sobota, 29 września 2012

Nie znalazłem tam Boga

La Salette, Lourdes, Fatima - trzy najsłynniejsze sanktuaria maryjne Europy. W swoim życiu odwiedziłem je wszystkie poszukując swej drogi do Boga. Na darmo. Nie znalazłem tam Boga... To, czego się dowiedziałem i co zobaczyłem było - delikatnie ujmując - żenujące. Z jednej strony kłamstwa zawarte w wypowiedziach rzekomej (!) "Maryi", z drugiej strony absurdalne formy kultu i... wielki biznes związany z sanktuariami. Było to jednak w pewnym sensie cenne duchowo. Przeżyłem "nawrócenie"- choć nie takie, jakiego oczekiwaliby pewnie duchowni katoliccy. Doszedłem do wniosku, że jeśli tak właśnie wygląda "pobożność" katolicka, to ja do tych ludzi nie pasuję. Mój proces odchodzenia od ślepej wiary katolickiej zaczął się w La Salette - od tego sanktuarium zacznę, więc moją opowieść...

Wśród Alpejskich szczytów

La Salette na starej pocztówce - widok od strony góry Gargas
La Salette miałem okazję odwiedzić dwukrotnie - za każdym razem towarzysząc grupom pielgrzymkowym prowadzonym przez księży. Piękne miejsce wybrała sobie Matka Boża na spotkanie z ludźmi - pomyślałem sobie zajeżdżając tam po raz pierwszy. Rzeczywiście sanktuarium jest przepięknie położone, na przełęczy pomiędzy alpejskimi szczytami (ok. 1850 m. n.p.m.). Podjeżdża się tam stromą, krętą, wąską drogą - często z jednej strony mając niebosiężną skałę, z drugiej zaś kilkusetmetrową przepaść, nad którą momentami autobus niemal zawisa. Jedni z przerażeniem zamykają oczy, inni zaś delektują się pięknem alpejskich krajobrazów.

"Dziewico Saletyńska, płacząca pośród gór, o łaski cię dziś prosi serc naszych zgodny chór..." - pieśń tą można usłyszeć każdego wieczora, śpiewaną w najróżniejszych językach przez pielgrzymów idących w procesji z zapalonymi świecami. Ich serca są gorące, a wiara żarliwa. Modlą się najpiękniej jak umieją i to - trzeba przyznać - wraz z całą otoczką mroku w górach i płomieni świec chyba na każdym robi niesamowite wrażenie. Pielgrzymi - wśród których jest zawsze wielu Polaków - czczą tą, którą uważają za "Matkę Bożą". Nie sposób kwestionować prawdziwości wydarzeń z La Salette - bardzo wiele moim zdaniem przemawia za tym, że coś wydarzyło się tam naprawdę, że cała historia nie jest zmyślona - ale czy ich "główną aktorką" była rzeczywiście Maryja?

*****

Melania Calvat i Maksimin Giraud
Bohaterami wydarzeń, które rozegrały się 19 września 1846 roku na pastwiskach położonych na stokach góry Gargas, ponad wioską La Salette, było dwoje ubogich dzieci - 15-letnia Melania Calvat i 11-letni Maksymin Giraud. Oboje pochodzili z miejscowości Corps, leżącej u podnóża Alp, lecz nie znali się wcześniej. Poznali się dopiero około połowy września 1846 roku w przysiółku Ablandins, leżącym nieopodal La Salette, gdzie wypasali bydło dla miejscowych gospodarzy. Poznawszy się stwierdzili, że dobrze im razem i weselej. Odtąd więc wspólnie wypasali małe, powie-rzone im stadka. Ani Maksymin, ani Melania nie chodzili do szkoły, ta bowiem wówczas nie była obowiązkowa. Nie tylko nie umieli czytać czy pisać, ale nawet nie znali dobrze języka francuskiego, a jedynie jego lokalny dialekt. Nie uczęszczali też na katechizację, a sprawy religii i modlitwa nie były im bliskie.

Owego pamiętnego dnia jak zwykle wcześnie rano poszli z krowami na zbocza Gargas. Podczas gdy zwierzęta się pasły, bawili się razem, zbierali kwiaty, a potem przystąpili do budowy małego domku z kamieni, który nazwali "rajem". Wreszcie, zmęczeni, zasnęli. Gdy Melania się obudziła, zobaczyła, że nie ma krów. Zaniepokojona wbiegła na niewielki wzgórek i stamtąd je spostrzegła. Dalsze wydarzenia tak relacjonuje:
"Nagle ujrzałam piękne światło, jaśniejsze aniżeli słońce, i ledwie wypowiedziałam słowa: >Maksyminie, widzisz tam? Ach, mój Boże!<, upuściłam kij, który miałam w ręce. W tej chwili działo się ze mną coś cudownego - nie umiem tego określić, ale czułam, że to światło mnie przyciąga do siebie. Czułam wielką, miłością przepełnioną bojaźń. Serce chciało biec szybciej niż ja. Patrzyłam z uwagą na to światło. Początkowo było nieruchome, wkrótce jednak jakby się rozwarło i wtedy ujrzałam inne światło, o wiele jaśniejsze i ruchome, a w tym świetle przepiękną Panią siedzącą na naszym >raju< z twarzą ukrytą w dłoniach".
Stary obrazek religijny przedstawiajacy scenę
"objawienia" w La Salette
Dzieci były początkowo przekonane, że to jakaś kobieta z jednej z sąsiednich wiosek, którą może dzieci skrzywdziły i pobiegła w góry, by się wypłakać. Była bowiem ubrana w strój, jaki zwykły nosić miejscowe góralki - jaśniał on jednak niezwykłym blaskiem. "Piękna Pani wstała, lekko skrzyżowała ramiona i patrząc na nas rzekła: >Zbliżcie się, moje dzieci, nie bójcie się. Jestem tu, aby zapowiedzieć wam wielką nowinę<. Te słodkie i łagodne słowa porwały mnie ku Niej. Serce moje chciało przywrzeć do Niej na zawsze" - kontynuowała swą opowieść Melania. Postać kobiety jaśniała niezwykle - tak, że Maksymin nie mógł patrzeć na jej twarz. Ponad głową miała jakby koronę z promieni światła. Światło biło też z wielkiego krzyża wiszącego na łańcuchu na jej szyi. Suknia jej natomiast była jakby obszyta żywymi, barwnymi różami przecudnej urody.

"Maryja" mówiła dzieciom o ludzkich grzechach i bezbożności. Wypomniała, że miejscowa ludność pracuje nawet w niedzielę, nie chodzi do kościoła, lekceważy narzucone przez Kościół posty, a woźnice z przekleństwami mieszają imię Jezusa.
"Jeśli mój lud nie zechce się poddać, będę zmuszona puścić ramię Mojego Syna. Jest ono tak mocne i tak ciężkie, że nie zdołam go dłużej powstrzymywać. Od jak dawna cierpię już za was. Chcąc, by Mój Syn was nie opuścił, jestem zmuszona ustawicznie Go o to prosić, a wy sobie nic z tego nie robicie. Choćbyście nie wiem jak się modlili i nie wiem co czynili, nigdy nie zdołacie wynagrodzić trudu, którego się dla was podjęłam. Dałam wam sześć dni do pracy, a siódmy zastrzegłam sobie, a ludzie nie chcą mi go przyznać. Z tej właśnie przyczyny ramię mego Syna staje się tak ciężkie"
- tak Melania zapamiętała słowa "Pięknej Pani". Na zakończenie zjawa poleciła pastuszkom: "A więc, moje dzieci, ogłoście to całemu mojemu ludowi". Następnie wspięła się kawałek ścieżką prowadzącą pod górę, po czym - "cała w świetle", jak to określili pastuszkowie - uniosła się ku niebu.

*****

Pocztówka z początku XX wieku pokazująca miejsce objawienia i zgromadzonych wokół niego pielgrzymów.
Pielgrzymi zazwyczaj słowa te przyjmują z wiarą, jako wskazówkę daną im przez Boga za pośrednictwem Matki Chrystusowej. W moim sercu jednak zakiełkowały poważne wątpliwości. Jak to? - pomyślałem sobie - księża na katechezie uczyli mnie inaczej. Powiedziano mi, że to Bóg stworzył świat i to On polecił nam siódmego dnia odpoczywać i czcić Go! Tak przecież jest napisane w Biblii. A tu "Matka Boża" mówi nagle coś zupełnie innego! Czy aby nie uzurpuje sobie praw Boga i nie przypisuje Jego dzieł? Warto też dodać, że Kościół katolicki niedzielę traktuje jako dzień Pański, natomiast sobotę jako "dzień maryjny". Oczywiście jest kwestia czy chrześcijanie powinni zachowywać sobotę (szabat) czy niedzielę - ale rzekoma "Maryja" chce tego dnia DLA SIEBIE, nie dla Boga! To dla siebie żąda kultu! Jakaż pycha musiała przemawiać przez "Maryję", gdy rozmawiała z Melanią i Maksyminem! Ale Maryja przecież nie była pyszna! Z Biblii wiemy, że była pokorną służebnicą Pana, pozostającą zawsze w cieniu Jahwe i Jego Syna. Czyżby aż tak się w międzyczasie zmieniła? Zastanowiło mnie także i to, że w słowach Maryi Jezus jawi się nie jako zbawca ludzkości, ale raczej okrutny sędzia i tyran. Jeśli słowa "Dziewicy Saletyńskiej" miałyby być prawdą, to okazałoby się, że to nie Jezus jest ucieczką grzeszników, ale ona, która z takim heroizmem powstrzymuje dłoń swego gniewnego Syna!

Nie, ktokolwiek przybył do La Salette spotkać się z dziećmi, nie był matką Zbawiciela! - pomyślałem. I od tej chwili moja wiara w dogamtykę Kościoła rzymsko-katolickiego i "objawienia maryjne" uległa zachwianiu. Zwłaszcza, że Maryja pozostawiła także dzieciom wiele proroctw dotyczących XIX i XX wieku, z których żadne się nie sprawdziło. W sanktuarium saletyńskim nie znalazłem Boga, a tylko ślady podejrzanej moralnie i duchowo zjawy sprzed półtora wieku.

Skłamałbym jednak, gdybym powiedział, że w La Salette nie przeżyłem spotkania z Bogiem. Przeżyłem! Pewnego ranka, wyszedłszy z hotelu, skierowałem się na górskie zbocza. Wspiąłem się ok. 100 metrów powyżej sanktuarium. Tam usiadłem na kamieniu i czekałem, aż słońce "wleje się" w doliny. Doliny skryte były w chmurach. Ja byłem ponad obłokami i było mi jakoś tak "bardzo szczególnie" na sercu. W pewnym momencie chmury zaczęły się rozstępować, a w rozwarstwionym powietrzu odbijały się górskie szczyty. Wokół mnie pełno było pięknej, alpejskiej roślinności, z trudem dającej sobie radę na tak dużej wysokości, wczepionej korzeniami w rozpęknięcia skalne. Śpiewały ptaki, brzęczały owady... Wstałem, wzniosłem ręce i zacząłem się głośno modlić do jedynego prawdziwego Boga, chwaląc za piękno Jego stworzenia i dziękując za życie... Do La Salette zawsze będę chętnie wracał - nie do "Dziewicy Saletyńskiej" jednak, lecz do tego Boga, którego piękno poznawać można w urodzie tego, co w swej miłości stworzył.
Współczesny widok sanktuarium - koniec lat 90-tych XX wieku. Fotografię wykonałem
z miejsca, w którym podziwiałem wschód słońca i modliłem się o poranku.
Widok byłby jeszcze piękniejszy, gdyby nie brzydota ogromnego "domu pielgrzyma"!

"Mekka" chorych

Lourdes - ogólny widok sanktaurium. Pocztówka z przełomu XIX i XX w.
Lourdes jest miejscem tak różnym od La Salette, jak od niego odległym. By przejechać z jednego sanktuarium do drugiego trzeba pokonać niebagatelny dystans około 1000 kilometrów. Położone jest wśród malowniczych Pirenejów - nie na szczytach jednak, jak La Salette, lecz w dolinie. La Salette jest w gruncie rzeczy miejscem cichym i spokojnym. Lourdes natomiast tętni wielojęzycznym gwarem przez okrągły rok. Miasteczko nie jest duże - liczy około 16.000 mieszkańców. Każdego roku przybywają tam miliony pielgrzymów z całego świata, którzy znaleźć mogą gościnę w jednym z... blisko 400 hoteli!

Jeszcze więcej niż hoteli jest w Lourdes sklepów z tzw. "dewocjonaliami". Na każdym kroku kupić można różańce - od zupełnie malutkich po tak duże, jakby osoby nabywające je chciały całemu światu oznajmić: "Zobaczcie, jaki ze mnie dobry katolik, jak się modlę do Najświętszej Panienki, jaką mam do niej cześć!", "święte" obrazki, książki, płyty CD i kasety z maryjnymi pieśniami, świece wotywne, a także figury i płaskorzeźby przedstawiające Maryję, Chrystusa i licznych "świętych". Wybór ogromny, ale większość to odpustowa tandeta. Wiele wizerunków Chrystusa i Jego Matki przypomina wręcz karykatury. A jednak interes kwitnie! Pielgrzymi kupują te wątpliwej klasy pamiątki niekiedy całymi siatkami, by później poświęcić je w sanktuarium! Sklepikarze starają się ich zachęcać nie tylko bogatym asortymentem, ale także atrakcyjną nazwą sklepu - a im "świętsza" ona jest, tym lepiej. "U św. Małgorzaty", "Nasza Pani z La Salette", "Nasza Pani z Groty", "U św. Bernadetty", czy "Pod świętym krzyżem" - te przykłady można by mnożyć. Lourdes to dziś przede wszystkim miasto "ludzi biznesu". Na całym świecie trudno by znaleźć równie skomercjalizowane miejsce.

*****

Bernadetta Soubirous, której pojawiła się
istota podszywająca się pod Marię, matkę Jezusa
Trwającą nieprzerwanie od blisko 150 lat "hossę" zawdzięcza Lourdes serii objawień "Matki Bożej", mającym miejsce w roku 1858. Maryja objawiła się rzekomo 14-letniej Bernadetcie Soubirous w Grocie Massabiel, odległej od miasteczka o ok. 2 kilometry. Pierwszy raz zdarzyło się to 11 lutego. "Widząca" tak to później zrelacjonowała:
"...usłyszałam hałas, jakby podmuch wiatru, wtedy odwróciłam głowę w kierunku łąki. Widziałam, że drzewa się nie poruszały, więc powróciłam do ściągania butów. Znowu usłyszałam ten sam hałas. Kiedy podniosłam głowę w stronę groty, ujrzałam Panią ubraną na biało. Miała białą suknię, biały welon, w pasie błękitną szarfę i różę na każdym bucie - żółtą, w takim samym kolorze jak łańcuszek jej różańca. Trochę się wystraszyłam. Sądziłam, że to złudzenie. Przecierałam oczy. Jeszcze raz popatrzyłam i widziałam cały czas tę samą Panią. Wsunęłam rękę do kieszeni i znalazłam w niej mój różaniec. Zrobiłam znak krzyża. Lęk, jaki odczuwałam, zniknął. Uklękłam. Odmówiłam różaniec w obecności tej pięknej Pani. Zjawa przesuwała różańcowe paciorki, ale nie poruszała wargami. Kiedy skończyłam różaniec, nagle znikła".
Do kolejnego spotkania z ową tajemniczą zjawą doszło trzy dni później. "Maryja" cały czas milczała. Odezwała się dopiero 18 lutego, by prosić Bernadettę, by w dalszym ciągu przychodziła. 24 lutego, po kolejnych czterech objawieniach zjawa wezwała do modlitwy za grzeszników i pokuty.

Najdziwniejsze życzenie wyraziła następnego dnia. Poprosiła wizjonerkę, żeby... zjadła rosnącą w pobliżu roślinę, a potem poszła do źródła napić się i obmyć w nim.
"Nie widząc źródła skierowałam się ku rzece (obok groty Massabiel przepływa rzeka Gave de Pau - przyp. autora). Pani jednak powiedziała mi, że to nie tam, i dała mi znak palcem, abym podeszła pod skałę. Zrobiłam tak. Znalazłam tam zaledwie odrobinę wody, jakby błoto, i z ledwością mogłam jej nabrać. Zaczęłam drążyć ziemię. Po chwili mogłam nabrać wody, ale trzy razy ją wyrzuciłam. Dopiero za czwartym razem mogłam się napić, tak bardzo woda ta była brudna". 
Świadkami tych wydarzeń, gdy zachowywała się niemal jak osoba psychicznie chora, było wielu ludzi, którzy od pewnego czasu towarzyszyli jej w codziennych wyprawach do groty. W ten sposób Bernadetta odkryła źródło o "cudownej, uzdrowicielskiej mocy".

Grota Massabiel - miejsce rzekomych "objawień maryjnych" - pocztówka z przełomu XIX i XX wieku.
Dziewczynka bardzo chciała wiedzieć, kim jest "Pani", którą widzi. Pytał ją bowiem o to miejscowy pleban, któremu zdawała relację z objawień. Zadawała jej wielokrotnie to pytanie, jednak zjawa zupełnie ignorowała jej ciekawość. Dopiero za czwartym razem odpowiedziała:
"Jestem Niepokalanym Poczęciem".
Kilka lat wcześniej Watykan ogłosił dogmat o "niepokalanym poczęciu Najświętszej Maryi Panny", o czym Bernadetta wiedzieć nie mogła. Ale czy Maryja, gdyby rzeczywiście była to ona, potwierdza-łaby niczym nieuzasadnione decyzje papieża mające przydać jej jeszcze czci? Wydaje się raczej, że to szatan miałby interes w umacnianiu niebiblijnych, sprowadzających wiernych na manowce, nauk Kościoła rzymskiego. Już wcześniej "Pani" zażyczyła sobie, by kapłani przyszli w procesji do groty, a także, by w miejscu objawień wystawić kaplicę ku jej czci. Skąd nagle w niej tyle pychy?

Objawienia zakończyły się 7 kwietnia. Dziś nad grotą Massabiel wznosi się wspaniała świątynia, wewnątrz skały wykuto też kaplicę, w pobliżu pobudowano też dwie kolejne bazyliki, mogące pomieścić tysiące wiernych - św. Bernadetty i św. Piusa X (ta ostatnia, skryta pod ziemią, jest zresztą wyjątkowo paskudna - przypomina raczej betonową halę fabryczną niż kościół). Wszystko dla większej czci Maryi. Choć wiele się tam mówi o Bogu i Chrystusie, to jednak nie oni są najważniejsi dla przybywających do Lourdes pielgrzymów. Ci mają na ustach tylko imię Maryi i to jej oddaje się tam cześć i bije przed nią pokłony.

*****

Lourdes jest "mekką" chorych. Każdego dnia setki i tysiące ich uczestniczą w popołudniowych i wieczornych procesjach - począwszy od ludzi lekko ułomnych pod względem fizycznym czy psychicznym, a skończywszy na ciężko chorych, niekiedy nieprzytomnych, obwożonych na specjalnych łóżkach. Trudno im nie współczuć i nie podziwiać, jak wiele jest w nich - mimo ogromu cierpień, których doświadczają - wiary i nadziei. Nadzieja, którą widać w ich oczach, porusza do głębi. Bardziej niż z powodu choroby współczuć im jednak należy z tej przyczyny, że zaślepieni nauką swego Kościoła pokładają ufność w stworzeniu zamiast w Stworzycielu.

Faktem - jak sądzę - jest, że w Lourdes dokonują się cudowne uzdrowienia, których nie można w sposób racjonalny wyjaśnić. Znanych jest kilkaset przypadków potwierdzonych przez komisje lekarskie, w tym nawet lekarzy sceptycznie nastawionych do wszelkich "sił nadprzyrodzonych". Nie należy ich jednak uważać za dokonania Maryi. Wydaje się raczej, że najczęściej mamy tu do czynienia z potęgą samej wiary w uzdrowienie. Każdy lekarz może potwierdzić, że już samo pragnienie ze strony pacjenta bycia zdrowym i chęci do życia mają wielkie znaczenie w procesie leczenia, potrafią niekiedy przezwyciężyć najcięższą nawet chorobę, wobec której lekarze są bezsilni. Bóg, oczywiście, też ma moc uzdrawiania i znane są zdarzenia, gdy dotykał się on ludzi chorych. Być może w Lourdes rzeczywiście dzieją się takie rzeczy. Ale czy świadczy to o boskim pochodzeniu zjawy? Biblia uczy nas, że i szatan potrafi czynić znaki i cuda, byle by tylko skuteczniej zwodzić ludzkość.

Kolejna stara pocztówka z Lourdes - być może nawet z końca XIX wieku.
Widzimy na niej całe sanktuarium, a także procesję zmierzającą do groty.
Miliony pielgrzymów przewijające się przez Lourdes wywożą stamtąd "świętą" wodę "pobłogosławioną" przez "Panią". Czerpią ją ze specjalnych kranów, do których zazwyczaj jest spora kolejka chętnych. Płyną jej tysiące, jeśli nie dziesiątki tysięcy litrów dziennie, podczas gdy... źródełko ma wydajność zaledwie 80 - 100 litrów na dobę! A uwzględnić trzeba jeszcze i ten fakt, że w Lourdes są całe baseny kąpielowe, w których wierni zażywają "uzdrawiających" kąpieli. Nie trzeba być geniuszem matematyki, żeby stwierdzić, że źródełko nie sprostałoby nigdy takiemu zapotrzebowaniu. Księża opiekujący się sanktuarium na wątpliwości zwykli odpowiadać, że cudowna woda gromadzona jest w ogromnych, podziemnych zbiornikach. Choćby były one i największe na świecie, nie zmienia to faktu, że słabiutkie źródełko nie jest w stanie ich odpowiednio zaopatrzyć w wodę. Skąd więc to "cudowne rozmnożenie"? Musi ona pochodzić zasadniczo z innego źródła. Być może preparowana jest tak, jak leki homeopatyczne, których właściwości lecznicze są tym większe, im bardziej się je rozcieńczy i wstrząśnie? Pielgrzymom należy współczuć, gdyż są oni szpetnie oszukiwani przez Kościół, do którego mają tak wielkie zaufanie!

Już sama grota Massabielska ma dla odwiedzających sanktuarium szczególne znaczenie. Przechodząc wzdłuż jej ścian gładzą je palcami, całują skałę, czynią na koniec znak krzyża. W ich oczach widać ogromne wzruszenie. Miliony palców wypolerowały już kamień na wysoki połysk. Wśród wiernych, co znamienne, są nie tylko katolicy, ale także... Hindusi. "Dlaczego tu przychodzicie? Też jesteście katolikami?" - spytałem jednej z młodych dziewcząt odzianych w sari. "Nie, jesteśmy wiary hinduistycznej, ale i dla nas jest to święte, pełne mocy miejsce" - odpowiedziała. "Maryję" z Lourdes w sposób wyraźny traktują jako wcielenie jednej ze swych bogiń (Kali - okrutnej bogini śmierci, mającej wszelkie cechy demoniczne), a skała Massabiel jest jednym z tzw. "czakramów" Ziemi. Nawiedziwszy już grotę, zaczerpnąwszy "mocy" płynącej ze skały, tak jak katoliccy pielgrzymi wędrują, by nieopodal - w specjalnie przeznaczonym do tego miejscu - zapalić wotywną świecę. Płomień świecy, jak wierzą katolicy, przedłuża ich modlitwę. Gdy oni już się nie modlą, świeca - w ich przekonaniu - modli się za nich. Im większą i grubszą więc kupią, tym dłużej ich modły będą zanoszone przez Boży tron. Tylko czy Bogu to miłe? Nie! Zwyczaj ten bowiem nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem.

Także i w Lourdes nie znalazłem Boga, choć również tam gościłem dwa razy poszukując Go. Za Lourdes nie tęsknię - zawsze opuszczałem je z westchnieniem ulgi, że już nie muszą ni chwili w nim spędzać, przyglądając się nieustannemu odpustowi i powierzchownej, tandetnej wierze pielgrzymów.

W dalekiej Fatimie

Wydarzenia, do których doszło w 1917 roku w Fatimie - leżącej w środkowej części Portugalii, około 100 km od Lizbony - są doskonale znane chyba każdemu katolikowi. Kult "Matki Bożej" Fatimskiej propagował bardzo mocno papież Jan Paweł II, w przekonaniu, że to jej właśnie zawdzięcza ocalenie życia w zamachu z 13 maja 1981 roku. To za jego przyczyną kult "Matki Boskiej" Fatimskiej jest dziś w Polsce tak powszechny, że w niemal każdej katolickiej diecezji otaczana jest czcią wiernych przynajmniej jedna figura ukazująca "Panią jaśniejszą niż słońce".

*****

"Maryja" wyraźnie upodobała sobie dzieci, zwłaszcza te ubogie. Także i w Portugalii bowiem to im właśnie postanowiła się objawić. "Wydarzenia Fatimskie" zaczęły się już w 1916 roku, kiedy to Łucji dos Santos (9 lat), Franciszkowi Marto (7 lat) i jego młodszej siostrze Hiacyncie (6 lat) - trójce pastuszków pochodzących z wioski Aljustrel - trzykrotnie objawił się "Anioł Pokoju" ucząc ich modlitwy, przyjmowania cierpień, a także uwielbienia Jezusa w "Najświętszym Sakramencie". Do najważniejszych wydarzeń doszło jednak dopiero rok później.
Dzieci z Fatimy: Hiacynta, Franciszek i Łucja

13 maja 1917 roku Łucja, Franciszek i Hiacynta paśli owce w miejscu zwanym Cova da Ira. Dzieci "odklepywały" właśnie różaniec, aby tylko jak najszybciej skończyć modlitwę (aby było szybciej, powtarzały tylko dwa pierwsze słowa modlitwy - "Zdrowaś Mario"), gdy nagle zaobserwowały kilkakrotny rozbłysk światła, po czym ich oczom ukazała się świetlista postać kobiety ubranej w białą szatę, stojącej na obłoku unoszącym się w powietrzu ponad małym skalnym dębem. Łucja zapytała ją: "Skąd jesteś?", na co "Pani jaśniejsza niż słońce" - jak określili ją mali wizjonerzy - odpowiedziała: "Z nieba" i poprosiła dzieci, żeby przychodziły na to miejsce każdego trzynastego dnia miesiąca przez najbliższe pół roku. "Rzuć w to kamieniem!" - zasugerował Łucji Franciszek, na którym wydarzenie nie wywarło większego wrażenia. I być może tak właśnie należało uczynić, ale tak się nie stało. Wkrótce całe Aljustrel wiedziało o tym, co im się przytrafiło.

Podczas kolejnego objawienia "Matka Boża" zapowiedziała Hiacyncie i Franciszkowi, że niedługo umrą (tak się też w istocie stało - oboje zachorowali w Boże Narodzenie 1918 roku na grypę "hiszpankę". Franciszek zmarł 4 kwietnia 1919 roku. Hiacynta natomiast 10 lutego 1920 roku, w wyniku powikłań pogrypowych). 13 lipca wizjonerom towarzyszył już kilkutysięczny tłum wiernych. W ciągu tego, jak i kolejnych spotkań, "Maryja" wzywała dzieci do pokuty i nawrócenia, zachęcała, by jak najczęściej modlić się na "różańcu", a nade wszystko zawierzyć się bezgranicznie jej "Niepokalanemu Sercu". Jedną ze swych próśb rzekoma "Matka Boża" tak sformułowała: "Umartwiajcie się w intencji grzeszników i odmawiajcie często, zwłaszcza po jakimś umartwieniu: O mój Jezu, to z miłości ku Tobie za nawrócenie grzeszników i jako zadośćuczynienie za popełnione grzechy raniące Niepokalane Serce Maryi". W końcu zażyczyła sobie, podobnie jak w innych miejscach objawień, wystawienia kaplicy ku jej czci.

Prawdą jest, że w Fatimie dochodziło do spektakularnych wydarzeń. Tysiące pielgrzymów widywały słupy dziwnego dymu nad miejscem objawienia, choć nie widziano ognia, który mógłby być jego źródłem. Najdziwniejsze wydarzenie jednak stało się udziałem zgromadzonych 13 września, kiedy to dokonał się tzw. "cud słońca". Słońce świeciło dziwnym blaskiem i wykonywało na niebie zaskakujący taniec - wirowało i raz to przybliżało się, a raz oddalało od oczu zdumionych tłumów. Zjawisko to widziano w promieniu ok. 50 km od Fatimy. W samej Cova da Ira zaś podczas tego samego objawienia spadł także deszcz drobnych kwiatków. Wydarzenie to relacjonowały nawet wrogie chrześcijaństwu gazety rządowe (struktury władzy w Portugalii związane były wówczas ściśle z masonerią, a chrześcijaństwo było powszechnie prześladowane). Sprawą zajęli się nawet naukowcy, którzy - mimo szczerych wysiłków - nie potrafili zjawisk z Fatimy wyjaśnić w racjonalny sposób. Czy jednak można uznać to za dowód potwierdzający "boskie posłannictwo" Maryi? Biblia mówi, że i szatan może użyć różnych ciekawych trików, by zwieść ogłupiałą ludzkość...

Nie ma podstaw by wątpić w to, że w Fatimie doszło do zadziwiających wydarzeń -
było na to wielu świadków, a tzw. "cud słońca" został dośc dobrze udokumentowany fotograficznie.
Pamiętajmy jednak, że szatan jest mistrzem mistyfikacji!
Niecodzienny przebieg miała mieć, wedle zapewnień "Pani z nieba", ostatnia jej wizyta. Już wcześniej zapowiedziała dzieciom, że objawi się im nie tylko ona, ale także św. Józef z dzieciątkiem, Matka Boża z Góry Karmel oraz Matka Boża Bolesna! Tak też, wedle zapewnień Łucji, się stało. A więc w Fatimie objawiła się nie jedna "Matka Boża", ale... aż trzy! Czy nikt nigdy nie zadał pytania: która w takim razie była tą prawdziwą? No i dlaczego dwie pozostałe niby miały uwiarygodniać - bo tylko tak to można przecież rozumieć! - autentyczność "Pani jaśniejszej niż słońce" z Fatimy i jej "przesłanie do świata"?

"Maryja" powierzyła dzieciom też tzw. "tajemnice", będące właściwie mistycznymi wizjami. Pierwsza tajemnica była wizją piekła, ukazaną dla przestrogi. W drugiej natomiast "Maryja" wskazała na siebie i swe "Niepokalane Serce", jako na pewną drogę ocalenia i uniknięcia zapowiedzianej kary.
"Nasza Pani 13 czerwca 1917 r. zapewniła mnie, że nigdy mnie nie opuści i że Jej Niepokalane Serce będzie zawsze moją ucieczką i drogą, która mnie będzie prowadziła do Boga. (...) Od tego dnia odczuliśmy w sercu bardziej płomienną miłość do Niepokalanego Serca Maryi"
- wspominała później Łucja.
"Pan Jezus chce się tobą posłużyć, aby ludzie bardziej mnie poznali i pokochali. On chce wprowadzić na świecie nabożeństwo do mojego Niepokalanego Serca. Tym, którzy przyjmą to nabożeństwo, obiecuję zbawienie. Te dusze będą przez Boga kochane, jak kwiaty przeze mnie postawione dla ozdoby jego tronu"
- powiedziała jej wówczas rzekoma "Maryja". Po 10 latach "Maryja", objawiając się przebywającej już w klasztorze karmelitańskim w Coimbrze s. Łucji, prosiła ją ponownie o rozpowszechnienie nabożeństwa do swego Niepokalanego Serca i o czczenie go szczególnie w pierwsze soboty miesiąca (i znów sobota - dzień poświęcony przez katolików "Maryi"!). Obiecała także specjalne łaski tym, którzy będą mu wierni. "Pani Fatimska" przy-pisuje więc sobie bycie tym, kim według nauk Ewangelii jest jedynie Chrystus! Ba! Sugeruje, że ci, którzy nie uwierzą w jej objawienie, nie powierzą się jej i nie będą się do niej modlić, nie dostąpią zbawienia! Tymczasem Bóg mówi nam poprzez apostoła Piotra: "I nie ma w nikim innym zbawienia; albowiem nie ma żadnego innego imienia pod niebem, danego ludziom, przez które moglibyśmy być zbawieni" (Dzieje Apostolskie 4, 12). Tym samym słowa "Maryi" z Fatimy są... jedną z najgorszych herezji w dziejach świata!

Fatima na starej pocztówce. Niewielki budynek - a raczej zadaszenie - pośrodku placu
skrywa niewielką kapliczkę stojącą w miejscu, w którym pojawiała się rzekoma "Maryja" 
Trzecia "tajemnica" mówiła zaś przede wszystkim o przyszłości Kościoła rzymskiego i papiestwa. W tej "proroczej wizji" Kościół upatruje dziś wczesną zapowiedź zamachu na Jana Pawła II. Zgodnie z wolą "Maryi" wszystkie tajemnice miały zostać niebawem ogłoszone światu. Ostatnią z nich jednak wyjawiono na przełomie XX i XXI wieku - wcześniej była tajemnicą papieży. Dlaczego "synowie Maryi" byli tak nieposłuszni jej woli, skoro żywili przekonanie, że to naprawdę ona się objawiła w Fatimie? Tego żaden z dostojników kościelnych dotąd nie wyjaśnił.

*****

Fatimę, tak jak Lourdes, nawiedzają co roku miliony pielgrzymów. Formy, jakie przybiera w tym miejscu katolicka "pobożność" bywają równie dziwne, co u podnóży Pirenejów. Pielgrzymi na klęczkach przemierzają w tę i z powrotem potężny betonowy plac, który powstał w miejscu uroczej, zielonej doliny Cova da Ira. Modlą się przy tym zawzięcie na "różańcach" tak, jak ich o to prosiła "Madonna", pogrążają się w myślach, albo też... "modlą się (tylko!) kolanami" rozmawiając równocześnie z przyjaciółmi i śmiejąc się. Tak jak w Lourdes, każą modlić się za siebie świecom, których wiele płonie w pobliżu miejsca objawień. Pobożnie nawiedzają grób "świętej" Hiacynty, znajdujący się w miejscowej bazylice. Pomijają przy tym na ogół grób równie jak ona "świętego" Franciszka, znajdujący się po przeciwnej stronie nawy głównej świątyni. Może dlatego że chciał on w "Najświętszą Panienkę" rzucić kamieniem, darzą go mniejszą estymą?
Od samego początku do Fatimy przybywa bardzo wielu pielgrzymów.
W największe święta gigantyczny plac przed bazyliką wypełnia się nieprzeliczonym tłumem.
Dlaczego ludzie nie dostrzegają fałszu w treści "objawień"?
Być może ktoś w Fatimie doświadcza "religijnych uniesień", ale ja także tam nie znalazłem Boga...

*****

Tak często od katolików słyszę o tym, co i gdzie "Maryja" miała do przekazania światu, kogo uzdrowiła, jak pięknie mówi o pokoju i modlitwie... Częściej jeszcze słyszę o tym, jak to należy się do niej modlić, ufać jej, powierzać jej swoje sprawy... Bezkrytycyzm Kościoła rzymskiego i wiernych jest porażający i przerażający! Watykan, aby uznać autentyczność objawienia, poszukuje wielu dowodów mających poświadczyć, że zdarzenie takie miało naprawdę miejsce. Pozyskawszy je błogosławi miejscu, w którym się ono dokonało, nie wnikając już w to, kto tak naprawdę stoi za dziejącymi się tam cudami. Jedno jest pewne. Cuda mają uwiarygodnić tego, kto je czyni. Mają skłaniać ludzi, by oddawali mu pokłon. A Maryja nigdy tego nie pragnęła, gdyż była cicha i pokornego serca. Więc kto? Odpowiedzią niech będzie historyjka - podobno opisująca zdarzenie autentyczne - którą kiedyś usłyszałem:
Przed wieloma wiekami pewnemu pobożnemu mnichowi objawiła się piękna pani, która przedstawiła się jako "Matka Boża". Obiecała mu, że będzie często do niego powracać, by poprzez niego przemawiać do świata. Uradowany zakonnik podzielił się swą radością następnego dnia z jednym ze swoich współbraci. Ten, mając więcej sprytu i rozumu, powiedział mu: "No dobrze, ale czy jesteś pewien, że to naprawdę była Maryja? Skąd ty możesz wiedzieć, że zjawa cię nie okłamała? Słuchaj! Mam dla ciebie radę. Jeśli znów się pojawi - spluń jej w twarz. Maryja była pokorna, więc jeśli to rzeczywiście ona, to zniesie taką zniewagę i będzie cię odwiedzać mimo to. Wówczas słuchaj, co ma do powiedzenia. A jeśli w rzeczywistości jest to szatan, który zawsze jest pyszny, nie ścierpi jej i odejdzie". Mnich postąpił zgodnie z otrzymaną radą i gdy następnej nocy "Maryja" ponownie zagościła w jego celi, splunął jej w twarz. Piękna pani natychmiast znikła i już nigdy do niego nie przyszła.
 Nie sądzę, by władze Kościoła były tak ślepe i naiwne, by nie znać prawdy. Czy nie jest tak, że objawienia i wszelkie cuda są po prostu dla Watykanu korzystne? Nie chodzi tu wyłącznie o "brzęczące" argumenty skłaniające ludzi, którzy chodzą w "purpurze" i papieża do uznawania ich i ogłaszania jako prawdziwych. Wiadomo, że wraz z przybywającymi pielgrzymami do kościelnej kabzy sypie się mamona, bo nie skąpią oni grosza na różne "świętości" i ofiary, wierząc, że zyskują sobie w ten sposób uznanie Boga i przychylają nieba. Chodzi tu jednak przede wszystkim o to, by zaślepione owieczki utrzymywać w stadku Kościoła rzymskiego, rozbudzać i podtrzymywać w nich kult Maryi. Kościół bardzo ładnie naucza, że nie jest ona Bogiem, że jest tylko jeden Bóg w trzech osobach - Ojciec, Syn Boży i Duch Święty - a Maryja wskazuje na Chrystusa i rzekomo jest dla wiernego ludu drogą do Niego... Ale praktyka jest inna! Wielu katolikom Maryja przysłoniła Boga, lub stała się "czwartą osobą boską". Modlą się do niej, czczą jej wyobrażenia - obrazy i figury, przynoszą kwiaty i liczne dary (tzw. wota), gdy - w ich przeświadczeniu - zostali wysłuchani. I w swoim przekonaniu mają się za wiernych i dobrych chrześcijan. W tym przeświadczeniu nie przeszkadza im brak znajomości Pisma Świętego. Gdyby je czytali, być może by przejrzeli na oczy i ujrzeli, że czynią dokładnie to, co Biblia piętnuje.

A gdyby tak Bóg pewnego dnia rzeczywiście posłał Maryję na Ziemię, by ogłosiła katolikom prawdę? Gdyby z ust matki Chrystusa usłyszeli, że wszystkie "jej" objawienia były w istocie zasadzkami szatana? Gdyby powiedziała im, że kult, jakim się wśród nich cieszy, a także czczenie obrazów, figur i relikwii świętych jest zdradą Boga i że wiele dogmatów jest z gruntu fałszywych? Czy uznaliby wówczas jej posłannictwo w równej mierze, co wcześniejsze? A może - paradoksalnie - właśnie wówczas stwierdziliby, że to nie Bóg do nich przemawia poprzez swą służebnicę, ale wizja ta i posłanie pochodzi od szatana, by ich odwieść od tego wszystkiego, co "święte" i katolickie?

*****

Sanktuaria maryjne mają umacniać katolików w ich wierze. Mają stamtąd wracać pokrzepieni na sercu i jeszcze bardziej wierzący. Ludzie mają się tam nawracać. Czy jednak ktoś z "wielkich" Kościoła rzymskiego przewidział, że mogą się tam dokonywać nawrócenia takie, jak moje. Każda kolejna wizyta w takim miejscu umacnia mnie w przekonaniu, że nie jest to droga do Boga. Moje doświadczenia i obserwacje tam poczynione coraz bardziej oddalają mnie od katolicyzmu, a przybliżają do wiary ewangelicznej. Paradoksalnie - właśnie będąc w jednym z sanktuariów, gdzie jako "porządny" katolik powinienem czcić Maryję i wzrastać w "świętej wierze katolickiej", zacząłem zastanawiać się, czy nie zawierzyć prawdziwie swego życia Chrystusowi i nie przyjąć chrztu takiego, o jakim czytamy w Ewangelii. I niech będzie Bóg uwielbiony za to, że dane mi było przejrzeć!

9 komentarzy:

  1. Ktoś ostatnio skomentował: "Ale przecież ty znalazłeś tam Boga!" No fakt! ;P Zależy, jak na to spojrzeć. :P Ale przecież wiadomo o co chodzi... :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie za to interesuje coś innego... Czy to nie dziwne, że każdego z tych objawień doznawały dzieci, najwyżej nastolatki? A to wiek bardzo podatny na wpływy z zewnątrz. Ja kiedy byłam mocno zaangażowana w New Age w podobnym wieku widziałam rzekome "kolory aury", potem mi przeszło. Myślę, że szatan wykorzystał naiwność tych dzieci i dewocyjną, wręcz fanatyczną atmosferę tamtych czasów. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie do końca, bo np. dzieci z La Salette były praktycznie niewierzące - był to rejon bardzo silnie zlaicyzowany. Tam żyli praktycznie w ogóle po pogańsku...

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale to, że ktoś nie wierzy w Boga nie znaczy, że jest w ogóle zamknięty na duchowość. Ja osobiście znam wielu ateistów, którzy mimo "racjonalizmu" i kultu nauki noszą na szyjach talizmany i wierzą w wróżby...

    OdpowiedzUsuń
  5. Po owocach poznacie.

    Czyzby szatan chcialby czci Maryji, ktorej tak nie nawidzi ?

    Kosciol jest bardzo ale to bardzo ostrozny do prywatnych objawien.Czeka i poznaje po owocach czy pochodzi to od Boga czy nie.

    Jest tak duzo nawrocen i poboznosci, ze to swiadczy ze pochodzi od Boga.

    Maria jest sluzebnica Boza.Wstawia sie za kazdego z nas do Boga.Kocha wszystkich.Traktuje nas jak swoje dzieci i tak tez sie do nas zwraca.

    Poboznosc mamy w srodku.

    Kto nie zrozumial odchodzi.



    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy znasz historię kultu maryjnego? Był on obcy pierwotnemu Kościołowi - ani apostołowie, ani reszta uczniów, którzy znali Jezusa, ani ci, którzy dopiero od nich usłyszeli Jego nauki, nie czcili Marii! Nawet na kartach Biblii Maria gra drugoplanową rolę - i to tylko póki Jezus jest dzieckiem. Gdy pojawia się jako Nauczyciel, odtąd Maria gra już tylko role epizodyczne, w niewielu scenkach. Dokonawszy tego, czego się podjęła, odsunęła się w cień. Przez pierwotny Kościół była szanowana - jako matka Zbawiciela, ale nie miała w nim żadnej funkcji. Tak naprawdę nic nie wiemy o jej życiu - bo żaden z autorów ksiąg NT nie uznał za ważne o niej pisać. Braki te uzupełniono później, gdy rodził się kult maryjny, różnymi opowiastkami. A jak to się stało, że zaczęto ją czcić? Nie powołam się tutaj na żadną z publikacji kościelnych, bo tym byś być może nie uwierzył, uznałbyś za stronnicze. Przeczytaj, co o tym pisze zawodowy historyk: „W okresie tzw. małego pokoju (260 - 303) i za panowania Konstantyna Wielkiego (306 - 337) napłynęło do niego wielu nowych wyznawców. Mieli oni pogańskie korzenie  i wnieśli do Kościoła wiele ze swojej obrzędowości. W tym czasie pojawiło się nie tylko czczenie męczenników, ale też kult maryjny, świętych i pielgrzymki” („Mówią Wieku”, luty 2013) Autor tych słów, Robert Suski, jest historykiem starożytności, pracownikiem Instytutu Historii i Nauk Politycznych Uniwersytetu w Białymstoku. Krótko mówiąc: potwierdza on to, co na temat kultu maryjnego piszą autorzy protestanccy!

      Jezus mówi: "Panu Bogu swemu pokłon oddawać i TYLKO JEMU służyć będziesz" (Ew. Mateusza 4, 10) – natomiast kult maryjny jest służbą „Maryi”! Wiąże się też z licznymi figurami i malowidłami – są one jego nieodłącznym elementem. Tymczasem Bóg powiedział wyraźnie: „Nie czyń sobie podobizny rzeźbionej czegokolwiek, co jest na niebie w górze, i na ziemi w dole, i tego, co jest w wodzie pod ziemią. Nie będziesz się im kłaniał i nie będziesz im służył, gdyż Ja Pan, Bóg twój, jestem Bogiem zazdrosnym...” (2. Księga Mojżeszowa 20, 4 – 5) Nie wolno człowiekowi nawet aniołów czcić, a co dopiero innego człowieka. Przed człowiekiem nie godzi się klękać. Przed wizerunkami nie wolno nam klękać, ani sprawować żadnego kultu. Bóg powiedział: TYLKO MNIE będziesz czcił! Kult maryjny jest sprzeczny z tym postanowieniem!

      Jak chodzi o objawienia, postawny sobie przede wszystkim pytanie czy Maria ma w ogóle taką możliwość, by do nas przychodzić? Była tylko człowiekiem i umarła jak każdy człowiek. Słowo Boże nie mówi nam nic o jej późniejszym życiu, ani o ostatnich chwilach, a „zaśnięcie” i „wniebowzięcie” możemy spokojnie odłożyć na tą samą półkę, na której stoją „Bajki” Andersena i „Baśnie” Braci Grimm. Skoro zmarła, to zobaczmy, co takiego Biblia mówi nam o zmarłych: „Wiedzą bowiem żywi, że muszą umrzeć, lecz umarli nic nie wiedzą i już nie ma dla nich żadnej zapłaty, gdyż ich imię idzie w zapomnienie. Zarówno ich miłość, jak ich nienawiść, a także ich gorliwość dawno minęły; i nigdy już nie mają udziału w niczym z tego, co się dzieje pod słońcem [...] Na co natknie się twoja ręka, abyś to zrobił, to zrób według swojej możności, bo w krainie umarłych, do której idziesz, nie ma ani działania, ani zamysłów, ani poznania, ani mądrości.” (Przypowieści Salomona 9, 5 – 6 i 10) Maria, która jest wśród zmarłych nie wie więc, co się dzieje na świecie, nie słyszy i nie widzi ludzi, nie może też się z nami kontaktować – razem z innymi czeka na zmartwychwstanie. Człowiek nie może funkcjonować bez ciała. Gdyby mógł, zmartwychwstanie nie byłoby nam potrzebne. Dlatego Maria milczy tak, jak milczą umarli! Nie może nawet modlić się! „Umarli nie będą chwalili Pana, Ani ci, którzy zstępują do krainy milczenia” (Księga Psalmów 115, 17) Kto więc przychodzi jako ona? Kto się za nią podaje?

      Usuń
    2. Załóżmy jednak (na chwilę), że to naprawdę ona. Jeśli to ona, i jeśli przychodzi od Boga, to... mówić powinna to samo, co mamy w Biblii, a przynajmniej zgodnie z Biblią. Jest jednak inaczej – zjawa, która przychodzi mówi co innego niż Słowo Boże! Powinna się też zachowywać podobnie jak ta Maria, którą znamy z kart Pisma Świętego – być pokorną i skromną. Maria z kart Biblii niczego dla siebie nie żądała – inaczej niż ta tajemnicza istota! Słowo Boże mówi nam: „Choćby anioł z nieba zwiastował wam ewangelię odmienną od tej, którą myśmy wam zwiastowali, niech będzie przeklęty!” (List do Galacjan 1, 8) Najmniejszy z aniołów więcej znaczy – gdy przychodzi do człowieka – niż choćby największy z ludzi. Jeśli to, co przekazują anioły musi być doskonale zgodne z tym, co mamy zawarte w Biblii, to tym bardziej wszystko inne. Jeśli nie jest zgodne, to jest znak wyraźny, że nie pochodzi to od Boga. Ponieważ w objawieniach, o których mówię jest sprzeczność ze Słowem Bożym, jest to dostateczny dowód ich diabelskiego pochodzenia i chrześcijaninowi pozostaje je tylko odrzucić.

      Szatan jest mistrzem mistyfikacji. On nie kusi nas złem – podsuwa nam to, co wydaje się dobre. Tak było nawet w raju... Skoro Słowo Boże mówi nam: „Jeśli nawet anioł z nieba...” to oznacza, że diabeł potrafi przyjąć nawet anielską postać, a co dopiero udawać człowieka! Diabeł potrafi nawet podrabiać cuda, podrabiać charyzmaty. Mamy wiele dowodów na to, że bardzo dobrze podrabia także pobożność – więc nie szukał bym tu dowodów... Raczej zadałbym pytanie: do kogo są te „nawrócenia”, jeśli „nawróceni” łamią Boże postanowienia i oddają cześć stworzeniu (Marii) i klękają przed figurami i obrazami? Nawrócenie może być tylko do Boga i musi oznaczać podporządkowanie się Słowu Bożemu! Mnie zastanawia dlaczego „Maryja” objawia się tylko tym, którzy wierzą w nią, lub na obszarach zdominowanych przez Kościół katolicki i prawosławny? W powyższych przypadkach tylko w La Salette trafiło na region, gdzie było duże zeświecczenie – ale jednak grunt katolicki! Dlaczego nie przyszła nigdy do żadnego protestanta, by dać mu do zrozumienia, że posyła ją Bóg? Może dlatego, że protestant każde jej słowo by weryfikował: „Zaraz, zaraz...” - szu, szu, szu (przewracanie kartek) - „Słowo Boże mówi...” Diabeł wie, że ten sposób nic nie da... Znalazł sposób i na wielu protestantów, ale już inny – zaczął wprowadzać elementy wschodnich praktyk duchowych (kundalini)... Tak, my też mamy swoje problemy z diabłem!

      Czy szatan nienawidzi Marii bardziej niż innych? A może to on sam próbuje wmówić, że jej bardziej nienawidzi? Szatan jest sam w sobie czystą nienawiścią – nienawidzi absolutnie wszystkich, a w swej nienawiści jest tak doskonały, jak Bóg w miłości. Nie nienawidzi Marii bardziej, niż kogokolwiek innego – każdego darzy 100% nienawiścią! I każdego próbuje zniszczyć...

      Co do mnie – jak napisałem – wiele lat czyniłem to, co się Bogu nie podoba. Odszedłem od tego, gdy ZROZUMIAŁEM, co Bóg mówi i czego oczekuje. Odszedłem, zrozumiawszy SŁOWO BOŻE. Jako dziecko Boga nie mogę bowiem służyć „Maryi”, nie mogę pielgrzymować po „sanktuariach” i nie mogę czcić jej wizerunków. Mam też słuchać tylko Boga – co oznacza konieczność odrzucenia „objawień”. SŁOWO BOŻE przekonuje mnie, że są one fałszywe, jak i cały kult, którego są częścią.

      Pozdrawiam i życzę łaski Bożej!

      Usuń
  6. a ja Wam mówię: "zwycięstwo przyjdzie przez Maryję", bo mama zawsze prowadzi ku dobru a największym dobrem jaki mogło spotkać człowieka jest to że Bóg go adoptował :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zwycięstwo przyszło przez Maryję, bo urodziła Jezusa, a On jest Zwycięzcą - i tylko w tym sensie zwycięstwo przyszło przez nią - ale na tym jej rola się zakończyła, nic więcej nie miała ona do spełnienia, nie dostała żadnej dalszej misji od Boga. Matką jest tylko dla Chrystusa i innych swoich dzieci - nie jest matką dla nas, chrześcijan.

      Usuń