poniedziałek, 5 listopada 2012

Misja wśród łowców głów

Misjami interesuję się "od niepamiętnych czasów". Gdy miałem "naście" lat i uczyłem się w liceum, pasja ta przejawiała się poszukiwaniem kontaktu z misjonarzami. Ja pisywałem do nich, oni pisywali do mnie i często do mojej skrzynki trafiały "listy pachnące egzotyką" - z Argentyny, Papui - Nowej Gwinei, Burundi czy Korei. Zawsze z zaparym tchem czytałem kolejne numery czasopisma "Misyjne Drogi", wydawanego przez Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej. Na łamach lokalnego pisemka dla młodzieży katolickiej prowadziłem dział "Misyjny świat", a zaprzyjaźnionmy ksiądz napisał kiedyś o mnie: "Ktoś - coś jak święta Tereska, tyle, że brzydsza płeć. Z naszego redakcyjnego poddasza patrzy na cały misyjny świat". Ten mój "misyjny świat" był jednak wówczas mocno ograniczony. Poznawałem tylko misjonarzy katolickich i tylko o ich działalności słyszałem i czytałem... Katolickie źródła - a tylko z takich wówczas korzystałem - nie informowały niemal wcale, że są jacyś inni misjonarze i w zasadzie tylko katolickich pokazywano jako "bohaterów wiary", a cała reszta niemal nie istniała. To także problem w publikacjach protestanckich: nie wspomina się w nich o katolikach. Pewnie jest tak, że "każda pliszka swój ogonek chwali".

Dziś żałuję bardzo, że wiele wspaniałych świadectw życia misjonarzy, wiele poruszających historii, wówczas nie było mi znanych, bo wiedząc więcej, więcej duchowego piękna można także innym przekazać. Przez wiele lat w ogóle ogromnie brakowało protestanckich publikacji na tematy misyjne, a te niezbyt liczne, które się ukazywały nie trafiały w katolickie ręce. Na szczęście dziś jest już inaczej. Wiele wspaniałych książek o tematyce misyjnej w ostatnich latach polski czytelnik otrzymuje do rąk dzięki lubelskiemu Wydawnictwu "Pojednanie", a dzięki sprzedaży poprzez internet są one dostępne dla każdego, kto tylko zechce je przeczytać. Tak właśnie w moje ręce trafiła książka Franka i Marie Drown "Misja wśród łowców głów".

Szuarscy wojownicy i ich przerażające trofea
Gdybym miał opisać ją jednym tylko zdaniem, brzmiało by ono: "To książka o tym, jak Bóg używa zwykłych ludzi w niezwykły sposób". Bóg nie wyszukuje sobie herosów, lecz puka do serc ludzi i mówi: "Pójdź za mną!" a gdy już idą, On mówi im, gdzie mają iść... Franka "Panczu" i Marie Drown Pan skierował na szczególnie trudny odcinek "frontu" bitwy z siłami zła - do Indian z plemion Szuarów i Atszuarów (w polskiej literaturze zwykle pisze się o nich z hiszpańska "Jivaro" - czyt. hiwaro), słynących z brutalności łowców głów. Posłał ich do ludzi, nieustannie toczących krwawe wojny, praktykujących czary i żyjących na co dzień "krwawą wendettą". Każda choroba i śmierć - nawet naturalna - była dla nich skutkiem klątwy, za którą ktoś musiał odpowiedzieć, tracąc życie. Największe zbrodnie były dla nich "chlebem powszednim", a najcenniejsza zdobyczą głowa wroga (a w zasadzie skóra z głowy wroga), którą potrafili tak spreparować, że zmniejszała się do rozmiarów owocu pomarańczy, stając się "tsantsą" - "potężnym" i bardzo pożądanym amuletem. Te przerażające praktyki odbywały się na tak wielką skalę, że gdyby nie wyhamowano ich, dziś prawdopodobnie niewielu z Szuarów by pozostało przy życiu, plemię by wyginęło! 

To nie działo się "wieki temu", ani w XIX wieku - to wciąż działo się w połowie XX wieku, kiedy do ekwadorskiej dżungli trafili Frank i Marie! Pojechali tam, choć wiedzieli, że ich zadanie jest bardzo trudne i niebezpieczne. Musieli zdawać sobie sprawę z tego, że także ich własne głowy mogą się stać "tsantsami"! A jednak na polecenie Pana poszli tam, w amazońską dżunglę, do ludzi, których zwyczaje wzbudzały przerażenie, którzy tak bardzo potrzebowali usłyszeć o Bogu i Jezusie Chrystusie.

