środa, 26 września 2018

Bilet do Raju

"Uświęcajcie się i bądźcie świętymi, bo ja jestem święty" (3. Księga Mojżeszowa 11, 44 BW)

Tak często słyszymy o kimś: "to jest zły człowiek", albo "to jest dobry człowiek". Ocena ta zwykle oparta jest na dobrych lub złych uczynkach danej osoby. Jest wielu ludzi - po ludzku patrząc - bardzo dobrych. Nawet jeśli nie są wierzący, to - zdarza się tak - potrafią czynić więcej dobra, niż niejeden chrześcijanin i wielu chrześcijan mogłoby (i powinno) ich naśladować. Czasem spotykam się z próbą dowodzenia na ich przykładach, że nie potrzeba być wierzącym, aby być dobrym człowiekiem. Są też i tacy, którzy przekonują, że starczy być dobrym, żeby "trafić do nieba". Dobrzy ludzie są wspaniali, ale to jest jeszcze zbyt mało!

Wiecie... Nikt nie "trafi do nieba" tylko dlatego, że jest dobrym człowiekiem! A to dlatego, że nikt nie jest tak do końca dobry - bo każdy z nas czyni nie tylko dobro, ale też wiele zła. "A gdy się [Jezus] wybierał w drogę, przyviegł ktoś, upadł przed nim na kolana i zapytał go: Nauczycielu dobry, co mam czynić aby odziedziczyć żywot wieczny? A Jezus odrzekł: czemu mię nazywasz dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko jeden Bóg" (Ewangelia Marka 10, 17 - 18 BW). "A oni tym bardziej się zdumiewali i mówili między sobą: Któż więc może być zbawiony? Jezus spojrzał na nich i rzekł: U ludzi to rzecz niemożliwa, ale nie u Boga; albowiem u Boga wszystko jest możliwe" (Ewangelia Marka 10, 26 - 27 BW). "Nikt w oczach jego nie będzie usprawiedliwiony wskutek uczynków Prawa. Dzięki Prawu poznaje się [jedynie] grzech. Teraz zaś sprawiedliwość Boża ukazała się poza Prawem i została zaświadczona przez Prawo i Proroków. Jest to sprawiedliwość Boża dzięki wierze w Jezusa Chrystusa dla wszystkich, którzy wierzą. Nie ma żadnej różnicy. Wszyscy bowiem zgrzeszyli i wszyscy są pozbawieni chwały Bożej, dostępują zaś usprawiedliwienia darmo, dzięki jego łasce, przez odkupienie dokonane w Chrystusie Jezusie, którego uczynił Bóg przez wiarę narzędziem przebłagania w krwi Jego" (List do Rzymian 3, 20 - 25 BWP).

W świetle nauk Pisma Świętego... nie ma kogoś takiego, jak "dobry człowiek"! Bóg ukazuje nam, że ludzkość upadła i że każdy z nas popełnia zło. To nie jest ważne, że dokonamy czegoś dobrego, jeśli równocześnie czynimy zło. To nie jest ważne, że możemy Bogu pokazać jakiś swój dobry uczynek, bo On za to może nam pokazać wiele naszych złych uczynków. Choćbyśmy codziennie czynili dobro, to jednak nie "pójdziemy do nieba", albowiem codziennie również czynimy zło!

Nie jesteśmy powołani do bycia "dobrym człowiekiem", bo nie jesteśmy w stanie być naprawdę w 100% dobrymi ludźmi. Możemy być źli, lub lepsi - jeśli czynimy mniej zła, więcej dobra - ale nigdy sami z siebie nie jesteśmy całkowicie dobrzy. Dlatego Jezus podkreśla tak bardzo, że tylko Bóg jest dobry, a nikt z ludzi. Bóg oczekuje od nas świętości - a ponieważ sami nie jesteśmy do tego zdolni, otrzymujemy to jako dar. Źródłem świętości i tym, co nas uzdalnia do dążenia do niej jest łaska zbawienia i podjęcie uczniostwa z Jezusem jako Mistrzem. Jezus, wziąwszy na siebie nasze winy, obdarza nas swoją świętością - i tylko w Nim możemy być uświęceni i usprawiedliwieni. On jedyny był dobry - bo jest Bogiem - i dzięki temu mógł zająć nasze miejsce, odebrać naszą karę na sobie i prowadzi nas do nieba!

Żaden człowiek nie jest dostatecznie dobry, by zostać zbawiony. Tylko Jezus jest dostatecznie dobrym, by zbawiać. Wiara zaś jest warunkiem koniecznym. Dlatego Jezus zapewnia: "Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki" (Ewangelia Jana 11, 26 BT). Nie dobroć, lecz świętość jest "biletem do raju", a szafarzem tej jest tylko sam Bóg, Jezus Chrystus.

sobota, 15 września 2018

Ekskomunika - dlaczego jest tak ważna?

"A jeśliby zgrzeszył brat twój, idź, upomnij go sam na sam; jeśliby cię usłuchał, pozyskałeś brata swego. Jeśliby zaś nie usłuchał, weź z sobą jeszcze jednego lub dwóch, aby na oświadczeniu dwu lub trzech świadków była oparta każda sprawa. A jeśliby ich nie usłuchał, powiedz zborowi; a jeśliby zboru nie usłuchał, niech będzie dla ciebie jak poganin i celnik" (Ewangelia Mateusza 18, 15 - 17)
Każdemu z nas niewątpliwie zdarzyło się w dzieciństwie nieraz "tupnąć na kogoś nogą" i powiedzieć dobitnie: "nie odzywam się do ciebie!"  Niejednokrotnie bywało to mocno przesadzone - bo poszło o jakieś głupoty - i szybko szło w niepamięć. Czasem jednak służyło to w słusznej sprawie, było manifestacją, że poczuliśmy się o coś urażeni, że ktoś uczynił coś złego, źle się wobec nas - lub kogoś innego - zachował.

Słowa Jezusa mogą być zaskakujące. On, który tyle mówił o miłosierdziu i przebaczaniu, nagle mówi o izolowaniu się od tych, którzy dopuszczają się nieprawości, grzechu. Tego rodzaju ostracyzm jest niekiedy bardzo wskazany i wręcz konieczny - dla ich i własnego dobra.

Jest on swego rodzaju dotkliwą karą, która winna być wymierzona - tak, jak klaps dziecku - w celach wychowawczych. Powinna być jak "czerwone światło" dla grzesznika - sygnał, że źle czyni i że jego zachowanie, jego przewinienia nie mogą być i nie będą tolerowane i że powinien zatrzymać się i zawrócić. Z drugiej strony zaś jest to także forma samoobrony, higieny duchowej. Zło bowiem niezwykle łatwo się rozprzestrzenia. Gdy padamy ofiarą czyichś złych uczynków, łatwo budzi to w nas gniew przeciwko bliźniemu - który trudno opanować, a który łatwo staje się grzechem, przeradzając się w pogardę i nienawiść. Także różnego rodzaju grzechy łatwo przenoszą się z człowieka na człowieka. Nasz upadek często zaczyna się od wpływów drugiej osoby - bo ktoś poczęstuje papierosem, podsunie alkohol lub narkotyki, zaprosi do obejrzenia "pornola", etc. Bóg zalecił swemu Kościołowi ekskomunikę grzeszników, by nie stanowili duchowego zagrożenia w Kościele - nie tyle by nie siali zgorszenia, lecz by nie siali spustoszenia, nie niszczyli Kościoła grzechem.

Wiemy z dokumentów, że we wczesnym Kościele traktowano tą wskazówkę Chrystusa bardzo poważnie. Ten, kto "utknął" w grzechu był wyłączony ze społeczności. Był traktowany rzeczywiście jak poganin. Ekskomunika. Dzisiaj kojarzy nam się ona z Kościołem katolickim i właściwie ogranicza się do pozbawienia dostępu do tzw. "sakramentów". Pierwotnie jednak było to rzeczywiste i pełne wyłączenie ze społeczności Kościoła. Słowo to oznacza "poza wspólnotą". Osoby "z wyrokiem" nie mogły uczestniczyć w nabożeństwach, wspólnych modlitwach i rozważaniu Słowa Bożego. Były traktowane na równi z poganami. Nie znaczy to wcale, że powinniśmy takich ludzi ostatecznie odrzucać ze wzgardą.

"Poganin i celnik" to w Izraelu w czasach Chrystusa byli ludzie pogardzani, z którymi się nie rozmawiało, bo byli "nieczyści". To z tego powodu Jezus szokował i gorszył pobożnych żydów, gdyż jednak nie  unikał pogan i celników. Wyciągał i do nich dłoń, a na koniec polecił swym uczniom iść i głosić im Ewangelię. Tak samo i tym, którzy upadli - choć powinniśmy odsunąć się od nich na "bezpieczną odległość" - mamy jednocześnie zwracać się do nich z miłością i troską (nie ma w tym żadnej sprzeczności), głosić im Ewangelię i modlić się o ich nawrócenie. Bo skoro są "jak poganin i celnik" to znaczy także, że są oni "polem misyjnym" - ludźmi nienawróconymi, którzy potrzebują Boga.

Gdy byłem dzieckiem nie jeden raz dostałem klapsa na pupę. Nie jeden raz też usłyszałem od taty i mamy: "Nie będę z tobą rozmawiać!" To wcale nie oznaczało przecież, że mnie nie kochają, że teraz to już tak będzie na zawsze, że mnie odrzucili. Przeciwnie - musiałem zostać z pewnymi sprawami sam, by zrozumieć, że źle uczyniłem, że muszę za coś przeprosić, coś "naprostować" w swoim życiu. I była to dobra metoda. Jezus - zachęcając do ostracyzmu wobec zatwardziałych grzeszników - uczy nas, jak mamy się chronić, ale też daje wskazówki wychowawcze.

czwartek, 23 sierpnia 2018

Trud

Przyszedłem do Chrystusa w modlitwie.
"Panie, tak ciężko jest żyć..." - szepnąłem cicho.
"Naprawdę?" - uśmiechnął się
i poszedł z krzyżem na Golgotę


wtorek, 21 sierpnia 2018

Posiadanie

"A gdy wybierał się w drogę, przybiegł ktoś, upadł przed Nim na kolana a i pytał Go: Dobry nauczycielu! Co mam czynić, aby odziedziczyć życie wieczne? Jezus odpowiedział: Dlaczego nazywasz Mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko jeden Bóg. Znasz przykazania: Masz nie zabijać, nie cudzołożyć, nie kraść, nie poświadczać nieprawdy, nie oszukiwać, szanować ojca i matkę. A on Mu odpowiedział: Nauczycielu, tego wszystkiego przestrzegałem od młodych lat. Wtedy Jezus przyjrzał mu się a z miłością i powiedział: Jednego ci brak. Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie, po czym przyjdź i naśladuj Mnie. On jednak sposępniał na te słowa i odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości" (Ew. Marka 10, 17 - 22)
Bóg nie oczekuje od nas, że będziemy ludźmi bardzo religijnymi, że będziemy znali Prawo - czy w ogóle Słowo Boże jako całość - i kierowali się "literą prawa", że będziemy chodzić do kościoła, wypełniać rytuały. Oczekuje natomiast, byśmy przyszli do Niego ze swym sercem - bo On w nim chce mieć swój dom i świątynię - i byśmy w pełni zaufania poddali Mu całe swoje życie. Jest to dokładnie to, o co Jezus poprosił owego nieznanego nam bliżej człowiek - zwany zwyczajowo "młodzieńcem".

"Na krzyżum przelał krew, skonałem pośród mąk,
Byś wieczny żywot miał z przebitych moich rąk.
Jam swej nie szczędził krwi, a ty co dałeś mi?"

To słowa jednej ze starych pieśni ewangelickich. Wraz z nimi przyszło dla mnie zastanowienie. Ów bogaty człowiek z kart Ewangelii miał zapewne sporo złota. Miał też zapewne drogocenne kamienie. Miał niewątpliwie piękny dom i wspaniałe szaty. I pewnie z satysfakcją mówił o tym: "To jest moje!" Ale czy naprawdę to wszystko było jego? To wszystko powstało z materii stworzonej przez Boga i tylko powierzonej człowiekowi. Bóg - Jezus - poprosił więc go, by rozdał to, co do Boga należy a jemu, człowiekowi, zostało powierzone. Bóg poprosił też o życie - które ten człowiek od Boga otrzymał. Bóg jest Panem tego wszystkiego, my zaś posiadamy wszystko tylko czasowo. Tak więc prośba Jezusa wcale nie była "nie na miejscu", nie była "absurdalnym żądaniem".

Ów człowiek nie umiał spojrzeć na to, co posiadał, jako na własność Boga. Nie potrafił się wyzbyć myślenia: "To jest moje" i zacząć gospodarować według wskazówek Boga. Brakowało mu zaufania. On, przy całej swej majętności, nie był szczęśliwy - w jego sercu była ogromna pustka, z którą przyszedł do Jezusa. Chciał wiedzieć jak żyć i jak zyskać wieczność. Jednak pokładał ufność nie w Bogu, lecz w swym majątku. Być może myślał, że Jezus poleci mu złożyć datek na Świątynię, zbudować synagogę lub ufundować szkołę - co byłoby dużym wydatkiem, ale pewnie mógłby sobie na to pozwolić i nadal żyć dostatnio. Lecz Bóg poprosił o wszystko - i z tym on się pogodzić nie mógł.

"Jam swej nie szczędził krwi, a ty co dałeś mi?" - zapytuje Jezus w pieśni. Czy potrafiłbym oddać to, co przywykłem uważać za "swoje"? Czy sprostałbym wyzwaniu, rzuconemu owemu człowiekowi z kart Ewangelii? Czy umiałbym wszystko zostawić i pójść w świat za Jezusem? Ile tak naprawdę jestem gotów oddać Temu, który nie wyliczał, ile za mnie będzie musiał zapłacić i w ogóle nie zastanawiał się czy warto? Chyba nielekko by mi było oddać wszystko... A przecież kiedyś i tak będę musiał wszystko oddać - bo nic nie możemy przenieść tam, gdzie zmierzamy, gdzie znajdziemy się po śmierci.

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Betlejem - pierwsza lekcja pokory

"Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode mnie, że jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych" (Ew. Mateusza 11, 29 BW)

Chociaż trwa lato, a za oknami upały, to akurat przeczytałem ciekawe rozważanie nawiązujące do... Bożego Narodzenia. Jego autorem jest znany katolicki - no tak: katolicki! - charyzmatyczny duchowny i opiekun młodzieży, i. Jan Góra OP. Pisze on:

"Mój profesor był w Ziemi Świętej. I widział to wszystko na własne oczy. Opowiadał, że Pan Jezus narodził się w skalnej grocie wydrążonej w ścianie pagórka w okolicy osiedla Betlejem. W tamtych czasach było to pomieszczenie dla bydła. Takie groty, służące do tych samych celów, spotkać można w Palestynie także i dzisiaj. Ale  tamta grota, wybrana, jest miejscem kultu. Już Konstantyn wybudował tam bazylikę, która - wielokrotnie przebudowywana - stoi do dnia dzisiejszego*. Podobnie jak sama grota skalna. Pierwsi chrześcijanie wiedzieli, że Pan Jezus narodził się w grocie. (...) Okoliczności Jego narodzin były wielce wymowne. Wygód tam nie było. Nie domagali się ich zresztą Podróżni o tak niskim pochodzeniu społecznym i tak ubodzy. Szukali oni nie wygód, ale odosobnienia. Dla dyskretnego zachowania misterium narodzin szukali także ciszy. Uciekali od pospolitości hałasu. Dlatego wystarczyła im pierwsza lepsza grota dla bydła. Stajnia po prostu. Garaż jest również stajnią. Z tą nieistotną różnicą, że dla koni mechanicznych. Zawsze jest to podłe pomieszczenie, niegodne człowieka. Nikt też nie buduje garażu ani stajni na miejscu centralnym. One zawsze stoją z boku. W takich okolicznościach narodził się Jezus. Ubóstwo Jego Rodziców było zbyt duże, zbyt biedni byli, ażeby wynająć pokój. W ten sposób Bóg jakby sympatyzował z tymi, co mieszkań nie mają, na mieszkanie czekają, lub gniotą się w zbyt ciasnych. Chrystus narodził się więc w garażu. Przecież garaż nie jest pekaowską garsonierą**. (...) Sądząc po pałacu nowonarodzonego Króla, nie zamierzył On imponować światu na jego własny [tj. światowy - przyp. Br. M.] sposób. Inne ogłosił Królestwo, inną hierarchię wartości. (...) (Grudzień 1972)" (Jan Góra OP, "Mój dom", wyd. "Znak", Kraków 1981, str. 48 - 49).

Jezus i Maria faktycznie byli ubodzy. Nie aż tak, by nie móc sobie pozwolić na nocleg w gospodzie. Z Ewangelii wiemy przecież , że szukali noclegu w gospodach, ale tam nie było dla nich miejsca. Był bowiem to czas powszechnego spisu i wszystkie karczmy były zapełnione gośćmi, którzy wędrowali do miejsc swego pochodzenia, aby dać się zapisać. Chociaż autor, o. Jan Góra, popełnia w swym rozważaniu poważne błędy, to jednak jest ono dla mnie bardzo ciekawe i skłoniło do rozmyślań o naturze Boga i o tym, co stara się On nam przez swe życie na ziemi pokazać.

Fakt, że Jezus urodził się nie we wspaniałym pałacu, nawet nie w wiejskiej chacie, lecz w stajence gdzieś na uboczu, pokazuje nam niezwykły charakter Boga. On, który żyje w "niebie", który jest najpotężniejszy i włada wszystkim - także wszystkim tym, co poszczególni ludzie uważają za swoją własność (!) - zrezygnował z tego wszystkiego. On mógł się urodzić w pałacu - nawet te warunki byłyby niczym w porównaniu z "niebem" i oznaczałyby umniejszenie! Ale On umniejszył się jeszcze bardziej - i narodził się w miejscu najbiedniejszym z biednych, pod dachem użyczonym z łaski ubogim tułaczom. Jezus Chrystus. Wielki Bóg w człowieczym ciele! Na miejsce swych narodzin wybrał stajenkę poza miastem - tak, jakby nie chciał się nikomu narzucać!

Ten świat jest opanowany przez demony, które ponazywały się "bogami" i które od wieków żądają dla siebie świątyń - prawdziwych pałaców, bogato zdobionych złotem, drogimi kamieniami, malowidłami - i tronów, wywyższenia. A ten jeden, który jest Bogiem prawdziwym, rodzi się w stajni, pośród zwierząt. On mógł się urodzić w pałacu. Mógł mieć za matkę księżniczkę i złotą kołyskę - i mógł nauczać. Jest wielu takich "nauczycieli wiary", którzy żyją bardzo bogato i są chętnie słuchani, uznawani za "proroków" a nawet "bogów". Lecz Bóg wybrał inną drogę - pokazując nam, że cała "wielkość" i "blichtr" tego świata zupełnie nie mają znaczenia. Pokazał też, co różni Go od demonów, które domagają się kultu, świątyń i bogactw - i które pod różnymi imionami są czczone na całym świecie od prawieków po dziś dzień.

Bóg gardzi przepychem, świątyniami, obrazami i tronami, jakie mogą być stworzone przez ludzi - On pragnie tylko ludzkiego serca! On, wielki Pan i Bóg, uczy nas prostoty serca i poprzestawania na tym, nawet jeśli jest skromne, to wystarcza i tego. Uczy nas tego, byśmy nie przywiązywali znaczenia do tego, co go nie ma, co przeminie i się rozsypie w proch, a koncentrowali się na tym, co jest naprawdę ważne i wieczne. On, który stworzył wszystko na tym świecie - także złoto, diamenty i szafiry - narodził się jako ten, który nic nie ma! Bowiem bogactwo, którego wyznacznikiem są pieniądze, kruszce i kamienie szlachetne jest nic nie warte i przeminie razem z tym światem.

Pierwsi pokłon złożyli mu prości pasterze. Gdyby urodził się w pałacu, pierwsi byliby uczeni, dostojnicy, urzędnicy... Urodził się w stajence - miejscu, gdzie królowie nie wchodzą, a pasterze często tam przebywają. Wielcy tego świata - wspomniani w Biblii mędrcy - przyszli znacznie później, a wielki król i kapłani, uczeni nawet nie wiedzieli, jak tam trafić!  Były to zupełnie inne czasy, ale jedno się nie zmieniło - tzw. "VIPy" lubiły blichtr, podziw tłumu i pierwsze miejsca, które mogli zajmować "zaszczycając swoją obecnością". Tymczasem w Betlejem "pierwsze miejsca" przy żłobie Pana przypadły w udziale tym, którzy zwykle nie mieli żadnych szans, by gdzieś się dopchać, zostać wpuszczonymi. Bóg pokazuje, że "wielkość" według światowej miary nie ma żadnego znaczenia - wybiera biednych o pełnych prostoty sercach, a na dalszy plan zostają zepchnięci ci, którzy w świecie uchodzą za wielkich, wpływowych, znaczących...

Bóg, który jest pełen majestatu, przychodzi jako sługa wszystkich. Ten, którego grzmiące słowo stworzyło cały ten świat, przychodzi na uboczu, na odludziu. Od pierwszych chwil pokazuje, że coś w tym świecie jest "bardzo nie tak"; że żyjemy w świecie zaburzonym, o poprzestawianych wartościach; że przywiązujemy znaczenie do rzeczy zupełnie nieważnych; że mamy się za mądrych i bogatych, a jesteśmy głupi i w nędzy... Są na tym świecie ludzie, którzy odrzucają ziemską chwałę i czasem nawet rozdają swój majątek - i zwykle są traktowani jako dziwacy. I Jezus może być postrzegany jako dziwak - któremu nie zależało; który włóczył się i nauczał zamiast "robić kasę"; który żył z dnia na dzień nie martwiąc się o pieniądze i dach nad głową; który sypiał w szczerym polu z kamieniem lub podróżnym tobołkiem pod głową i nie widział w tym problemu; który nigdy nie mówił, że czuje się biedny i nie narzekał... Ale to własnie On umiał żyć!

Bóg w osobie Chrystusa Pana pokazał nam, jak mamy żyć i co jest ważne. Objawił nam swoje oczekiwania i swoje kryteria wartości. Właściwie... wykpił "wielkich" tego świata, ich poczucie "ważności", "wartości" i "pozycji społecznej". Pokazał nam, że to, co najwspanialsze i co On, Bóg miłuje  - co jest prawdziwym bogactwem, które ma znaczenie - to wszystko jest w ludzkim sercu. Jeśli więc chcemy znaleźć ukojenie, musimy wpierw przeszacować wartości w swoim życiu i przestać gonić za tym, co i tak przeminie - a zamiast tego szukać tego, co jest cenne w oczach Boga.

-----
* Katolickie przekonania opierają się w tym zakresie z rzekomych odkryć cesarzowej Heleny, matki Konstantyna Wielkiego. Żyła ona w latach ok. 248 - 330. Była gorliwą neofitką chrześcijańską i uwielbiała podróże. Odbyła pielgrzymkę do Ziemi Świętej, gdzie rzekomo znalazła miejsca związane z życiem Chrystusa a nawet resztki jego krzyża. W rzeczywistości jednak nie ma żadnych dowodów na to, że wydarzenia znane nam z kart Biblii rzeczywiście wydarzyły się w miejscach, które wskazała i które dziś są miejscami kultu. To, o czym pisze o. Góra z tak wielkim przekonaniem, oparte jest jedynie na relacjach z tej wyprawy i tradycji, jaka na nich wyrosła. Tym niemniej w okolicy Betlejem było wiele takich grot i jedna z nich rzeczywiście mogła być stajnią, w której narodził się Jezus Chrystus.
** Garsoniera - niewielkie mieszkanie, zwykle dla jednej osoby. W tym wypadku chodzi o mieszkanie kupowane za środki zgromadzone na tzw. "książeczkach mieszkaniowych" prowadzonych przez państwowy bank PKO.

Miłość zrównoważona

"Masz kochać swojego bliźniego tak, jak samego siebie" (Ew. Mateusza 22, 39 EIB)
To krótkie zdanie Jezusa "prześladowało" mnie ostatnio przez cały dzień - "męczyło" mnie bardzo. Wiecie... Bóg uczy nas kochać! To brzmi nieco banalnie, ale to prawda. Słowo Boże wzywa nas: będziesz kochał Boga i ludzi! A my sami? Czy powinniśmy miłować także samych siebie? 

Z pozoru Słowo Boże mówi tylko o miłości do Boga i bliźniego, ale... skoro mamy kochać bliźniego tak, jak siebie samego to znaczy, że... samych siebie także mamy miłować! Bo jeśli wzgardzimy samymi sobą, to czy mamy wzgardzić też bliźnim, skoro mamy go traktować ich tak, jak samych siebie? Bóg nie mówi: "miłuj bliźniego swego bardziej, niż siebie samego", lecz "miłuj bliźniego tak, jak siebie samego"! Poza tym mamy miłować bliźniego swego pamiętając o tym, że Bóg go miłuje. Ale przecież Bóg miłuje także nas! Czy więc sami sobie mamy miłości odmawiać?

Bóg mówi: "Jeśli ktoś chce iść za Mną, niech się wyrzeknie samego siebie, bierze swój krzyż na siebie codziennie i naśladuje mnie" (Ew. Łukasza 9, 23 EIB). Lub w innym przekładzie: "Jeśli ktoś chce iść za mną, powinien zrezygnować z własnych pragnień i wygód, i naśladować mnie, codziennie dźwigając swój krzyż" (Ew. Łukasza 9, 23 SZ). 

Bóg uczy nas miłości, ale też wskazuje nam pewną hierarchię w tej miłości:
1) Będziesz miłował Pana Boga swego
2) a bliźniego swego
3) jak siebie samego.
Miłość do samego siebie winna być mniej ważna, ale powinna być. Bóg uczy nas pokory, byśmy nie koncentrowali się na sobie. Bóg chce z naszego serca wyplenić egoizm - dbanie tylko o swoje, gromadzenie dóbr tylko dla siebie, poświęcanie innych dla własnego dobra - lecz nie miłość. Uczy nas miłować we właściwy sposób. Uczy nas miłości zrównoważonej i gotowej do poświęcenia, jeśli jest ono potrzebne. Bóg uczy nas, jak ta miłość ma w nas funkcjonować i jak należy ważyć co i jak mamy czynić, co jest w życiu najważniejsze, oraz kiedy i dlaczego mamy swoje sprawy i dobro mniej ważyć. Bo miłość wymaga także poświęceń - i jeśli trzeba, powinniśmy umieć o sobie zapomnieć dla ważniejszych spraw - w sprawach Królestwa Bożego lub dla pożytku bliźniego.

Egoizm nie jest miłością własną! Jest jej wypaczeniem. Prawdziwą miłością własną jest pokora i służba Bogu i człowiekowi - w wierze. Bowiem taka postawa podoba się Bogu i świadczy o tym, że jesteśmy Bogaci, bo "niebo jest w sercu" naszym i jest nam przeznaczone. Jeśli miłujemy Boga i w imię tej miłości miłujemy także bliźniego, to tym samym wielką miłość okazujemy sobie, bowiem z miłości wielką mamy korzyść, błogosławieństwo dla nas samych. Miłując Boga i bliźniego samym sobie... okazujemy tak naprawdę największą łaskę. 

Życie chrześcijańskie jest życiem w miłości. Nie tylko obdarzaniem miłością, ale bardzo dosłownie życiem W MIŁOŚCI - nie stawianiem samych siebie poza miłością, lecz w otoczeniu miłości. Miłość otrzymujemy. Miłość dajemy. Miłością żyjemy. Jeśli mamy kochać, to sami siebie nie możemy wyrzucić poza nawias miłości. Musimy jednak pamiętać, co tak naprawdę jest ważne, jaką mamy mieć hierarchię wartości w swoim życiu. Bóg uczy nas jak miłować, jak ważyć miłość.

niedziela, 19 sierpnia 2018

O tym, jak... zabrakło mi wiary

Słowo Boże niezliczoną ilość razy zachęca nas do zaufania Bogu i wsłuchiwania się w Jego głos. Bóg często do nas przemawia, doradza czy też zleca nam coś, ale my nie zawsze potrafimy słuchać i rozpoznać głos Boga. Bóg bowiem nie przemawia "grzmiącym głosem z nieba", lecz głosem, który pojawia się w naszym sercu - I czasem dopiero po fakcie, po czasie orientujemy się, że to, co nam "przyszło do głowy" to nie była własna myśl, lecz głos Boga.

Od ćwierć wieku podróżuję po kraju autostopem. Autostop to nie jest dla mnie "jeżdżenie za darmoszkę", oszczędzanie na kosztach - chociaż ma to swoje znaczenie, że pieniądze zostają w kieszeni. To dla mnie podróż - nie tylko "z punktu A do punktu B", lecz przede wszystkim podróż do człowieka. Żeby ruszyć w autostopową podróż trzeba przede wszystkim lubić - a lepiej jeszcze kochać (!) - ludzi. Ludzie to moja wielka pasja - choć czasem niektórzy zatruwają życie i zasiewają  w sercach "ziarno złości" (i to wielkie wyzwanie, by nie pozwolić mu kiełkować!). Podróżując nie tylko lubię poznawać ludzi, rozmawiać z nimi, ale też zostawiać po sobie pamiątkę.

Tą pamiątką są małe Ewangelie, tzw. "Gedeonitki", pozostawione ze słowem wdzięczności i błogosławieństwa. Myślę, że nie ma lepszej pamiątki niż Słowo, które ma moc zmieniania życia i wnoszenia błogosławieństwa Bożego w życie człowieka. Aby móc coś od siebie zostawić, "obrabowuję" Kościoły. Nie tylko zresztą z Biblii, ale czasem też jakieś traktaty, książki - bo w różny sposób Słowo jest posyłane do ludzi. Ostatnio w taki sposób "obrabowałem" jeden z Kościołów w Warszawie, bo właśnie wyczerpały mi się zapasy. A ponieważ była okazja, to "zwinąłem" Biblie nie tylko po polsku, ale także po rosyjsku i ukraińsku. Szykując się do powrotu, przygotowałem malutkie pakuneczki:


Gdy je przygotowywałem, przyszło mi do głowy: "Przygotuj też po rosyjsku!" Mogłem też dodać książkę o wierze w tym samym języku, więc mogłem przygotować coś "bombowego" w porównaniu ze "standardem". Pomyślałem jednak: "A jakie jest prawdopodobieństwo, że akurat się ktoś trafi?" Wziąłem to za swój szalony pomysł i... zignorowałem. Tymczasem...

Powrót do domu miałem co najmniej dziwny - z Mińska Mazowieckiego przez Grójec, Rawę Mazowiecką i Łódź... A potem zrobiło się jeszcze dziwniej. Mój kierowca wysadził mnie przy wjeździe na autostradę A2 w Strykowie. Tam stanąłem z kartką "A2 Poznań". Minęło ok. pół godziny, gdy zatrzymała się ciężarówka. Wsiadam i ustalamy kierunek. Kierowca powiedział: "Jadę dalej z Poznania do Bydgoszczy". Zdziwienie. "A nie lepiej zjechać we Wrześni przez Gniezno na Bydgoszcz?" - spytałem. "Aaaa! Moment! Ja nie jadę na Poznań, ale autostradą do Bydgoszczy! Przepraszam, pomyliło mi się!" Jednak zdecydowałem się jechać - i skierować się na Wielkopolskę spod Torunia lub Bydgoszczy. Absurd? Nielogiczne? Nadrabianie drogi? Z pozoru tak. Ale nie był to absurd, lecz... Boży plan na ten dzień!

Mój kierowca mówił nieźle po polsku, lecz od początku wyczułem "wschodni zaśpiew"... Okazał się Ukraińcem, dla którego językiem ojczystym jest rosyjski... I w tym momencie poczułem się niewymownie głupio przed Bogiem! Bo Bóg ewidentnie chciał przemówić do niego przez swe Słowo, a ja... nie byłem gotowy! Jedno, co pozostało, to na koniec wspólnej drogi dyskretnie wyjąć z plecaka to, co Bóg dla niego przeznaczył - Ewangelię i książkę o wierze i po prostu je dać, bez opakowania i dedykacji / błogosławieństwa. Powiedziałem po prostu: "A ja coś dla Pana mam. I to po rosyjsku!" Uśmiechnął się i z "błyskiem w oku" odpowiedział jak echo, z lekkim zdziwieniem: "po rosyjsku!"

Wniosek? Czasem warto po prostu wysłuchać tego "wewnętrznego głosu" - który tak naprawdę przychodzi z zewnątrz, od Boga - i wypełnić zlecenie, by być gotowym. Bowiem to, co się wydaje absurdalne, może właśnie mieć duże znaczenie, może być zaplanowane!