środa, 31 października 2012

Ekumenizm... Fajnie, ale JAKI!?

Przyjaciółka z Ukrainy postawiła mi dziś dwa pytania: "Co myślisz o ekumenizmie? Czym jest dla ciebie zjednoczenie w Chrystusie?" Odpowiedź na nie potrzebna jej była do wykonania swojej pracy - potrzebowała wypowiedzi osób różnych wyznań. Ekumenizm to "temat - rzeka" i w zasadzie można by wiele godzin o nim rozmawiać. Trzeba jednak zacząć od tego, że ludzie wierzący używając jednego i tego samego słowa "ekumenizm" mogą mieć na myśli w gruncie rzeczy zupełnie co innego.

Dla jednych - przede wszystkim katolików - ekumenizm to często dążenie do rzeczywistej jedności religijnej, pod zwierzchnictwem papieża... Władze Kościoła katolickiego tak właśnie zdefiniowały ekumenizm: KKK 820 "Chrystus od początku użyczył (jedności) swemu Kościołowi; wierzymy, że ta jedność trwa nieutracalnie w Kościele katolickim i ufamy, że z dniem każdym wzrasta aż do skończenia wieków (Sobór Watykański II, dekret Unitatis redintegratio, 4)." KKK 822 "O przywrócenie jedności powinien troszczyć się "cały Kościół, zarówno wierni, jak i ich pasterze" (Sobór Watykański II, dekret Unitatis redintegratio, 5). Trzeba jednak mieć świadomość, że "ten święty plan pojednania wszystkich chrześcijan w jedności jednego i jedynego Kościoła Chrystusowego przekracza ludzkie siły i zdolności". Pius XI "Pracy nad jednością chrześcijan nie wolno popierać inaczej, jak tylko działaniem w tym duchu, by odszczepieńcy powrócili na łono jedynego, prawdziwego Kościoła Chrystusowego, od którego kiedyś, niestety, odpadli."

Obecnie widzimy działania tego modelu ekumenizmu w praktyce - przede wszystkim względem Kościoła anglikańskiego, z którego na skutek upadku moralnego stopniowo odchodzą mniejsze lub większe grupki wiernych oraz duchowni, natomiast Kościół katolicki zrobił wszystko, by wciągnąć ich w swoje struktury. Benedykt XVI powołał specjalny ordynariat dla byłych anglikanów - swoisty "magnes" - w którym mogą zachować wiele z tego, co wynieśli z Kościoła anglikańskiego. Podejrzewam, że gdyby podobny kryzys, jak w Kościele anglikańskim, nabrzmiał wśród baptystów czy zielonoświątkowców, szybko by powstał nowy ordynariat, gdzie starano by się przyciągnąć tych wszystkich, którzy we własnych Kościołach poczuliby się zagubieni, a na "przynętę" być może by dano, że przystępując tam można zachować np. chrzest tylko w wieku świadomym, czy niepraktykowanie kultu świętych, obrazów czy relikwii. 

Wizja ta jest związana z bardzo swoistą interpretacją fragmentu Biblii: "Mam i inne owce, które nie są z tej owczarni; również i te muszę przyprowadzić, i głosu mojego słuchać będą, i będzie jedna owczarnia i jeden pasterz." (Ewangelia Jana 10, 16). Chociaż z kontekstu wynika, że owczarnią ma być społeczność wszystkich zbawionych, którzy uwierzyli w Chrystusa, a pasterzem sam Chrystus, interpretacja jest taka, że owczarnią tą jest Kościół katolicki, do którego muszą powrócić wszystkie "owce" Chrystusa, i poddać się pod władzę pasterza - papieża. W relacji z przygotowań do Kongresu Eucharystycznego, który odbył się w 1997 roku we Wrocławiu, czytamy: "Wszyscy mówcy podkreślali konieczność prowadzenia ekumenicznego dialogu, który ma sprawić, by „nastała jedna owczarnia i jeden Pasterz" ("Gość Niedzielny" 11/1997), co wyraźnie zdradza interpretację jednoczenia tu i teraz, w jedynym widzialnym Kościele, a tymczasem opis ten ma zdecydowanie charakter eschatologiczny! Obawiam się, że dla hierarchii katolickiej ten werset z Ewangelii Jana stał się hasłem w działaniach, o które tak często oskarżany jest protestantyzm. Ja bardzo często słyszałem: "Protestanci uprawiają prozelityzm! Podbierają wiernych z Kościoła katolickiego!"

wtorek, 30 października 2012

Halloween - święto DIABŁA!

Przypomina mi się pewna scena ze znanego amerykańskiego filmu "Meet Me in St. Louis" ("Spotkamy się w St. Louis"), nakręconego w 1944 roku przez Vincenta Minelliego, z udziałem. m.in. niezapomnianej Judy Garland. Wieczór w typowym amerykańskim domu, za oknami już dawno zmrok, a tu dwie małe dziewczynki - młodsze siostry Estery (w tej roli Judy Garland), Agnes (Joan Caroll) i Tootsie (Margaret O'Brien) - przebierają się za szkaradne duchy i szykują do wyjścia z domu, by dołączyć do innych dzieci, które już bawią się na ulicy. Jest 31 października - Halloween. Na ulicy płonie wielkie ognisko, do którego dzieciaki dorzucają różne łatwopalne stare graty. Każde z dzieci przebrane. Ich zadaniem jest płatać figle nielubianym dorosłym. Tootsie postanawia wykazać się odwagą i spłatać figla państwu Braukoff, najbardziej znienawidzonym przez dzieci sąsiadom. Atmosfera tej sceny jest bardzo mroczna, lecz pokazuje wesołą, "nieszkodliwą" zabawę amerykańskich dzieci. Jeszcze łagodniejszy obraz tej irlandzko-amerykańskiej tradycji pokazują nam inne filmy.

Wesoła zabawa, niemal karnawał, atmosfera niesamowitości, "zabawnie straszane" stroje. Amerykańska propaganda w takiej formie zareklamowała nam Halloween i w takiej formie go przejmujemy, nie interesując się wcale tradycjami, z jakich wywodzi się to święto, nie pytając o znaczenie symboli i praktyk związanych z Halloween. A "święto" to tylko z pozoru jest zabawne i radosne, w rzeczywistości zaś ma charakter mroczny, okultystyczny - wręcz satanistyczny, można powiedzieć. Oczywiście większość naszego społeczeństwa się z tego śmieje, zaprzeczają temu także niekiedy tzw. "autorytety". Wskazuje się też czasem na powiązanie nazwy tego "święta" z katolicką uroczystością Wszystkich Świętych (słowo "Halloween" jest zbitką kilku słów - "All hallow's eve")

Aby się o tym przekonać musimy wpierw sięgnąć głęboko do historii - do czasów i wierzeń celtyckich z początków naszej ery.

Święto ku czci... pogańskiego bożka!
Początków "święta" Halloween" musimy szukać nie w Stanach Zjednoczonych, jak się dość powszechnie sądzi, ale w Europie - w Irlandii, Szkocji i na innych obszarach Starego Kontynentu, gdzie ok. V w. p.n.e. dotarli ekspansywni Celtowie, podbijając ziemie i przynosząc swoją kulturę, wierzenia i obrzędy (jako ciekawostkę warto podać, że dotarli oni także na tereny dzisiejszej Polski południowej). Ich religia była bardzo interesująca - w swoim trzonie był to kult natury: rzek, świętych drzew, ognia... Poszczególne plemiona miały ponadto przeróżne swoje lokalne bóstwa. Było jednak dwóch "bogów" wspólnych dla wszystkich Celtów. Muck Olla był "bogiem" słońca. Kult słoneczny wśród Celtów był bardzo ważny, jak niemal w każdej religii pierwotnej. To zupełnie naturalne - zdawano sobie bowiem sprawę z tego, że słońce umożliwi życie, że bez niego nie było by życia, więc utożsamiano je z tym co dobre i z samym życiem. Ale Celtowie znali także drugiego "boga" (a raczej demona, demiurga), będącego całkowitym przeciwieństwem Muck Olla. Bogiem tym był Samhein, który był panem świata zmarłych, bogiem śmierci - jego znakiem na nieboskłonie był księżyc.

Gdy ludzie bawią się w Boga

"Mężczyzna zbliżył się do swej żony Ewy. A ona poczęła i urodziła Kaina, i rzekła: Otrzymałam mężczyznę od Pana" (Księga Rodzaju 4, 1 - tłum. "Biblia Tysiąclecia") "To dzieci, którymi Bóg łaskawie obdarzył sługę twego" (Księga Rodzaju 33, 5) "Oto dzieci są darem Pana, Podarunkiem jest owoc łona" (Psalm 127, 3)
Tych kilka wersetów przychodzi mi do głowy, w związku z powracającą sprawą zapłodnienia "in vitro" - czyli mówiąc prościej zapłodnienia poza ciałem kobiety, tworzeniem dzieci w probówce... Kwestie życia stały się już dawno kartami w rękach politycznych graczy - i dziś, niestety, politycy wraz z naukowcami próbują brać życie w swoje ręce - zarówno kwestie narodzin (in vitro), jak i śmierci (aborcja, eutanazja). Można przy tym zaobserwować zadziwiająca hipokryzję - niech mnie ktoś poprawi, jeśli się mylę, ale zarówno za aborcją, jak i in vitro optują ci, którzy są bardziej "na lewo" sceny politycznej! W swoim zakłamaniu potrafią oni nawet twierdzić, że to oni są "obrońcami życia", bo "troszczą się o kobiety", chcąc dla nich prawa do aborcji i walczą o prawo do (tworzenia) życia, a "ciemnogród" chce krzywdy i zniewolenia kobiet i jest przeciwko życiu, bo podnosi głos przeciwko aborcji. W dodatku mówi się o "postępie medycyny", który próbują zastopować "zacofani" chrześcijanie. Trudno mi widzieć w tym co innego, jak tylko szatańską, kłamliwą propagandę - gorszą od gebbelsowskiej!

Jestem przeciwnikiem "in vitro", gdyż jestem chrześcijaninem i wierzę, że każde życie pochodzi od Boga - tylko Bóg ma prawo do życia powoływać (dlatego nie zgadzam się na "in vitro") i tylko Bóg ma prawo życie odebrać (stąd sprzeciw wobec aborcji i eutanazji). To, co my możemy i powinniśmy, to przyjąć wolę Pana. Wszelkie manipulowanie wokół życia jest przejawem buntu wobec Boga, próbą odebrania z rąk Boga sterów naszego życia. W "Modlitwie Pańskiej", której nauczył nas Jezus Chrystus są słowa: "Bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi" a niektórzy pokorni ludzie dopowiadają: "Bądź wola Twoja, a nie moja..." "Bądź wola Twoja" oznacza: "Niech się dzieje tak, jak TY chcesz! To Ty jesteś Panem i Ty masz prawo o wszystkim decydować!" Zarówno "in vitro", jak i aborcja są przeciwieństwem tej postawy, o której mówią te słowa modlitwy. Opierają się one na: "Bądź wola MOJA! Ja tego chcę!"

poniedziałek, 29 października 2012

Ewangelizacja a antropologia kulturowa

"I rzekł im: Idąc na cały świat, głoście ewangelię wszystkiemu stworzeniu. Kto uwierzy i ochrzczony zostanie, będzie zbawiony, ale kto nie uwierzy, będzie potępiony." (Ewangelia Marka 16, 15 - 16)
Pewien pastor z Brazylii żalił się kilka lat temu, będąc w Polsce, że pragną ewangelizować Indian w jednym z rezerwatów. Misjonarze jednak nie mogą tam wejść, gdyż rząd Brazylii objął zamieszujących tam Indian opieką, by jak najmniej stykali się z przedstawicielami innych "ras", Nade wszystko zaś postanowiono chronić ich unikalną kulturę, w tym także religię i próba głoszenia Ewangelii wśród nich oznacza wielkie problemy z prawem. Na szczęście jednak nikt nie broni, by do rezerwatu wchodzili ich pobratymcy - także i ci, którzy uwierzyli w Chrystusa. I tam, gdzie nie mogą dotrzeć misjonarze o białej lub czarnej skórze, idą misjonarze indiańscy, by swym braciom głosić Dobrą Nowinę. Diabłu nie udało się zatrzymać misji, do której zobowiązał nas Chrystus!

W Ekwadorze żyje plemię Woarani, które jeszcze pół wieku temu żyło "w epoce kamiennej". W ciągu pół wieku udało się osiągnąć tyle, że co dziesiąty Waorani jest dziś ewangelicznie wierzącym chrześcijaninem, a plemię to nie stanowi już zagrożenia ani dla sąsiadów, ani dla "obcych". Antropolodzy zaś ubolewają nad "upadkiem" kultury Waorani i "destrukcją" ich dotychczasowych - tak dla nich cennych z punktu widzenia naukowego - form życia społecznego. Boleją nad tym, że głosząc chrześcijaństwo misjonarze mieli wpływ na zmiany społeczne: odejście od poligamii, porzucenie przemocy, porzucenie pewnych form kulturowych związanych z pogaństwem - śpiewów i tańców pogańskich - otwarcie na innych, itp. 

John Eliot (ok. 1604 - 1690) - purytański misjonarz wśród Indian

Podejrzewam, że gdyby to od antropologów kulturowych zależało, to cały świat chcieliby objąć zakazem prowadzenia działalności misyjnej. Owszem, prace badawcze, poznawanie kultur, to wspaniała działalność, godna poparcia. Naukowcy chyba jednak zapomnieli, że mają do czynienia z ludźmi, a nie zwierzętami. Nie wolno ich zamykać, izolować. Przede wszystkim jednak trzeba pamiętać o tym, że w odróżnieniu od zwierząt ludzie mają wyższe uczucia, wyższe potrzeby i... DUSZĘ. Duszę! I że ludziom potrzeba Boga, że ludzie potrzebują Zbawiciela. Jednym z podstawowych, gwarantowanych praw każdego człowieka powinna być możliwość poznania Boga i Słowa Bożego! A dawne zwyczaje - jeśli nie da się ich pogodzić z chrześcijaństwem - powinny przemijać.

Antropolog kulturowy może boleć nad tym, że jakieś zwyczaje przemijają, że pewne pieśni i tańce, pewne obrzędy odchodzą w przeszłość, że życie tych ludzi się zmienia. Jego prawo! Nie ma jednak prawa się temu przeciwstawiać, ani tworzyć praw blokujących głoszenie Ewangelii. Każdy człowiek bowiem ma prawo do życia wiecznego, a nie może go osiągnać bez Chrystusa! Każdy, czyli także ten, którego kulturę i wierzenia on - jako antropolog kultury (lub etnigraf) - uznaje za cenne i koniecznie chciałby je zachować na wieki niezmienne. Ten, kto walczy z ewangelizacją, przeciwstawia się jej, lub potępia głoszenie Ewangelii, w gruncie rzeczy walczy z Bogiem, a więc aktywnie działa w armii diabła.

Jezus powiedział: "Głoście Ewangelię"... Badania kulturowe są bardzo ważne. Także dla celów szerzenia Ewangelii! Misjonarz mający wiedzę o kulturze ludu, któremu zwiastuje Ewangelię - o jego zwyczajach, sposobie postrzegania świata, mentalności - ma tym samym w ręce często potężne i wielce użyteczne narzędzie. Tak naprawdę nawet trudno sobie bez tego wyobrazić działalność misyjną! To, co w danej kulturze dobre i wartościowe, należy zachować, ale nadrzędnym celem jest poprowadzenie tych ludzi do Boga. Jeśli ich zwyczaje stanowią przeszkodę, to nie ma innego wyjścia, jak tylko zburzyć je - i nie oglądać się na to, co o tym myślą badacze. Pogańskie wierzenia - ze wszystkimi ich przejawami - i wszystko, co z nimi powiązane, musi być usunięte. Wszystko, co nie podoba się Bogu, musi być usuwane niczym chwast!

Zwyczaje ludzi nie są ważniejsi niż oni sami. Obyczaje, normy społeczne, wierzenia religijne wcale nie są ważne, jeśli w grę wchodzi przywrócenie więzi z Bogiem i zbawienie. Misjonarze nie mogą się na to oglądać - warto jednak, by rejestrowali dokładnie to, co zastają. I.... czyż tego nie czynią? Ileż cennych informacji kulturowych - o życiu ludów, do których posłał ich Pan - pochodzi właśnie od misjonarzy! To, co dobre i wartościowe - co da się pogodzić z Biblią - jest przez nich zachowywane. Nie możemy pozwolić, by roszczenia naukowców zatrzymywały dzieło, którego wykonanie jest nakazem danym od Boga! Nie możemy się oglądać na nich, ani na to, co zdążyli zbadać i udokumentować, bo my nie mamy na to czasu. Nie możemy zważać na ich protesty, a zakazy, które próbują stawiać, też nie mogą nas powstrzymywać!

niedziela, 28 października 2012

Fundament czy galareta?

Jedna z chrześcijańskich zasad to: "Sola scriptura" - "Tylko Słowo"... BOŻE Słowo - Biblia. To, oczywiście, wcale nie znaczy, że mamy się ograniczyć tylko do Biblii i nie przyjmować do wiadomości niczego co otrzymujemy spoza niej, ale to ona ma być dla nas fundamentem. Czasem słyszę: "Ale przecież Biblii kiedyś nie było. pierwsi chrześcijanie nie mieli nawet Nowego Testamentu". To prawda, ale mieli apostołów, którzy wiernie przekazywali słowa Jezusa, a potem spisali niezbędne nam nauki - myślę, że dla uporządkowania nauczania w zborach, a także dla zachowania tych nauk. Stary Testament też nie powstał od razu, ale Bóg dawał proroków, a nauki były zapamiętywane i wiernie powtarzane - słowo po słowie - do czasu spisania.

Czasem niektórzy próbują mnie przekonać, że Słowo Boże jest nie tylko w Biblii, skoro Kościół funkcjonował też "bez Biblii", skoro nauki Chrystusa nie były jeszcze spisane, a Kościół rozwijał się - takim tłumaczeniem próbuje się wprowadzać zamęt do Kościoła, nauki czasem sprzeczne z tym, co mamy w Biblii, a także nazywane "Słowem Bożym" i "tradycją apostolską". "Biblia nie mówi nam wszystkiego!" - twierdzą. Ale... dlaczego ja mam im wierzyć? Inni - a czasem ci sami - mówią: "Nie wszystko, co jest zapisane w Biblii można rozumieć dosłownie!" I odrzuca się praktycznie całą Księgę Rodzaju, nie zważając na to, że wielokrotnie odwoływali się do niej apostołowie i sam Jezus, traktując ją najbardziej dosłownie. Jeszcze inni mówią: "Pewne fragmenty z Biblii należy rozumieć bardziej dosłownie, a wówczas widać wyraźnie ...." ....np. że Biblia mówi o kosmitach odwiedzających Ziemię. Jeśli mam wierzyć w pozabiblijne "tradycje" i kwestionować Księgę Rodzaju, bo nie zgadza się z tym, co głosi część (!) naukowców, którzy wyznają ewolucjonizm, to tak naprawdę równie dobrze mogę przyjąć także "nowe objawienie" płynące od Ericha von Dänikena i innych "proroków new age"!

Ludzkie filozofie rodzą się, zmieniają i upadają... Nawet to, co nazywa się w Kościele katolickim "tradycją apostolską", "nauczaniem apostolskim" ulegało na przestrzeni wieków ciągłym przemianom - jeśli kto nie wierzy, niech poczyta choćby teologiczne traktaty sprzed wieków - spisane przez ludzi nazywanych przez katolików "Ojcami Kościoła" i "Doktorami Kościoła". Nieustannie zmienia się także to, co głoszą ewolucjoniści - i wierzący i niewierzący. A Słowo Boga się nie zmienia! Tylko jeśli przyjmiemy Słowo Boże jako prawdę i nie będziemy nic do niego dodawać, ani odejmować, nie będziemy się starali dostosowywać go do zmiennych ludzkich filozofii - religijnych bądź naukowych - może ono być dla nas solidnym fundamentem. Jeśli będziemy w nie wstrzykiwać ludzką filozofię, będzie ono jak... galareta! A galareta nie może stanowić podstawy pod cokolwiek! 
"Całe Pismo przez Boga jest natchnione i pożyteczne do nauki, do wykrywania błędów, do poprawy, do wychowywania w sprawiedliwości, aby człowiek Boży był doskonały, do wszelkiego dobrego dzieła przygotowany" (2. List do Tymoteusza 3, 16), "Ale choćbyśmy nawet my albo anioł z nieba zwiastował wam ewangelię odmienną od tej, którą myśmy wam zwiastowali, niech będzie przeklęty! Jak powiedzieliśmy przedtem, tak i teraz znowu mówię: Jeśli wam ktoś zwiastuje ewangelię odmienną od tej, którą przyjęliście, niech będzie przeklęty!" (List do Galatów 1, 8 - 9), "Weźcie też hełm wybawienia i miecz ducha, to jest słowo Boże..." (List do Efezjan 6, 17), "Poświęć ich w prawdzie twojej; słowo twoje jest prawdą" (Ewangelia Jana 17, 17)
Trzeba nam za Jezusem powiedzieć Bogu: "Słowo Twoje jest PRAWDĄ!" i przyjąć je jako PRAWDĘ - w całości i wyłącznie! - w swoim życiu. Gdy ktoś coś próbuje do Biblii dodawać, odejmować lub przeinterpretowywać, jest to już INNA Biblia - to już nie jest to samo Słowo, które dał nam Bóg! To już jest "inna Ewangelia", bo choć Ewangelia to nauki Nowego Przymierza (Nowego Testamentu), to nie można ich wziąc osobno, w oderwaniu od reszty Biblii. Skoro Słowo Boga jest PRAWDĄ, to przymujmy je w całości i takim, jakie jest.

sobota, 27 października 2012

Zużyć się w rękach Boga

"Misjonarze nieustannie stoją w obliczu zużywalności, a ludzie, którzy nie znają naszego Pana, pytają, dlaczego marnujemy swoje życie jako misjonarze, Zapominają, że oni także zużywają swoje życie. Zapominają, że gdy ich życie się wyczerpie i bańka pęknie, nie będą mieli niczego o wiecznej wartości, co mogliby zyskać w latach, które zmarnowali. Ale niektórzy mogą spytać, czy nie jest to zbyt wielka cena do zapłacenia. Gdy misjonarze zastanawiają się nad sobą - nad swoim życiem przed Bogiem - uznają siebie za możliwych do 'zużycia'. I czy to samo nie jest prawdą w naszym osobistym życiu jako chrześcijan? Czy cena ta nie jest w rzeczywistości mała w świetle nieskończonej miłości Boga? Ci, którzy znają radość płynącą z przyprowadzenia nieznajomej osoby do Chrystusa i ci, którzy poszli do plemion, które nigdy nie słyszały Ewangelii, chętnie uznają się za możliwych do 'zużycia'."
(Nate Saint, misjonarz i męczennik za wiarę)
"Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie.  Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki" (Ewangelia Jana 11, 25 - 26 - tłum. "Biblia Tysiąclecia"). "Bo kto by chciał życie swoje zachować, utraci je, a kto by utracił życie swoje dla mnie, odnajdzie je" (Ewangelia Mateusza 16, 25).
Dla wielu, wielu ludzi już samo mówienie o Bogu jest "marnowaniem czasu" - bo im się zdaje, że Bóg nie istnieje, a mówienie o czymś / o kimś nie istniejącym wydaje się być jeszcze bardziej bezużyteczne, niż namiętne oglądanie każdego odcinka "Mody na sukces" czy "M jak miłość". Jeśli "Boga nie ma", to nie ma sensu o Nim rozmawiać, a już wyjazd gdzieś daleko i poświęcenie wielu lat, lub nawet całego życia na pracę misyjną, staje się automatycznie szczytem głupoty. Ale BÓG JEST i milionkroć dał nam, ludziom, dowody swego istnienia. A to oznacza, że ci, którzy dziś oddają wszystko i idą za Panem przy końcu świata otrzymają wielką nagrodę, a ci, którzy dziś z politowaniem kiwają nad nimi głowami, okażą się... głupcami, którzy zmarnowali swoje życie doczesne i zaprzepaścili wieczne - duchowymi bankrutami, w dodatku obciążonymi długiem swych win.

"...a kto straci swoje życie z mego powodu..." - tu Pan nasz mówi o tych, o których Nate mówi jako o tych, którzy pozwolili się 'zużyć' w Bożych rękach, w Bożej służbie. Zauważmy bowiem, że słowa te mogą być odniesione zarówno do męczeńskiej śmierci za wiarę, jak i do "ukrzyżowania samych siebie", czyli całkowitego oddania się Bogu. Czyż nie tak właśnie powinno być z każdym chrześcijaninem? I nie trzeba wcale wyjeżdżać w dalekie kraje, gdzieś do buszu lub dżungli amazońskiej (tam nota bene poniósł śmierć Nate Saint). Trzeba spytać Boga, gdzie On ciebie widzi, gdzie On chciałby ciebie... zużyć!

piątek, 26 października 2012

Chleb i wino

"I wziąwszy chleb, i podziękowawszy, łamał i dawał im, mówiąc: To jest ciało moje, które się za was daje; to czyńcie na pamiątkę moją. Podobnie i kielich, gdy było po wieczerzy, mówiąc: Ten kielich, to nowe przymierze we krwi mojej, która się za was wylewa." (Ewangelia Łukasza 22, 19 - 20)
Tak dobrze znany fragment... Warto się jednak zastanowić dlaczego akurat chleb i wino. Chleb - Jezus nauczył nas modlić się: "Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj..." Potrzebujemy chleba każdego dnia, by żyć. Wino - również i bez niego, przynajmniej w czasach Jezusa, trudno było sobie wyobrazić dzień. Pijano różne rodzaje win, w większości,o ile mi wiadomo, bardzo słabe. Wino - to jednak synonim szlachetności. Jezus polecił nam sprawować "pamiątkę Wieczerzy" - spożywać chleb i pić wino - co Kościoły zachowują z różną częstotliwością. Ale zastanawiam się, czy przypadkiem symbole te nie mają tego znaczenia, że... potrzebujemy Go na co dzień, że codzienna społeczność z Nim jest dla nas niezbędna? Jezus chce być naszym "codziennym chlebem"... Wydaje się, że pierwsi chrześcijanie sprawowali pamiątkę bardzo często - może nawet przy każdej okazji, może codziennie.  Dobrze by było, żebyśmy my też w naszych społecznościach sprawowali ją jak najczęściej - o ile się dobrze orientuję niektóre zbory praktykują to co tydzień - ale najważniejsze dla nas to... PO PROSTU Z JEZUSEM ŻYĆ!

czwartek, 25 października 2012

Pięćdziesiąt lat w Kościele rzymskim

Historię życia prezbiteriańskiego pastora, Charlesa Chiniquy (1809 - 1899) - byłego księdza katolickiego - znałem już od dawna w dość ogólnym zarysie. Jego świadectwo - obok wielu innych - pojawiło się w książce "Daleko od Rzymu..." Napisana przez niego książka "Pięćdziesiąt lat w Kościele rzymskim" jest pełnym, zaskakującym niezwykłą wprost szczegółowością, a przy tym wprost niezwykle interesującym opisem jego życiowej drogi do czasu opuszczenia Kościoła rzymskokatolickiego. W naszym kraju książka ukazała się w roku 2007, w niemal 150 lat od chwili jej napisania przez Chiniquy'ego.

Choć w naszym kraju niewielu o nim słyszało, ów Kanadyjczyk w XIX wieku był jednym z najbardziej znanych duchownych katolickich w Ameryce Północnej. Był "kaznodzieją przebudzeniowym" w łonie Kościoła katolickiego - z ogromną skutecznością nawoływał do abstynencji. Był jednak przede wszystkim człowiekiem, który nad wszystko inne umiłował Słowo Boże. Miłość tą wyniósł z rodzinnego domu, gdzie każdego dnia - wbrew... zakazom proboszcza - czytał i uczył się na pamięć całych fragmentów Biblii w języku francuskim. Miłość do Boga i Słowa Bożego sprawiły, że zapragnął bez reszty oddać się na Jego służbę i rozpoczął naukę w seminarium. Szybko jednak przekonał się, że jego miłość do Słowa Bożego, wcale nie jest tym, czego od niego się oczekuje - przez wszystkie lata seminaryjnej "formacji" w ogóle nie dawano studentom do rąk Biblii - nauczano wyłącznie doktryn katolickich, a na koniec zażądano od studentów przysięgi, że nigdy nie będą interpretować Biblii inaczej, niż zgodnie nauczają "Ojcowie Kościoła". Problem w tym, że - jak zauważa Chiniquy - owi "Ojcowie Kościoła" w niewielu kwestiach byli ze sobą zgodni, a studentom nigdy nie wyłożono należycie ich nauk i nie udostępniono ich pism!

Charles Chiniquy, autor książki
Chiniquy był bardzo gorliwym kapłanem - jednym z najlepszych, jakich miała Kanada. Swój Kościół miłował tak samo, jak Słowo Boże i przez wiele lat żył zaślepiony tą miłością i oddaniem. Opisuje "bez znieczulenia" duchową pustkę i wszelkie okropieństwa, jakie widział w Kościele katolickim - włącznie z pijaństwem i rozwiązłością seksualną duchowieństwa, zarówno zwykłych księży, jak i biskupów. Pokazuje nawet to, co działo się za murami klasztorów - sam, szukając lepszego życia i wierząc, że duchowieństwo zakonne prowadzi "święte życie", zupełnie inne niż księża diecezjalni, wstąpił do zakonu Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej i... przekonał się, że życie w klasztorach przesycone jest nieprawością. Podjął pracę w USA i tam przekonał się, jak niewielu księży jest naprawdę oddanych Bogu, czy w ogóle wierzących! Przekonał się jak wielka jest podłość "duchownych" i do jak ohydnych czynów i intryg są oni gotowi się posunąć - włącznie z biskupami! Ukoronowaniem opisu podłych knowań jest historia wojny secesyjnej i zamordowanie prezydenta Abrahama Lincolna (osobistego przyjaciela autora, często goszczącego go w Białym Domu!), za którymi - według jego słów - stali duchowni katoliccy, z papieżem włącznie. Wydaje się to być "teorią spiskową", lecz równocześnie pewne materiały zawarte w książce, jak sądzę, warte są przemyślenia - np. złożone pod przysięgą zeznania świadczące, że w jednym z katolickich ośrodków w Kanadzie, informację o mordzie podawano już na kilka godzin przed tym, gdy został dokonany. Opisy w książce Chiniquy'ego są tak porażające, że wobec Kościoła katolickiego nawet występki mieszkańców Sodomy i Gomory wydają się być... niewinnymi igraszkami.

środa, 24 października 2012

Kiedy człowiek staje się człowiekiem?

Wracam do kwestii aborcji, o której niedawno pisałem w tekście "Nie!... i już" Wracam do tej sprawy, ponieważ w ostatnim czasie na Facebooku - na stronach obrońców życia - pojawiło się kilka grafik, których wymowa jest wprost niesamowita. Oto trzy najlepsze - moim zdaniem - z nich:



Słowo Boże mówi: "Nie zabijaj!" (2. Księga Mojżeszowa 20, 13)  Wierzę w to, że pewnie nikt z tych, co nawołują do "prawa kobiety do brzucha" nie wyjąłby noża i nie zabił dziecka, które bawi się na podwórku.  Pewnie by nie odważyliby się na to też "lekarze" dokonujący aborcji, ani nikt z asystującego im personelu. Na samą myśl o tym pewnie wzdrygnęliby się politycy optujący za aborcją. Oni przecież "nie skrzywdzili by dziecka"! Dlatego istotkę rosnącą w ciele kobiety nigdy nie nazwą dzieckiem, lecz płodem, bo tylko wówczas można mówić o "usuwaniu płodu", a nie zabijaniu dziecka nienarodzonego! 

Kiedy więc istota przestaje być płodem, a staje się człowiekiem? Na to pytanie jakoś nikt ze zwolenników aborcji nie znalazł jednoznacznej odpowiedzi. Gdy przybiera ludzki kształt? Gdy zaczyna bić serce? Gdy  mogłoby już ono przeżyć samo poza organizmem matki? Zdaniem niektórych "płód" można usunąć nawet pod sam koniec ciąży! Przerażające jest to, że za aborcją opowiadają się także niektórzy "wierzący" i "wierzący" nazywają dziecko "płodem" i dyskutują o tym, do kiedy można wykonać "zabieg"! Czasem słyszę: "Biblia mówi: 'Nie zabijaj!' ale to dotyczy tych, którzy już się urodzili - nie ma zakazu 'spędzenia płodu'!" Słowo Boże mówi: "Nie zabijaj!" ale też jasno mówi o tym, że ta istota, którą nazywa się dla uciszenia własnego sumienia "płodem", jest po prostu człowiekiem.
"A Maria wybrała się w onych dniach w drogę i udała się śpiesznie do górskiej krainy, do miasta judzkiego, i weszła do domu Zachariasza, i pozdrowiła Elżbietę. A gdy Elżbieta usłyszała pozdrowienie Marii, poruszyło się dzieciątko w jej łonie, i Elżbieta napełniona została Duchem Świętym, i zawołała donośnym głosem i rzekła: Błogosławionaś ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota twego. A skądże mi to, że matka mojego Pana przyszła do mnie? Bo oto, gdy dotarł do uszu moich głos pozdrowienia twego, poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie." (Ewangelia Łukasza 1, 39 - 44)
I w tym momencie jakakolwiek dyskusja o tym kiedy człowiek staje się człowiekiem traci jakikolwiek sens -  bo Słowo Boże mówi nam wyraźnie, że jest nim od momentu poczęcia. Tyle, że ten pierwszy etap jest "budową domu dla duszy" - czasem formowania się ciała. Psalmista tak o tym mówi:
"Ty bowiem utworzyłeś moje nerki, Ty utkałeś mnie w łonie mej matkiDziękuję Ci, że mnie stworzyłeś tak cudownie, godne podziwu są Twoje dzieła. I dobrze znasz moją duszę..." (Psalm 139, 13 - 14 - tłum. "Biblia Tysiąclecia")
Aborcja jest więc nie tylko grzechem, ale czynnym zwróceniem się przeciwko Bogu i jego dziełu! Słowo Boże mówi nam niewiele o tym etapie życia, lecz za to tak wyraźnie, że wszelkie dyskusje na ten temat po prostu tracą sens!

niedziela, 21 października 2012

Braterstwo na co dzień

"A gdy to usłyszeli, byli poruszeni do głębi i rzekli do Piotra i pozostałych apostołów: Co mamy czynić, mężowie bracia? A Piotr do nich: Upamiętajcie się i niechaj się każdy z was da ochrzcić w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie grzechów waszych, a otrzymacie dar Ducha Świętego. (...) Ci więc, którzy przyjęli słowo jego, zostali ochrzczeni i pozyskanych zostało owego dnia około trzech tysięcy dusz. I trwali w nauce apostolskiej i we wspólnocie, w łamaniu chleba i w modlitwach. A dusze wszystkich ogarnięte były bojaźnią, albowiem za sprawą apostołów działo się wiele cudów i znaków. Wszyscy zaś, którzy uwierzyli, byli razem i mieli wszystko wspólne, i sprzedawali posiadłości i mienie, i rozdzielali je wszystkim, jak komu było potrzeba. Codziennie też jednomyślnie uczęszczali do świątyni, a łamiąc chleb po domach, przyjmowali pokarm z weselem i w prostocie serca, chwaląc Boga i ciesząc się przychylnością całego ludu. Pan zaś codziennie pomnażał liczbę tych, którzy mieli być zbawieni" (Dzieje Apostolskie 2, 37 - 47) "A u tych wszystkich wierzących było jedno serce i jedna dusza i nikt z nich nie nazywał swoim tego, co posiadał, ale wszystko mieli wspólne. Apostołowie zaś składali z wielką mocą świadectwo o zmartwychwstaniu Pana Jezusa, a wielka łaska spoczywała na nich wszystkich. Nie było też między nimi nikogo, który by cierpiał niedostatek, ci bowiem, którzy posiadali ziemię albo domy, sprzedając je, przynosili pieniądze uzyskane ze sprzedaży i kładli u stóp apostołów; i wydzielano każdemu, ile komu było potrzeba. I tak, Józef, nazwany przez apostołów Barnabą, co się wykłada Syn Pocieszenia, lewita, rodem z Cypru, sprzedał rolę, którą posiadał, przyniósł pieniądze i złożył u stóp apostołów" (Dzieje Apostolskie 4, 32 - 37)
"Jesus people" - chrześcijańscy hipisi w jednym z
"Shiloh Youth Revival Centers" (prawdopodobnie koniec lat 60-tych)
Gdy wychodzimy na nabożeństwo, mówimy: "Idziemy do kościoła", a gdy kończy się nabożeństwo: "Idziemy do domu" - jako Kościół jesteśmy wspólnotą, ale daleko nam do tego Kościoła pierwotnego z jego radykalizmem. Bóg nigdzie nie mówi nam, że tak właśnie mamy czynić i apostołowie do tego nie nawoływali - wydaje się raczej, że był to ruch spontaniczny, który zaistniał z prostej potrzeby serca. Ci ludzie nie chodzili do kościoła i nie wracali do domu po nabożeństwach - oni BYLI Kościołem, i byli nim na co dzień, 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. I może to w jakimś stopniu także stanowiło siłę Kościoła - że jeden był obok drugiego, jeden drugiego wzmacniał, jeden nie był bogatszy od drugiego (majątek bowiem różnicuje ludzi, nawet jeśli bogaty jest bardzo pokorny i nie wywyższa się) - nikt nie żył w bogactwie, ale też nikt nie żył w nędzy. Więzy wewnątrz Kościoła zbliżone były do więzów rodzinnych. Wszystko mieli wspólne - z wyjątkiem kobiet - i, jak rozumiem, wspólnie też pracowali. 

Oczywiście to wcale nie znaczy, że był to jedyny model Kościoła i że wszędzie wyglądało to podobnie - bo tak naprawdę niewiele wiemy o strukturach pierwszych Kościołów. Nie znaczy to, że i my mamy tworzyć takie "komuny", lecz przyznam, że taka wizja Kościoła bardzo mi się podoba. Wspólne życie wokół Jezusa Chrystusa może być pięknym życiem, choć równocześnie twardą szkołą - przecież nawet przy naszych bardzo poluźnionychyh więzach, czasem trudno nam wytrzymać z bratem lub siostrą w wierze... Tylko zastanawiam się czy problem ten mamy pomimo poluźnionych więzów, czy właśnie z powodu tego poluźnienia więzów? Czy w ogóle nasze Kościoły przypominają dziś rodzinę? Bo Słowo Boże uczy nas, że mamy być braćmi i siostrami, a to są więzi czysto rodzinne! Czy nie żyjemy raczej obok siebie, niż "po bratersku"? A może warto było by odbudować takie relacje w Kościele, jakie znajdujemy na karatch Biblii? Pięknie - choć pewnie trudno - byłoby żyć RAZEM i BYĆ KOŚCIOŁEM na co dzień.

Dary

"Czego chcesz od nas, Panie za Twe hojne dary?
Czego za dobrodziejstwa, którym niemasz miary?"
(Jan Kochanowski)

Nieustannie zadziwia mnie to, jak bardzo jesteśmy obdarowani przez Boga. Dary, jakie od Niego otrzymaliśmy są różnorakie, ale chyba najbardziej spektakularnym jest dar twórczej wyobraźni.

Gdy spoglądam na dzieła wybitnych malarzy, czy rzeźbiarzy, podziwiam ich kunszt... Ale te dzieła nigdy by nie powstały, gdyby nie otrzymali swego talentu i wyobraźni od Boga! Nawet jeśli oni sami są niewierzący - Bóg ich hojnie obdarzył. Tak samo w muzyce... Kto zliczy wszystko, co grają ludzie? Chodzi mi o muzykę wszystkich wieków. Nie jesteśmy w stanie nawet w przybliżeniu określić liczby utworów, jakie powstały! A przecież wciąż i wciąż powstają nowe. A wiersze? Każdego dnia przybywa tak wiele wierszy - i znanych poetów i "domowych wierszokletów"! A książki? A fotografie artystyczne? Mam znajomą w Holandii, która tworzy przepiękne szklane ozdoby... Nie zawsze rozumiem jej sztukę, ale ma wielki talent od Boga! Jakże wielu jest artystów! A przecież każdy z nas ma też wyobraźnię - i choć czasem w ogóle nie potrafimy urealnić tego, co się w niej pojawia - nie potrafimy tego zagrać, ani namalować - to jednak "w głowie" tworzymy przynajmniej sami dla siebie.

Choć wielu twórców wykorzystuje swe talenty źle, to każdy talent jest darem od Boga! Gdy podziwiam piękną rzeźbę, lub piękny obraz, lub słucham pięknej muzyki, to odnajduję w tym cząstkę geniuszu Boga. I myślę, że Bóg raduje się, widząc to, co tworzymy - o ile wykorzystujemy swe talenty dobrze. Nie musi nasza twórczość być "sakralna", by Boga cieszyła - myślę, że Bóg tak zwyczajnie kocha piękno i cieszy się, gdy ludzie tworzą coś, co jest piękne. Wszystko, co piękne, pochodzi od Boga - i to niezależnie od tego, czy w Niego wierzymy, czy też nie.

piątek, 19 października 2012

Cena wiary: prześladowania i męczeństwo

Pozwalam sobie przedstawić fragment książki prof. Harolda S. Bendera "Menonici i ich dziedzictwo", mówiący o prześladowaniu chrześcijan w historii świata, ze szczególnym uwzględnieniem anabaptystów w ogóle, a mennonitów - którzy są mi szczególnie bliscy zarówno jako oni sami, jak i ci, którzy przyczynili się do powstania Kościoła baptystów - w szczególności. Materiał ilustrowany jest zawartymi w publikacji oryginalnej ilustracjami z opisami, pochodzącymi z "Lustra Męczenników" ("De Martelaersspiegel") - książki, znanej także pod tytułem "Krwawy teatr", opublikowanej w Holandii w roku 1660 przez Thielemana J. van Braghta. Książka prof. Bendera ukazała się wiele lat temu - brak jest daty wydania, lecz sądzę, że mogło to być jeszcze w okresie PRL, lub krótko po jego upadku - nakładem  Peniel Amish Mennonite Church, USA, w przekładzie dr. Jana Wierszyłowskiego. Jest praktycznie nieosiągalna - udało mi się ją nabyć w zborze Kościoła Zielonoświątkowego w Gdańsku, który swój dom modlitwy ma w dawnym budynku zboru mennonickiego i pielęgnuje jego tradycje - i to jest powód, dla którego decyduję się umieścić tu jej fragment, który dla mnie był szczególnie poruszający i budujący. Niech przykład świętych męczenników będzie dla innych takim stymulatorem, jakim był i nadal jest dla mnie. 

Czytając te słowa warto zastanowić się nad życiem i wiarą tych ludzi.  Myślę, że stawiają one nam kilka ważnych pytań. Przede wszystkim: czy gdyby Bóg nie istniał, ludzie byliby gotowi oddać swe życie za wiarę? Jaki sens miałaby ich ofiara, gdyby Bóg nie istniał, a Słowo Boże nie było prawdą? Czy JA naprawdę wierzę i jaka jest moja wiara? Czy JA DZIŚ byłbym gotów poświęcić wszystko dla Jezusa Chrystusa? O ile na dwa pierwsze pytania mogę odpowiedzieć stanowczo "NIE!", o tyle z dwoma pozostałymi mam już spory problem. Historie męczenników bowiem z jednej strony budują wiarę, a z drugiej uczą pokory. Ja stawiam sobie pytanie: Czy JA DZIŚ zdałbym egzamin z wiary równie dobrze jak oni? Ale "oddaję głos" prof. Benderowi z życzeniem, aby te historie przyniosły błogosławiony owoc w życiu czytelnika...

*****

     Kościół Jezusa Chrystusa od samego początku swego istnienia cierpiał prześladowania. Jezus zapowiedział je swoim naśladowcom, gdyż - jak czytamy - jeśli świat nienawidził Go,będzie także nieniawidzieć Jego naśladowców. Lecz Jezus wypowiedział i takie słowa: ,.Ufajcie, ja zwyciężyłem świat."
     Poczynając od Szczepana, tysiące, wiele tysięcy, cierpiało i umierało w zwycięskiej chwale za swą wiarę, szcześliwi umierając za Tego, który umarł za nich. Szczyt prześladowań nastąpił w trzecim wieku, kiedy  rzymskie imperium wszelkimi posiadanymi sposobami usiłowało zmieść Kościół, lecz na próżno. Właśnie okrucieństwo tych prześladowań przyczyniło się do tej bezskuteczności usiłowań imperium, gdyż niewzruszoność męczenników i ich radosne umieranie było potężnym świadectwem ich mocy. Ojciec Kościoła, Tertulian, wypowiedział wielką prawdę, gdy oświadczył około 200 roku: "Krew męczenników jest nasieniem Kościoła." I tak zawsze bywało w historii.


     Jeżeli prześladowania wczesnego Kościoła ze strony pogan były okrutne, to prześladowania anabaptystów-menonitów ze strony katolickiego i protestanckiego Kościoła państwowego w okresie Reformacji, proporcjonalnie do liczby osób, były jeszcze okrutniejsze.
     Współcześni historycy wykazują, że były to prześladowania spływające krwią. W pierwszych dziesięciu latach straconych zostało ponad pięć tysięcy Szwajcarskich Braci, w samej tylko Szwajcarii i okolicznych terenach. zwłaszcza w Austrii i Tyrolu.
     W pierwszych pięciu latach większość przywódców zginęła na stosie, od toporów katów lub została utopiona. Prześladowania rozpoczęły się natychmiast po zorganizowaniu się Kościoła w 1525 roku, i aczkolwiek ostatni męczennik został zamordowany w 1614 roku, pełnej tolerancji dla Szwajcarskich Braci nie było aż do roku 1815.
     Menonici z Berna jeszcze do roku 1750 sprzedawani byli jako galernicy. A i później, w XVIII wieku, Bracia Hutteriańscy byli ciqgle zabijani na terenach Transylwanii i Węgier.
     W Holandii tolerancja nastała nieco wcześniej, choć nieformalnie, w pełni dopiero w 1798 roku. Ostatnia egzekucja miała miejsce w 1574 roku.
     Prześladowania naszych praojców tak w Szwajcarii jak i Holandii nie były spontanicznym działaniem podnieconych tłumów; było ono zarządzone legalnie przez władze.
     Pierwszy wyrok śmierci wydano W roku 1525, a w I527 anabaptyzm był uważany za ciężkie przestępstwo.
     Cesarz Karol V wydał zarzqdzenie przeciwko anabaptystom, które było odczytane ze wszystkich kazalnic miast i miasteczek oraz wsi w całym cesarstwie, nakazujące ażeby nie tylko osoby przyjmujące chrzest ale i rodzice nie chrzczqcy swych dzieci byli traktowami jako winni przestępstwa zasługującego na karę śmierci.

środa, 17 października 2012

Baśnie zmieszane z Ewangelią

,,Albowiem przyjdzie czas, że zdrowej nauki nie ścierpią, ale według swoich upodobań nazbierają sobie nauczycieli, żądni tego, co ucho łechce, i odwrócą ucho od prawdy, a zwrócą się ku baśniom. Ale ty bądź czujny we wszystkim, cierp, wykonuj pracę ewangelisty, pełnij rzetelnie służbę swoją." (2. List do Tymoteusza 4, 3 - 5)
Mój zaprzyjaźniony pastor i tłumacz Biblii przełożył to w ten sposób: "Gdyż przyjdzie czas, że zdrowej nauki nie ścierpią, a że ich ucho swędzi otoczą się nauczycielami według własnych pożądań..." (przekład dosłowny) i "Gdyż przyjdzie czas, że przestaną tolerować zdrową naukę, a skłonni do słuchania tego, co odpowiada ich upodobaniom, otoczą się nauczycielami przyklaskującymi ich własnym rządzom" (przekład literacki). Owo "swędzenie ucha" jest bardzo ciekawym określeniem. Pastor Piotr tak to tłumaczy: "Swędzenie ucha, κνηθόμενοι τὴν ἀκοήν (knethesthaj ten akoen), idiom: chcieć słyszeć to, co się chce usłyszeć (2 Ts 4,3)."

Zwykliśmy te słowa odnosić do ludzi, którzy są poza Kościołem. Ja jednak z przerażeniem stwierdzam, że takich ludzi mamy także w obrębie Kościoła Chrystusowego. Mamy ludzi, którzy wierzą w Jezusa i "coś jeszcze" - i łączą w sobie, w swoim sercu i umyśle, Ewangelię z... baśniami. O czym mówię? Przeraża mnie, gdy słyszę ludzi z Kościoła, którzy raz mówią o Biblii, a za chwilę - z taką samą gorliwością - o iluminatach (i np. wpływie iluminatów na "muzykę rozrywkową"), "gwiazdach showbuisnessu" które jakoby "bez wyjątku mają podpisany pakt z diabłem", masońskich spiskach, New World Order (Nowy Porządek Świata) czy... (z naszego podwórka) "zamachu" w Smoleńsku i "niecnych knowaniach rządu". Przeraża mnie to, że ludzie z Kościoła potrafią o BAŚNIACH - o których prawdziwości są, niestety, szczerze przekonani - mówić z takim samym uniesieniem, jak o Bogu, zbawieniu, ofierze Chrystusa. Ich przesłanie brzmi: "Jezus was zbawił! Strzeżcie się masonów i iluminatów!" A niech tylko ktoś spróbuje mieć odmienne zdanie, to szybko spytają: "Dlaczego nie stoisz po stronie Boga? Jak możesz być tak ślepy, że nie widzisz, co diabeł robi z tym światem?" W dodatku jakże często swe stanowisko podpierają ci ludzie twierdzeniem: "Nie widzisz tego? A ja mam światło od Pana! Bóg dał mi wejrzenie w te sprawy i zrozumienie!", a to jest kolejne poważne nadużycie!

Biblia jest pełna ostrzeżeń przed złem, przed wpływami szatańskimi, przed złym nauczaniem... Niech mi ktoś jednak wskaże choćby jeden jedyny fragment, który by uzasadniał wprowadzenie do Kościoła opowieści o masonach i iluminatach... Teorie spiskowe są "stare jak świat" i z pewnością były takie i w czasach apostolskich (jedną z najstarszych nam znanych jest ta mówiąca, że "Neron spalił Rzym"!) - jednak Biblia w żaden sposób, ani jednym słowem nie odnosi się do żadnej z nich! Skąd więc się wzięło to, że w życiu wielu chrześcijan zyskały one tak wielkie znaczenie? Nie chcę nikogo osądzać, ale czy przypadkiem... nie "swędzi ich ucho", i to mocno? Problem w tym, że choć przyjęli oni dobrą naukę (Ewangelię), to w równym stopniu kierują się własnymi przekonaniami - i wiele sobie, niestety, dodają do swego systemu wierzeń. Nie głoszą oni czystej Ewangelii, lecz Ewangelię zmieszaną z własnymi poglądami i ocenami.  Tak naprawdę ludzie ci za "zdrową naukę" przyjmują w moim odczuciu nie Słowo Boże, lecz dopiero połączenie Słowa Bożego i ich własnych poglądów na sprawy tego świata.

wtorek, 16 października 2012

Bóg przemienił serce... neonazisty i zabójcy!

We wrześniu niemieckie media obiegła "sensacyjna wiadomość" a dziś dotarła do Polski (dlaczego tak późno?). Oto ona:

O sprawie informuje wiele serwisów niemieckich:

Nie!... i już

Co jakiś czas - niczym bumerang - wracają dyskusje o aborcji. Teraz znów miało to miejsce - w związku z próbą zmiany prawa. Można, czy nie można? Kiedy można, a kiedy nie? Czy kobieta ma prawo decydowania? Do jakiego etapu rozwoju "płodu" (czyt. CZŁOWIEKA!) można usuwać? Czy dać prawo decydować kobietom w ogóle o przerywaniu ciąży, czy tylko w przypadku stwierdzenia wad genetycznych "płodu"? Zawsze pada przy tej okazji strasznie dużo słów - zazwyczaj najzupełniej niepotrzebnych. Różni ludzie - uważani za "autorytety" - zarzucają nas swoimi argumentami. Pytanie tylko KTO może być autorytetem w kwestiach dotyczących życia? Odpowiedź: Jedynie TEN, kto to życie stworzył! Ów NAJWYŻSZEJ KLASY SPECJALISTA raz jeden - za to dobitnie - wyraził swe zdanie na ten temat:

Nie każdy zna hebrajski... Ja na przykład nie znam i jeśli wstawiłem taki napis, to dlatego, że tego akurat języka użył ów AUTORYTET, by przemówić do nas, ludzi... Możemy je łatwo znaleźć - jest to fragment z 2. Księgi Mojżeszowej 20, 13, który doskonale znamy. W przekładzie na język polski ma on bardzo jasne znaczenie: "Nie zabijaj / nie morduj"! Słowa te odnoszą się w równym stopniu do czynu kogoś, kto zamierza zastrzelić kogoś, lub zadźgać nożem, jak i do kobiety, która chce się udać do "kliniki" aborcyjnej! Bóg nie rozróżnia rodzajów zadawania śmierci! Mówi: "Nie zabijaj!" i należy to rozumieć dokładnie tak: "Nie zabijaj i już!"

Gdy pod "klinikami" aborcyjnymi (jedna z nich bluźnierczo odwołuje się w swej nazwie do Jezusa!) pikietują ludzie; gdy organizowane są szokujące (prawda) wystawy; gdy podnoszą się głosy o całkowitym zakazie zabijania - słychać: FANATYCY! Ale czy fanatyzmem jest podpisywanie się pod tym, co powiedział Bóg? To Bóg dał nam życie i dał nam też instrukcje jak mamy żyć. Żyjemy otoczeni wieloma gadżetami elektronicznymi. W instrukcji do większości z nich znajdziemy słowa w rodzaju: unikać zalania wodą. Jest to wyraźna wskazówka od producenta, który dane urządzenie stworzył. Czy jeśli będę powtarzał: "Nie wkładaj tego do wody!" stanę się przez to... fanatykiem? Gdyby ktoś mnie tak określił, wówczas cały świat by się z niego śmiał! Bóg stworzył świat i dał nam INSTRUKCJĘ UŻYTKOWANIA - Słowo Boże, gdzie wyszczególnił nam swoje zasady i tego należy się trzymać!

poniedziałek, 15 października 2012

Z modlitwą jest jak z... seksem?

"Stosunek kobiet do modlitwy jest tak, jak stosunek mężczyzn do seksu. Kobiety uwielbiają się modlić gdziekolwiek, kiedykolwiek i z kimkolwiek. Często jest to dla nich największe ukojenie. Kobiety prawdopodobnie silniej niż mężczyźni czują, że modlitwa jest najważniejszą rzeczą w kościele, i chętniej zbliżają się do Boga w czasie modlitwy. Znam kobiety, które chodzą do swojej parafii w niedzielę rano, ale po południu lub wieczorem wymykają się jeszcze na nabożeńśtwo w innej wspólnocie. Jeśli chodzi o modlitwę, kobiety nigdy nie mają dość.
Natomiast stosunek mężczyzn do modlitwy jest taki, jak stosunek kobiet do seksu. Większość facetów musi mieć odpowiedni nastrój, aby naprawdę cieszyć się modlitwą. Mężczyzna może pogrążyć się całkowicie w modlitwie tylko wtedy, kiedy czuje się pewnie i jest wśród ludzi, których kocha, którym ufa. Mężczyzna mniej chętnie będzie modlił się w kościele, w którym nikogo nie zna. Mężczyźni starają się znaleźć kościół, który im się podoba, i pozostać mu wierni. Jak odchodzą od tego kościoła, są zwykle załamani i nie szukają innego." (David Murrow, "Mężczyźni nienawidzą chodzić do kościoła", W Drodze, Poznań 2007, s.334-335)
Znalazłem to na blogu znajomego pastora. Kogoś takie porównanie może zgorszyć, ale...  nim się ktoś zacznie ewentualnie oburzać, warto się nad tym chwilę zastanowić. Uważam, że sama myśl zawarta w nim jest słuszna, i chociaż David Murrow pisze chyba głównie z katolickiego punktu widzenia, to jednak... czy u nas jest inaczej? Widzę to nawet po sobie! Dlaczego tak się dzieje? Może my, faceci, jesteśmy bardziej wrażliwi, niżby się (m.in. nam samym) wydawało? Może warto zastanowić się nad kupnem tej książki i dogłębnym przemyśleniu sprawy...

niedziela, 14 października 2012

O patriotyzmie raz jeszcze

"A starajcie się o pomyślność miasta, do którego skazałem was na wygnanie, i módlcie się za nie do Pana, bo od jego pomyślności zależy wasza pomyślność!" (Jeremiasza 29, 7)

Te słowa - zaznaczam od początku - padają w bardzo konkretnym kontekście: "To są słowa listu, który wysłał prorok Jeremiasz z Jeruzalemu do pozostałej starszyzny wygnańców, do kapłanów, proroków i do całego ludu, których Nebukadnesar uprowadził z Jeruzalemu do Babilonu" (Jeremiasza 29, 1), lecz zastanawiam się, czy nie mają one też zastosowania do kwestii patriotyzmu, którą 19 września poruszyłem w tekście "Patriotyzm a wiara". Niech się ktoś oburza, jeśli chce - nawet niech mi zarzuci manipulacje Słowem Bożym, jeśli uważa, że moje myślenie to poważna nadinterpretacja - ale wydaje mi się, że można i w ten sposób na ten wers spojrzeć.

Czymże jest patriotyzm jeśli nie troską o kraj, w którym żyjemy, pracą dla jego dobra i miłowaniem go i ludzi tam zamieszukjących? Dodam: modlitwa jest bez wątpienia wyrażaniem uczuć, wyrażaniem miłości, a staranie o pomyslność także jest związane z miłością. Równocześnie jednak uprowadzeni wyrażali swą tęsknotę do Jerozolimy. W tym sensie w Biblii znajdujemy patriotyzm, lecz jest to inny patriotyzm, niż ten, który dziś skrywa się pod tym słowem.

Nasz patriotyzm nie ma polegać na miłowaniu Ojczyzny jako "świętości", na traktowaniu ziemi ojczystej jako nadrzędnej wartości i składaniu ofiar, gotowości nawet śmierci w jej sprawie. Nigdzie w Biblii nie znajduję: "Bądź gotowy umrzeć za miasto / kraj, gdzie żyjesz", a właśnie: "staraj się o jego pomyślnośc i módl się". Mamy uczciwie - i "z serca" - pracować na rzecz kraju, w którym przyszło nam żyć i społeczności, w której żyjemy. Jeśli jesteśmy Polakami i żyjemy w Polsce, mamy pracować dla "lepszego jutra" Polski. Jeśli jesteśmy Polakami z Litwy, Białorusi czy Ukrainy, nie powinniśmy się tak koncentrować na Polsce, a działac dla Litwy, Białorusi i Ukrainy! Jeśli Bóg posyła nas do innego kraju, niż miejsce, z którego pochodzimy, to ten kraj winniśmy miłować i pracować dla jego dobra - choć nikt nam nie broni pamiętać o tym, "skąd nasz ród", gdzie jest nasza ziemska ojczyzna, jakiego języka uczyła nas matka i nie zakazuje kochać Polski. Jeśli urodziliśmy się w Polsce, a Bóg posyła nas na Ukrainę, to tą Ukrainę powinnismy miłować tak, jakby nasze serce i dusza były ukraińskie! I mamy pracować dla dobra Ukrainy, nie zapominając o Polsce...

W życiu chrześcijańskim - jak już pisałem przed kilkoma tygodniami - w zasadzie nie ma miejsca na tradycyjnie rozumiany patriotyzm. Tradycyjnie rozumiany patriotyzm to stawianie własnego kraju ponad inne, i własnego narodu ponad inne i umiłowanie Ojczyzny nawet z dala od niej. A Słowo Boże zaleca nam miłowanie tych miejsc, w które posyła nas Bóg i tych ludzi, do których posyła nas Bóg. Mamy tak się o te kraje troszczyć i tak je kochać, jakbyśmy się tam urodzili, a w  ludziach widzieć braci nie mniej niż w tych, z którymi łaczy nas miejsce pochodzenia! Biblia nie ignoruje faktu istnienia narodów - bo sam Bóg do tego doprowadził, bo proces tworzenia się narodów zaczął się gdy Bóg pomieszał języki ludziom budującym Wieże Babel - ale głęboko wierzę, że dziś my, wyznawcy Chrystusa, mamy być ponad to!

Słowa z Księgi Jeremiasza mówią o wygnaniu lecz uważam, że równie dobrze Bóg mógłby dziś nam powiedzieć to samo w trochę innej formie:  "A starajcie się o pomyślność kraju, do którego was posłałem, i wznoście zań modły, bo od jego pomyślności zależy wasza pomyślność!"

Świadectwo Josha McDowella

Josh McDowell w Łodzi - 16 marca 2009.
Trochę zabawne ujęcie mojego autorstwa...
Josh McDowell to dziś jeden z najpopularniejszych pisarzy  chrześcijańskich - autor dziesiątek książek, adresowanych w znacznej części do młodzieży. Jest świetnym apologetą, dowodzącym wiarygodności Pisma Świętego i prawdziwości zmartwychwstania Chrystusa. Jest też świetnym mówcą, którego na całym świecie z zapartym tchem słuchają tysiące ludzi. Przed trzema laty miałem okazję słuchać go na żywo w łódzkiej archikatedrze i uścisnąć dłoń. Pamiątką tego spotkania na zawsze pozostanie dla mnie jedna z jego książek, opatrzona autografem Josha (tak się przedstawia i chce, by tak się do niego zwracać). Jest człowiekiem, który nie tylko dobrze zna Pana i ma wielką wiedzę - potrafi mówić tak, że z radością się go słucha, a tym, co mówi o Bogu dotyka serc tak bardzo, że sam Bóg musi za tym stać. Zresztą gdyby nie Bóg, świat nigdy by nie usłyszał o kimś takim, jak Josh McDowell! I nie chodzi mi o to, że bez Boga Josh McDowell by nie żył - tak samo, jak każdy z nas by bez Boga nie zaistniał, gdyż potrzeba było Boga-Stworzyciela, byśmy zaistnieli - lecz o to, że Bóg stworzył Josha najpierw jako człowieka, a później jako mówcę i apologetę! 

Josh zawsze chętnie dzieli się świadectwem o tym, co Bóg uczynił w jego życiu. Krótkie świadectwo zawarte jest także w książce "Jego obraz - mój obraz", wydanej w 1984 roku, a w Polsce w roku 1987 przez Towarzystwo Krzewienia Etyki Chrześcijańskiej w Krakowie (w tłumaczeniu Andrzeja Gandeckiego). Z tej książki pozwalam je sobie zacytować. Przygotujcie się na prostą, lecz poruszającą historię Bożego działania w jego życiu.

Okładka książki, z której pochodzi świadectwo.
     "Moi rodzice nie skończyli szkoły podstawowej. W małym mieście, w którym rosłem, nauczyciele angielskiego nie kładli nacisku na gramatykę i prawidłową wymowę, a jeżeli nawet to robili, nigdy to do mnie nie docierało. Popełniałem wiele błędów w mówieniu.
     W drugiej klasie pani Duel próbowała zmienić moje nawyki i nauczyć mnie posługiwania się prawą ręką. Siedziałem przy stole, a ona mówiła: 'Buduj dom z klocków'. Jeżeli sięgnąłem po klocek lewą ręką, natychmiast uderzała mnie linijką i mówiła: 'Stop! Pomyśl o tym! Zrób to prawą ręką!' To doświadczenie wywołało we mnie wadę wymowy. Zawsze gdy przestraszyłem się, zdenerwowałem lub byłem zmęczony - zazwyczaj w szkole - jąkałem się. W końcu zbuntowałem się przeciwko wysiłkom pani Duel i myślałem w duchu: 'Zbuduj sobie swój własny, głupi dom!'
     W piątej klasie miałem recytować wiersz. Wobec wszystkich pan Elliot krzyczał: 'Przestań się jąkać i zacznij mówić!' Wybiegłem z klasy z płaczem przy wszystkich moich przyjaciołach. 
     Gdy mój brat wracał do domu z college'u, zawsze poprawiał moją wymowę. Bałem się otworzyć przy nim usta. Myślałem, że usiłuje mnie poniżyć. Nigdy nie uświadamiałem sobie, że udręka, którą mi sprawiał, miała służyć mojemu dobru. 
Josh McDowell w Łodzi - 16 marca 2009
Mimika twarzy i gestykulacja są ważnym elementem warsztatu
dobrego mówcy - także chrześcijańskiego kaznodziei
     Do tego wszystkiego dochodził alkoholizm mojego ojca. Moi koledzy przychodzili do szkoły i żartowali na jego temat. Nie wiedzieli jak bardzo bolały mnie te żarty. Na zewnątrz śmiałem się, lecz w środku płakałem. Czasem szedłem do obory i znajdowałem moją matkę leżącą na gnoju między krowami, pobitą przez ojca tak bardzo, że nie mogła wstać. Dwa razy porzucała dom. Gdy mieli przybyć nasi przyjaciele, wyciągałem ojca z domu, przywiązywałem w oborze i parkowałem samochód za silosem. Mówiliśmy przyjaciołom, że musiał gdzieś pojechać. Myślę, że nikt nie mógł nienawidzić drugiej osoby bardziej, niż ja nienawidziłem mojego ojca. Kilka razy w wybuchu wściekłości omal go nie zabiłem. (...)

sobota, 13 października 2012

Pangea i jej podział

Naukowcy twierdzą, że nie zawsze ziemia wyglądała tak, jak obecnie, jeśli chodzi o podział na morza i kontynenty. W pradawnych czasach - jak twierdzą naukowcy - wszystkie ziemie tworzyły jeden prakontynent, który nazwano Pangeą. 


Naukowcy doszli do tej wiedzy w XX wieku i uznano to za wielkie naukowe odkrycie. Ale czy istotnie można nazwać to "wielkim odkryciem", skoro o tym, że był jeden wielki kontynent ludzie wiedzieli już tysiące lat temu? Poświadcza o tym Pierwsza Księga Mojżeszowa:
"Eberowi urodzili się dwaj synowie; imię jednego Peleg, gdyż za jego czasów ziemia się podzieliła; imię zaś jego brata - Joktan" (Księga Rodzaju 10, 25 - tłumaczenie dosłowne).
Ludzie w czasach Starego Testamentu doskonale wiedzieli też, że wcześniej ląd był jeden:
"Potem rzekł Bóg: Niech się zbiorą wody spod nieba w jedno miejsce i niech się ukaże suchy ląd! I tak się stało. Wtedy nazwał Bóg suchy ląd ziemią, a zbiorowisko wód nazwał morzem" (Księga Rodzaju 1, 9 - 10).
Zauważmy - nie ma tu mowy o lądach i morzach, ale o lądzie i morzu - o jednym lądzie i o jednym morzu! I oto mamy biblijny obraz tego, co naukowcy nazwali Pangeą!

Z powodu sprawiedliwości, czy... grzechu?

"Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie z powodu sprawiedliwości, albowiem ich jest Królestwo Niebios" (Ewangelia Mateusza 5, 10)
"Prześladowanie z powodu Chrystusa jest jednym z dowodów na to, że podążamy za Nim. Z powodu Chrystusa i Jego sprawiedliwości nie oznacza np. z powodu niewłaściwych rzeczy, które robimy z imieniem Chrystusa na ustach. Niektórzy chrześcijanie traktują prześladowania o jakimkolwiek podłożu jako dowód tego, że są wierni Bogu. Jezus jednak nie mówi o błogosławieństwie wobec osób, którzy 'w imieniu Jezusa' wkładają nogi w futrynę i są przepędzani, są krytykowani za nachalność lub za legalizm." (Pastor Paweł Bartosik - "Prześladowani za co?"
My bardzo często działając po swojemu, robimy nieraz rzeczy straszne. Nieraz nawet w słusznej sprawie posługujemy się doprawdy ohydnymi metodami, by dowieść naszej racji. Nawet nieraz stając po stronie Biblii - i powtarzając to, co jest w niej zawarte - wcale nie podobamy się Bogu. Protestanci np. często wypominają katolikom inkwizycję i krucjaty jako niegodziwość, której dokonano "w imię Chrystusa", lecz równocześnie sami "w imię Chrystusa" potrafimy stać się inkwizytorami i krzyżowcami, gotowymi... Ci dawni, katoliccy uderzali mieczem, lub rozpalali stosy, a w protestanckich widuję gorliwość, która mogłaby się czasem skończyć... okładaniem przeciwnika Biblią po głowie! Czasem my ludzie mamy tak wielkie przekonanie o swojej słuszności, że po drodze do celu - do PRAWDY i przekonanie do PRAWDY innych - gubimy gdzieś miłość, a przecież to właśnie miłość powinna być "motorem działania" dla chrześcijanina! Niejednokrotnie z Chrystusa czynimy "sztandar", a tak naprawdę do przodu pcha nas pragnienie, by przeforsować nasze racje - słuszne czy też nie - choćby metodą "po trupach do celu".

Swego czasu na pewnym forum protestanckim bardzo aktywnie zaczął działać pewien katolik - na każdym kroku głosząc nauki katolickie, a przy tym wyzywając ludzi od heretyków. Po pewnym czasie powstało nowe forum, dokąd przeszła część ludzi ze starego, a także on - i dołączyło trochę kolejnych osób z Kościoła katolickiego. Ponieważ spodziewano się, co się będzie działo, zastrzeżono, że katolicy mogą się udzielać tylko w wyznaczonej części forum. To było bardzo słuszne działanie, bo uważam, że każdy ma prawo bronić się przed natarczywą propagandą i na własnym "terenie" stawiać własne warunki. Ciekawe jest to, że ilekroć próbowano się przeciwstawić katolickim naukom, padał zarzut o "agresji" i "prześladowaniach", a gdy ograniczono swobody, krzyk o "braku poszanowania zasady wolności wyznania i słowa". Mechanizm ten działał także na blogu, którego wówczas prowadziłem. Wiele razy miałem problem z "najazdami" - i ze strony tego człowieka, i ze strony innych katolików - i też padały zarzuty o "prześladowanie" katolików z powodu "sprawiedliwości" i "wiary w Chrystusa". Ot, takie małe "krucjaty" XXI wieku - w gruncie rzeczy mało szkodliwe, raczej będące nieprzyjemnościami tylko...

Problem w tym, że podobnie zachowywali się także niektórzy protestanci i oni także potrafili być święcie przekonani, że gdy wojują, to "w imię Chrystusa" i "słusznej sprawie". Choć w wielu kwestiach mieli rację, to jednak nie potrafili działać tak, jakby chciał Bóg - właśnie gdzieś zgubili miłość! I w tym momencie nawet wersety biblijne stawały się w ich "rękach" czymś jakby... bryłami błota, którymi rzucano w przeciwników. I ja, radykał, nieraz byłem zgorszony! Ja myślę, że Bogu nie podobają się katolickie dogmaty i kulty, ale czy bardziej podoba się mieszanie katolików z błotem i krzyki, że każdy katolik jest dzieckiem diabła z tego tylko powodu, że jest katolikiem, i szyderstwa, i... oszczerstwa? WĄTPIĘ! Nie... Zaraz! Jestem PEWIEN, że nie! Bóg nienawidzi tego tak samo, jak wszelkich innych grzechów. Może jest to tym bardziej okropne, gdy dopuszczają się czegoś takiego ludzie, którzy TEORETYCZNIE poznali PRAWDĘ? Nawet jeśli znamy PRAWDĘ, to czy upoważnia nas to do stawiania się ponad innymi?

poniedziałek, 8 października 2012

Nowy "bóg" Polaków?


Przeraża mnie wizja takiej Polski, gdzie ludzie gotowi będą się zadeptać lub pobić, by tylko kupić... No właśnie, CO? Byle co! Byle w promocji! Pamiętam, gdy 15 lat temu robiłem wywiad z pastorem Johnem Watsonem z Wielkiej Brytanii - twórcą zespołu Vinesong - i on w ostatnim swym słowie mówił, byśmy uważali na kapitalizm, bo jest on niczym kolorowy cukierek, który nieźle wygląda, ale nadziany jest trucizną. My zaczęliśmy, niestety, brać te cukierki pełnymi garściami! Nasze miasta pełne są "nowych świątyń" pod różnymi szyldami, a w każdej z nich, a celem każdej z nich jest pobudzić w nas żądzę konsumpcji! Czy naprawdę kolejny sklep i kolejne promocje to jest to, czego najbardziej potrzebujemy?

Tak się zastanawiam... PODOBNO w naszym kraju ponad 90% obywateli to chrześcijanie... Warto by chyba było sprawdzić to eksparymentalnie. Czy gdybyśmy my, ludzie z różnych Kościołów, ogłosili, że oto będą rozdawane za darmo Biblie (Słowo Boże!), to jak wiele osób by przyszło? Gdybyśmy ogłosili, że otwieramy klub / kawiarnię / bibliotekę / kino / sklep chrześcijański i że pierwszego dnia wszystko mamy za pół ceny, to jak wiele osób by przyszło? A gdybyśmy z naszymi Bibliami poszli pod ten sklep, do tych ludzi - jak wielu by sięgnęło po nie tak chętnie, jak po "prezenty" od obcej firmy, która chce od nich w gruncie rzeczy tylko ich pieniędzy? Czy w ogóle ktoś z nich chciałby pogadać o Bogu, czy tylko o promocjach i niskich cenach cenach? Czy oferta zbawienia za darmo (!!!) wzbudziłaby tyle samo emocji, co wielki telewizor za 1500 złotych? Czy Jezus zdołałby wzbudzić jakiekolwiek zainteresowanie, gdyby stanął wśród nich, czy też może zadeptaliby Go pędząc po towar?

Ja nie chcę nikogo osądzać, ale serce mnie boli, gdy widzę, co się dzieje z naszym narodem... Jakże łatwo diabłu udało się zaszczepić w naszych sercach konsumpcyjny styl życia i pożądanie! W porównaniu z ofertami i promocjami organizowanymi przez sklepy - przy krzykliwym: "Tylko teraz kupisz za ........ złotych!" - prosty, szorstki krzyż stojący na Golgocie dla wielu chyba jest mało atrakcyjny, a ciche "Kocham Cię!" szeptane przez tego, który na nim zawisł, ginie w zgiełku świata... A przecież to ON ma najlepszą ofertę dla każdego z nas!


"...pobożność jest wielkim zyskiem, jeżeli jest połączona z poprzestawaniem na małym.  Albowiem niczego na świat nie przynieśliśmy, dlatego też niczego wynieść nie możemy. Jeżeli zatem mamy wyżywienie i odzież, poprzestawajmy na tym.  A ci, którzy chcą być bogaci, wpadają w pokuszenie i w sidła, i w liczne bezsensowne i szkodliwe pożądliwości, które pogrążają ludzi w zgubę i zatracenie. Albowiem korzeniem wszelkiego zła jest miłość pieniędzy; niektórzy, ulegając jej, zboczyli z drogi wiary i uwikłali się sami w przeróżne cierpienia.  Ale ty, człowiecze Boży, unikaj tego, a zabiegaj o sprawiedliwość, pobożność, wiarę, miłość, cierpliwość, łagodność" (1. List do Tymoteusza 6, 6 - 11)
Mowa tu o bogactwie, ale skłonny jestem te słowa rozciągnąć na wszelką żądzę posiadania i na konsumpcyjny styl życia, cechujący się coraz większą chciwością tych, którzy nim sterują i coraz większą zachłannością tych, którzy stali się ich niewolnikami, a których prowadzi się do sklepu metodą "kija i marchewki", gdzie "marchewkę" zastępują "boskie" promocje! Apostoł uczy nas, by nie pragnąć więcej niż to, co naprawdę jest nam potrzebne - to całkiem inna nauka niż to, co głoszą nam hipermarkety przez swe megafony!

niedziela, 7 października 2012

Misja: ratować ludzi!

"Ty nie jesteś powołany do tego, by przechodzić mimo, gdy wokół ciebie giną ludzie. Oni potrzebują ratunku, którego TY możesz im udzielić. Pamiętaj, że ktoś wyciągnął do ciebie dłoń i pokazał właściwą drogę, kiedy ty tego potrzebowałeś. Jesteś częścią Bożego planu ratunkowego - wybranym spośród wielu, by być Bożym ratownikiem."
(www.yesHEis.com)







Bardzo inspirujący wpis (tutaj w moim przekładzie) umieszczony tej nocy na Facebooku przez ludzi ze służby yesHEis - w zasadzie jest to najlepszy opis tego, kim powinni być chrześcijanie w tym świecie. Naszą misją jest docieranie do ludzi, którzy giną i rzucenie im "koła ratunkowego", którym jest przede wszystkim Słowo Boże, ale także miłość i zainteresowanie. Czy dobrze wypełniamy swoją misję? Dobrze czujemy się w naszych Kościołach. Tak fajnie jest przyjść w niedzielę rano na nabożeństwo i spotkać się z braćmi i siostrami. Ale Bóg nie zapyta nas jak często bywaliśmy na wspólnych modlitwach, lecz o owoce... Jeśli w naszym sercu jest zaszczepione Słowo Boże to nie po to, byśmy my się dobrze czuli, lecz byśmy my byli zbawieni i dalej działali na rzecz zbawienia innych! 

Nabożeństwa są ważną częścią życia chrześcijańskiego - tak samo, jak prywatna modlitwa i studiowanie Biblii. "Kiedy ostatnio byłeś na nabożeństwie?" - wydaje się dość ważnym pytaniem, bo my potrzebujemy społeczności, ale wierzcie mi, że ważniejszym pytaniem jest: "Kiedy ostatnio zwiastowałeś komuś Ewangelię?"! Znam człowieka, który rzadko bywał w Kościele, ale za to każdego dnia mówił napotkanym ludziom: "Jezus cię kocha!" i znam całe społeczności, które jakby kierowały się myśleniem: "Tak, tak, trzeba wyjść do ludzi i wkrótce to zrobimy" - tyle, że to "wkrótce" nie nadchodzi od wielu lat! I znam społeczności, z których znikają ludzie, a jakoś nikt nie troszczy się o to, co się z nimi dzieje... Zbyt często przechodzimy obojętnie koło innych! Co powiemy Bogu, gdy nas o to kiedyś zapyta?
"Przyszedł bowiem Syn Człowieczy, aby zbawić to, co zginęło" (Ewangelia Mateusza 18, 11)
I choć zbawicielem jest Jezus, to On potrzebuje naszych ust do zwiastowania Ewangelii i naszych dłoni wyciągniętych z miłością ku ludziom! Jeśli widzimy kogoś tonącego w wodzie, to naturalną reakcją jest próba ratowania - i ten sam odruch powinniśmy mieć wobec ludzi pogrążonych w grzechu. Bóg potrzebuje dziś naszego pełnego zaangażowania w ratowanie tych, którzy giną. Nam nie wolno stać obojętnie!

sobota, 6 października 2012

Wiara a muzyka

Muzyka... Kiedy człowiek nauczył się muzykować? Na to pytanie nikt nie potrafi odpowiedzieć i prawdopodobnie nigdy nie dostaniemy na nie odpowiedzi. Muzyka jest prawdopodobnie tak stara, jak ludzkość i sądzę, że była już obecna w ogrodzie Eden, bo... muzyka jest w nas! Bóg dał człowiekowi wyobraźnię i zdolność tworzenia - a z tego bierze się muzyka. Adam prawdopodobnie nie grał na bębnach, bo stworzenie bębna wymaga zabijania zwierząt, a w rajskim ogrodzie to się raczej nie działo - przypomnijmy, że ludzie byli wtedy wegetarianami - ale łatwo można sobie wyobrazić go grającego na jakichś piszczałkach i Ewę radośnie pląsającą przy dźwiękach muzyki, i Boga z radością przysłuchującego się i przypatrującego tej parze.

Muzyka wciąż ewoluuje, zmienia się na przestrzeni wieków. Inaczej grało się w tych najdawniejszych czasach, opisanych na początkowych kartach Biblii, inaczej w czasach Króla Dawida, inaczej za czasów rozkwitu cywilizacji Grecji czy Rzymu, inaczej w średniowieczu. Muzyka baroku jest inna, niż ta, której słuchano w dobie renesansu. Nasi dziadkowie, a także nasi rodzice słuchali innej muzyki, niż ta, której słucha się obecnie. Jest to całkowicie normalne! Gdy przyglądam się muzyce, nie potrafię nie zachwycić się jej różnorodnością i mnogością kompozycji. Nikt nie jest w stanie policzyć jak wiele różnych utworów powstało choćby tylko w minionym roku, a co dopiero w ogóle od chwili, gdy człowiek zaczął wydobywać dźwięki. Oczywiście jest muzyka dobra i słaba, i całkiem zła, ale to bogactwo brzmień jest doskonałym świadectwem naszej kreatywności i jest to też świadectwo tego, jak wspaniale obdarował nas, ludzi, nasz stworzyciel - Bóg! Muzyka jest w nas i tą muzyką, która jest w nas, winniśmy także oddawać Bogu chwałę!

Zbyt często słyszę chrześcijan debatujących o tym, jaka muzyka jest dobra - którą może grać i może słuchać chrześcijanin - a jaka muzyka jest zła, pochodząca od diabła - której chrześcijanin nie może grać i nie może słuchać i zbyt łatwo potępiających te brzmienia, które wydają im się (!) być "od diabła" i każdego, kto tak gra. Pisałem już tutaj o zespole No Longer Music, o którym wiele razy słyszałem słowa potępienia ze względu na to, co grają, a przecież sam byłem świadkiem jak wielu ludzi przyprowadzili do Jezusa, właśnie dzięki swojej muzyce i dramie! Jest wiele takich zespołów, które bardzo się nie podobają wielu ludziom w Kościele, a jednak ich członkowie są chrześcijanami, a nie czcicielami demonów i nic z tego, co grają nie jest wymierzone przeciw Bogu, a w słowach nie ma też nic złego! U nas w Polsce mamy takie zespoły jak 2 Tm 2,3 ("Tymoteusz") - z bardzo biblijnymi tekstami - czy Triquetra. Zespołem chrześcijańskim jest także P.O.D., którego krążki często okupują świeckie listy przebojów, Kutless, Stryper, Petra, Daemon Hunter i wielu, wielu innych... Szczerze mówiąc nie rozumiem dlaczego mieliby oni robić "coś złego", jeśli ich serca są szczerze oddane Jezusowi i dlaczego niektórzy "wierzący" potępiają ich i ich wiarę tylko z tego powodu, że grają taką, a nie inną muzykę.


piątek, 5 października 2012

Bóg nie zostawił nas bez nadziei

"Skoro bowiem przyszła przez człowieka śmierć, przez człowieka też przyszło zmartwychwstanie.  Albowiem jak w Adamie wszyscy umierają, tak też w Chrystusie wszyscy zostaną ożywieni." (1. List do Koryntian 15, 21 - 22)
Tam, o ogrodzie Eden, człowiek odwrócił się od Boga, lekceważąc Boży zakaz. Z chwilą, gdy ludzie zgrzeszyli, w ten świat wdarło się zło, a wraz z nim choroby, wszelkie inne cierpienie i śmierć. Ludzkość drogo zapłaciła za nieposłuszeństwo! Bóg jednak nigdy nie odwrócił się od człowieka - przez 4000 lat mimo wszystko kochał ludzi i wyciągał do nas ręce - choć także się gniewał i wiemy, co spotkało Sodomę i Gomorę, i pamiętamy o potopie - a gdy nadszedł czas dla naszego zbawienia stał się człowiekiem, by za nas oddać życie na krzyżu. 4000 lat ludzi od Boga oddzialała przepaść - do dnia, gdy na pewnym wzgórzu opodal Jerozolimy stanął krzyż. Adel Nassief - koptyjski malarz - ten fakt, że Bóg nie pozostawił nas bez nadziei, pokazał w sposób niesamowity na swym obrazie z 1988 roku

Bóg nie mógł  postąpić inaczej, niż tylko wyciągnąc konsekwencje wobec Adama i Ewy (ludzkości), lecz oto już ma plan zbawienia! Mamy anioła z mieczem, przepędzającego Prarodziców, ale na horyzoncie już jest krzyż, pod który może iśc ludzkość! Dla mnie jest to bardzo wymowny i cenny w swym przesłaniu obraz...

czwartek, 4 października 2012

Ufaj Panu jak Abraham!

"Bóg wystawił Abrahama na próbę. Rzekł do niego: Abrahamie! A gdy on odpowiedział: Oto jestem - powiedział: weź twego syna jedynego, którego miłujesz, Izaaka, idź do kraju Moria i tam złóż go w ofierze na jednym z pagórków, jakie ci wskażę. Nazajutrz rano Abraham osiodłał swego osła, zabrał z sobą dwóch swych ludzi i syna Izaaka, narąbał drzewa do spalenia ofiary i ruszył w drogę do miejscowości, o której mu Bóg powiedział. Na trzeci dzień Abraham, spojrzawszy, dostrzegł z daleka ową miejscowość. I wtedy rzekł do swych sług: Zostańcie tu z osłem, ja zaś i chłopiec pójdziemy tam, aby oddać pokłon Bogu, a potem wrócimy do was. Abraham, zabrawszy drwa do spalenia ofiary, włożył je na syna swego Izaaka, wziął do ręki ogień i nóż, po czym obaj się oddalili. Izaak odezwał się do swego ojca Abrahama: Ojcze mój! A gdy ten rzekł: Oto jestem, mój synu - zapytał: Oto ogień i drwa, a gdzież jest jagnię na całopalenie? Abraham odpowiedział: Bóg upatrzy sobie jagnię na całopalenie, synu mój. I szli obydwaj dalej. A gdy przyszli na to miejsce, które Bóg wskazał, Abraham zbudował tam ołtarz, ułożył na nim drwa i związawszy syna swego Izaaka położył go na tych drwach na ołtarzu. Potem Abraham sięgnął ręką po nóż, aby zabić swego syna. Ale wtedy Anioł Pański zawołał na niego z nieba i rzekł: Abrahamie, Abrahamie! A on rzekł: Oto jestem. Anioł powiedział mu: Nie podnoś ręki na chłopca i nie czyń mu nic złego! Teraz poznałem, że boisz się Boga, bo nie odmówiłeś Mi nawet twego jedynego syna. Abraham, obejrzawszy się poza siebie, spostrzegł barana uwikłanego rogami w zaroślach. Poszedł więc, wziął barana i złożył w ofierze całopalnej zamiast swego syna. I dał Abraham miejscu temu nazwę "Pan widzi". Stąd to mówi się dzisiaj: Na wzgórzu Pan się ukazuje. Po czym Anioł Pański przemówił głośno z nieba do Abrahama po raz drugi: Przysiągam na siebie, wyrocznia Pana, że ponieważ uczyniłeś to, a nie oszczędziłeś syna twego jedynego, będę ci błogosławił i dam ci potomstwo tak liczne jak gwiazdy na niebie i jak ziarnka piasku na wybrzeżu morza; potomkowie twoi zdobędą warownie swych nieprzyjaciół. Wszystkie ludy ziemi będą sobie życzyć szczęścia takiego, jakie jest udziałem twego potomstwa, dlatego że usłuchałeś mego rozkazu. Abraham wrócił do swych sług i wyruszywszy razem z nimi w drogę, poszedł do Beer-Szeby. I mieszkał Abraham nadal w Beer-Szebie." (1. Księga Mojeszowa 22, 1 - 19 - tłum. "Biblia Tysiąclecia")

Wielki to musiał być cios dla Abrahama - tego się absolutnie nie spodziewał! Izaak był jego jedynym, umiłowanym synem - darem od Boga, wypełnieniem niezwykłej obietnicy danej Abrahamowi i Sarze w Mamre, gdy Bóg nawiedził ich pod postacią trzech aniołów (mężczyzn):
"Wtedy rzekli do niego: Gdzie jest Sara, żona twoja? A on odpowiedział: W tym oto namiocie.  Tedy rzekł: Na pewno wrócę do ciebie za rok o tym samym czasie, a wtedy żona twoja Sara będzie miała syna. Sara zaś podsłuchiwała u wejścia do namiotu, które było za nim. A Abraham i Sara byli starzy, w podeszłym wieku. Ustało zaś już u Sary to, co zwykle bywa u kobiet. Toteż roześmiała się Sara sama do siebie, mówiąc: Teraz, gdy się zestarzałam, mam tej rozkoszy zażywać! I pan mój jest stary! Na to rzekł Pan do Abrahama: Dlaczego to roześmiała się Sara, mówiąc: Czyżbym naprawdę mogła jeszcze rodzić, gdy się zestarzałam?" (1. Księga Mojżeszowa 18, 9 - 14)
Oto, gdy już przywykli do samotności i zestarzeli się - Abraham mógł mieć ok. 100 lat (wciąż jednak było przed nim 75 lat życia!), a Sara niewiele młodsza - Bóg dał im wielką obietnicę, która wydawała się niemożliwa do spełnienia. Pan przywrócił Sarze płodność i zrodziła Izaaka, który niewątpliwie wniósł wiele radości w ich starość. I oto teraz ten sam Bóg, z którym Abraham zawarł przymierze i który dał mu syna, mówi do niego: "Złóż swego syna na ołtarzu w ofierze dla mnie!" Ciężka próba dla ojca!

Czy Piotr jest skałą?

"A gdy Jezus przyszedł w okolice Cezarei Filipowej, pytał uczniów swoich, mówiąc: Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego? A oni rzekli: Jedni za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za Jeremiasza albo za jednego z proroków. On im mówi: A wy za kogo mnie uważacie? A odpowiadajac Szymon Piotr rzekł: Tyś jest Chrystus, Syn Boga żywego. A Jezus odpowiadając, rzekł mu: Błogosławiony jesteś Szymonie, synu Jonasza, bo nie ciało i krew objawiły ci to, lecz Ojciec mój, który jest w niebie. A Ja ci powiadam, że ty jesteś Piotr, i na tej opoce zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne nie przemogą go. I dam ci klucze Królestwa Niebios; i cokolwiek zwiażesz na ziemi, będzie związane i w niebie, a cokolwiek rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane i w niebie. Wtedy przykazał uczniom swoim, aby nikomu nie mówili, że On jest Mesjaszem." (Ewangelia Mateusza 16, 13 - 20)
Wokół tych słów trwa nieustanny spór protestantyzmu z katolicyzmem - spór o "prymat piotrowy", spór o papiestwo. Katolikom podaje się do wierzenia, że Jezus, mówiąc o skale, mówił o Piotrze - "pierwszym papieżu" (tak przyjmują katolicy, choć historycy dochodzą do wniosków, że Piotr być może wcale do miasta Rzymu nie dotarł, a tym bardziej nie był jego biskupem - w czasach Piotra biskupem Rzymu był bowiem Linus) Aby to było dla nich jasne i oczywiste spreparowano - niestety - także ten fragment Pisma Świętego. W Biblii Tysiąclecia wers 18 przyjmuje brzmienie: "Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr czyli Skała, i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą." Tak samo w Biblii Warszawsko-Praskiej biskupa Romaniuka:  "A oto Ja mówię ci: Ty jesteś Piotr skała, i na tej skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne nie przemogą go." Szczytem manipulacji jest jednak zapis tego wersu w Biblii Poznańskiej - rzekomo bardzo dokładnym tłumaczeniu katolickim, mającym służyć osobom już głębiej studiującym Biblię:  "A Ja tobie mówię: Ty jesteś opoką i na tej opoce zbuduję mój Kościół, a bramy piekielne nie zwyciężą go." Wzorowano się tu niewątpliwie na przekładzie ks. Wujka: "A ja tobie powiadam, że ty jesteś opoka, a na tej opoce zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne nie przemogą go" (wersja uwspółcześniona). Spośród niekatolickich przekładów Biblii, jakie mam do swej dyspozycji identyczną formę znajduję JEDYNIE w Nowym Testamencie Braci Polskich z 1606 roku: "A ia też tobie mówie, iż ty jesteś opoka i na tey opoce zbuduye moj Zbor; a brany piekła nie będą mu silne" - warto się zastanowić, czy przypadkiem arianie nie wspomagali się przy swoim wydaniu Biblii przekładem ks. Wujka, który wyszedł drukiem zaledwie kilka lat wcześniej?

Rzecz w tym, że objaśnienia Piotr = skała próżno doprawdy szukać w innych przekładach Biblii! Nie ma tego wtrącenia ani w Biblii Warszawskiej (tzw. "brytyjce"), zacytowanej na wstępie, ani w innych. I tak w Biblii Gdańskiej wers ten brzmi: "A Ja ci też powiadam, żeś ty jest Piotr; a na tej opoce zbuduję kościół mój, a bramy piekielne nie przemogą go:" W Biblii Brzeskiej: "Ale ja tobie powiedam: Iżeś ty jest Piotr, a na tej opoce zbuduję kościół mój i bramy piekielne nie zwyciężą go." Nie znajduje się go także w słynnej czeskiej Biblii Kralickiej:  "I jáť pravím tobě, že jsi ty Petr, a na téť skále vzdělám církev svou, a brány pekelné nepřemohou jí." Ani także w słynnej anglojęzycznej Biblii King James Version: "And I say also unto thee, That thou art Peter, and upon this rock I will build my church; and the gates of hell shall not prevail against it." Nie ma go w "Biblii Leopolity": "A ia też thobie powiadam, żes thy iest Piotr, a na tey opoce zbuduie kościół mój, a bramy piekielne nigdy go nie przemogą." Nie sposób się go dopatrzyć nawet w łacińskiej Wulgacie: "et ego dico tibi quia tu es Petrus et super hanc petram aedificabo ecclesiam meam et portae inferi non praevalebunt adversum eam". To pozwala stwierdzić, że w wydaniach katolickich mamy do czynienia z manipulacją Słowem Bożym!