niedziela, 23 września 2012

Tajemnice epoki lodowcowej

James I. Nienhuis nie jest postacią znaną w naszym kraju... Jeszcze kilka miesięcy temu w ogóle nie wiedziałem, że taki człowiek istnieje i pisze coś. Jest kreacjonistą młodoziemskim, bardzo poważnie podchodzącym do Biblii i przyjmującym jej zapis dosłownie. Jest jednak postacią dosyć oryginalną, bo z podobną dosłownością traktuje platońskie zapisy o istnieniu Atlantydy, co mu jednak wybaczam jako drobne dziwactwo. Optuje za radykalnym przybliżeniem nam w czasie końca epoki lodowcowej, a wyjaśnienie dlaczego tak uważa, zawarł w książce. Choć jest chrześcijaninem, daleki jest od dewocji, czy nawet nieustannego odwoływania się do Pisma Świętego, jak czynią niektórzy kreacjoniści

Na książkę tą trafiłem "przypadkowo" na straganie z tanią książką w jednym z naszych nadmorskich kurortów. Nazwisko autora absolutnie nic mi nie mówiło, lecz sam fakt, że tytuł obiecuje fascynujące zagadki z dziejów świata, a autor wierzy Słowu Bożemu bez zastrzeżeń, był dla mnie potężnym magnesem. Tym silniejszym, że cena była więcej niż atrakcyjna (zaledwie ok. 40% ceny katalogowej!). Gdy w końcu przyszedł czas, by zabrać się za czytanie - książka musiała trochę, lecz niezbyt długo, poczekać w "kolejce" - "świata mojego nie było", rozpłynął się zupełnie w świecie zagadek dalekiej przeszłości! Temat - ciekawy sam w sobie - zyskał bardzo wiele dzięki naprawdę wielkiemu talentowi pisarskiemu autora. Wielką sztuką jest pisać mądrze, większą jednak jeszcze jest pisać mądrze i ciekawie. Nienhuis książkę o tematyce popularno - naukowej potrafił napisać tak, że czyta się ją równie przyjemnie i łatwo jak powieść!

Nienhuis w swojej książce stara się przedstawić interesujące dowody na to, że epoka lodowcowa zakończyła się zaledwie 3500 lat temu. W jego przekonaniu świadczą o tym megalityczne budowle a nawet całe miasta zalane wodami podnoszącymi swój poziom (na skutek topnienia lodów) mórz, znane z wielu zakątków świata. Autor przekonuje, że owe zalane budowle powstały około 4000 lat temu. Sporo uwagi poświęca tajemniczym mapom sprzed wieków, na których m.in. pokazano Antarktydę wolną od lodów i dowodzi, że mogły być one sporządzone na podstawie bardzo dokałdnych map stworzonych przez kartografów żyjących w czasach, które - czego dowodzi autor - niesłusznie przedstawiane są nam jako "epoka jaskiniowców". Autor - trzeba przyznać w sposób bardzo przekonujący - przedstawia zupełnie inną wersję dziejów.

Nienhuis dowodzi, że już tysiące lat temu uczeni (!) byli świadomi kulistości ziemi, a nawet potrafili ją dokładnie zmierzyć korzystając z archeometru, którym - zdaniem autora - jest znany nam obecnie krzyż celtycki. Szczerze mówiąc nie bardzo mnie przekonuje, że akurat znany nam współcześnie krzyż celtycki miałby być tym archeometrem - bo jego symbolika jest czysto chrześcijańska a historia dość dobrze znana. Sądzę, że dość bezkrytycznie podszedł on do przekonań pewnego wyznalazcy, który skonstruował i opatentował (!) faktycznie działający archeometr w formie krzyża celtyckiego. Sama idea archeometru jest jednak przekonująca - tyle, że nie chodzi o krzyż, lecz o starożytny symbol słoneczny. Jest to okrąg z wpisanym weń równoramiennym krzyżem, którego ramiona symbolizują kierunki świata. Krzyż celtycki wywodzi się z tego znaku - symbolizuje jednak Chrystusa jako światłość świata. Różnicę pomiędzy oboma symbolami pomoże zrozumieć uproszczony rysunek:

Po lewej: krąg solarny z wpisanymi weń stronami świata
Po prawej: krzyż celtycki z kręgiem wokół centralnej części
symbolizujacym Chrystusa - światłość świata
Ten błąd nie przekreśla jednak moim zdaniem reszty wywodów Nienhuisa. Autor dowodzi nie tylko tego, że starożytni wiedzieli, że ziemia ma kształt kulisty (średniowieczne wierzenia oparte były na filozofii greckiej i historiach wymyślonych przez... kupców zazdrośnie strzegących swych handlowych tajemnic), lecz byli także świadomi odchylania jej osi od pionu oraz badali zjawisko precesji ziemskiej, a wnioski z tych badań potrafili wykorzystać w praktyce. Korzystając z tej wiedzy mogli dokładnie kreślić wspomniane wcześniej mapy (których kopiami mogą być zagadkowe mapy np. Piri Reisa) i określać swoje położenie w dowolnym miejscu na ziemi i żeglując nie musieli się trzymać brzegów, lecz płynąć przez środek oceanu!. To coś więcej niż tylko jakaś myśl - autor przedstawia wiele dowodów na poprawność swych twierdzeń! W jego teorii jest też miejsce na starożytne budowle, które nie zostały zatopione na skutek stopienia lodów - jak Stonehenge czy piramidy w Egipcie.

Zwolennicy lyellowsko-darwinistycznej wizji przeszłości ziemi drwią sobie z kreacjonistów, kiedy ci próbują - choćby metodami naukowymi - dowodzić, że przeszłość ziemi była zupełnie inna, niż się o tym chociażby uczy w naszych szkołach. Tymczasem ten nurt lyellowsko-darwinistyczny jest pełen absurdów i Nienhuis także o tym pisze, w sposób może lekko kpiący, a na pewno pobudzający do śmiechu:
 "Mniej więcej 100 mil w głąb lądu od brzegu morza, na spalonej słońcem pustyni północno-zachodnich Indii, leży starożytny rzeczny port Lothal, w którym zachowały się do dziś nabrzeża załadunkowe i doki remontowe. Ten śródlądowy port leżał nad wyschniętą dziś rzeką Sarasvati, która w epoce lodowcowej płynęła z zachodnich Himalajów i wpadała do dzisiejszej zatoki Kaććh. Mamy więc rzeczny port uznawanej przez archeologów cywilizacji Indusu-Sarasvati z ok. 2000 roku p.n.e., obecnie znajdujący się pośrodku pustyni, pierwotnie zbudowany nad rzeką Sarasvati, która według ortodoksyjnych naukowców wyschła na koniec epoki lodowcowej, ok. 10000 lat p.n.e. Czy dostrzegacie tu sprzeczność? Mamy do czynienia z rzecznym portem powstałym ok. 2000 roku p.n.e., położonym nad rzeką, która rzekomo wyschła ok. 8000 lat przed czasem rozkwitu owego portowego miasta."
Książka dostarcza wiele ciekawych materiałów do przemyśleń. Jednak, uważam, w pewnych sprawach autor trochę za bardzo naciąga i fantazjuje - np. słowo "chemia" wywodząc od Chama, najmłodszego syna Noego, angielskie słowo "hour" od egipskiego bożka Horusa, a słowo "ray" od bożka słonecznego Re... Jednak są to stosunkowo niewielkie mankamenty tej publikacji i te "kwiatki" nie powinny zniechęcać do tego, by po nią sięgnąć.

Autor odwołuje się do wierzeń chrześcijańskich, nie podpiera się jednak na każdym kroku Biblią, jak zwykło to czynić wielu kreacjonistów. W pewnym sensie jego podejście do tematu jest dość... racjonalistyczne - po prostu analizuje fakty i pokazuje, że to, co widzimy i co możemy objąć badaniami, doskonale pasuje do informacji, które znajdujemy na kartach Biblii. Jest to jedna z najciekawszych książek, jakie dane mi było przeczytać w ostatnim czasie. Bardzo polecam! Na jej kartach znajdziecie znacznie więcej ciekawych informacji niż to, co zawarłem tutaj!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz