabskich chrześcijan z Ziemi Izraela i pokazują nam ich problemy i cierpienia.

Andrew i Al pokazują jak wiele zła doświadczyli także arabscy chrześcijanie (wraz z muzułmanami) i że działania Izraela uderzyły także w nich. To, co dla palestyńskich chrześcijan było bolesne: Kościoły z całego świata jakby nie zauważyły, przez co bracia i siostry przechodzą. I to jest bez wątpienia słuszny zarzut... Opisy cierpienia, zawarte na stronach książki, poruszają do głębi serce. Brat Andrew wprowadza czytelnika w sam środek konfliktu, by - poprzez relację świadków i osobiste świadectwo - pokazać tragedię, przez którą przeszli ci ludzie. Czołgi na ulicach i pociski na kartach tej książki przybierają bardziej realną dla czytelnika postać, niż w obrazach telewizyjnych. Chwilami ma się wrażenie, że jeśli nie zeszliśmy na samo dno piekła, to w każdym razie znaleźliśmy się gdzieś blisko niego.

niedziela, 9 grudnia 2012

Pan nasz czyni cuda!

"[Jezus] ...wszedł do Kafarnaum. Sługa pewnego setnika, szczególnie przez niego ceniony, chorował i bliski był śmierci. Skoro setnik posłyszał o Jezusie, wysłał do Niego starszyznę żydowską z prośbą, żeby przyszedł i uzdrowił mu sługę. Ci zjawili się u Jezusa i prosili Go usilnie: Godzien jest, żebyś mu to wyświadczył - mówili - miłuje bowiem nasz naród i sam zbudował nam synagogę. Jezus przeto wybrał się z nimi. A gdy był już niedaleko domu, setnik wysłał do Niego przyjaciół z prośbą: Panie, nie trudź się, bo nie jestem godzien, abyś wszedł pod dach mój. I dlatego ja sam nie uważałem się za godnego przyjść do Ciebie. Lecz powiedz słowo, a mój sługa będzie uzdrowiony. Bo i ja, choć podlegam władzy, mam pod sobą żołnierzy. Mówię temu: Idź! - a idzie; drugiemu: Chodź! - a przychodzi; a mojemu słudze: Zrób to! - a robi. Gdy Jezus to usłyszał, zadziwił się i zwracając się do tłumu, który szedł za Nim, rzekł: Powiadam wam: Tak wielkiej wiary nie znalazłem nawet w Izraelu. A gdy wysłani wrócili do domu, zastali sługę zdrowego." (Ewangelia Łukasza 7, 1 - 10)
Zgromadzenie chrześcijańskie w jednym z domowych Kościołów
w Chinach. Spotkania takie odbywają się w ścisłej tajemnicy,
co upodabnia chińskie Kościoły domowe do pierwotnego Kościoła.
Te słowa przypomniały mi się, gdy w książce "Noc miliona cudów" przeczytałem kolejne niezwykłe świadectwo. Dwóm chińskim chrześcijanom - z których jeden, Matthew Lo to gorliwy i znany w Chinach ewangelista pewnego dnia przydarzyło się coś, co trochę przypomina powyższe zdarzenie z życia Jezusa.

     "Chan skończył planowanie dostaw Biblii w prowincji Henan, a Matthew uznał, że spędził już tutaj wystarczająco dużo czasu, jak na znanego wędrownego ewangelistę - niepożądanego i uciekającego przed pościgiem. Właśnie zbierali się do wyjścia z domu, w którym się zatrzymali, gdy rozległo się pukanie do drzwi. Z przerażeniem zobaczyli, że do środka wchodzi lokalny działacz komunistyczny, szef miejscowej organizacji partyjnej.
     - Który z was to ten ewangelista, Matthew? - spytał zdecydowanie.
     Żeby odwrócić jego uwagę od Chana, Matthew szybko zrobił krok do przodu i powiedział:
     - To ja.
     - Czy możesz przyjść i pomodlić się za mojego ośmioletniego syna? Jest bardzo chory, a lekarz nie wie, jaka jest przyczyna.
     Wszyscy w pokoju odetchnęli z ulgą. Matthew odpowiedział:
     - Dlaczego przyszedłeś do mnie? Dlaczego myślisz, że mogę coś pomóc? - spytał.
     - Bo słyszałem, że jesteś w kontakcie z Bogiem prawdziwej mocy - odpowiedział po prostu partyjniak.

sobota, 8 grudnia 2012

Brat Bob

Chciałbym napisać krótko o człowieku - gorliwym chrześcijaninie, oddanym misjonarzu i dobrym przyjacielu, który dla wielu może być wzorem...

Boba i  jego żonę, Sue poznałem przed kilkoma laty, podczas wizyty na obozie chrześcijańskim, o którym miałem napisać krótki artykuł (z czego w końcu nic nie wyszło). Myślę, że mogę powiedzieć, że od pierwszej chwili się polubiliśmy. I bardzo się ucieszyłem, gdy dowiedziałem się, że to właśnie oni są tymi amerykańskimi misjonarzami, którzy mieli "na stałe" osiedlić się w moim rodzinnym mieście i służyć Kościołowi. Tak też się stało i przez kolejne lata byli oni dla społeczności chrześcijańskiej i wielu innych ludzi, którym służyli, wielkim błogosławieństwem. Sami będąc dla Kościoła darem od Boga, wszystkim dali największy dar, jaki może człowiek ofiarować drugiemu człowiekowi: samych siebie.

Bob niejednokrotnie głosił w kazania - choć sam zawsze mówił, że nie jest kaznodzieją, mówił w sposób poruszający... Ważniejsze bowiem od studiów teologicznych i talentów krasomówczych jest zakorzenienie w Bogu i Słowie Bożym! Bob zawsze miał przy sobie Biblię - nie tylko podczas niedzielnych nabożeństw - i zawsze widać było, jak wielkie ma ona dla niego - i również dla jego żony, która w niczym mu nie ustępuje - znaczenie. Nie przypominam sobie Boba w garniturze i krawacie - choć pewnie i garnitur i krawat miał - nie ubierał się inaczej, niż inni, ale nawet gdy w zwykłym swetrze stawał "za kazalnicą" - częściej w niewielkiej wspólnocie, jaką zaczęliśmy zakładać w sąsiednim mieście, gdzie jego pomoc była wręcz nieodzowna, niż w zborze do pomocy któremu został skierowany - można było czuć od niego autorytet. Autorytet - dodam - który nie jest pochodną ludzkich osiągnięć i ludzkiej mądrości, lecz pochodzi od Boga i wiąże się z głęboką wiarą. "Za kazalnicą" też niekoniecznie znaczy dosłownie, bo nasze nabożeństwa nie zawsze odbywały się w tradycyjny sposób - długi czas gromadziliśmy się... wokół stołu. Bob i Sue wymyślili też oryginalną formułę dodatkowych spotkań modlitewnych w tygodniu: "Pizza & prayer", podczas których spożywaliśmy wspólnie na kolację wspaniale pachnące i cudnie smakujące pizze i modliliśmy się. Pokazywali nam, że "Kościół" i "nabożeństwo" nie muszą wcale być w jakichś "sztywnych ramkach" - chyba zbliżaliśmy się wraz z nimi do stylu pierwotnych chrześcijan, dla których wiara i wszelkie formy pobożności były po prostu splecione ze zwykłym życiem.

Bob... To imię (a raczej zdrobnienie od imienia Robert) u nas w Polsce kojarzy się bodaj najbardziej z bajką dla dzieci "Bob budowniczy". Bob pomagał budować Kościół słowem, jako misjonarz. Nie bał się jednak także ciężkiej, fizycznej pracy - i tak też służył. Często pracowaliśmy razem, gdy trwała przebudowa zborowej kaplicy. Choć nie był już "młodzieniaszkiem" - do pracy misyjnej wraz z żoną ruszyli będąc już na emeryturze - trudno było "dotrzymać mu kroku" w pracy, był  bardzo silnym mężczyzną. Był też utalentowanym majsterkowiczem - i tym talentem też służył nie tylko w swoim domu, ale też w Kościele. Także i dzięki jego pracy mógł powstać ośrodek pomocy dla ludzi bezdomnych prowadzony przez Fundację Bread of Life, w którego funkcjonowanie się głęboko zaangażował...

Bob był chrześcijaninem tak "po prostu" - dla którego świat nie zaczynał się i kończył się na Biblii i spotkaniach Kościoła. Jest dla mnie wzorem prawdziwego chrześcijanina, w którym nie ma ani grama "dewocji"! Bo chrześcijaństwo wcale nie polega na tym, że się cały czas człowiek modli i tylko w kółko o Bogu i Biblii mówi. Bob był człowiekiem wielu zainteresowań... Zawsze się śmiałem, że Bob i Sue "nie  są typowymi Amerykanami", bo przyjechawszy do Europy nie dziwią się, że są jakieś zabytki starsze niż 200 lat. Oboje byli zakochani w naszym kraju i żywo zainteresowani historią. Na zawsze zapadły w pamięci wspólne wycieczki - zwiedzanie zabytków i udział w festynach historyczno - archeologicznych. Z drugiej strony jednak byli typowymi Amerykanami i zdawali się żyć według zasady "Don't worry, be happy!" - zwykle, gdy mieliśmy gdzieś razem jechać, trzeba było na nich poczekać troszkę dłużej. Dobrze było po prostu być nrazem i nigdzie się nie spieszyć! Ich pogodny sposób życia - też w jakiejś części biorący się z ufności pokładanej w Bogu - pomagał też innym widzieć świat w piękniejszych barwach.

Być chrześcijaninem to znaczy żyć na co dzień z Bogiem, ale też żyć dla ludzi... Bob - człowiek, który tylko Boga umiłował bardziej niż ludzi! Bob - wspaniały przyjaciel, zawsze gotowy wysłuchać, radować się z drugim człowiekiem i razem z nim smucić, współodczuwając i obejmując... Nigdy - jak pamiętam - nie przeszedł obojętnie obok drugiego człowieka! I tak samo jego żona... Każdą troskę i każdy smutek łatwiej było nieść, bo oni brali na siebie ochoczo część tego ładunku. Ich "don't worry" i modlitwy bywały jak opatrunek i kojący balsam. Nad każdą słabością, każdym cierpieniem pochylali się tak, że było widać, że dotyka to także ich. Nie okazywali współczucia, lecz współodczuwanie! te dwa słowa mają to samo znaczenie, lecz "współczucie" mocno się w naszych czasach zdewaluowało, do "wartości" najczęściej jedynie... pustego słowa, używanego, gdy coś przykrego spotkało kogoś z naszego otoczenia  Chciałbym znać więcej ludzi, którzy by tak kochali bliźnich - z doświadczenia wiem, że nawet w Kościele jest ich niewielu! Ogromną troską otaczali też Kościół jako społeczność - i byłem świadkiem, ile bólu sprawiały im niedomagania Kościoła, jak głęboko czasem byli rozczarowani, a jednak nie szczędzili trudu i uparcie pracowali dalej...

Oboje poświęcili nam lata swego życia - pracując w Polsce, zamiast korzystając z wolnego czasu, którego nie brakuje emerytom i zgromadzonych środków "używać życia", zwiedzać świat... W lutym ubiegłego roku powrócili do domu - do słonecznej Kalifornii. Wraz z jeszcze dwojgiem przyjaciół z Kościoła żegnałem ich na lotnisku, ciesząc się już, że planują jeszcze do Polski wrócić, by poprowadzić przez pół roku zajęcia dla liderów Kościoła. Plany te jednak zaczęły się "przesuwać", a w ostatnich miesiącach często dostawałem informacje o nie najlepszym stanie zdrowia Boba. Przedwczoraj dotarła do mnie informacja, że na kolejne spotkanie być może będziemy musieli poczekać naprawdę dłużej niż zakładaliśmy - nastąpi ono już w domu Ojca, w którego progach właśnie stanął brat Bob. Wierzę, że Bóg otworzył mu drzwi ze słowami: "Dobrze, sługo dobry i wierny! (...) Wejdź do radości twojego pana" (Ewangelia Mateusza 25, 21 i 23). To smutny czas dla nas na ziemi, lecz święto w niebie, że oto kolejny "zawodnik" - a może raczej "zapaśnik boży" - dobiegł do mety i może za Apostołem Pawłem powiedzieć: "W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem" (2. List do Tymoteusza 4, 6 - tłum. "Biblia Tysiąclecia"). jestem ogromnie wdzięczny Bogu za przywilej poznania i obcowania z bratem Bobem i dziękuję dziś Panu, że na mojej drodze życia postawił tego człowieka!

Pan zaopatruje swoje dzieci

Fot. Mnolf / Wikipedia
Niezwykła historia o tym, jak Pan zaopatruje swoich wyznawców. Opowieść Lao Zhao, chińskiego chrześcijanina prześladowanego i uwięzionego z powodu wiary:

"Kiedy zamknęli mnie w więzieniu, dostawałem tylko wodnistą zupę. Więc pewnego dnia, gdy rozmawiałem z naszym Panem, powiedziałem, jak miło byłoby zjeść jajko. Cztery dni później, choć już zapomniałem o tej modlitwie, obudziłem się i przede mną na podłodze leżało jajko. Podniosłem je. Było prawdziwe, ale nie miałem pojęcia w jaki sposób się tu znalazło. Byłem taki głodny, że szybko je zjadłem. Bardzo mi smakowało, bo już od wielu dni piłem tylko wodnistą zupę. Gdy obudziłem się następnego ranka, w tym samym miejscu znowu było jajko. tej nocy starałem się nie usnąć, by zobaczyć kto przynosi jajka do mojej celi. Około trzeciej w nocy usłyszałem lekkie drapanie w podłogę. Nie ruszałem się. Zobaczyłem mysz, która przez dziurę w ścianie wpycha do środka jajko, na to samo miejsce, gdzie znalazłem poprzednie. Potem obwąchała trochę dookoła i uciekła. Tak działo się przez wiele dni. Któregoś jesiennego dnia pomyślałem, że na zewnątrz musi być sezon na jabłka. Poczułem ślinkę napływającą mi do ust na samo wspomnienie jabłek, więc pomodliłem się: 'Panie, skoro możesz dawać mi jajka, czy mógłbyś także dać mi jabłko?' Bóg posłużył się inną myszką, by codziennie przez całą jesień dawać mi najsłodsze jabłka, jakie kiedykolwiek jadłem. W zimie szczur przynosił mi słodkie ziemniaki i orzechy. Bóg jest taki wierny!" (Paul Estabrooks "Noc miliona cudów", Wydawnictwo "Pojednanie", Lublin 2012, str. 45 - 46)

Brzmi jak bajka? Być może... Ale jeśli ufamy Słowu Bożemu... Cóż tam taka mała, codzienna dostawa dla Tego, który karmił swój lud manną z nieba i rozmnożył chleb i ryby? Przecież jedno z "Imion Pana" jest: Yahweh Yireh - Pan widzi, Pan zaopatruje!

piątek, 7 grudnia 2012

Pogańskie pochodzenie... "Świętego Mikołaja"

Wczoraj był 6 grudnia... Samo w sobie jest to mało odkrywczym stwierdzeniem... W ten dzień Kościół katolicki wspomina "świętego" Mikołaja - biskupa Miry, który być może żył na przełomie III i IV wieku, a być może w rzeczywistości... nigdy nie istniał. Zdaję sobie sprawę z tego, że dla wielu te słowa zabrzmią niemal jak bluxnierstwo, ale prawda jest taka, że jedynymi "dokumentami" jakimi dysponujemy na jego temat są mniej lub bardziej fantastyczne legendy, a w nich może być "ziarno prawdy", ale mogą być też całkowicie zmyślone. To, że "święty" Mikołaj jest powszechnie czczony w katolicyzmie i prawosławiu, i że wiele katolickich i prawosławnych miejsc kultu jest jemu dedykowanych też wcale nie znaczy, że jest on postacią historyczną - dobrze wiemy, jak wielu "świętych" jest w rzeczywistości tylko postaciami z legend, lub do ich życiorysu dopisano tak wiele, że więcej w tym legendy, niż historii...

Nasze wyobrażenie "świętego" Mikołaja jest mniej więcej takie jako na obrazku - rodem z reklam Coca-Coli... To w gruncie rzeczy wielki sukces tego koncernu, że udało im się element własnej reklamy wpleść w wierzenia - dzieci w takiego właśnie "świętego" wierzą, tak go sobie wyobrażają, a i dorośli najwyraźniej kochają szczerze taki jego obraz: grubaska w czerwonej opończy z worem na plecach. Można powiedzieć, że nastąpiła "amerykanizacja" wizerunku "świętego", który tak naprawdę zresztą przestał być "świętym" w religijnym znaczeniu tego słowa.

Ta "mikołajowa tradycja" - i ta "odwieczna" i ta forma zamerykanizowana - okazały się tak mocne, że przeszły nawet do ewangelicznych Kościołów... Przeszły? Może raczej: pozostały, bo przyzwyczajenia i propaganda okazały się silniejsze od Ewangelii? Prawdopodobnie po prostu nikt z nas nie zadał sobie trudu dogłebnie przebadać korzenie tego zwyczaju. Generalnie nie mam nic przeciwko grubaskowi w czerwonej opończy, ale jest coś w tej tradycji, nad czym warto się poważnie zastanowić. Pozwalam sobie przytoczyć poniżej ciekawy artykuł na ten temat. Nie znam ani autora, ani też źródła, w którym pierwotnie tekst opublikowano - poza śladami w pierwszym zdaniu wskazujacymi na Belgię, jako ojczyznę autora i czytelników, dla których pierwotnie przeznaczył tekst. Oto ten materiał:

Skąd się wziął „święty Mikołaj”?
     Kto na początku grudnia pospaceruje w Belgii po ulicach, ten ujrzy ciekawy widok: grupki dzieci wędrują od domu do domu, śpiewając krótkie piosenki o "świętym Mikołaju". Domownicy nagradzają sympatyczną dzieciarnię owocami, słodyczami lub pieniędzmi. Co to za okazja? Dzień "świętego Mikołaja"! W USA i w innych krajach "święty Mikołaj", albo "Santa Claus", pojawia się podczas Bożego Narodzenia. Tu jednak ma swój własny dzień. Brodaty Sinterklaas lub Sint Nikolaas, któremu poświęcono 6 grudnia, należy do najpopularniejszych "świętych" w Belgii i Holandii. Jego imieniem nazwano wiele kościołów, kaplic, ulic i dzielnic. Znany jest w tradycji jako "wielki przyjaciel dzieci", który podczas swego święta hojnie rozdaje im upominki.

Krzyże... zdjąć je czy zostawić?

Co jakiś czas powraca kwestia krzyży wiszących w szkołach, czy - jak ostatnio w Bydgoszczy - na wyższych uczelniach. Jedni mówią o rozdziale Kościoła od Państwa, o świeckości i poszanowaniu przekonań wszystkich obywateli, drudzy zaś wskazują na krzyż jako "uniwersalny symbol" miłości i ofiary. Argument tych pierwszych na pewno jest mocny, gdyż tak samo wiary, jak i niewiary nie wolno nikomu w żaden sposób narzucać. Argumenty drugiej strony - mam wrażenie - już takie mocne nie są, bo o ile Jezus dał dowód wielkiej miłości do nas, samego siebie składając w ofierze, to jednak nie znaczy wcale, że każdy musi krzyż przyjmować jako "symbol uniwersalny". Odnoszę wrażenie, że i jedna i druga strona tego konfliktu krzyż w gruncie rzeczy traktują... instrumentalnie, jako element ideologiczny. I obserwujemy zadziwiającą walkę ideologiczną... Czasem odnoszę wrażenie, że nawet dla "obrońców krzyża" ten symbol stał się tak wielki, że przysłonił to, co na krzyżu się dokonało i wszystko, czego nauczał Jezus - bo w postawie ludzi, także "obrońców krzyża" czasem tak zwyczajnie... brak miłości i zrozumienia bliźnich.

Dla mnie w zasadzie kwestia czy krzyże mają wisieć na ścianach naszych szkół, uczelni, urzędów, szpitali i innych instytucji jest w zasadzie prosta. Krzyż na ścianach w instytucjach nie jest do niczego potrzebny - on nie spełnia żadnej funkcji. Ba! Tak naprawdę nie jest zauważany - "wtapia się w tło" i tak naprawdę staje się drewienkiem wiszącym na ścianie. Ja chodziłem do szkoły, gdy zaczęto wieszać wszędzie krzyże. I jeśli komuś się wydaje, że przez to zaczęliśmy - my, uczniowie - więcej myśleć o Bogu, szukać Boga i starać się być lepszymi ludźmi, to jest... delikatnie mówiąc niezbyt mądry. Wprost przeciwnie - "Pan Jezus z krzyża patrzył" na bójki w klasie, na przemycane do szkoły pisemka pornograficzne, na uczniów wymykających się na piwko i słuchał słów od których "uszy więdną". Czasem odnoszę wrażenie, że właśnie w ten sposób krzyż się degraduje - wprowadzając go w miejsca, gdzie nie jest szanowany  i miast symbolizować Chrystusa staje się właśnie tylko kawałkiem drewna.

niedziela, 2 grudnia 2012

Nie mów fałszywego świadectwa...

"Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu" (2. Księga Mojżeszowa - tzw. Wyjścia - 20, 16) i tłumaczenie katolickie (Biblia Tysiąclecia): "Nie będziesz mówił przeciw bliźniemu twemu kłamstwa jako świadek."
Być może najlepiej było by pewnych spraw nie tykać - zwłaszcza politycznych, bo polityka jednak jest brudna (i szczerze podziwiam chrześcijan, którzy potrafią się nią zajmować i nie uwalać się nią!). Słowo Boże mówi nam, że chrześcijanin nie jest z tego świata. Jednak żyjemy w tym świecie, i to, co się na nim dzieje w mniejszym lub większym stopniu nas dotyczy, a wobec pewnych spraw nawet nie mamy prawa przechodzić obojętnie. Od 11 listopada znów wile się dzieje, a raczej wiele mówi - a wiele z tego, co się mówi, podpada pod zacytowane przykazanie.

Ogromnie mnie zasmuciło postępowanie wielu naszych Rodaków po tym, co się zdarzyło 11 listopada, po chuligańskiej zadymie, która na krótki czas sparaliżowała "Marsz Niepodległości":

Źródło: TVN24