sobota, 10 listopada 2012

O sporcie i protestanckich... dogmatach

Protestantyzm... Jedną z zasad protestantyzmu jest "sola Scriptura", czyli "tylko Pismo", z czym wiąże się m.in. odrzucenie wszelkich dogmatów religijnych. Jednak nie wszyscy do tego podchodzą konsekwentnie i bywa tak, że odrzucając dogmaty katolickie, bardzo łatwo tworzymy sobie nowe - na prywatny użytek, ale też próbujemy krzykiem i potępianiem wymusić na innych, by zaczęli myśleć tak, jak my, bo tylko myśląc tak jak my "są prawdziwymi chrześcijanami". A więc: chrześcijanka nie może nosić spodni (pisałem już o tym), chrześcijanin nie słucha takiej a takiej muzyki, teatr i kino to rozrywki "światowe" - nie godzi się z nich korzystać, tak samo taniec... Jednego z bardziej bolesnych zdarzeń z protestanckimi dogmatami  doświadczyłem latem, w związku z Igrzyskami Olimpijskimi. Nie jestem fanem sportu, ale...


 ...przeżyłem wielki szok, gdy dowiedziałem się, że... chrześcijanin nie powinien uprawiać sportu! A już szczególnie "nie można być chrześcijaninem i uczestniczyć w Olimpiadzie" Postawy takie zauważyłem na jednym z chrześcijańskich stron internetowych w komentarzach do tekstów o wierzących sportowcach uczestniczących w Olimpiadzie - wzmiankowano o tym, że modlą się, uczestniczą w spotkaniach biblijnych i dziękują Bogu za swe osiągnięcia. Postawiono tam cały szereg zarzutów:
- sport jest "światową" rozrywką / "światowym" zajęciem
- starożytne igrzyska były związane z kultem bóstw greckich, więc i nowożytne są bałwochwalstwem
- jeśli uczestniczą w nich protestanci to pewnie są... protestantami "z tradycji"
- wszyscy sportowcy są chciwi, bo pragną zdobyć złoto
- sportowcy "odbierają boską chwałę"
* Sport jest "światowy"? Nie bardziej niż komputery i internet! Nie bardziej niż samochód i ubrania, które nosimy! Nie bardziej niż film czy teatr!
* Starożytne igrzyska były związane z kultem bóstw - to prawda. Nowożytne jednak nie przejęły niczego, co by z bóstwami greckimi było związane - z wyjątkiem tego, że ogień przynosi się z Olimpu, lecz nikt nie modli się ani do Zeusa ani do innego bóstwa.
* Sportowcy walczą o złoto, ale czy pragnienie zwycięstwa koniecznie musi oznaczać chciwość? Czy jest coś złego w tym, by dawać z siebie wszystko, by walczyć i zwyciężać? A może jest coś złego w tym, że dostaje się wynagrodzenie za swą ciężką, wieloletnią pracę?
* Czy jest coś złego w tym, że ktoś jest oklaskiwany za swoje osiągnięcia i że budzi zainteresowanie?
* Bardzo złe jest natomiast osądzanie kogoś na podstawie własnych... uprzedzeń i ograniczeń doktrynalnych (przyjętych dogmatów)

Biblia nie mówi nam nic na temat uprawiania sportu! Jedyny fragment, na jaki zdołano się tam powołać mówi: "Albowiem ćwiczenie cielesne przynosi niewielki pożytek, pobożność natomiast do wszystkiego jest przydatna, ponieważ ma obietnicę żywota teraźniejszego i przyszłego" (1. List do Tymoteusza 4, 8). Zdecydowanie celowo pominięto słowa poprzedzające ten wers, w których znajdujemy wyjaśnienie o co chodzi z "ćwiczeniami cielesnymi": "A Duch wyraźnie mówi, że w późniejszych czasach odstąpią niektórzy od wiary i przystaną do duchów zwodniczych i będą słuchać nauk szatańskich, uwiedzeni obłudą kłamców, (...) którzy zabraniają zawierania związków małżeńskich, przyjmowania pokarmów, które stworzył Bóg, aby wierzący oraz ci, którzy poznali prawdę, pożywali je z dziękczynieniem" (1. List do Koryntian 4, 1 - 3).  
Ponieważ nie znajduję w Biblii żadnych słów, które by się odnosiły do sportu - w dodatku w sposób negatywny - zadałem to pytanie tym, którzy potępiali Olimpiadę. Jedną tylko odpowiedź otrzymałem: "Jak ktoś szczerze szuka woli Bożej i chce ją czynić to Pan Bóg objawi mu ją i zrozumie, nawet jeśli nie jest to napisane wprost. Ale takich chyba nie jest wielu :(" co jest de facto przyznaniem się: "Nie opieram się tylko na Biblii"! Więcej nawet: "Nie opieram się tylko na Biblii, ale mam światło od Boga i każdy, kto narodził się na nowo, kto jest 'bożym człowiekiem' powinien mieć takie samo światło, takie samo przekonanie - bo ja to mam od Boga, więc każdy chrześcijanin musi podzielać tą opinię, bo ona jest od Boga!" I właśnie tak rodzi się dogmat! Katolickie dogmaty, które odrzucamy, rodziły się w podobny sposób! Katolicy przyjmują wiele objawień - np. maryjnych - i przesłań, a także wierzą w to, że  papieże mają więcej "światła od Boga" i że ogłaszane przez nich dogmaty nie muszą być oparte na Biblii, lecz właśnie na "objawieniu", "zrozumieniu" czegoś, czego w Biblii nie ma, "świętej tradycji", która jest w gruncie rzeczy zbiorem tego, co się ludziom jawiło na przestrzeni wieków... DOGMATY! Odrzucajmy je! Ale bądźmy konsekwentni i NIE TWÓRZMY NOWYCH! Bardzo dobrą zasadą jest: "Słowo Boże mówi o czymś - my mówimy; Słowo Boże o czymś milczy - my się o tym nie wypowiadamy" - tą zasadę znam od moich pastorów i tej zasady się trzymam, bo tak naprawdę to jest rozwinięcie: "sola Scriptura".

To, że jakiś Kościół nazywa się "ewangelicznym", a jakiś człowiek "ewangelicznie wierzącym", wcale nie znaczy, że takim naprawdę jest! Diabeł jest sprytny i umiejętnie miesza w tym świecie. Namieszał także - równie umiejętnie! - w Kościołach, gdzie teoretycznie (!) obowiązują zasady: Sola scriptura ("Tylko Pismo"), Sola fide ("Tylko wiarą"), Sola gratia ("Tylko łaska"), Solus Christus ("Tylko Chrystus"), Soli Deo gloria ("Tylko Bogu chwała"). Zbyt często obserwuję pojawianie się jakichś dodatkowych "objawień od Boga" i powstają z tego najprzeróżniejsze mutanty, włącznie z Kościołami naturystów, bo ktoś "usłyszał od Boga", że najlepiej Go wielbić na golasa! Jeden z moich braci zżymał się ostatnio na to, co ogłosił jeden z jego znajomych: "Pieniądz jest skrystalizowaną energią Ducha Świętego" - to jeszcze krok dalej w porównaniu z "nauczaniem ewangelicznym", że chrześcijanin może liczyć na bogactwo od Boga i w dodatku powinien być "okazem zdrowia", a jeśli choruje, to "coś nie tak z jego wiarą". Gdy swego czasu odniosłem się krytycznie do "stygmatów", z jakimi obnosi się pewna "ewangelicznie wierząca nauczycielka wiary" z USA, dowiedziałem się, że... "nie jestem zbyt dojrzały w wierze" i że "nie mam światła od Boga". Nie brak też ludzi, którzy przypinają sobie znaczek "ewangeliczny chrześcijanin", ale to, co głosi człowiek jest dla niego również "od Boga" - stąd np. niektórzy wprost histerycznie reagują na krytykę np. Benny Hinna...

Krytykujemy katolicyzm i odrzucamy katolickie dogmaty... OK. Czasem jednak odnoszę wrażenie, że nie nam wytykać błędy katolikom - powinniśmy bardziej sami siebie pilnować, by nie odchodzić od czystej, ewangelicznej wiary. Dogmat jest dogmatem - czy stary, katolicki, czy nowy, protestancki. W czymże lepszy jest którykolwiek z dogmatów, jakie głoszą protestanci od tych katolickich, jeśli są tak samo niebiblijne? Ja dziękuję Bogu za to, że jest wiele wspaniałych, zdrowych zborów, gdzie ludzie trwają w wierności Słowu Bożemu - zasadzie "sola Scriptura". Przeraża mnie jednak z jaką łatwością inni od niej odchodzą - żyjąc równocześnie w przekonaniu, że trwają w niej, ale mają... większe zrozumienie "spraw Bożych"! To jest jak genetyczne mutacje, które dają w efekcie różne "potworaki". Te "niby-ewangeliczno-chrześcijańskie" dogmaty deformują Kościół Chrystusowy i mogą wręcz odstraszać!

To oczywiście nie znaczy, że Bóg dał nam tylko Biblię i od tego czasu milczy. Bóg mówi do każdego człowieka, ale w Biblii jest zawarta PEŁNIA tego, co Bóg chce nam powiedzieć: to jest dobre - to jest złe, tak czyńcie - tego nie róbcie... Bóg mówi do każdego człowieka, ale to, co mówi, musi mieć solidne zakorzenienie w Biblii, musi w Biblii mieć oparcie. Jeśli jest inaczej - i jeśli w dodatku jest przedstawiane jako "uniwersalna prawda objawiona", to bardzo wątpliwe jest, by pochodziło to rzeczywiście od Boga.

4 komentarze:

  1. A ja myślę, że lekarstwem na te wszystkie objawienia jest rada apostoła Pawła, aby nie wierzyć każdemu duchowi.
    Tutaj potrzebna jest zdrowa, oparta na Piśmie wiara. Wiara połączona ze zdrowym rozsądkiem. Osobiście słyszałam i doświadczyłam świadectwa, do czego prowadzi nadmierne zaufanie do własnych odczuć i mistycyzm.
    Stąd nie dziwię się już, że katolicy postrzegają nas tak, jak postrzegają.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dokładnie! Ja myślę, że gdy będziemy opierać się na Biblii, możemy być "światłem dla świata". Jeśli zaś zaczniemy sobie do niej dodawać i głosić "objawienia" lub "pełniejsze zrozumienie", to łatwo staniemy się karykaturą, nad którą jedni będą się tylko dziwować, a inny zaczną się śmiać. :(

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja zauważam dwie skrajności. Z jednej strony mamy protestancki "taliban", czyli skrajny konserwatyzm połączony z fanatyzmem, z drugiej bezmyślne i bezrefleksyjne przyjmowanie nowych "objawień". Te problemy zawsze były, są i będa, ale można je rozwiązać... Dzięki Chrystusowi. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Masz rację w 100%! A ja powiem szczerze, że reprezentanci obu skrajności oddalają się od Biblii. "Talibowie" zapominają, że Słowo Boże to nie tylko "litera", ale także "duch". I oni dopowiadają wiele - próbując odczytać ze Słowa czegoś, czego często tam po prostu nie ma, przeinterpretować Słowo zgodnie z własnymi poglądami. Tak samo "nowinkarze" - z tym, że oni często w Słowie opierają się na "duchu" niż "literze". Nie wiem, czy mój tok rozumowania jest zrozumialy... :)

    OdpowiedzUsuń