sobota, 3 listopada 2012

"Skrzydlaci" misjonarze

"Idźcie tedy i czyńcie uczniami wszystkie narody, chrzcząc je w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, ucząc je przestrzegać wszystkiego, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata." (Ewangelia Mateusza 28, 19 - 20)
Nie wszędzie jednak da się dojść... Nie wszędzie też da się dojechać lub dopłynąć... Czasem potrzebne są... skrzydła! Czy zastanawialiście się kiedyś jak wielką rolę w dziele ewangelizacji świata odgrywa postęp techniczny? Zdobycze techniki są prawie nie mniej ważne niż gorące serca tych, którzy idą w świat z miłości do Boga i do człowieka.

Fot. Smythec / Wikipedia

"W listopadzie, pięć miesięcy po przybyciu do Nowej Gwinei, Betty dowiedziała się, że wkrótce ma być otwarty nowy pas startowy. Małzeństwo misyjnych pionierów, Bill i Grace Cutts, pracowało wśród ludu Moni w trudno dostępnej wiosce Hitadipa. Betty spotkała ich kiedy mieszkali w Homejo, innej wiosce Moni, i bardzo ich polubiła. Teraz w Homejo pracowali już nowi misjonarze, a Bill i Grace przenieśli się dalej w głąb lądu, żeby otworzyć dla Ewangelii nowe terytoria ludu Moni.
     Nowy past startowy był budowany właśnie w wiosce Hitadipa. Dzięki niemu Bill i Grace mogliby łatwiej dostawać się do wioski. Dotychczas wymagało to trzydniowej wędrówki po stromych górskich zboczach. MAF miał jednak ściśle przestrzeganą regułę, zgodnie z którą jeden z pilotów misji musiał sprawdzić każdy nowy pas startowy, zanim mógł na nim wylądować misyjny samolot. To podsunęło Betty pewien pomysł: może ona mogłaby przeprowadzić inspekcję nowego pasa.
     Wkrótce potem spytała Dave'a Steigera:
     - Czy zgodziłbyś się, żebym poszła do Hitadipa na inspekcję nowego pasa startowego?
     David patrzył na nią poważnym wzrokiem.
     - To pięćdziesiąt kilometrów do przejścia po bardzo trudnym terenie. Ktokolwiek pójdzie, będzie potrzebował co najmniej trzech dni, żeby się tam dostać.
     Milczał długą chwilę, przyglądając się uważnie Betty.
     - Czy na pewno chcesz iść?
     Betty zdecydowanie pokiwała głową. (...)
     Po krótkiej modlitwie za grupę George wspiął się z powrotem do kabiny. Uruchomił silnik i sprawdził ciśnienie oleju i poziom paliwa. Dwie kobiety i przewodnicy patrzyli za samolotem, który najpierw rozpędził się na nierównym pasie startowym, a potem wzbił się w powietrze. Gdy zniknął za zboczem góry, Betty i Leona pomogły sobie nawzajem założyć plecaki.
     - Idziemy! - powiedziała Leona. (...)
     Gdy ucichły ostatnie odgłosy silnika Cessny, Betty poczuła ogarniające ją poczucie izolacji. Stała na zboczu góry w niebezpiecznym reghionie Nowej Gwinei. W ciągu następnych trzech dni wszystko mogło się stać. Gdyby ktoś z ich grupy złamał nogę lub został poważnie ranny, sprowadzenie pomocy zajęłoby kilka dni. (...)
     Dugulugu, przywódca przewodników, wskazał w dół i powiedział kilka słów w miejscowym języku. Leona pokiwała głową i przetłumaczyła je dla Betty:
     - Mówi, że najpierw musimy zejśc na dno doliny i przejść przez rzekę. Jest tam most z lian.
     Betty uśmiechnęła się i pokiwała głową.
     - Niech prowadzą - odpowiedziała.
     Już samo zejście na dno doliny okazało się bardzo trudne. Betty zaczęła zastanawiać się, czy dobrze zrobiła decydując się na tę wyprawę. W końcu przez gęste poszycie dżungli zobaczyli rzekę. Był też most z lian, o którym wspomniał Dugulugu. Betty wstrzymała oddech, gdy zobaczyła jaki jest prymitywny. Wiązka splecionych lian o grubości około pięciu centymetrów tworzyła 'płytę' mostu. Dwie dodatkowe liany, zawieszone wyżej, służyły jako poręcze. Inne liany łączyły dolną część z poręczami.
     Leona spojrzała na Betty i powiedziała:
     - To jeden z najlepiej utrzymanych mostów w okolicy. Już od dość dawna nikt z niego nie spadł. (...)
    - Mam nadzieję, że nie będzie już więcej takich mostów - powiedziała Betty, gdy [po drugiej stronie] dołączyła do nich Leona.
     - Tylko kilka, ale teraz już wiesz jak się przez nie przechodzi - usłyszała w odpowiedzi. - Kiedy patrzyłam jak przechodzisz, myślałam o Grace Cutts. W zeszłym miesiącu ona zachorowała i musiała przejść tędy, żeby dostać się do lekarza. Czy możesz sobie wyobrazić przechodzenie po tym moście, gdy jesteś chora i masz zawroty głowy?
     Betty pokręciła głową. Pokonywanie stromych zboczy górskich i wzburzonych rzek było dla niej najlepszym przypomnieniem, dlaczego jej samolot jest tak ważny dla misjonarzy służących na ziemi.. Jeżeli inspekcja pasa startowego w Hitadipia umożliwi włączenie go do użytkowania, nie będą już musieli przedzierać się niebezpiecznym i wyczerpującym szlakiem przez góry i gęstą dżunglę. (...)
    Następnego dnia wstały wcześnie. Właśnie kończyły śniadanie, gdy zjawili się przewodnicy. Wkrótce wszystko było spakowane i mogli ruszać w dalszą drogę. Szli przez jakieś półtorej godziny, gdy usłyszeli odgłos silnika samolotu. Wyszli na polankę. Betty osłoniła oczy przed słońcem i patrzyła w górę. Nad nimi krążyła Cessna. Pomachała jej, wdzięczna, że George Boggs troszczy się o nich.
     Blisko górskiego grzbietu znaleźli się w miejscu, z którego mogła ogarnąć wzrokiem całą dolinę, przez którą przeszli. Daleko na przeciwległym zboczu, ledwie widoczny, znajdował się pas startowy Pogapy. Potrzebowały całego dnia, żeby pokonać odległość, którą George mógł przelecieć swoim samolotem w ciagu pięciu minut."
(Janet & Geoff Benge - "Betty Greene: Służba na skrzydłach
Wydawnictwo "Pojednanie", Lublin 2011, str. 131 - 140,
Tłum. Andrzej Gandecki)


Fot. Hallamd / Wikipedia
     "Wschodnie zbocza Andów, u góry skaliste, u dołu porośnięte zieloną dżunglą, są bardzo pofałdowane. Rwące potoki wypłukują w stromych zboczach gór głębokie wąwozy. Szlak biegnie zygzakiem, na przemian to wznosząc się, to opadając tak ostro, że musieliśmy trzymać się gałęzi, by nie zsuwać się w dół. W niektórych miejscach szlak znikał niemal całkowicie, do tego stopnia, że musieliśmy zaufać instynktowi koni, by jechać dalej. Mieliśmy do pokonania kilka rwących rzek. Przez niektóre przeprawialiśmy się brodem, zanurzeni aż po pachy w wodzie, nad innymi przechodziliśmy po rozkołysanych mostach lub obalonych pniach drzew, zsiadając z koni, które przeprowadzał przewodnik. Kiedy już byliśmy przekonani, że posunęliśmy się znacząco do przodu w dół zbocza, szlak zaczynał wznosić się ponownie. Nigdy nie powinniśmy być pewni miejsca, w którym się znajdowaliśmy.
      Z wielką ulgą powitaliśmy ciepłe powietrze dżungli i jej tropikalne listowie. Szlak w dalszym ciągu jednak na przemian wznosił się i opadał. mieliśmy kolejne wzgórz do pokonania i kolejne rzeki do przejścia, tym razem w połączeniu z wszechobecnym błotem.
     Kiedy jeszcze w Kansas City Mary Olson próbowała opisać nam te szlaki, trudno mi było jej uwierzyć. Teraz wiedziałem, że na pewno nie przesadziła. A przecież  misjonarze z Sucui i Makumy pokonywały je ze swoimi małymi dziećmi małymi dziećmi! Może ja jestem zbyt miękki.
     Gdy pastor Weiss powiedział o swoich planach zorganizowania lotnictwa misyjnego, dzięki któremu można by uniknąć mozolnych wędrówek przez dżunglę i góry, przyjąłem to z wielkim entuzjazmem. Tej nocy, gdy próbowałem usnąć w jednym z wilgotnych, zimnych schronisk, modliłem się: 'O Panie, nie pozwól, by Marie musiała kiedykolwiek przez to przechodzić. Proszę, daj nam misyjny samolot, zanim nadejdzie czas, by Marie z naszym dzieckiem wyjechała do dżungli. (...)
     Nasze dni, wypełnione nauką języka i kontaktami z Indianami, mijały szybko. Nadeszła połowa sierpnia 1948 roku, a samolotu w dalszym ciągu nie było. Nasza sól, cukier, ryż i mąka były na wyczerpaniu. Co gorsze, kończyło się także mleko w proszku, konieczne dla małych dzieci.
     Byliśmy tak bardzo pewni rozpoczęcia służby samolotu MAF, że wydłużyliśmy pas startowy do trzystu sześćdziesięciu metrów. Odcięci na naszej polance w dżungli nie mieliśmy jednak żadnej możliwości dowiedzieć się o wydarzeniach na zewnątrz. Od kliku miesięcy nie mieliśmy żadnych informacji ze świata zewnętrznego, ani przez radio, ani z samolotu, ani od posłańca.
     Postanowiłem, że pójdę do Shell Mera. Zbiorę grupę Indian, którzy pomogą mi przynieść potrzebną żywność, w tym niezastąpione mleko w proszku. Ale właśnie wtedy, gdy mieliśmy już ruszać w drogę, dowiedzieliśmy się od Indian, że w którymś z ich domów pojawił się biały człowiek. Okazało się, że był to pracownik Shell Company, który przyleciał do obozu Ayuy, a potem przeszedł do Makumy, żeby sprawdzić jakieś cementowe znaczniki, które zostawiła firma. Skorzystałem z tej mozliwości i poleciałem razem z nim samolotem do Shell Mera.
     Gdy krążyliśmy nad lądowiskiem, zobaczyliśmy coś, w co wprost trudno było mi uwierzyć. Na długim pasie startowym Shell Company stał nowy, żółty samolot. To był długo oczekiwany samolot MAF! Bóg zaspokoił naszą rozpaczliwą potrzebę. (...)
     Kilka dni później leciałem już razem z nim w pierwszym locie do naszej odizolowanej stacji misyjnej. Ten pilot i samolot MAF odmienili nasze życie. Nate regularnie przylatywał i dostarczał nam pocztę i żywność. Przetransportował nam nawet naszą pralkę, łóżko i inne sprzęty domowe, które zostały w stacji w Sucui. Innym razem przyleciał z lampą i generatorem. W końcu mieliśmy nie tylko światło, przy którym mogliśmy się uczyć, ale także komunikację radiową ze światem zewnętrznym."
(Frank i Marie Drown - "Misja wśród łowców głów"
Wydawnictwo "Pojednanie", Lublin 2011, str 29 - 30 i 83 - 84 tłum. Andrzej Gandecki)

Fot. Tanja Stark / Wikipedia


Samoloty służą misjonarzom także do "lotów zwiadowczych" - lokalizowania osad ludzkich, nawiązywania pierwszego kontaktu. To samolot umożliwił w Ekwadorze nawiązanie kontaktu z plemieniem Waodani - jednymi z najdzikszych pod względem obyczajów i nastawienia do obcych Indian. Samolot też umożliwił dotarcie do plemienia Atszuarów, nawiązania przyjaznych stosunków, zaproszenie ich do misji i w konsekwencji - już wkrótce - założenia atszuarskiego zboru. Misjonarze z samolotów zrzucają podarki, przemawiają do ludzi w dole, itp. W ten sposób pozyskują ludzi, do których dotarcie bezpośrednie - przed nawiązaniem przyjaznych kontaktów (pokazania swych dobrych intencji) - mogłoby być bardzo niebezpieczne. 

Świadectw tego, jak bardzo potrzebni są ci "skrzydlaci misjonarze" jest bardzo wiele - znajdujemy je w prawie każdej publikacji poświęconej współczesnej pracy misyjnej. Zbyt rzadko jednak ich dostrzegamy - w naszym wyobrażeniu ważniejsi są ci, którzy służą na ziemi, głosząc na co dzień Ewangelię. Myślę, że to nie jest sprawiedliwe. I pamiętajmy w modlitwie także i o tych "skrzydlatych", którzy służą Bogu i ludziom, służą misjonarzom na placówkach, i to nawet ryzykując własnym życiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz