czwartek, 25 października 2012

Pięćdziesiąt lat w Kościele rzymskim

Historię życia prezbiteriańskiego pastora, Charlesa Chiniquy (1809 - 1899) - byłego księdza katolickiego - znałem już od dawna w dość ogólnym zarysie. Jego świadectwo - obok wielu innych - pojawiło się w książce "Daleko od Rzymu..." Napisana przez niego książka "Pięćdziesiąt lat w Kościele rzymskim" jest pełnym, zaskakującym niezwykłą wprost szczegółowością, a przy tym wprost niezwykle interesującym opisem jego życiowej drogi do czasu opuszczenia Kościoła rzymskokatolickiego. W naszym kraju książka ukazała się w roku 2007, w niemal 150 lat od chwili jej napisania przez Chiniquy'ego.

Choć w naszym kraju niewielu o nim słyszało, ów Kanadyjczyk w XIX wieku był jednym z najbardziej znanych duchownych katolickich w Ameryce Północnej. Był "kaznodzieją przebudzeniowym" w łonie Kościoła katolickiego - z ogromną skutecznością nawoływał do abstynencji. Był jednak przede wszystkim człowiekiem, który nad wszystko inne umiłował Słowo Boże. Miłość tą wyniósł z rodzinnego domu, gdzie każdego dnia - wbrew... zakazom proboszcza - czytał i uczył się na pamięć całych fragmentów Biblii w języku francuskim. Miłość do Boga i Słowa Bożego sprawiły, że zapragnął bez reszty oddać się na Jego służbę i rozpoczął naukę w seminarium. Szybko jednak przekonał się, że jego miłość do Słowa Bożego, wcale nie jest tym, czego od niego się oczekuje - przez wszystkie lata seminaryjnej "formacji" w ogóle nie dawano studentom do rąk Biblii - nauczano wyłącznie doktryn katolickich, a na koniec zażądano od studentów przysięgi, że nigdy nie będą interpretować Biblii inaczej, niż zgodnie nauczają "Ojcowie Kościoła". Problem w tym, że - jak zauważa Chiniquy - owi "Ojcowie Kościoła" w niewielu kwestiach byli ze sobą zgodni, a studentom nigdy nie wyłożono należycie ich nauk i nie udostępniono ich pism!

Charles Chiniquy, autor książki
Chiniquy był bardzo gorliwym kapłanem - jednym z najlepszych, jakich miała Kanada. Swój Kościół miłował tak samo, jak Słowo Boże i przez wiele lat żył zaślepiony tą miłością i oddaniem. Opisuje "bez znieczulenia" duchową pustkę i wszelkie okropieństwa, jakie widział w Kościele katolickim - włącznie z pijaństwem i rozwiązłością seksualną duchowieństwa, zarówno zwykłych księży, jak i biskupów. Pokazuje nawet to, co działo się za murami klasztorów - sam, szukając lepszego życia i wierząc, że duchowieństwo zakonne prowadzi "święte życie", zupełnie inne niż księża diecezjalni, wstąpił do zakonu Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej i... przekonał się, że życie w klasztorach przesycone jest nieprawością. Podjął pracę w USA i tam przekonał się, jak niewielu księży jest naprawdę oddanych Bogu, czy w ogóle wierzących! Przekonał się jak wielka jest podłość "duchownych" i do jak ohydnych czynów i intryg są oni gotowi się posunąć - włącznie z biskupami! Ukoronowaniem opisu podłych knowań jest historia wojny secesyjnej i zamordowanie prezydenta Abrahama Lincolna (osobistego przyjaciela autora, często goszczącego go w Białym Domu!), za którymi - według jego słów - stali duchowni katoliccy, z papieżem włącznie. Wydaje się to być "teorią spiskową", lecz równocześnie pewne materiały zawarte w książce, jak sądzę, warte są przemyślenia - np. złożone pod przysięgą zeznania świadczące, że w jednym z katolickich ośrodków w Kanadzie, informację o mordzie podawano już na kilka godzin przed tym, gdy został dokonany. Opisy w książce Chiniquy'ego są tak porażające, że wobec Kościoła katolickiego nawet występki mieszkańców Sodomy i Gomory wydają się być... niewinnymi igraszkami.

Wydaje się, że jednak czasem autor posuwa się za daleko - pod adresem katolików padają słowa, które chyba nie do końca przemyślał i nie skonsultował ich z Bogiem w modlitwie. O ile wierzę w opisaną nieprawość księży, to jednak pojawiające się gdzieniegdzie obelgi pod adresem katolików - w tym określanie ich jako bezmyślnych idiotów - są dla mnie gorszące. Jestem jednak skłonny szukać dla nich wytłumaczenia w tym, że Charles Chiniquy doświadczył wiele zła ze strony katolików - włącznie z próbami zabicia go, o których wspomina w bardzo oszczędnych słowach (w ogóle bardzo mało pisze o prześladowaniach, jakich doświadczał - wyraźnie nie chcąc skupiać uwagi czytelnika na swojej osobie). Choć widzę słowa, których nigdy nie powinien był użyć, to jednak sądzę, że nie było w nim nienawiści, a jedynie wiele bolesnych, duchowych ran, które do końca życia się nie wygoiły. Rozczarowanie i cierpienia mają wielki wpływ na człowieka i nie zawsze łatwo jest sobie z tym poradzić - skoro tak stało się w życiu pastora Chiniquy winnego szukałbym w... Kościele katolickim, który stał się powodem rozczarowania i cierpień autora. Jeśli Chiniquy swymi słowami rani, to rzekłbym, że przeciwko Kościołowi katolickiemu obróciły się krzywdy, które ten Kościół wyrządził. Nie usprawiedliwiam tego, co mi się w książce Chiniquy'ego nie podoba - staram się jednak zrozumieć.

Całkowicie słusznie natomiast autor wielokrotnie przypomina autentyczne (!) nauki katolickie, które mogą budzić tylko odrazę. Wspomina pisma teologów katolickich pełne pogardy do tych wszystkich, którzy katolikami nie są, a nawet... zachęt do zabijania "heretyków", co miałoby być "zasługą dla Królestwa Niebieskiego". Wiele uwagi przykłada do nauk o podporządkowywaniu świata władzy papieży. Mówiąc krótko: z odwagą pisze o sprawach, które dziś są po cichutko "zamiatane pod dywan" i powszechnie udaje się, jakoby te nauki nigdy nie były głoszone i spisane. Dziś wspominanie o nich jest "takie nieekumeniczne" i - wiem to z własnego doświadczenia! - powoduje czasem gwałtowne reakcje katolików, z oskarżaniem przypominającego te dawne pisma o agresję i nienawiść do katolicyzmu, o szerzenie oszczerstw pod adresem "Kościoła Chrystusowego" (za jaki uważa się Kościół katolicki) włącznie. Tymczasem te nauki są dobrze udokumentowane i wiemy, że ani pastor Chiniquy, ani nikt inny nie wymyślili sobie tego!

Charles Chiniquy z rodziną - żona Eufemia (z domu Allard), córki Emma i Rebeka
W książce jest też zawartych wiele naprawdę ubogacających duchowo myśli i nawiązań do Biblii. Autor bardzo ciekawie odpowiada m.in. na niektóre twierdzenia i katolickie dogmaty wiary. Niektóre z jego przemyśleń są na tyle trafne i interesujące, że z pewnością umieszczę je tutaj na blogu, dla dobra ogółu, dla rozważania, lepszego i pełniejszego zrozumienia Słowa Bożego i duchowego wzrostu.

Jest to opowieść pełna bólu i duchowych rozterek... Czytelnik wraz z autorem przeżywa coraz większe rozczarowania i wraz z nim zadaje sobie pytanie: jak coś takiego jest możliwe w Kościele, który mieni się być Chrystusowym? Wielu katolików zapewne nie uwierzy w to, co opisuje Chiniquy, ale on występuje jako ŚWIADEK i choćby z tego powodu powinien być uważnie wysłuchany. Mam powody wierzyć w to, co pisze Chiniquy - choćby dlatego, że członkiem mojej rodziny był dość znany kapłan małopolski, i od mojej babci wiem, jak "chrześcijańskie" życie prowadzili księża także w XX wieku w Polsce! Wydaje się, że Kościół katolicki do naszych czasów bardzo się zmienił i oczyścił... Z drugiej jednak strony z opowieści Chiniquy'ego jasno wynika, że wszelki brud w Kościele katolickim jego czasów, był dość skutecznie skrywany przed wiernymi. Tak więc i dzisiaj może to wyglądać zupełnie inaczej, niż się nam wydaje, a skandale jakie od czasu do czasu wybuchają, mogą być "wierzchołkiem góry lodowej".

Ból i rozterki - tego jest pełne pierwszych... 500 stron tej książki. Ból i duchowe rozterki przebijają z większości ze stron tej książki, ale tak naprawdę jej tematem jest wielki tryumf Jezusa Chrystusa i Jego Świętej Ewangelii w życiu tego niezwykłego człowieka... Gdy postawiono mu warunek, że może być dalej kapłanem katolickim, jeśli zadeklaruje posłuszeństwo swemu biskupowi, odrzuciwszy Biblię, dotarło do niego Boże światło i oddał się całkowicie Bogu, a za nim poszli wszyscy ci, którym służył w założonej przez siebie - i za własne pieniędze - osadzie St. Anne. Gdy powrócił do domu, w sumie ponad 1000 osób dzięki jego posłudze w ciągu krótkiego spotkania - które zorganizował ze świadomością, że może być pożegnalnym - poszło za Chrystusem i przyjęło łaskę zbawienia! Wszyscy parafianie, którzy się zgromadzili - bez wyjątku! - poszli... nie, nie za nim, lecz wraz z nim za Chrystusem! W ciągu kilku dni 405 spośród 500 rodzin zamieszkujących St. Anne porzuciło Kościół rzymskokatolicki wraz ze swym byłym księdzem - powołując wspólnotę Chrześcijańskich Katolików - a kilka miesięcy później już zaledwie 15 rodzin deklarowało wierność Kościołowi papieskiemu! Przyczynił się do tego biskup, który kazał ks. Chiniquy wybierać między Biblią a Kościołem! Dwa lata później - w 1860 roku - wspólnota przyłączyła się do Kościoła prezbiteriańskiego i w jego ramach funkcjonuje do dziś.

Jedno z wczesnych wydań książki Charlesa Chiniquy z 1886 roku
To niewątpliwie jedna z bardziej kontrowersyjnych książek w mojej bibliotece, lecz równocześnie najbardziej poruszających. Lektura nie była łatwa - najzwyczajniej w świecie na tak opasłe tomisko trzeba wiele czasu! - i wywoływała skrajne emocje... Pod koniec jednak czułem w sercu wielkie, wielkie wzruszenie z powodu tego niezwykłego duchowego przebudzenia, jakiego dokonał Bóg pośród prostych farmerów - imigrantów z Kanady, osiadłych wraz ze swym Duszpasterzem w amerykańskim stanie Illinois. Trudno się czyta tak obszerne wspomnienia - w większości zadziwiające precyzją, wręcz szczegółowością wskazującą na to, że autor całe życie prowadził zapiski, które stały się potem zalążkiem tej książki. Ta szczegółowość dla niektórych może być nawet nużąca, ale przez to właśnie ksiażka ta jest tak niesamowitym dokumentem życia jej autora i realiów, w jakich przyszło mu egzystować. Ta trudna historia jednocześnie bardzo fascynuje.

Nie we wszystkim zgadzam się z tym, co napisał pastor Chiniquy, ale poprzez strony książki rozpoznaję w nim najpierw dobrego o gorliwego księdza katolickiego, a potem jeszcze lepszego i jeszcze gorliwszego Sługę Bożego, głoszącego z oddaniem czystą Ewangelię, choć z pewnością nie posiadającego jeszcze pełni światła!

Nie jest to jedyna książka tego autora. Napisał także m.in. "The priest, the woman and the confessional" oraz "Forty years in the Church of Christ". "Pięćdziesiąt lat ...." jest jednak pierwszą i jak dotąd jedyną, jaka została wydana także w naszym kraju. Wielka szkoda, że wydawca dotąd nie "poszedł za ciosem" i nie przekazał polskiemu czytelnikowi także "Forty years in the Church of Christ", która jest kontynuacją tego niezwykłego świadectwa wiary. Pozostaje mieć nadzieję, że i ta pozycja, i inne książki Charlesa Chiniquy, trafią w końcu także do rąk polskiego czytelnika.

1 komentarz:

  1. Gdy rozmawiam ze zwykłymi katolikami, to często pada argument, że to co było to przeszłość, ciemne wieki średniowiecza, a i protestanci (głównie chodzi o luteran) też swoje za uszami mają. Ktoś jednak zadał mi kiedyś dające do myślenia pytanie: jak sądzisz, w co tak naprawdę wierzą katolicy, gdy uczciwie popatrzą na historię swojego kościoła?
    Ja wiem jedno: rzymski katolicyzm i islam to jedyne religie we współczesnym świecie, które dążą do tego, żeby i duchowo, i politycznie, opanować cały świat. Różnica polega tylko na tym, że muzułmanie ze swoimi zamiarami wcale się nie kryją.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń