piątek, 30 listopada 2012

"Andrzejki" a chrześcijaństwo

"Andrzejki"... Najdalej, jak tylko sięgam pamięcią w przeszłość, przypominają mi się szkolne zabawy - muzyka, tańce, wygłupy, przestawianie butów (który, no który pierwszy przekroczy próg?), lanie wosku... Nieco mniej odległa przeszłość to podobne imprezy, jakie organizowaliśmy w oddziale... Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży czy grupie osób niepełnosprawnych i ich opiekunów - wróżyliśmy (!) lejąc wosk i przestawiajc buty, a wszystko odbywało się w... salkach parafialnych i za wiedzą księży! Traktowaliśmy to jako "dobrą zabawę" i "tradycję" - tak naprawdę do salek parafialnych przeniesliśmy to, co dostaliśmy w "kulturowym spadku" po przodkach, czego nas nauczono jako "taka tradycja", a nikt z nas nie zastanawiał się wcale nad kwestią: CO NA TO BÓG?

"Wróżby typu andrzejkowego były rozpowszechnione w całej niemal chrześcijańskiej Europie (św. Andrzej uznany jest za patrona panien chcących zmienić szybko stan). Łączą się one jednak ze znacznie starszymi wierzeniami, według których w tym okresie przybywają na ziemię duchy z zaświatów. Istnieje więc wtedy możliwość zapytać je za pośrednictwem wróżb o najbliższą przyszłość. Po raz drugi pojawia się taka okazja po okresie godów, jak ongiś nazywano święta Bożego Narodzenia, gdy duchy będą opuszczały ziemię." (Janusz Kamocki "Od andrzejek do dożynek", Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1986)
W wieczór ten wróżono sobie na przeróżne sposoby. Lanie wosku (często przez "ucho" klucza) i "wychodzenie butów za próg" były najpopularniejsze i znane w całej Polsce, i prawdopodobnie dzięki temu przetrwały. O ile pierwszy zabieg - do którego zresztą używano nie tylko wosku, ale niekiedy zamiast niego cyny lub ołowiu - służył przepowiadaniu ogólnie tego, co ma się wkrótce wydarzyć w życiu wróżącego, to drugi miał wskazywać, kto pierwszy stanie "na ślubnym kobiercu". Inną metodą wróżenia było skakanie panien (bo to dla nich były początkowo andrzejkowe wróżby - kawalerowie na początku listopada mieli "katarzynki") do placka podwieszonego pod sufitem. Placek smarowano miodem i posypywano makiem - "ulubionymi potrawami"... duchów zmarłych przodków. Wierzono, że zmarli znają przyszłość i jeśli zechcą mogą żywym odsłonić jej tajemnicę. Panny podskakiwały, a której udało się pierwszej ugryźć kawałek placka, ta rzekomo miała najwcześniej wyjść za mąż. Do wróżb używano także specjalnych babeczek - zwanych "bałabuszkami", a wodę do ich przyrządzania czerpano w południe lub o północy, kiedy to duchy przodków miały zbliżać się do gospodarstwa. Dziewczęta liczyły też... kołki w płocie: "wydam się, nie wydam się, wydam się" - niekiedy też losowo wybrany kołek miał zapowiadać wygląd przyszłego małżonka. Gdzieniegdzie do wróżenie używano gąsiora - panny stawały w kółku, a do której się ptak zbliżył, ta miała wkrótce wyjść za mąż - lub w nocy rozciągano sieć w poprzek drogi. Tak więc metody wróżenia były wprost niezliczone.

Co na temat "Andrzejek" mówi Biblia? Całkiem sporo!
"A gdy wam będą mówić: Radźcie się wywoływaczy duchów i czarowników, którzy szepcą i mruczą, to powiedzcie: Czy lud nie ma się radzić swojego Boga? Czy ma się radzić umarłych w sprawie żywych?" (Izajasza 8,19) "Gdy tedy wejdziesz do ziemi, którą Pan, Bóg twój, ci daje, nie naucz się czynić obrzydliwości tych ludów; niech nie znajdzie się u ciebie taki, który przeprowadza swego syna czy swoją córkę przez ogień, ani wróżbita, ani wieszczbiarz, ani guślarz, ani czarodziej, ani zaklinacz, ani wywoływacz duchów, ani znachor, ani wzywający zmarłych; gdyż obrzydliwością dla Pana jest każdy, kto to czyni, i z powodu tych obrzydliwości Pan, Bóg twój, wypędza ich przed tobą. Bądź bez skazy przed Panem, Bogiem twoim, gdyż te narody, które ty wypędzasz, słuchają wieszczbiarzy i wróżbitów, a na to Pan tobie nie pozwolił" (5 Mojżeszowa 18, 9 - 14)

Dziś wróżby takie uznawane są za "zabawę" - głównie chyba dlatego, że ich forma, przez jej naiwność, wywołuje uśmiech na twarzy. Są one jednak głęboko zakorzenione w guślarstwie, a Bóg praktyki te określa jako OBRZYDLIWOŚĆ! Tzw. "Andrzejki" to w gruncie rzeczy... czysty okultyzm. Jest to trucizna pokryta lukrem, by wyglądała na "apetyczne ciastko". To prastare, pogańskie obrzędy, pozornie tylko schrystianizowane. Odniesienie ich do "świętego" Andzreja nie jest niczym innym, jak szatańską sztuczką, pomagającą utrzymywać lud w szponach okultyzmu. Gdyby nazwano to "czarami" i "wywoływaniem duchów", być może wiele osób by się od tego powstrzymało, ale odniesienie do "świętego" i ukrycie wszystkiego pod przykrywką "zabawy", dało temu obrzędowi pozory "niewinności" i "nieszkodliwości" (podobnie sprawy się mają z Halloween). 

Pastor Marian Biernacki na swoim blogu w 2009 roku napisał: "Prawdziwi chrześcijanie z radością okazują posłuszeństwo Słowu Bożemu. Zapraszani na zabawę andrzejkową wiedzą, co mają odpowiedzieć." I ja się pod tym podpisuję. Powodem, dla których wielu obchodzi "Andrzejki" jest "dobra zabawa, ale chrześcijanie mają dobry powód do tego, by się w to nie włączać: to się nie podoba Bogu!

Nauczyciel czy uczeń - przewodnik?

Nie... To nie jest tajemna formuła z magicznej księgi, chociaż dla większości ludzi już same znaki greckiego pisma są trudne do odcyfrowania. To słowa doskonale znane - jest to jedno z ostatnich zdań w Ewangelii Mateusza (28, 19). Oczywiście mogłem je przytoczyć od razu w polskim przekładzie, lecz takie rozpoczęcie byłoby wielce kłopotliwe z tego względu, że doprawdy nie wiem, na który przekład powinienem się powołać najpierw. Tak więc najlepiej było zacząć od oryginału...

Większość Polaków zna ten fragment w tej formie: "Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody..." i dalej: "...udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego" - tak podano go w Biblii Tysiąclecia, a podobnie w Biblii ks. Wujka, Biblii Leopolity, Biblii Poznańskiej, Biblii Warszawsko - Praskiej, itd. Także nasza cudna Biblia Gdańska podaje podobnie: "Idąc tedy, nauczajcie wszystkie narody..." Znacznie bliższy memu sercu jest inne podejście do tłumaczenia tego wersu: "Szedszy tedy czyńcie ucznie wszystkie narody..." (Nowy Testament Braci Polskich, 1606), "Idźcie tedy i czyńcie uczniami wszystkie narody..." (Biblia Warszawska), "Wyruszcie więc i uczyńcie uczniami wszystkie narody..." (Przekład dosłowny Ewangelicznego Instytutu Biblijnego).

Dlaczego ten akurat sposób tłumaczenia tego wersu bardziej mi odpowiada? Różnica wydaje się być praktycznie "żadna" i "mało istotna", ale... "czynić uczniami" to coś innego, niż "nauczać". Najlepiej tą różnicę, a zarazem sens tego zdania, przekazano chyba w "Słowie Życia" (jest to parafraza, a raczej tzw. "przekład dynamiczny", Nowego Testamentu we współczesnym języku polskim): "Idźcie więc i pozyskujcie dla Mnie uczniów ze wszystkich narodów..." Podobnie przełożył to też mój przyjaciel: "Idźcie więc i pozyskujcie uczniów pośród wszystkich narodów..." (przekład literacki Ewangelicznego Instytutu Biblijnego). W tym drugim sposobie tłumaczenia znajdujemy wskazówkę KTO jest naprawdę Nauczycielem - i to bardzo pięknie oddano w "Słowie Życia". I to dlatego ten drugi - znacznie wierniejszy - sposób przekładania porusza bardziej moje serce...

czwartek, 29 listopada 2012

Świat bez Boga...

Fot. Mariusz Kubik,
http://www.mariuszkubik.pl
"Świat bez Boga stracił czubek, środek: zdeformował się. A ludzie zatracili poczucie proporcji, poczucie tego, co jest ważne. Dlatego odsuwają od siebie ból, chorobę, śmierć. Nawet jeśli przydarza im się coś poważnego, to przeżywają to w sposób ekstremalnie płytki, formalny albo biorą środki znieczulające, uspokajające. W tej potężnej maszynerii, jaką jest ludzki umysł i dusza, mielą jakieś śmieci, papierki, bzdury. A potem na nic innego nie wystarcza już energii ani czasu." (Dorota Masłowska, pisarka - fragment wywiadu dla "Rzeczpospolitej")


Miłosierny Samarytanin w mundurze

"Amerykanie mają nowego "zwykłego bohatera". Zupełnie nieświadomie stał się nim policjant z Nowego Jorku, który w akcie dobrej woli, na własny koszt, kupił buty bezdomnemu. W momencie, gdy dawał je starszemu mężczyźnie, sytuację sfotografowała turystka. Zdjęcie natychmiast zyskało ogromną popularność, a na policjanta spadła lawina pochwał. (...) Policjanta szybko zidentyfikowano jako 25-letniego Lawrenca Deprimo, który 14 listopada pełnił służbę na Times Square, wypatrując potencjalnych zagrożeń terrorystycznych. Mężczyzna, który pracuje w policji od dwóch lat, jest zszokowany wielkim zainteresowaniem swoją osobą. Deprimo mówi, że zupełnie nie był świadom, iż ktoś zrobił mu tego wieczoru zdjęcie. - Było cholernie zimno. Ja miałem na sobie buty i dwie pary skarpetek i ciągle czułem zimno - powiedział policjant, wspominając, że gdy zobaczył przechodzącego w pobliżu jego stanowiska bezdomnego bez butów i skarpetek, był bardzo poruszony. - Całe jego stopy były pokryte pęcherzami - opisuje funkcjonariusz. Policjant podszedł do bezdomnego, który usiadł pod ścianą niedaleko niego i nawiązał rozmowę, podczas której wydobył z biedaka, jaki nosi numer buta. Uzbrojony w tę wiedzę szybko udał się do pobliskiego sklepu, gdzie wszedł niedługo przed zamknięciem, około godziny 21:30. (...) Obsługa sprzedała policjantowi buty ze zniżką dla pracowników, zamiast 100 dolarów, zapłacił 75. Z nowymi butami i skarpetkami Deprimo wrócił do bezdomnego..." - informuje serwis internetowy TVN24.
"Wtedy powie król tym po swojej prawicy: Pójdźcie, błogosławieni Ojca mego, odziedziczcie Królestwo, przygotowane dla was od założenia świata. Albowiem łaknąłem, a daliście mi jeść, pragnąłem, a daliście mi pić, byłem przychodniem, a przyjęliście mnie, byłem nagi, a przyodzialiście mnie, byłem chory, a odwiedzaliście mnie, byłem w więzieniu, a przychodziliście do mnie." (Ewangelia Mateusza 25, 34 - 36)
Nie wiem kim jest ten policjant z Nowego Jorku - nie wiem, czy jest osobą wierzącą, czy oddał swoje życie Jezusowi - ale wiem, że uczynił dokładnie to, co uczyniłby Jezus. Uczynił to, co Jezus chce, byśmy my czynili! Dobre uczynki nie zapewniają zbawienia, ale myślę, że Bóg się uśmiecha ilekroć widzi dobro czynione przez człowieka.

Chrześcijanie są szczególnie powołani do czynienia dobra, choć oczywiście nie mają monopolu na dobroć i także niechrześcijanie potrafią okazać "wielkie serce". Myślę, że w gruncie rzeczy wszelkie dobro na ziemi jest inspirowane przez Boga - nawet jeśli wyświadczają je niewierzący lub poganie. Ot, Samarytanin z przypowieści opowiedzianej przez Jezusa zapewne wcale nie był dobrym przykładem, jak chodzi o wierzenia (samarytanie na bazie Pięcioksięgu stworzyli własną religię, czy raczej sektę religijną zbliżoną do judaizmu, główne miejsce kultu ustanawiając na górze Garizim), ale był najlepszym przykładem cnót moralnych i Jezus pragnie, byśmy właśnie jego naśladowali, czyniąc dobro.

Świat potrzebuje takich "szaleńców", którzy są jak ów Miłosierny Samarytanin z kart Biblii. Nade wszystko potrzebuje chrześcijan, którzy okazując miłosierdzie będą żywą "ikoną Chrystusa" - widzialnością niewidzialnego, "oknem", przez które do życia innych będzie mogło wpadać światło miłości Boga...

poniedziałek, 26 listopada 2012

Nie ma Greka, ani Żyda...

"W odnowieniu tym nie ma Greka ani Żyda, obrzezania ani nieobrzezania, cudzoziemca, Scyty, niewolnika, wolnego, lecz Chrystus jest wszystkim i we wszystkich." (List do Kolosan 3, 11)
W odnowieniu tym nie ma też Araba, ani Polaka, ani Niemca, ani Rosjanina - tylko Bracia i Siostry w Chrystusie, których wspólna Ojczyzna jest w niebie! Poruszyły mnie słowa pewnego człowieka, Araba żyjącego w Izraelu / Autonomii Palestyńskiej, o imieniu Nihad: 
"Nie jestem obywatelem tego świata. (...) W momencie, gdy powiesz: 'jestem Palestyńczykiem' lub 'jestem Żydem', wkraczasz do świata polityki. (...) Nie jestem Palestyńczykiem" (za Br. Andrew & Al Janssen "Siły światłości", str. 379).
Bóg doprowadził do podziałów pomiędzy ludźmi - zaczęło się to podczas budowy Wieży Babel, gdy "pomieszał języki" tworząc kilka podstawowych ich grup, bo wówczas to było potrzebne, lecz Chrystus przyszedł, by jednoczyć ludzi. Tak. W momencie, gdy powiesz: "jestem ............" (kimkolwiek byś nie był) sam siebie utożsamiasz z konkretną wspólnotą ludzi i jej interesami. Ta identyfikacja niekoniecznie jest zła, ale myślę, że Nihad ma wiele racji w tym, że w tym miejscu zaczyna się polityka. Dla Boga nie jest ważne, czy jesteś Polakiem czy Szwedem i jaki masz kolor skóry, i w Kościele też nie jest to ważne - ważne jest tylko to, czy zostałeś zbawiony i stałeś się obywatelem Królestwa Bożego. Szczerze podziwiam odwagę i bezkompromisowość wypowiedzi zawartej w ostatnim zdaniu!

Chrześcijanin a władza

"Każdy człowiek niech się poddaje władzom zwierzchnim; bo nie ma władzy, jak tylko od Boga, a te, które są, przez Boga są ustanowione. Przeto kto się przeciwstawia władzy, przeciwstawia się Bożemu postanowieniu; a ci, którzy się przeciwstawiają, sami na siebie potępienie ściągają. Rządzący bowiem nie są postrachem dla tych, którzy pełnią dobre uczynki, lecz dla tych, którzy pełnią złe. Chcesz się nie bać władzy? Czyń dobrze, a będziesz miał od niej pochwałę; jest ona bowiem na służbie u Boga, tobie ku dobremu. Ale jeśli czynisz źle, bój się, bo nie na próżno miecz nosi, wszak jest sługą Boga, który odpłaca w gniewie temu, co czyni źle. Przeto trzeba jej się poddawać, nie tylko z obawy przed gniewem, lecz także ze względu na sumienie. Dlatego też i podatki płacicie, gdyż są sługami Bożymi po to, aby tego właśnie strzegli. Oddawajcie każdemu to, co mu się należy; komu podatek, podatek; komu cło, cło; komu bojaźń, bojaźń; komu cześć, cześć." (List do Rzymian 13, 1 - 7)
Fot. Maciej Śmiarowski / KPRM
Nie interesuję się polityką. Aktualnie nie popieram żadnego ugrupowania politycznego. Zdecydowałem się nie uczestniczyć w wyborach - na szczęście nie ma takiego obowiązku, i w tym przewyższamy niektóre państwa demokratyczne, które taki obowiązek nakładają, że możemy wybrać... niewybieranie. Choć Biblia nie zakazuje udzielania się w polityce, to ja jako uzasadnione uważam zdystansowanie się do polityki - chyba, że mamy poznanie, że naszą misją od Boga jest wnieść do polityki "chrześcijańskiego ducha", co niektórzy czynią. Takich jest ich jednak niezbyt wielu, choć bardzo wielu uważa się za chrześcijan, a nawet próbuje to wykorzystywać jako atut przy wyborach. O obecnym Rządzie mogę wiele powiedzieć, bo mam duże zastrzeżenia - i można nawet by podać cytaty biblijne, które można odnieść do rządu Donalda Tuska ze słowami krytyki - ale szanuję władzę, bo tak nakazuje Słowo Boże!

Jesteśmy podobno (!) narodem chrześcijańskim - a w każdym razie bardzo katolickim (nie brak wśród nas i takich, którzy są tak jakby... bardziej katoliccy od papieży). Mamy piękne hasło: "Bóg - Honor - Ojczyzna". Miliony ludzi modlą się każdego dnia - nie wnikam tutaj, czy wierzą zgodnie z Biblią czy nie, stwierdzam sam fakt modlenia się do Boga, w którego i ja wierzę. Maryję czci się (co jest rzecz jasna sprzeczne ze Słowem Bożym) i tytułuje "Królową Polski" (nie zgadzam się z tym!). Kościoły wprawdzie pustoszeją - przynajmniej te katolickie - ale wciąż nie ulegliśmy takiej laicyzacji, jak np. Francja czy Holandia. Nad każdym naszym miastem i nad wieloma wsiami górują wieże zwieńczone krzyżami. Gdybyśmy jednak - jako naród - stawali się mało religijni, a za to naprawdę pobożni! Bo my mamy jeden problem - w naszym: "Bóg - Honor - Ojczyzna" brakuje jednego, bardzo istotnego elementu: "Bóg - Słowo Boże - Honor - Ojczyzna" (przy czym w zasadzie ostatni element nie jest bardzo ważny z punktu widzenia chrześcijańskiego). Gdybyśmy przyjęli takie hasło, i faktycznie żyli według niego, Polska by się mogła stać naprawdę fajnym krajem!

niedziela, 25 listopada 2012

Bóg jest najważniejszy

"A na sześć dni przed Paschą poszedł Jezus do Betanii, gdzie był Łazarz, który umarł, a którego Jezus wzbudził z martwych. Tam więc przygotowali mu wieczerzę, a Marta posługiwała, Łazarz zaś był jednym z tych, którzy z nim siedzieli przy stole; a Maria wzięła funt czystej, bardzo drogiej maści nardowej, namaściła nogi Jezusa i otarła swoimi włosami, a dom napełnił się wonią maści. A Judasz Iskariot, jeden z uczniów jego, syn Szymona, który miał go wydać, rzekł: Czemu nie sprzedano tej wonnej maści za trzysta denarów i nie rozdano ubogim? A to rzekł nie dlatego, iż się troszczył o ubogich, lecz ponieważ był złodziejem, i mając sakiewkę, sprzeniewierzał to, co wkładano. Tedy rzekł Jezus: Zostaw ją; chowała to na dzień mojego pogrzebu. Albowiem ubogich zawsze u siebie mieć będziecie, lecz mnie nie zawsze mieć będziecie." (Ewangelia Jana 12, 1 - 8)


Pierwsza myśl to będzie raczej luźne skojarzenie. Największą miłością mamy otaczać Boga i to Jemu mamy służyć w pierwszej kolejności. Wszystko inne, włącznie z działalnością charytatywną (miłością do ludzi i służeniem ludziom) jest mniej ważne... Owszem, jest ważne. Sam Bóg nam mówi, że nie można kochać Go, nie kochając bliźniego, a także byśmy się uniżali i służyli innym. Ale jeśli uczynimy to tym, co najważniejsze w naszym życiu, to może będziemy wspaniałymi, gorliwymi działaczami, ale z poważnie zaburzoną hierarchią wartości. Przede wszystkim winniśmy kochać Boga, Jemu służyć i Jemu składać hołd i uwielbienie - wszystko inne zaś to są sprawy wtórne, które wynikają z tego, że Bóg jest dla nas najważniejszy. Taka myśl mi przyszła do głowy wraz ze wspomnieniem tego fragmentu Ewangelii.

Druga myśl - już bliższa słowom Ewangelii. Maria w sposób niezwykły okazała swą miłość do Jezusa. "Litra" - bo ta rzymska jednostka miary pojawia się w oryginale Ewangelii - to 327,45 grama. Olejek nardowy był niezwykle drogi ze względu na koszt importu - roślina, z której go wytwarzano rośnie jedynie w Himalajach, a przy ówczesnej technologii (tłoczenie na zimno) potrzeba było zużyć wiele materiału roślinnego, by uzyskać niewielką ilość olejku. 300 denarów odpowiadało rocznym zarobkom niewykwalifikowanego robotnika. Owa trzecia część litra (tym razem chodzi o współczesną miarę płynów) stanowiła więc spory majątek - żeby użyć jakiegoś zrozumiałego porównania możemy oszacować, że stanowiło to równowartość co najmniej kilkunastu tysięcy złotych! Nawet przy współczesnych cenach - nie tak już wysokich, jak w starożytności, gdyż obecnie dzięki doskonalszym technologiom (znacznie większa wydajność) koszt produkcji olejku jest nieporównalnie niższy - za taką ilość olejku trzeba by zapłacić co najmniej z 80 - 100 dolarów (a być może na produkt najwyższej jakości sporo więcej)! Nawet w naszych czasach byłby to więc wspaniały dar!
Czy potrafilibyśmy tak uczcić Jezusa, jak ta Jego Uczennica?
Czy jest On dla nas aż tak ważny, jak dla niej?
Czy kochamy Go tak bardzo, jak ona?
A może byśmy zaczęli przeliczać ile to kosztuje - jak Judasz i inni spośród zgromadzonych, którzy zaczęli szemrać widząc tą ofiarę?

poniedziałek, 19 listopada 2012

Modlitwa na pięciu palcach

Fot. Evan-Amos / Vanamo Media
"Kciuk jest najbliżej twojego serca, więc przypomina ci o modlitwie za najbliższych: żonę, dzieci, wnuki, rodziców i przyjaciół. Palec wskazujący to palec władzy. Biblia nakazuje nam modlić się za ludzi sprawujących nad nami władzę: prezydenta, prawodawców, pracowników urzędów państwowych i lokalnych, pastorów i przywódców w kościele. W niektórych kręgach kulturowych środkowy palec jest używany do rzucania przekleństwa na innych. Jezus mówi, że zamiast przeklinać naszych wrogów, mamy się za nich modlić. Każdy pianista powie ci, że czwarty palec jest najsłabszym w całej dłoni. On mówi nam, żebyśmy modlili się za najsłabszych dookoła nas i w naszym świecie. Modlimy się za bezdomnych, chorych, uwięzionych, prześladowanych, uzależnionych i zagubionych. Najmniejszy palec przypomina mi, że jestem mały, więc na końcu powinienem modlić się za siebie." (Starszy Cha, lider Kościoła domowego w Chinach)

niedziela, 18 listopada 2012

Ucieczka z Korei Północnej



Korea Północna - dziś chyba najbardziej zamknięte przed obcymi państwo świata. Znamy je głównie z wieczornych wydań wiadomości. Wiemy o barwnych paradach ku czci "wodza" i o całym kulcie jednostki - przede wszystkim kulcie Kim Ir Sena, ale także jego syna, a teraz także wnuka. Serwisy informacyjne raz po raz donoszą o drobnych utarczkach przygranicznych - wiadomo, że władze Koreańskiej Republiki Ludowo Demokratycznej pragną posiąść całą Koreę (to, że Korea Południowa jest wolnym krajem to zasługa USA). Wiadomo, że szaleńcy mogą rozpętać wojnę, ale wiadomo też, że tą wojnę mogą tylko przegrać, choć może zginąć wielu ludzi - i sami są tego z pewnością świadomi. Wiadomo, jak słabo rozwinięta gospodarczo jest Korea Północna. Znane są nocne zdjęcia satelitarne, na których Półwysep Koreański jest rozświetlony w południowej części, a w północnej pogrążony w ciemnościach - "wyspą" światła jest tylko stolica, Pjongjang (Phenian). Wiadomo, że nieliczna "elita" żyje bogato - np. syn Kim Dzong Ila, a wnuk Kim Ir Sena, Kim Dzong Un uczył się w drogiej, prywatnej szkole w Szwajcarii. Wiadomo też o wielkim głodzie wśród ludności cywilnej. Wiadomo także o ideolgicznej indoktrynacji, jakiej poddaje się obywateli - państwo ogranicza wychowywanie dzieci przez rodziny, by w placówkach wychowawczych wpajać zasady komunizmu. Wiemy też wreszcie, że nigdzie na całym świecie - nawet w krajach muzułmańskich i Chinach nie ma takiej niewoli pod względem religijnym, i takich prześladowań, jak właśnie w Korei Północnej. Ale tak naprawdę niewiele wiemy o życiu w tym piekle, które stworzyła rodzina Kimów - opowiadają nam o tym ci, którzy przez to piekło przeszli.

"Ucieczka z Korei Północnej" - autorstwa Paula Estabrooksa, przedstawiciela międzynarodowego Open Doors International - to historia Pil Soo Kima i jego rodziny. Głód zmusił go do podjęcia desperackiej decyzji - ryzykując życie postanowił przedostać się do Chin, by tam zdobyć jedzenie dla swych bliskich. Jego matka, żona i dzieci nie znały uczucia sytości. Niemal wszyscy mieszkańcy Korei Północnej, z wyjątkiem "elit", są wciąż głodni, bo racje żywnościowe są zbyt małe, a prywatny handel zabroniony. Często ich jedynym posiłkiem była zupa z... trawy i kory. Pil Soo zdobył to, czego potrzebowali świadomie - przyniósł jedzenie, słodycze i pieniądze. Dostał jednak więcej - poznał chrześcijan, którzy aktywnie wspierają uciekinierów i przemytników północnokoreańskich... Książka ta to historia darowanej wolności - w sensie cielesnym (ucieczki spod władzy reżimu) i duchowym. To przede wszystkim książka o potężnym Bożym działaniu. Na jej stronach czytelnik znajdzie niejeden CUD! Niektóre spośród nich są jakby powtórzeniem tego, co znajdujemy na kartach Dziejów i Listów Apostolskich!

To książka o wielkim zaangażowaniu chrześcijan - a wśród nich Koreańczyków żyjących w Chinach - którzy sami ryzykując wolność, zdrowie i życie służą innym. To dzięki nim, ich kontaktom i pieniądzom, rodzina Pila Soo żyje dziś bezpiecznie w Korei Południowej, modląc się o wyzwolenie północy kraju spod władzy komunistów i zdobycie serc Koreańczyków dla Chrystusa. Nie liczcie jednak na to, że dowiecie się jak ci bohaterowie wiary naprawdę się nazywają, gdzie żyją i w jaki sposób udzielają pomocy. By mogli to czynić dalej i żyć bezpiecznie, potrzeba zachowania tajemnicy. Te szczegóły zresztą wcale nie są ważne - ich brak, i pseudonimy użyte zamiast imion, nie ujmują nic książce!

To lektura wspaniała pod każdym względem. Dla chrześcijanina - niezwykłe świadectwo, a dla ludzi ciekawych świata - okazja zajrzenia "za kurtynę" do Korei Północnej, by zobaczyć jaka ona jest naprawdę, a nie jaką przedstawia propaganda. Z pewnością zainteresuje tych, którzy interesują się sytuacją społeczeństwa, których pasją jest pomoc humanitarna. Pewnie zainteresuje także i tych, którzy interesują się polityką, a także ideologią komunistyczną. Na pewno zawiedzeni nie będą także ci, którzy po prostu lubią poczytać dobrą książkę - bo ma w sobie coś z powieści sensacyjnej. Gdy już się zacznie ją czytać, trudno się od niej oderwać aż do ostatniej strony!

Bóg Ojciec czy "matka natura"?

"Nie będziesz miał cudzych bogów obok Mnie!" (2. Mojżeszowa 20, 3)
Jest tylko jeden Bóg. On stworzył ziemię i "rozpostarte nad nią" niebo - wszystkie inne "ciała niebieskie". On stworzył wodę, i rośliny, i wszystkie zwierzęta. I na koniec stworzył nas, ludzi, oddając nam to wszystko. Ludzie jednak złamali Boże zasady i musieli opuścić Eden. Z czasem zapomnieli o Bogu - powymyślali sobie inne bóstwa, zaczęli czcić duchy i demony, a także naturę. 

Kiedyś usiadłem na chwilę przed telewizorem i przerzucałem kanały w poszukiwaniu jakiegoś ciekawego programu lub filmu. Zatrzymałem się na National Geographic, gdzie akurat pokazywano ciężką pracę ludzi, którzy trudnią się usuwaniem statków, które utknęły na mieliznach lub pośród raf. Ich wysiłek i odwaga godne są najwyższego szacunku. Moją uwagę zwróciło jedno zdanie, wypowiedziane przez narratora na samym końcu dokumentu. Stwierdził on mianowicie, że w tej pracy o sukcesie w znacznym stopniu decyduje szczęście i... "łaska matki natury". No właśnie - "matka natura", "dobroć matki natury", "dary matki natury", "siły matki natury", "łaska matki natury"...

Foto: David Iliff / Wikipedia. Licencjae: CC-BY-SA 3.0

Każdy z nas tak często to słyszy! Niestety nawet ludzie, którzy teoretycznie są wyznawcami - czasem nawet szczerymi nie tylko "teoretycznymi" - prawdziwego Boga, tego, który stwirzył niebo i ziemię, bezmyślie mówią o tej "matce naturze" i "darach natury". Owszem, zawsze można użyć pseudoargumentu: "Tak się po prostu mówi", ale faktem jest, że jest to coś więcej niż "powiedzonko" - te sformułowania są przejawem pewnej filozofii religijnej. Mówiąc krótko: mówienie o "matce naturze" to... najczystsze pogaństwo!

"Grzesznik" nie znaczy od razu: "potwór"...

"Tego wieczoru Starszy Cha powoli i delikatnie opowiadał Pilowi Soo o Jezusie Chrystusie. Wyjaśniał, że Jezus jest Synem Boga, że dobrowolnie opuścił niebo, by żyć na ziemi i umarł na krzyżu, biorąc na siebie grzechy wszystkich ludzi, żeby nie byli nimi obciązeni w swoim życiu.
     - Dlatego każdy, kto wierzy w Jezusa, otrzymuje przebaczenie wszystkich grzechów i życie wieczne w niebie. Uwierzenie w Jezusa, czyli przyjęcie Go jako swojego Zbawiciela, musi dokonać się sercem i umysłem. Nie wystarczy przelotnie powiedzieć, że się wierzy, w nadziei, że to zapewni przebaczenie i drogę do nieba. To byłoby fałszywe i bez znaczenia. Taka osoba nie byłaby szczera na temat swojej wiary. Człowiek musi prawdziwie przyjąć Jezusa do swojego serca, i w pełni uwierzyć, że jest On Synem Bożym, który poniósł straszną śmierć na krzyżu, żebyśmy my nie musieli żyć obciążeni ciężarem własnych grzechów. Prawdą jest, że wszyscy jesteśmy grzesznikami. Ale to nie znaczy, że jesteśmy strasznymi ludźmi. Każdy grzeszy. Dlatego każdy potrzebuje przebaczenia. Jezus Chrystus daje je wszystkim, którzy otworzą przed Nim swoje serce. To się nazywa 'zbawienie', ponieważ zostajemy uratowani od naszej grzeszności."
(Paul Estabrooks, "Ucieczka z Korei Północnej" 
Wydawnictwo "Pojednanie", Lublin 2012, str. 52
Tłumaczenie: Andrzej Gandecki)

To jest bardzo ciekawa myśl: "Jesteśmy grzesznikami, ale to nie znaczy, że jesteśmy strasznymi ludźmi" - to znaczy, że jesteśmy zepsuci i nie spełniamy "Bożych standardów", lecz nie jesteśmy od razu potworami... Przypomina mi się od razu trwająca akcja polskich ateistów - billboardy z napisami: "Nie zabijam. Nie kradnę. Nie wierzę." Myślę, że oni próbują nam powiedzieć: "Nie wierzę, ale to nie znaczy, że nie mam zasad, nie mam 'hamulców' i jestem jakimś okrutnikiem i potworem". Można nie wierzyć w Boga, nie stosować się do Biblii i być "przyzwoitym człowiekiem" - ludzką miarą mierząc - lecz obciążonym grzechami.

Można być po ludzku "przywoitym", lecz z ładunkiem grzechów do nieba się nie wejdzie - ten ciężar ściąga nas do piekła. Można być "przyzwoitym"  człowiekiem, a jednak Bóg ma... inną miarę niż nasza ludzka. Możemy być "poczciwcami", ale i tak potrzebujemy Jezusa, by się uratować. Bożym standardem jest świętość, a tą możemy mieć tylko dzięki Jezusowi Chrystusowi! Ale to nie znaczy, że stajemy się nagle doskonalsi od innych i możemy "patrzeć na nich z góry". Nie powinniśmy też tych, którzy naszej wiary nie podzielają, postrzegać automatycznie jako bestie "z piekła rodem" - raczej otaczać ich miłością i modlitwą.

sobota, 17 listopada 2012

Żydzi zagrożeni na... SWOJEJ ziemi!

Jedna z rakiet "Kassam" wystrzelonych z terytorium
Autonomii Palestyńskiej w ciągu minionych lat.
Fot. Archiwum Kibucu Nir-Am
"I przemówił Pan do Mojżesza tymi słowy: Rozkaż Izraelitom i powiedz im: Gdy przyjdziecie do ziemi kanaanejskiej - a jest to ziemia, która wam przypadnie w dziedzictwie, ziemia kanaanejska w jej granicach -  waszym południowym krańcem będzie teren od pustyni Syn wzdłuż Edomu a wasza południowa granica ciągnąć się będzie od brzegu Morza Słonego ku wschodowi.  Potem wasza granica skręci na południe od Maale-Akrabim i przejdzie ku pustyni Syn, i krańce jej sięgać będą na południu do Kadesz-Barnea, stąd biec będzie dalej na Chasar-Addar, minie Asmon, następnie od Asmon granica ta skręci ku Rzece Egipskiej i sięgać będzie aż do morza. Granicą zachodnią zaś będzie dla was Wielkie Morze; ono będzie waszą granicą zachodnią. Wasza granica północna będzie taka: Wymierzycie ją sobie od Wielkiego Morza aż do góry Hor. Od góry Hor pociągniecie ją aż do miejsca, gdzie się idzie do Chamat, a krańce tej granicy sięgną do Sedad. Następnie granica będzie biec do Zifron, a skończy się w Chasar-Enan. To będzie wasza granica północna. Granicę wschodnią wytyczycie sobie od Chasar-Enan do Szefam;  następnie granica ta zejdzie od Szefam do Rybla na wschód od źródła i potem granica ta schodzić będzie w dół, i dotknie brzegu morza Kinneret od strony wschodniej; potem granica ta zejdzie w dół ku Jordanowi, a krańce jej będą sięgać do Morza Słonego. W obrębie tych granic mieścić się będzie wasza ziemia. I rozkazał Mojżesz synom izraelskim: To jest ziemia, którą przez los obejmiecie w dziedziczne posiadanie, a którą Pan rozkazał nadać dziewięciu i pół plemionom..." (4. Księga Mojżeszowa - tzw. "Liczb" - 34, 1 - 13)
Na mapie prezentuje się to mniej więcej w ten sposób:

Rys: Emmanuelm / Wikipedia
To są ziemie, które Bóg dał plemionom Izraela. Oczywiście przez wiele wieków nie było na mapie państwa Izrael, Bóg rozproszył swój lud, ale to wcale nie znaczy, że odebrał mu prawa do tych nadanych mu ziem. Nie wszyscy Żydzi (używam tego określenia jako bardziej u nas zrozumiałego, choć nie jest właściwym określeniem dla tego ludu) rozpierzchli się po świecie - wielu trwało na swej ziemi: przetrwali okupację rzymską, okupację arabską, najazdy "krzyżowców" - aż do XX wieku, kiedy zrodziła się idea wielkiego powrotu Żydów do Ojczyzny, i aż do odrodzenia państwa Izrael w 1948 roku. Podzielam zdanie wielu chrześcijan, że odbudowa państwa izraelskiego jest częścią planu, jaki Bóg ma dla tego ludu, który sobie przed wiekami szczególnie upodobał - i to pomimo tego, że lud ten z uporem trwa w odwróceniu się od Boga, nie uznając Mesjasza - Jezusa Chrystusa, i nawet pomimo to, że w naszych czasach wielu z nich całkowicie straciło wiarę. Bóg jest Bogiem wiernym i nie odwrócił się od Izraela.

środa, 14 listopada 2012

Głoście, ale też brońcie...

"Mieszkańcy niewielkiego duńskiego miasteczka Kokkedal dowiedzieli się, że w tym roku na Boże Narodzenie nie będzie już miejskiej choinki. Miała kosztować od 5 do 7 tys. koron (ok. 4 tys. złotych). To za dużo – orzekli radni, którzy całkiem niedawno wydali dziesięć razy tyle (60 tys. koron) na miejskie obchody islamskiego święta ofiarowania. Rzecz w tym, że w radzie miejskiej miasteczka Kokkedal muzułmanie stanowią już większość i dlatego nie muszą się liczyć z chrześcijańskimi świętami. Sprawa nabrała wielkiego rozgłosu i trafiła do parlamentu. Zainteresowała się nią również telewizja, która chciała nakręcić reportaż o muzułmańskiej dominacji w mieście. Bezskutecznie. Jej wóz transmisyjny został napadnięty przez zamaskowanych napastników, a dziennikarzy wyzwano od neonazistów." (Źródło: Radio Watykańskie)

Na przełomie 2010 i 2011 miałem przyjemność gościć w Rotterdamie (Holandia). Miasto to liczy przeszło 600.000 mieszkańców - z czego, jak się dowiedziałem... mniej więcej połowa wyznaje islam!  Burmistrz miasta (!) ma na imię... Ahmed i pochodzi z Maroka! Chrześcijaństwo jest tam "w odwrocie". Kraj uległ laicyzacji - bardzo wiele osób odeszło od Boga - a w dodatku weszła tam ideologia "multikulti" i niewłaściwie rozumianej tolerancji. Kościoły przeżywają tam wielkie problemy. Zbór reformowany (kalwiński), w którym gościłem, zdołał przetrwać dzięki połączeniu się z innym zborem - innymi słowy: z dwóch parafii trzeba było zrobić jedną parafię! Wiele parafii po prostu... umarło! My może nie rozumiemy tego problemu (ale jest on już także u nas dostrzegalny), ale tam sprzedano wiele kościołów, bo... nie miał kto ich utrzymywać. Niejeden z tych sprzedanych kościołów jest dziś pogańską świątynią - meczetem! Gdy wracaliśmy, ksiądz katolicki, który z nami jechał, smutno stwierdził: "Europa nigdy nie będzie laicka. Europ[a będzie islamska." Co się stało z Europą?

Znam protestantów, którzy by może powiedzieli: "To wina Kościoła katolickiego i powierzchownej, katolickiej wiary!" Ale... Holandia była pod silnymi wpływami kalwinizmu. Tam też było wielu anabaptystów - mennonici i baptyści. Dania zaś ro kraj luterański. Cóż się więc stało takiego? Przyczyny bym nie upatrywał w tym, czy na danym obszarze była dominacja katolicka czy protestancka, lecz raczej w "duchowej letniości", wygaszeniu żaru Ewangelii, bylejakości i "tradycji wiary chrześcijańskiej" (wiary, która stała się de facto MARTWA, która stała się wyłącznie TRADYCJĄ, chodzeniem do kościoła "bo taka jest tradycja")...

wtorek, 13 listopada 2012

Kiedy zaprzestać dyskusji?

"... głupich i niedorzecznych rozmów unikaj, wiedząc, że wywołują spory. A sługa Pański nie powinien wdawać się w spory..." (2. List do Tymoteusza 2, 23 - 24)
To jedna z rad, jakie apostoł Paweł udzielił swemu umiłowanemu "duchowemu synowi", Tymoteuszowi, a także nam. Ludzie gadają o tylu nieistotnych rzeczach, dając się przy tym ponieść emocjom. Np. polityka - to jeden z tematów, w których chyba najłatwiej o kłótnię. Sprawy społeczne... Sprawy rodzinne... najróżniejsze informacje... Także tematy religijne wywołują spory - zwłaszcza w przypadkach, gdy mamy do czynienia z fanatykami religijnymi robi się wręcz nieprzyjemnie (coś o tym, niestety, wiem). Wiele jest takich "punktów zapalnych" i wielu jest ludzi, z którymi... dyskusja po prostu nie ma sensu! 

Zauważam, że Paweł nie poucza, byśmy się nie wdawali w dyskusje, byśmy w jakieś tematy nie wchodzili i nie ścierali się z ludźmi w polemice! Sam to przecież robił! On raczej mówi, że nie każdą dyskusję należy ciągnąć, bo doprowadza to do niepotrzebnych napięć i szkodzi nam samym, wyczerpuje nas, odbiera nam siły, które na coś innego, z pożytkiem, możemy poświęcić. Paweł wskazuje, że nie każda dyskusja ma sens, że czasem zamiast dyskusji mamy niepotrzebną gadaninę, słowną przepychankę pozbawioną jakichkolwiek wartości intelektualnych i jeśli tak się dzieje, to powinniśmy się z tego wycofać. Powinniśmy też pilnować własnego języka i uczyć się panować nad własnymi emocjami, bo łatwo możemy się zapomnieć unieść gniewem (a gniew oznacza, że nie ma w nas miłości). 

Dyskutować można z ludźmi, którzy dyskutować potrafią, drugą osobę traktują z szacunkiem, są gotowe wysłuchać, przemyśleć i ewentualnie przyjąć argumenty drugiej strony. Z takimi ludźmi dyskutować warto, ale też nie w nieskończoność. Czasem po prostu lepiej jest zamilknąć, choćby nawet dla kogoś wyglądało to na "poddanie się". Myślę, że w tym pawłowym pouczeniu jest też zawarte: nie trać czasu na dyskusje, które wprawdzie są sensowne pod względem merytorycznym, ale nie dają żadnych efektów. Bóg generalnie uczy nas, abyśmy nie tracili czasu bez sensu, nawet jeśli zachowujemy spokój w rozmowie, a także racja jest po naszej stronie. Gdy widzimy, że rozmowa nie ma sensu, powinniśmy uczynić to samo, co zalecono uczniom, jeśliby zwiastując Ewangelię nie byli przyjęci: 
"I gdyby kto was nie przyjął i nie słuchał słów waszych, wychodząc z domu lub z miasta onego, strząśnijcie proch z nóg swoich" (Ewangelia Mateusza 10, 14). 
Nie chcą nas słuchać? Mówimy jak do ściany? Wszelkie argumenty nic nie dają? Mamy poczucie, że tracimy czas? Zostawić to! Mówiąc trochę dosadnie: olać to! Machnąć ręką i iść dalej...

Zbyt wiele czasu w swoim życiu - niestety! - poświęciłem na czczą gadaninę z ludźmi, którzy tylko marnowali mój czas i siły. Z tego między innymi powodu nie angażuję się w fora tak, jak dawniej - bo za dużo pustosłowia. Generalnie też wolałbym unikać dyskusji z katolikami - bo tam też pustosłowie, gadanina bez sensu... Nie jestem zbyt konsekwentny i czasem daję się wciągać, ale gdy widzę, że nie ma sensu, to odpuszczam. Po co marnować czas na ludzi, którzy są zamknięci na argumenty? Po co marnować czas na ludzi, którzy opluwają innych, są chamscy? Po co marnować czas na ludzi, którzy kochają spory i czczą gadaninę? Po co męczyć się pustosłowiem i zawracać sobie nim głowę? Po co tracić czas, gdy zamiast tego można zrobić coś pożytecznego?

poniedziałek, 12 listopada 2012

Kościół... czyli co?

"Ci więc, którzy przyjęli słowo jego, zostali ochrzczeni i pozyskanych zostało owego dnia około trzech tysięcy dusz.  I trwali w nauce apostolskiej i we wspólnocie, w łamaniu chleba i w modlitwach. A dusze wszystkich ogarnięte były bojaźnią, albowiem za sprawą apostołów działo się wiele cudów i znaków. Wszyscy zaś, którzy uwierzyli, byli razem i mieli wszystko wspólne, i sprzedawali posiadłości i mienie, i rozdzielali je wszystkim, jak komu było potrzeba. Codziennie też jednomyślnie uczęszczali do świątyni, a łamiąc chleb po domach, przyjmowali pokarm z weselem i w prostocie serca, chwaląc Boga i ciesząc się przychylnością całego ludu. Pan zaś codziennie pomnażał liczbę tych, którzy mieli być zbawieni." (Dzieje Apostolskie 2, 41 - 47)
W Polsce, gdy mówi się / pisze się "Kościół", większość ludzi zrozumie: INSTYTUCJA. Niemal automatyczne jest też skojarzenie: Kościół = Kościół rzymskokatolicki - bo większość Polaków innego nie zna - który jest zbudowany niczym piramida:
* papież, który ma pełnię władzy w Kościele i głos decydujący;
* kolegium kardynalskie
* biskupi
* duchowieństwo
* lud
Papież decyduje w Kościele katolickim o wszystkim, lud - teoretycznie nazywany "Kościołem" nie ma prawa decydować o niczym, nawet o wyborze duszpasterza dla swojej parafii. W takiej sytuacji doprawdy trudno się dziwić błędnemu rozumieniu istoty Kościoła, jakie mamy w Polsce!


Niekiedy mam ochotę stanąć gdzieś przed jednym z tysięcy kościołów - mam w tym momencie na myśli świątynie rzymskokatolickie (zapomnijmy na chwilę o wszelkich problemach doktrynalnych) - w Polsce i wychodzącym ludziom zadać jedno ważne pytanie: KIM TY JESTEŚ W KOŚCIELE? Jestem głęboko przekonany o tym, że w większości wypadków - o ile w ogóle otrzymałbym jakąś odpowiedź - usłyszałbym: "Jestem po prostu parafianinem, tu jest moja parafia, tu chodzę co niedziela na mszę..."

Tymczasem... Jezus ani apostołowie nie założyli instytucji! Oczywiście ustanowili pewien porządek w Kościele, ale nie podzielili go na "kler" i "laikat", nie "postopniowali" kto w Kościele najwięcej znaczy, kto najmniej, nie ustanowili jednego przywódcy i nie wyznaczyli mu pozycji na górze, a innym na samym dole, bez wpływu na Kościół, bez prawa głosu. Ustanowiono tych, którzy będą nauczać i "starszych", a nawet biskupów (choć na zupełnie innej zasadzie niż w Kościołach hierarchicznych!), lecz ludzi połączono więzami braterstwa, i jeden w Kościele nie znaczył więcej, niż drugi! Trzeba nam zrozumieć, że Kościół to nie instytucja, lecz "świątynia Pana", zbudowana z "żywych kamieni" - ludzi nie tylko wierzących, ale całkowicie oddanych Bogu - wzniesiona na Kamieniu Węgielnym - Skale, którym jest sam Bóg - Chrystus Jezus (por. Ewangelia Mateusza 15, 16 - 19 i List do Efezjan 2, 20 - 22). Tak jak w budowli kamienie mają różne funkcje - niektóre są szczególnie ważne, bo na nich opiera się cały ciężar konstrukcji - tak jest też w Kościele: są różne powołania, ale żaden z tych "kamieni" nie jest mniej ważny i mniej potrzebny.

Kościół to nie instytucja, lecz WSPÓLNOTA Dzieci Boga - w pewnym sensie taka "Boża rodzina", gdzie każdy dla każdego to brat / siostra! Jeśli opieramy się na wzorcu biblijnym, nie będziemy tworzyć instytucji z jej hierarchią i narzucanymi odgórnie decyzjami, lecz WSPÓLNOTĘ, w której każdy będzie mógł się czuć ważny i potrzebny. Ci, którzy - z Biblią w ręku - zrozumieją czym jest Kościół - nigdy nie powiedzą: "Ja tu jestem tylko parafianinem", lecz: "Jestem częścią Kościoła"! Jeśli zrozumiemy czym jest Kościół, zrozumiemy także i to, że my jesteśmy ważni. Zrozumiemy że jesteśmy w Kościele potrzebni, a także, że mamy prawo kształtować Kościół, mamy prawo do uczestnictwa w życie wspólnoty nie tylko biernym, ale także czynnym. Zrozumienie tego, że to my jesteśmy Kościołem, powinno wiązać się także z poczuciem odpowiedzialności za Kościół. Nic tak nie pobudza jak: TY JESTEŚ WAŻNY I POTRZEBNY! i nic tak duchowo nie zabija, jak: TY MASZ SIEDZIEĆ CICHO I PODPORZĄDKOWYWAĆ się. Tak - instytucjonalizacja zabija Kościół! Kościół nie może być instytucją, bo jeśli nią jest, jest martwy!

sobota, 10 listopada 2012

O sporcie i protestanckich... dogmatach

Protestantyzm... Jedną z zasad protestantyzmu jest "sola Scriptura", czyli "tylko Pismo", z czym wiąże się m.in. odrzucenie wszelkich dogmatów religijnych. Jednak nie wszyscy do tego podchodzą konsekwentnie i bywa tak, że odrzucając dogmaty katolickie, bardzo łatwo tworzymy sobie nowe - na prywatny użytek, ale też próbujemy krzykiem i potępianiem wymusić na innych, by zaczęli myśleć tak, jak my, bo tylko myśląc tak jak my "są prawdziwymi chrześcijanami". A więc: chrześcijanka nie może nosić spodni (pisałem już o tym), chrześcijanin nie słucha takiej a takiej muzyki, teatr i kino to rozrywki "światowe" - nie godzi się z nich korzystać, tak samo taniec... Jednego z bardziej bolesnych zdarzeń z protestanckimi dogmatami  doświadczyłem latem, w związku z Igrzyskami Olimpijskimi. Nie jestem fanem sportu, ale...


 ...przeżyłem wielki szok, gdy dowiedziałem się, że... chrześcijanin nie powinien uprawiać sportu! A już szczególnie "nie można być chrześcijaninem i uczestniczyć w Olimpiadzie" Postawy takie zauważyłem na jednym z chrześcijańskich stron internetowych w komentarzach do tekstów o wierzących sportowcach uczestniczących w Olimpiadzie - wzmiankowano o tym, że modlą się, uczestniczą w spotkaniach biblijnych i dziękują Bogu za swe osiągnięcia. Postawiono tam cały szereg zarzutów:
- sport jest "światową" rozrywką / "światowym" zajęciem
- starożytne igrzyska były związane z kultem bóstw greckich, więc i nowożytne są bałwochwalstwem
- jeśli uczestniczą w nich protestanci to pewnie są... protestantami "z tradycji"
- wszyscy sportowcy są chciwi, bo pragną zdobyć złoto
- sportowcy "odbierają boską chwałę"
* Sport jest "światowy"? Nie bardziej niż komputery i internet! Nie bardziej niż samochód i ubrania, które nosimy! Nie bardziej niż film czy teatr!
* Starożytne igrzyska były związane z kultem bóstw - to prawda. Nowożytne jednak nie przejęły niczego, co by z bóstwami greckimi było związane - z wyjątkiem tego, że ogień przynosi się z Olimpu, lecz nikt nie modli się ani do Zeusa ani do innego bóstwa.
* Sportowcy walczą o złoto, ale czy pragnienie zwycięstwa koniecznie musi oznaczać chciwość? Czy jest coś złego w tym, by dawać z siebie wszystko, by walczyć i zwyciężać? A może jest coś złego w tym, że dostaje się wynagrodzenie za swą ciężką, wieloletnią pracę?
* Czy jest coś złego w tym, że ktoś jest oklaskiwany za swoje osiągnięcia i że budzi zainteresowanie?
* Bardzo złe jest natomiast osądzanie kogoś na podstawie własnych... uprzedzeń i ograniczeń doktrynalnych (przyjętych dogmatów)

Biblia nie mówi nam nic na temat uprawiania sportu! Jedyny fragment, na jaki zdołano się tam powołać mówi: "Albowiem ćwiczenie cielesne przynosi niewielki pożytek, pobożność natomiast do wszystkiego jest przydatna, ponieważ ma obietnicę żywota teraźniejszego i przyszłego" (1. List do Tymoteusza 4, 8). Zdecydowanie celowo pominięto słowa poprzedzające ten wers, w których znajdujemy wyjaśnienie o co chodzi z "ćwiczeniami cielesnymi": "A Duch wyraźnie mówi, że w późniejszych czasach odstąpią niektórzy od wiary i przystaną do duchów zwodniczych i będą słuchać nauk szatańskich, uwiedzeni obłudą kłamców, (...) którzy zabraniają zawierania związków małżeńskich, przyjmowania pokarmów, które stworzył Bóg, aby wierzący oraz ci, którzy poznali prawdę, pożywali je z dziękczynieniem" (1. List do Koryntian 4, 1 - 3). 

wtorek, 6 listopada 2012

Czy hazard to grzech?



50.000.000 złotych... Co byś zrobił mając tyle pieniędzy? Media dziś bardzo się emocjonują tym, czy będzie jakaś "szóstka" i jeśli tak, to ile osób trafi. Wielu ludzi dziś odwiedza kolektury - nawet takich, którzy zwykle nie grają. Niejeden myśli sobie: "Ach, nawet jakby na 10 czy 20 trzeba było podzielić, to..." "A niechby się chociaż 'piątkę' udało trafić!" Wielu chrześcijan uważa hazard za grzech - ja się do nich nie zaliczam i wydaje mi się nawet, że potępianie tych, którzy raz po raz obstawią liczby w Lotto, czy wyniki zawodów sportowych, jest duża przesadą, jeśli nie nadużyciem, gdyż... w Biblii nie ma ani jednego słowa, które by pozwoliło zakwalifikować to, jako grzech.

Hazard jest z "tego świata" - to prawda - i jest "światową rozrywką" i to może się wydawać "poważnym argumentem" w świetle Biblii, bo przecież my "nie jesteśmy z tego świata" i nie powinniśmy naśladować "ludzi tego świata", nie powinniśmy prowadzić "światowego życia", nie powinniśmy brać przykładu ze "świata" - ale przecież równie "światową rozrywką" jest muzyka, taniec, kino, teatr, telewizja... Dlaczego jedno ma być czymś gorszym od drugiego? Jako chrześcijanin nie mam nic przeciwko grom liczbowym i wygrywaniu w nie... Może ktoś jest tym zgorszony, ale Biblia naprawdę nie zawiera informacji, że jest to grzech! Mam jednak pewne "ale". A raczej duże...

Biblia bowiem nie milczy w kwestii pieniędzy...
"Albowiem korzeniem wszelkiego zła jest miłość pieniędzy; niektórzy, ulegając jej, zboczyli z drogi wiary i uwikłali się sami w przeróżne cierpienia"(1. List do Tymoteusza 6, 10) "Niech życie wasze będzie wolne od chciwości; poprzestawajcie na tym, co posiadacie; sam bowiem powiedział: Nie porzucę cię ani cię nie opuszczę" (List do Hebrajczyków 13, 5)
Z pieniędzmi jest tak, że... łatwo wzbudzają nasze pożądanie. Mówi się, że "pieniądz rządzi światem", a choć mówi się też, że "pieniądze szczęścia nie dają", to jednak w tych, którzy je posiadają skłonni jesteśmy widzieć tych, do których "los się uśmiechnął", bo mają willę z basenem, a przed nią najnowszego mercedesa. Pieniądz działa na nas jak... narkotyk i równie łatwo niewoli i ściąga na dno. Za dużymi pieniędzmi często idzie duchowa i moralna ruina. Ci, którym się "poszczęściło" często są dużo bardziej nieszczęśliwi w życiu niż ci, którzy zmuszeni są żyć "od wypłaty do wypłaty" i zastanawiają się, na ile mogą sobie pozwolić. Ten bogacz żyje z szóstą "żoną", tamten się właśnie po raz ósmy rozwiódł, ten i tamten i jeszcze kilku to alkoholicy, ktoś właśnie popełnił samobójstwo... Bo mało kto z nich ma uporządkowane życie!

O ile samego zagrania raz czy drugi w "Totka" nie nazwałbym grzechem, to jednak większość ludzi, którzy się na to decydują wcale nie potrzebuje tych pieniędzy, a po prostu pragnie je posiąść! To miliony poruszają wyobraźnię - żądza pieniądza! - a nie np. bieda. To jest pierwszy problem. Drugi to fakt, że hazard jest uzależniający - i chyba każdy z nas zna ludzi, którzy mają z tym problem, podobnie jak każdy zna kogoś uzależnionego od nikotyny czy alkoholu. Są ludzie, którzy zakładają się regularnie - to nie muszą być duże stawki, ale jeśli ktoś nie potrafi nie pójść do kolektury, to znaczy, że ma duży problem! To są kajdany! To jest zniewolenie! I podobnie jak wszelkie inne nałogi jest to niewola na postronku, którego drugi koniec trzyma sam diabeł! Jeśli należymy do diabła, jeśli chodzimy w jego łańcuchach, to nie możemy jednocześnie należeć do Chrystusa.

O pieniądzach mówi nam też Salomon:
"Łatwo zdobyty majątek maleje; lecz kto stopniowo gromadzi, pomnaża go" (Księga Przysłów 13, 11)
To też efekt owego dziwnego oddziaływania pieniądza... Ten kto się nagle i łatwo wzbogaca, łatwo też traci - i to jest naukowo udowodnione! Przed wielu, wielu laty - gdy jeszcze wygrane w "Totka" nie były tak wysokie jak obecnie i liczone były w tysiącach, a nie w milionach - w moim mieście żył pewien człowiek, który wygrał główną nagrodę. Był zupełnie zwykłym, normalnym człowiekiem, pracującym... Gdy wygrał, poczuł się "panem" i gdy gdzieś jechał... zamawiał trzy taksówki! Dlaczego trzy? W pierwszej jechał on, w drugiej jego płaszcz, a w trzeciej kapelusz! Mężczyzna ten chciał pokazać: "A co? Stać mnie! STAĆ!" - i mniejsza o to, czy chciał to pokazać sobie samemu  czy innym. Bardzo szybko stracił wszystko! Kto ciekawy, może znaleźć naukowe analizy zachowań ludzi, którym się "poszczęściło" i dane o tym, jak szybko stracili pieniądze. Czasem - nie zawsze - informacje zawarte w tych danych mówią nam też o... złamanym, zniszczonym przez pieniądze życiu tych ludzi.

Obstawienie wyników "Totka" nie jest grzechem, lecz zawsze jest to ryzyko... I nie chodzi wcale o te kilka złotych, które niemal na pewno stracimy - nie bez powodu nazywa się to "podatkiem od złudzeń", lub "podatkiem od marzeń" - lecz raczej o to, co może nam z sobą przynieść możliwa wygrana...

poniedziałek, 5 listopada 2012

Misja wśród łowców głów

Misjami interesuję się "od niepamiętnych czasów". Gdy miałem "naście" lat i uczyłem się w liceum, pasja ta przejawiała się poszukiwaniem kontaktu z misjonarzami. Ja pisywałem do nich, oni pisywali do mnie i często do mojej skrzynki trafiały "listy pachnące egzotyką" - z Argentyny, Papui - Nowej Gwinei, Burundi czy Korei. Zawsze z zaparym tchem czytałem kolejne numery czasopisma "Misyjne Drogi", wydawanego przez Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej. Na łamach lokalnego pisemka dla młodzieży katolickiej prowadziłem dział "Misyjny świat", a zaprzyjaźnionmy ksiądz napisał kiedyś o mnie: "Ktoś - coś jak święta Tereska, tyle, że brzydsza płeć. Z naszego redakcyjnego poddasza patrzy na cały misyjny świat". Ten mój "misyjny świat" był jednak wówczas mocno ograniczony. Poznawałem tylko misjonarzy katolickich i tylko o ich działalności słyszałem i czytałem... Katolickie źródła - a tylko z takich wówczas korzystałem - nie informowały niemal wcale, że są jacyś inni misjonarze i w zasadzie tylko katolickich pokazywano jako "bohaterów wiary", a cała reszta niemal nie istniała. To także problem w publikacjach protestanckich: nie wspomina się w nich o katolikach. Pewnie jest tak, że "każda pliszka swój ogonek chwali".

Dziś żałuję bardzo, że wiele wspaniałych świadectw życia misjonarzy, wiele poruszających historii, wówczas nie było mi znanych, bo wiedząc więcej, więcej duchowego piękna można także innym przekazać. Przez wiele lat w ogóle ogromnie brakowało protestanckich publikacji na tematy misyjne, a te niezbyt liczne, które się ukazywały nie trafiały w katolickie ręce. Na szczęście dziś jest już inaczej. Wiele wspaniałych książek o tematyce misyjnej w ostatnich latach polski czytelnik otrzymuje do rąk dzięki lubelskiemu Wydawnictwu "Pojednanie", a dzięki sprzedaży poprzez internet są one dostępne dla każdego, kto tylko zechce je przeczytać. Tak właśnie w moje ręce trafiła książka Franka i Marie Drown "Misja wśród łowców głów".

Szuarscy wojownicy i ich przerażające trofea
Gdybym miał opisać ją jednym tylko zdaniem, brzmiało by ono: "To książka o tym, jak Bóg używa zwykłych ludzi w niezwykły sposób". Bóg nie wyszukuje sobie herosów, lecz puka do serc ludzi i mówi: "Pójdź za mną!" a gdy już idą, On mówi im, gdzie mają iść... Franka "Panczu" i Marie Drown Pan skierował na szczególnie trudny odcinek "frontu" bitwy z siłami zła - do Indian z plemion Szuarów i Atszuarów (w polskiej literaturze zwykle pisze się o nich z hiszpańska "Jivaro" - czyt. hiwaro), słynących z brutalności łowców głów. Posłał ich do ludzi, nieustannie toczących krwawe wojny, praktykujących czary i żyjących na co dzień "krwawą wendettą". Każda choroba i śmierć - nawet naturalna - była dla nich skutkiem klątwy, za którą ktoś musiał odpowiedzieć, tracąc życie. Największe zbrodnie były dla nich "chlebem powszednim", a najcenniejsza zdobyczą głowa wroga (a w zasadzie skóra z głowy wroga), którą potrafili tak spreparować, że zmniejszała się do rozmiarów owocu pomarańczy, stając się "tsantsą" - "potężnym" i bardzo pożądanym amuletem. Te przerażające praktyki odbywały się na tak wielką skalę, że gdyby nie wyhamowano ich, dziś prawdopodobnie niewielu z Szuarów by pozostało przy życiu, plemię by wyginęło! 

To nie działo się "wieki temu", ani w XIX wieku - to wciąż działo się w połowie XX wieku, kiedy do ekwadorskiej dżungli trafili Frank i Marie! Pojechali tam, choć wiedzieli, że ich zadanie jest bardzo trudne i niebezpieczne. Musieli zdawać sobie sprawę z tego, że także ich własne głowy mogą się stać "tsantsami"! A jednak na polecenie Pana poszli tam, w amazońską dżunglę, do ludzi, których zwyczaje wzbudzały przerażenie, którzy tak bardzo potrzebowali usłyszeć o Bogu i Jezusie Chrystusie.

Dojrzała wiara czy brzmienie cymbała?

"Owocem zaś Ducha są: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, wstrzemięźliwość. Przeciwko takim nie ma zakonu. A ci, którzy należą do Chrystusa Jezusa, ukrzyżowali ciało swoje wraz z namiętnościami i żądzami. Jeśli według Ducha żyjemy, według Ducha też postępujmy." (List do Galatów 5, 22 - 25) "Przyobleczcie się jako wybrani Boży, święci i umiłowani, w serdeczne współczucie, w dobroć, pokorę, łagodność i cierpliwość" (List do Kolosan 3,12)
Czasem odnoszę wrażenie, że wielu z tych, którzy mienią się być "chrześcijanami" nie bardzo... rozumie to, czego nauczał Jezus i apostołowie. Tak łatwo jest naśladować faryzeusza z przypowieści Jezusa, a tak trudno celnika - o przypowieści tej pisałem w sierpniu w tekście "Bałwochwalstwo 'mojej doskonałej wiary'". Niestety, Kościoły odbiegają dość mocno od Bożych standardów - głównie dlatego, że wypełnione są ludźmi, którzy... po prostu są grzeszni (co tu kryć?). Ale nie w tym jest problem, że są grzeszni - bo każdy z nas jest grzeszny i upadamy, tylko w tym, że nie chcą nic w swoim życiu zmienić, myśląc o sobie: "Ja jestem dobrym chrześcijaninem". Potrafią w tym iść jeszcze dalej: Ja jestem dobrym chrześcijaninem", więc - co za tym idzie - "skoro ja jestem dobrym chrześcijaninem, a Ty się ze mną w jakiejś kwestii nie zgadzasz, to... ty nie jesteś dobrym chrześcijaninem! Skoro ty myślisz inaczej niż ja, 'idący za Panem i słuchający Jezusa', to znaczy, że ty nie idziesz za Panem, nie słuchasz Jezusa!" Mam poważne wątpliwości, co do uduchowienia ludzi, którzy gdy ktoś się z nimi nie zgadza, zapominają o tych słowach apostoła Pawła...

Miłość? Cierpliwość? Uprzejmość? Dobroć? Łagodność? Pokora? Jakże często te dary Ducha Świętego zalewa powódź przekonania: "Ja mam rację!" i pragnienie, żeby wszystkich do tych moich racji "równać". A jeśli ktoś "odstaje" to znaczy, że nie jest to chrześcijanin, Boży człowiek! Zbyt często obserwuję takie postawy. I pewnie zbyt często sam taki byłem, bo w sumie problem znam "od środka" - też nieraz wydawało mi się, że skoro "poznałem prawdę" to teraz mogę ludzi "rozstawiać po kątach" i łoić każdego, kto się ze mną nie zgadza. Rozumiem brak miłości, cierpliwości, uprzejmości, dobroci, łagodności i pokory, bo sam tak często nie kochałem, unosiłem się gniewem, stawałem się wyniosły i opryskliwy... Potrzebowałem czasu na to, by zrozumieć, że taka postawa wcale nie podoba się Bogu i w dodatku jest wielce szkodliwa dla Kościoła Chrystusowego - i dziś żałuję wielu słów i postaw w swoim życiu.

sobota, 3 listopada 2012

"Skrzydlaci" misjonarze

"Idźcie tedy i czyńcie uczniami wszystkie narody, chrzcząc je w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, ucząc je przestrzegać wszystkiego, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata." (Ewangelia Mateusza 28, 19 - 20)
Nie wszędzie jednak da się dojść... Nie wszędzie też da się dojechać lub dopłynąć... Czasem potrzebne są... skrzydła! Czy zastanawialiście się kiedyś jak wielką rolę w dziele ewangelizacji świata odgrywa postęp techniczny? Zdobycze techniki są prawie nie mniej ważne niż gorące serca tych, którzy idą w świat z miłości do Boga i do człowieka.

Fot. Smythec / Wikipedia

"W listopadzie, pięć miesięcy po przybyciu do Nowej Gwinei, Betty dowiedziała się, że wkrótce ma być otwarty nowy pas startowy. Małzeństwo misyjnych pionierów, Bill i Grace Cutts, pracowało wśród ludu Moni w trudno dostępnej wiosce Hitadipa. Betty spotkała ich kiedy mieszkali w Homejo, innej wiosce Moni, i bardzo ich polubiła. Teraz w Homejo pracowali już nowi misjonarze, a Bill i Grace przenieśli się dalej w głąb lądu, żeby otworzyć dla Ewangelii nowe terytoria ludu Moni.
     Nowy past startowy był budowany właśnie w wiosce Hitadipa. Dzięki niemu Bill i Grace mogliby łatwiej dostawać się do wioski. Dotychczas wymagało to trzydniowej wędrówki po stromych górskich zboczach. MAF miał jednak ściśle przestrzeganą regułę, zgodnie z którą jeden z pilotów misji musiał sprawdzić każdy nowy pas startowy, zanim mógł na nim wylądować misyjny samolot. To podsunęło Betty pewien pomysł: może ona mogłaby przeprowadzić inspekcję nowego pasa.
     Wkrótce potem spytała Dave'a Steigera:
     - Czy zgodziłbyś się, żebym poszła do Hitadipa na inspekcję nowego pasa startowego?
     David patrzył na nią poważnym wzrokiem.
     - To pięćdziesiąt kilometrów do przejścia po bardzo trudnym terenie. Ktokolwiek pójdzie, będzie potrzebował co najmniej trzech dni, żeby się tam dostać.

piątek, 2 listopada 2012

Chrześcijanin a zmarli


Myślę, że zapis ten można rozumieć dwojako. Z jednej strony chodzi tu o oczywiste praktyki magiczne, powszechne w pogaństwie - tzw. nekromancję - szerzej jednak można rozumieć jako zakaz jakiegokolwiek zwracania się do umarłych, prób nawiązywania kontaktu, niekoniecznie z użyciem jakichś praktyk okultystycznych, lecz w ogóle. Nie powinniśmy zmarłych traktować tak, jak żywych - nie powinniśmy przyzywać ich, szukać ich rady lub pomocy, modlić się do nich. Nawet jeśli nasze intencje są czyste a danego zmarłego postrzegamy jako bogobojnego, nie mamy szukać z nim żadnego kontaktu, ani składać mu hołdów. Nie wolno nam także naśladować pogan, czczących swych przodków... Zwyczaje te były rozpowszechnione na całym świecie od prawieków i aktualnie czytam o plemionach indiańskich, których członkowie zażywali narkotyki i wprowadzali się w trans, by rozmawiać ze swoimi przodkami i demonami. My - wierzący - wiemy, że czasem na wezwania rzucone przez człowieka, ktoś odpowiada. Wiara chrześcijańska i doświadczenia w praktyce obnażają jednak tożsamość tego kogoś - nigdy nie jest to ten zmarły, którego oczekujemy, a szatan.

Nasze chodzenie na cmentarze i dbanie o groby jest pewną formą czci oddawanej przodkom - samym tym faktem jednak oczywiście nie naruszamy bożych przykazań. Ba! Bogu może się to nawet podobać. Jeśli chodzimy na groby naszych rodziców, można to uznać za realizację przykazania "Czcij ojca swego i matkę swoją"! To samo obejmuje dziadków, pradziadków, innych naszych krewnych. Dobrze jest chodzić na groby przyjaciół i znajomych, którzy odeszli - bo okazujemy tym naszą miłość. Możemy przynosić kwiaty - to piękny wyraz pamięci. Ale nie potrzebują oni już naszych modlitw, bo nasze modlitwy  ani tzw. "westchnienia za duszę" nic im nie mogą pomóc. Jeśli za życia nie odpowiedzieli na wezwanie od Boga, to po śmierci już się nie mogą do Niego zbliżyć. Zbawienie dokonuje się tylko za życia! Nie wiem, czy powinniśmy zapalać znicze na grobach - mam co do tego pewne wątpliwości. Ma to bowiem źródła czysto pogańskie, by nie rzec: okultystyczne. Znicze wywodzą się z ogni palonych na grobach - miały one uniemożliwić upiorom i złym duchom wniknięcie do świata żywych, a duszom bliskich zmarłych wskazać i oświetlić drogę w "zaświaty". Każdy powinien sam spytać Boga, jak On to widzi - ja skłaniam się do przekonania, że zwyczaj ten powinniśmy odrzucić.

Gdy odchodzi ktoś nam bliski, bardzo trudno się nam z tym pogodzić. W pewnym sensie naturalne jest, że traktujemy go tak, jakby wciąż żył - bo żyje on w naszym umyśle i sercu. Nasza miłość często podtrzymuje te pozory. Bardzo niebezpieczne duchowo mogą być jednak próby podtrzymania tego złudzenia i próby traktowania zmarłych tak, jakby wciąż żyli. Chyba każdy z nas zna kogoś, kto chodzi na cmentarz i próbuje nad grobem "rozmawiać" ze swymi zmarłymi - mówić i pragnąć ich usłyszeć... Czasem słucham lub czytam o tym, że komuś śni się zmarła matka lub dziadek i odpowiada im, daje wskazówki dotyczące życia lub mówi o "tamtym świecie". To wielka duchowa pułapka. Bo nasi zmarli ani nas nie słyszą, ani nie widzą, ani nie są świadomi tego, co się z nami dzieje - oni po prostu trwają i czekają na koniec świata, by zmartwychwstać: jedni do życia wiecznego, inni na sąd. Jeśli próbujemy do nich mówić, źle robimy, a jeśli czujemy "ich obecność" i mamy próby kontaktu z ich strony, to trzeba być świadomym, że to pochodzi od diabła. Z powodu tego niebezpieczeństwa Słowo Boże przestrzega nas, byśmy nie szukali żadnego kontaktu ze zmarłymi! Relacje, jakie próbują podtrzymywać lub nawiązywać niektórzy ludzie - co widzimy na cmentarzach, co czasem słyszymy lub znamy z opowieści, to są zwyczaje czysto pogańskie, choć pozbawione okultystycznej otoczki.

Nie powinniśmy zapominać o zmarłych. Nawet nie wolno nam tego robić! Bo jeśli o kimś zapominamy, to znaczy, że nic dla nas nie znaczył. Nie musimy jednak także wciąż i wciąż chodzić na cmentarze - nie mamy takich zobowiązań, ale nie ma też zakazu i dobrze czynimy, jeśli dbamy o groby. Jednak zmarłym to nie jest potrzebne - zmarłemu jest najdoskonalej obojętne w jakim stanie jest jego grób! - i czynimy to bardziej dla siebie, jako wyraz naszych uczuć. Pilnujmy też naszego serca, by nasza miłość i tęsknota nie przerodziła się w pogańskie praktyki rozmawiania ze zmarłymi... To szczególnie trudne w chwili, gdy stajemy nad ich grobami!