Nauka języka Indian nie przychodziła nam jednak tak łatwo, jak hiszpańskiego. Ten język był prosty w porównaniu z zawiłościami języka Szuarów. Nie istniały w nim nawet słowa na oznaczenie pojęć duchowych, o których chcieliśmy nauczać. Język Indian obfitował w słowa opisujące rośliny z dżungli, drzewa, owady, ptaki i zwierzęta, ich życie rodzinne, przygody w lesie, wojny i czary. Minęły lata zanim poznaliśmy wszystkie ich różnorodne określenia związane ze złem, nienawiścią, zabójstwami, pożądaniem, kontaktowaniem się z demonicznymi duchami i innymi obrzydliwościami. Natomiast znalezienie określeń na wyrażenie prawd biblijnych było czymś zupełnie innym. Nie mieli słów oznaczających zbawienie, łaskę, wiarę czy przebaczenie. Po długiej i wymagającej wielkiej cierpliwości pracy Ernest odkrył jedynie kilka, zbliżonych znaczeniem do radości, pocieszenia, cierpliwości, łagodności, dobroci i innych cnót występujących w Biblii. Gdy mówiliśmy o sprawiedliwości Boga, musieliśmy używać tego samego słowa, którym posługiwali się Indianie na opisanie dobrze oczyszczonej ścieżki w ogrodzie. Musieliśmy zmierzyć się z faktem, że skoro Szuarowie nie wiedzą o tych rzeczach, nie czują potrzeby rozmawiania o nich. Im dłużej jednak uczyliśmy się niezwykłego języka Indian dżungli, tym bardziej go kochaliśmy." (str. 77 - 78)
Książka ta jest "przekrojem" 40 lat misjonarskiego życia - od chwili powołania i nauki w szkole misyjnej do... wielkiego błogosławieństwa, jakim jest oglądanie owoców swej ciężkiej pracy. To żywa opowieść o życiu w Amazonii - krainie pełnej jadowitych węży, skorpionów, nietoperzy - wampirów, karaluchów i wszelkiego innego robactwa. Wraz z misjonarzami przezywamy trudy i radości ich życia, a przede wszystkim miłość Boga do człowieka, która przejawia się tym, że nie chce On, by ktokolwiek ginął, lecz woła do wszystkich ludzi, by przyszło na nich opamiętanie i by Jemu oddali swe życie. To opowieść o tym, że dla Boga nie ma nic niemożliwego i On potrafi zmienić życie nawet dzikiego "łowcy głów" tak, że staje się on ewangelistą, niosącym dalej w dżunglę wieść o Jezusie Chrystusie! To nie jest "teoria nawrócenia" - ta książka jest świadectwem, które mówi, że to działo się w Amazonii, gdy pracowali tam Frank i Marie, i dzieje się nadal.

Gorliwość Yus Szuara - Jezusowych Indian - porusza serce. Nie sposób przejść obojętnie obok tego, jak Bóg przemienia ich życie, a historia Tsantiaku - wodza Atszuarów, który stał się pierwszym męczennikiem za wiarę wśród swego ludu, rozrywa serce. Książka dostarcza czytelnikowi głębokich wzruszeń - prawie przenosi go w ekwadorskie "Oriente", a Indianie stają się jakby przyjaciółmi i braćmi czytającego. Pomaga nam zrozumieć ich i ich świat - i pokochać ich. Pomaga nam dostrzec w nich nie "dzikusów", lecz LUDZI, których Bóg kocha tak samo jak nas, pomimo wszelkich dzielących nas różnic, w tym także różnic kulturowych. Książka uczy też szacunku do odmiennych kultur. Frank jasno wyraża pragnienie zachowania tego, co indiańskie...
"Nie chcieliśmy, by stali się naśladowcami białych ludzi, ale żeby byli indiańskimi chrześcijanami, wyrażającymi miłość i moc Boga we własnym języku i sposobami odpowiednimi dla własnej kultury" (str. 284)
Od początku - jako pionierzy misji wśród Szarów - budowali kładli oni fundamenty pod szuarski Kościół, szuarskie zbory i dziś misjonarze spoza Ekwadoru są tam tylko pomocnikami, gdyż Kościół prowadzą szuarscy pastorzy, którzy od dwóch lat mają w ręku wspaniałe narzędzie: Biblię w języku Szuarów!

Od innych książek misyjnych, jakie przeczytałem, ta różni się też i tym, że otwarcie wspomniano w niej także o zagrożeniach, związanych z przemianami, jakie dokonują się na skutek głoszenia Ewangelii, zmieniania trybu życia ludzi, wprowadzania oświaty i elementów cywilizacji. Wielką troską autora jest, by budować, a nie niszczyć. Frank i Marie założyli w dżungli nie tylko zbory, lecz także szkoły, ośrodek zdrowia, lotniska, stację radiową a nawet wybudowali elektrownię wodną. To wszystko są dobrodziejstwa - i Bóg w tym pomagał - ale trzeba wiele mądrości, by nie niszczyły unikalnej kultury szuarskiej, by nie stały się przyczyną kryzysu i rozpadu plemienia.

Frank i Marie pracowali w Ekwadorze 37 lat, do 1983 roku. Wciąż żyją, choć dziś są już oboje w podeszłym wieku. Oboje mogą za apostołem Pawłem powiedzieć: "Dobry bój bojowałem, biegu dokonałem, wiarę zachowałem” (2. List do Tymoteusza 4, 7) i radować się oglądając - choć z daleka - wspaniałe owoce swej pracy. Ta książka jest jednym z owoców - a może raczej pestką zasadzoną po to, by wyrosły z niej kolejne drzewa, kolejni misjonarze, którzy odpowiedzą na Boże wezwanie i pójdą na krańce świata... Bóg posługuje się takimi książkami jak ta, by wezwać kolejnych robotników do pracy na swym polu!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz