poniedziałek, 5 listopada 2012

Dojrzała wiara czy brzmienie cymbała?

"Owocem zaś Ducha są: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, wstrzemięźliwość. Przeciwko takim nie ma zakonu. A ci, którzy należą do Chrystusa Jezusa, ukrzyżowali ciało swoje wraz z namiętnościami i żądzami. Jeśli według Ducha żyjemy, według Ducha też postępujmy." (List do Galatów 5, 22 - 25) "Przyobleczcie się jako wybrani Boży, święci i umiłowani, w serdeczne współczucie, w dobroć, pokorę, łagodność i cierpliwość" (List do Kolosan 3,12)
Czasem odnoszę wrażenie, że wielu z tych, którzy mienią się być "chrześcijanami" nie bardzo... rozumie to, czego nauczał Jezus i apostołowie. Tak łatwo jest naśladować faryzeusza z przypowieści Jezusa, a tak trudno celnika - o przypowieści tej pisałem w sierpniu w tekście "Bałwochwalstwo 'mojej doskonałej wiary'". Niestety, Kościoły odbiegają dość mocno od Bożych standardów - głównie dlatego, że wypełnione są ludźmi, którzy... po prostu są grzeszni (co tu kryć?). Ale nie w tym jest problem, że są grzeszni - bo każdy z nas jest grzeszny i upadamy, tylko w tym, że nie chcą nic w swoim życiu zmienić, myśląc o sobie: "Ja jestem dobrym chrześcijaninem". Potrafią w tym iść jeszcze dalej: Ja jestem dobrym chrześcijaninem", więc - co za tym idzie - "skoro ja jestem dobrym chrześcijaninem, a Ty się ze mną w jakiejś kwestii nie zgadzasz, to... ty nie jesteś dobrym chrześcijaninem! Skoro ty myślisz inaczej niż ja, 'idący za Panem i słuchający Jezusa', to znaczy, że ty nie idziesz za Panem, nie słuchasz Jezusa!" Mam poważne wątpliwości, co do uduchowienia ludzi, którzy gdy ktoś się z nimi nie zgadza, zapominają o tych słowach apostoła Pawła...

Miłość? Cierpliwość? Uprzejmość? Dobroć? Łagodność? Pokora? Jakże często te dary Ducha Świętego zalewa powódź przekonania: "Ja mam rację!" i pragnienie, żeby wszystkich do tych moich racji "równać". A jeśli ktoś "odstaje" to znaczy, że nie jest to chrześcijanin, Boży człowiek! Zbyt często obserwuję takie postawy. I pewnie zbyt często sam taki byłem, bo w sumie problem znam "od środka" - też nieraz wydawało mi się, że skoro "poznałem prawdę" to teraz mogę ludzi "rozstawiać po kątach" i łoić każdego, kto się ze mną nie zgadza. Rozumiem brak miłości, cierpliwości, uprzejmości, dobroci, łagodności i pokory, bo sam tak często nie kochałem, unosiłem się gniewem, stawałem się wyniosły i opryskliwy... Potrzebowałem czasu na to, by zrozumieć, że taka postawa wcale nie podoba się Bogu i w dodatku jest wielce szkodliwa dla Kościoła Chrystusowego - i dziś żałuję wielu słów i postaw w swoim życiu.

Jakiś czas temu - gdy znów miałem za sobą przejście przez kolejną taką "burzę" wywołaną przez takich "doskonałych" - zaprzyjaźniony pastor (obserwujący całą nawałnicę, jaka się nade mną przetoczyła) napisał do mnie tak:
"Myślę, że dyskusje z tym 'towarzystwem', to po prostu strata Twojego czasu i energii. Z 'talibami' się nie dogadasz, chyba że przyjmiesz ich punkt widzenia. Ja już przestałem próbować i z tej grupy zupełnie się wycofałem. Nie wiem, kim są ci ludzie, jaka jest ich duchowa dojrzałość, ani przed kim oni odpowiadają, ale odnoszę wrażenie, że sami dla siebie są najwyższymi autorytetami i będą kogoś za autorytet uznawać, dopóki się z nimi zgadza. (...) W krytykowaniu czyichś postaw i podważaniu czyjegoś nawrócenia jest budujące dla nich to, że mogą - swoim zdaniem oczywiście - porównać się z takimi osobami i czuć się dobrze w swojej 'sprawiedliwości'. (...) Ktoś kiedyś powiedział, że katolicy są w lepszej sytuacji, niż my, bo mają jednego 'nieomylnego', a u nas każdy jest 'nieomylny'." 
Nie ma sensu dyskutować z kimś, kto wporawdzie nieźle zna Biblię, ale siebie uważa za najlepszego jej interpretatora, wzór cnót wszelakich, powołanego do osądzania ludzi i do orzekania o "kanoniczności" czyjejś wiary. Nie ma sensu dyskutować z kimś, kto odrzuca cię z pogardą i kwestionuje twoje chrześcijaństwo gdy się z nim "masz czelność" nie zgadzać w kwestiach wiary.

W cytowanych słowach apostoł Paweł mówi nam tak naprawdę o dojrzałej wierze, o prawdziwym życiu chrześcijańskim. Słowo Boże jest pełne pouczeń jak powinno to chrześcijańskie życie wyglądać - te słowa są jednymi z najważniejszych wyznaczników! Czytając Biblię zauważam, że nigdzie nie znajdujemy zachęty do tego, by uczyć się na pamięć wersetów biblijnych i umieć nimi "żonglować"... Owszem, uczenie się Słowa Bożego jest pożyteczne i sam Jezus z pamięci cytował Pisma, ale nie po tym poznajemy chrześcijanina, że zna Biblię i wykorzystuje jej fragmenty. Nigdzie w Biblii nie znajduję też, że życie chrześcijańskie oznacza monopol na prawdę i nieomylne rozumienie Słowa Bożego. Ba! Słowo Boże przestrzega nas, że nie jesteśmy od interpretowania Pisma! Życie chrześcijańskie nie polega na: "ja zrozumiałem, więc teraz innym muszę to wbić do głowy"! Życie chrześcijańskie na pewno nie polega na stawaniu na podwyższeniu i przemawianiu z autorytetem: "Ja jestem posłany przez Pana! Jestem namaszczony przez Pana i mówię tylko to, co mówi Pan..." - a na pewno nie wówczas, gdy wygłaszamy własne przekonania!

Życie chrześcijańskie to tak naprawdę po prostu głębokie zanurzenie w Bogu, to życie, które przenikane jest powiewem Ducha Świętego! Życie chrześcijańskie zaczyna się wtedy, gdy za apostołem Pawłem możemy mówić:
"Z Chrystusem jestem ukrzyżowany; żyję więc już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus; a obecne życie moje w ciele jest życiem w wierze w Syna Bożego, który mnie umiłował i wydał samego siebie za mnie" (List do Galatów 2, 20)
Nie tylko mówić - bo same słowa nie mają żadnego znaczenia. Jeśli my będziemy tak mówić, a Chrystus nie będzie widoczny w nas, to słowa pozostaną tylko słowami. Jeśli Chrystus nie będzie żywy w nas - jeśli nasze życie i nasze relacje z ludźmi nie będą na "chrystusowy sposób", a duszy nie będzie przenikał powiew Ducha Świętego, wnoszący w nią to wszystko, co spisał apostoł, to nie będzie z nas owocu, a przynajmniej nie będzie dobrego owocu. Jaka przyszłość czeka "drzewo", które nie owocuje, lub wydaje złe owoce? Biblia i o tym nam mówi. Życie chrześcijańskie jest życiem na kolanach przed Bogiem - życiem w pokorze. Jeśli my nie będziemy na kolanach przed Bogiem - a to stawia nas na jednym poziomie ze wszystkimi ludźmi! - nigdy nie będziemy Bożym głosem dla ludzi.

Oczywiście życie chrześcijańskie to także pouczanie innych. Ale także i w pouczaniu / nauczaniu muszą być te same elementy, które w życie człowieka wnosi Duch Święty. Słowo Boże pomaga nam rozpoznać co jest mądrością pochodzącą od Boga, a co złym działaniem człowieka:
"Niech zbyt wielu z was nie uchodzi za nauczycieli, moi bracia, bo wiecie, iż tym bardziej surowy czeka nas sąd. (...) Kto spośród was jest mądry i rozsądny? Niech wykaże się w swoim nienagannym postępowaniu uczynkami dokonanymi z łagodnością właściwą mądrości. Natomiast jeżeli żywicie w sercach waszych gorzką zazdrość i skłonność do kłótni, to nie przechwalajcie się i nie sprzeciwiajcie się kłamstwem prawdzie. Nie na tym polega zstępująca z góry mądrość, ale mądrość ziemska, zmysłowa i szatańska. Gdzie bowiem zazdrość i żądza sporu, tam też bezład i wszelki występek. Mądrość zaś /zstępująca/ z góry jest przede wszystkim czysta, dalej, skłonna do zgody, ustępliwa, posłuszna, pełna miłosierdzia i dobrych owoców, wolna od względów ludzkich i obłudy. Owoc zaś sprawiedliwości sieją w pokoju ci, którzy zaprowadzają pokój." (List Jakuba 3, 1 i 13 - 18)
Oczywiście, można się ze sobą nie zgadzać. Można polemizować. Można - nawet trzeba - mieć własne zdanie. Można odmiennie rozumieć ten lub tamten werset Pisma. Źle się jednak dzieje, jeśli postawa nasza zaczyna odbiegać od norm wskazanych przez Boga - wówczas trzeba umieć skorygować kurs. Wracając do zachowania ludzi w Kościele - nie ma dojrzałej wiary tam, gdzie toczy się bitwy z każdym, kto ma inne zdanie i wypycha się go poza ramy Kościoła; "Nie słuchasz Boga! Nie należysz do niego!" Zbyt często widuję takie bitwy toczone przez "dojrzałych chrześcijan" - niczym dzieci w piaskownicy okładające się łopatkami! Jeśli spory i awantury są przejawem "dojrzałości w wierze" to... jakoś tak kojarzy mi się to z 13-latkiem palącym papierosy i przekonanym, że oto "zachowuje się dorośle".

Tacy ludzie często są bardzo głośni - nie tylko przez awanturniczy styl, ale także przez narzucanie swoich wzorców wiary - tym robią może największy hałas czynią, przez to, że starają się słowa swoje czynić donośnymi, jakoby płynącymi od samego Boga... Ignacy Krasicki napisał: "Wiesz, dlaczego dzwon głośny? Bo wewnątrz jest próżny." Apostoł Paweł zaś: "Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący..."
"Nowe przykazanie daję wam, abyście się wzajemnie miłowali, jak Ja was umiłowałem; abyście się i wy wzajemnie miłowali. Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli miłość wzajemną mieć będziecie." (Ewangelia Jana 13, 34 - 35) 

1 komentarz:

  1. Święta prowda, jak mawiał ks. Tischner :) Ja z kolei często widzę inny problem. Wielu ludzi myśli, że skoro jest w jakimś kościele, to już z tego tytułu jest zbawionymi. Ten problem nie dotyczy tylko katolików...
    A jeszcze inny problem polega na tym, że wielu chrześcijan w neofickiej gorliwości, zaraz po nawróceniu, nieświadomie myli prozelityzm (przyłączanie kogoś do jakiegoś kościoła/zboru) z głoszeniem Ewangelii.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń