niedziela, 21 października 2012

Braterstwo na co dzień

"A gdy to usłyszeli, byli poruszeni do głębi i rzekli do Piotra i pozostałych apostołów: Co mamy czynić, mężowie bracia? A Piotr do nich: Upamiętajcie się i niechaj się każdy z was da ochrzcić w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie grzechów waszych, a otrzymacie dar Ducha Świętego. (...) Ci więc, którzy przyjęli słowo jego, zostali ochrzczeni i pozyskanych zostało owego dnia około trzech tysięcy dusz. I trwali w nauce apostolskiej i we wspólnocie, w łamaniu chleba i w modlitwach. A dusze wszystkich ogarnięte były bojaźnią, albowiem za sprawą apostołów działo się wiele cudów i znaków. Wszyscy zaś, którzy uwierzyli, byli razem i mieli wszystko wspólne, i sprzedawali posiadłości i mienie, i rozdzielali je wszystkim, jak komu było potrzeba. Codziennie też jednomyślnie uczęszczali do świątyni, a łamiąc chleb po domach, przyjmowali pokarm z weselem i w prostocie serca, chwaląc Boga i ciesząc się przychylnością całego ludu. Pan zaś codziennie pomnażał liczbę tych, którzy mieli być zbawieni" (Dzieje Apostolskie 2, 37 - 47) "A u tych wszystkich wierzących było jedno serce i jedna dusza i nikt z nich nie nazywał swoim tego, co posiadał, ale wszystko mieli wspólne. Apostołowie zaś składali z wielką mocą świadectwo o zmartwychwstaniu Pana Jezusa, a wielka łaska spoczywała na nich wszystkich. Nie było też między nimi nikogo, który by cierpiał niedostatek, ci bowiem, którzy posiadali ziemię albo domy, sprzedając je, przynosili pieniądze uzyskane ze sprzedaży i kładli u stóp apostołów; i wydzielano każdemu, ile komu było potrzeba. I tak, Józef, nazwany przez apostołów Barnabą, co się wykłada Syn Pocieszenia, lewita, rodem z Cypru, sprzedał rolę, którą posiadał, przyniósł pieniądze i złożył u stóp apostołów" (Dzieje Apostolskie 4, 32 - 37)
"Jesus people" - chrześcijańscy hipisi w jednym z
"Shiloh Youth Revival Centers" (prawdopodobnie koniec lat 60-tych)
Gdy wychodzimy na nabożeństwo, mówimy: "Idziemy do kościoła", a gdy kończy się nabożeństwo: "Idziemy do domu" - jako Kościół jesteśmy wspólnotą, ale daleko nam do tego Kościoła pierwotnego z jego radykalizmem. Bóg nigdzie nie mówi nam, że tak właśnie mamy czynić i apostołowie do tego nie nawoływali - wydaje się raczej, że był to ruch spontaniczny, który zaistniał z prostej potrzeby serca. Ci ludzie nie chodzili do kościoła i nie wracali do domu po nabożeństwach - oni BYLI Kościołem, i byli nim na co dzień, 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. I może to w jakimś stopniu także stanowiło siłę Kościoła - że jeden był obok drugiego, jeden drugiego wzmacniał, jeden nie był bogatszy od drugiego (majątek bowiem różnicuje ludzi, nawet jeśli bogaty jest bardzo pokorny i nie wywyższa się) - nikt nie żył w bogactwie, ale też nikt nie żył w nędzy. Więzy wewnątrz Kościoła zbliżone były do więzów rodzinnych. Wszystko mieli wspólne - z wyjątkiem kobiet - i, jak rozumiem, wspólnie też pracowali. 

Oczywiście to wcale nie znaczy, że był to jedyny model Kościoła i że wszędzie wyglądało to podobnie - bo tak naprawdę niewiele wiemy o strukturach pierwszych Kościołów. Nie znaczy to, że i my mamy tworzyć takie "komuny", lecz przyznam, że taka wizja Kościoła bardzo mi się podoba. Wspólne życie wokół Jezusa Chrystusa może być pięknym życiem, choć równocześnie twardą szkołą - przecież nawet przy naszych bardzo poluźnionychyh więzach, czasem trudno nam wytrzymać z bratem lub siostrą w wierze... Tylko zastanawiam się czy problem ten mamy pomimo poluźnionych więzów, czy właśnie z powodu tego poluźnienia więzów? Czy w ogóle nasze Kościoły przypominają dziś rodzinę? Bo Słowo Boże uczy nas, że mamy być braćmi i siostrami, a to są więzi czysto rodzinne! Czy nie żyjemy raczej obok siebie, niż "po bratersku"? A może warto było by odbudować takie relacje w Kościele, jakie znajdujemy na karatch Biblii? Pięknie - choć pewnie trudno - byłoby żyć RAZEM i BYĆ KOŚCIOŁEM na co dzień.

Taki wzorec wspólnoty chrześcijańskiej nie przetrwał zbyt długo - pewnie nie wyszedł poza granice czasowe I wieku, skoro we wczesnych pismach chrześcijańskich wzmianki o nim pojawiają się w formie czasu przeszłego. W niektórych z pism jest nawet widoczne pragnienie odbudowy i naśladowania. Częściowo według tego wzorca zorganizował się ruch monastyczny. W XX wieku bardzo dosłownie słowa te zrozumieli nawróceni hipisi, którzy w swej gorliwości - głównie w USA, ale też w innych zakątkach świata - zaczęli tworzyć "chrześcijańskie komuny", z których część, choć nie wiem jak wiele ich pozostało, działa do dzisiaj. W górach Ozark (USA) wspólnotę chyba zbliżoną do tego wzorca - lecz w odróżnieniu od innych, jakie wyłoniły się z ruchu "Jesus movement" będącą w łonie Kościoła katolickiego i zbliżoną do monastycyzmu franciszkańskiego - założył John Michael Talbot. Jest też cały ruch religijny - którego nazwy nie wymienię, gdyż niestety ich nauki i praktyki z czasem stały się bardzo kontrowersyjne - także wywodzący się z "Jesus movement", którego wszyscy członkowie żyją w takich "chrześcijańsko-hippisowskich komunach" (jeden z ich ośrodków na zdjęciu poniżej).

Ośrodek jednej z grup religijnych wywodzących się z "Jesus movement" - praktycznie będący małą wioską,
funkcjonujący na obszarze dawnego klasztoru

Zastanawiam się czy dziś wciąż potrafimy być "rodziną dzieci Bożych", skoro po nabożeństwie rozchodzimy się do swoich domów i właściwie do następnej niedzieli często "nic o sobie nie wiemy"? Czy potrafilibyśmy dziś kochać się tak bardzo, by nie móc bez siebie żyć, by chcieć żyć tak blisko siebie, jak zbór z biblijnego opisu? Czy potrafilibyśmy realizować braterstwo na co dzień - nie tylko w czasie nabożeństwa czy spotkania biblijnego - i dzielić ze sobą wszystko, i obdarzać innych? Czy mielibyśmy odwagę wyrzec się wszystkiego? Dziś taka wizja Kościoła może się zdawać wręcz... szaleństwem. Wydaje się być utopijna i być może taka jest - może zawsze taka była - ale w tym "szaleństwie" jest coś pięknego... FASCYNUJĄCO pięknego! Prawdopodobnie bardzo ciekawym doświadczeniem było by, gdybyśmy mogli cofnąć się w tamte czasy i poznać życie wspólnoty zorganizowanej według tego wzorca.

2 komentarze:

  1. A ja bardzo doceniam fakt, że wszędzie, na całym świecie, żyją moi bracia i siostry w Panu... Szczególnie budujący jest dla mnie blog jednej z nich, nawróconej Hinduski z Indii. Możesz go znaleźć u mnie w linkowni na samym dole, jako Yesu Garden. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wiam. :) I czuję to samo. Mi chodzi o to, że my na co dzień jesteśmy chyba od siebie zbyt oddaleni. Zastanawiam się, czy potrafilibyśmy żyć tak, jak w tym biblijnym opisie. W ogóle zastanawiam się czy mielibyśmy do siebie cierpliwość, czy potrafilibyśmy znosić się nawzajem w miłości - jak uczy nas Słowo Boże - jak długo byśmy ze sobą wytrzymali i... czy byśmy się nie pozabijali przypadkiem.

    OdpowiedzUsuń