niedziela, 2 grudnia 2018

Żywy pomnik miłości

"... Stwórca od początku stworzył człowieka jako mężczyznę i kobietę. Dlatego (...) człowiek opuszcza swojego ojca i matkę, łączy się ze swoją żoną i ci dwoje stają się jednym ciałem. Tak więc nie ma już dwojga - jest jedno ciało. Co zatem Bóg połączył, człowiek niech nie rozdziela" (Ewangelia Mateusza 19, 4 - 6 EIB)
W miniony czwartek, pod wieczór, wracałem ze śródmieścia do domu. Ponieważ było dość zimno, nie zdecydowałem się na spacer - jak to od pewnego czasu zazwyczaj czynię - lecz skorzystałem z komunikacji publicznej. Na przystanku czekało całkiem sporo ludzi. Dwoje z nich zwróciło moją szczególną uwagę.

Starsza pani - mająca z pewnością około 80 lat siedziała na przystankowej ławeczce, z kulą w ręku. Koło niej stał zaś mężczyzna w podobnym wieku - niewątpliwie jej mąż. Lewą ręką obejmował swą żonę, kładąc dłoń na ramieniu. I tak razem trwali w oczekiwaniu - ledwie z krótkimi chwilami przerwy, kiedy mężczyzna wyglądał lekko z wiaty przystanku, by spojrzeć, czy nie nadjeżdża autobus. Ile lat tych dwoje może być razem? Pewnie pół wieku, lub więcej! Z obojga aż promieniowała miłość. Było to zupełnie coś innego, niż obściskiwanie się nastolatków. Było widać w tej pozie prawdziwą, dojrzałą miłość - która może przeszła przez wiele burz, lecz przetrwała i dojrzała w przepiękny sposób. W tym prostym objęciu była ogromna delikatność, wrażliwość, troska i głębokie przywiązanie.

W świecie, w którym wszystko coraz bardziej "bylejakcieje", taki widok mocno porusza. O miłość też jest bowiem coraz trudniej: "miłością" zwie się przelotne związki, a nawet - o zgrozo! - pożądanie, seks... Świat opanowany jest przez tandetę - i to dotyka także uczuć i relacji. W naszych czasach bardzo wiele małżeństw się rozpada - często już po dwóch, trzech, czterech latach. Ludzie coraz mniej rozumieją czym jest i powinna być miłość - że to nie jakieś uniesienie, romans i że nie chodzi o to, żeby być razem, bo razem jest być dobrze i być tylko póki jest dobrze. Dramatem jest, że w naszych czasach ludzie - nawet doświadczywszy miłości - rozstają się z byle powodu, bo doszło do jakiegoś konfliktu lub znudzenia drugą osobą pcha. "Znów się zepsułeś i wiem co zrobię. Zamienię Ciebie na lepszy model. Nie mam już do ciebie cierpliwości. (...) Minął termin twojej przydatności" - śpiewała przed laty Kasia Klich. To jest tragedia! 

Miłość to nie życiowy monodram, lecz gra w duecie. Miłość to wzajemne dzielenie się sobą - mężczyzna należy do kobiety, kobieta zaś do mężczyzny. O tym właśnie mówi Jezus! Jezus nie mówi o bliskości, o przytulaniu, lecz o zespoleniu - o pełnym przywiązaniu się człowieka do człowieka! Ktoś mógłby powiedzieć: "To był idealista i w dodatku kawaler, a w życiu to nie jest tak łatwo!" Oczywiście, że nie jest łatwo, ale nie myślcie, że Jezus o tym nic nie wiedział, skoro żył w bezżenności! On wiedział i wie o tym lepiej niż ktokolwiek, bo przecież jest Bogiem i zna człowieka "na wylot". Gdy faryzeusze zapytali Go o to, czy można odprawić żonę ot tak sobie, dając jej "list rozwodowy" - zacytowane słowa są bowiem jego odpowiedzią - On zaczął mówić o prawdziwej miłości, która musi być fundamentem małżeństwa. Mówi o jedności, jako o darze i zadaniu. Mówi o pełnym wzajemnym oddaniu się i przywiązaniu.

Jedności w miłości - o której mówi Jezus - należy wciąż pielęgnować i, jeśli się coś w niej psuje, naprawiać. Absurdem jest, że wiemy, że trzeba dbać o samochód, o komputer, o pralkę - żeby były sprawne - a zapominamy o tym, by dbać o drugiego człowieka, nam najbliższego i wzajemne relacje! Zbyt łatwo skupiamy się na sobie - a wówczas ten drugi człowiek równie łatwo "idzie w odstawkę"! Bóg pragnie jedności i miłości - i do tego stworzył kobietę i mężczyznę i uczynił z nich małżeństwo - i wzywa do odpowiedzialności i umacniania więzów. A człowiek potrafi się odsuwać, wykorzystywać i odchodzić z byle powodu - nawet poniżając i raniąc drugiego.

Tych dwoje staruszków stanęło przed moimi oczami niczym... pomnik takiej zwyczajnej, "staromodnej" miłości. Nie bardzo wypada zbyt długo przyglądać się ludziom - może być to odebrane jako "natarczywe" - i staram się tego nie czynić. Jednak trudno było od tych dwojga oderwać oczy. W tym świecie tandety taki widok jest coraz rzadszy - piękny, trochę "baśniowy" czy nawet - zaryzykuję użycie tego słowa - nieco... surrealistyczny. 

środa, 28 listopada 2018

Ratunek w tarapatach

Ten piękny obraz - nieznanego mi autora - zobaczyłem wczoraj na popularnym serwisie społecznościowym. Załączono do niego piękny wierszyk w języku ukraińskim:

"Все знаходиться в Божих руках,
Поза Христом - все фальшиво і неправдиво.
Можна жити без Нього абияк,
Але врятуватися без Христа - неможливо!"

                                "Wszystko jest w Bożych rękach,
                                Poza Chrystusem – wszystko to fałsz i nieprawda.
                                Jakkolwiek można bez Niego żyć,
                                Lecz ocalić się bez Chrystusa – niemożliwe!"

Jezus o sobie mówi: "Ja jestem drogą, prawdą i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze Mnie" (Ewangelia Jana 14, 6 - EIB). Jedno z apostolskich świadectw o Chrystusie zaś brzmi: "Jezus z Nazaretu jest tym kamieniem (...), który stał się kamieniem węgielnym. I nie ma w nikim innym zbawienia, gdyż nie dano nam ludziom żadnego innego zbawienia pod niebem, w którym moglibyśmy być zbawieni" (Dzieje Apostolskie 4, 11 - 12, EIB).

Ten obrazek jest niezwykle piękny, gdyż jest streszczeniem całej Ewangelii. Mówi o Chrystusie, który przyszedł na ten świat, by zbawić ludzi poprzez śmierć na krzyżu na Golgocie. W żadnym razie nie zastępuje Słowa Bożego... Pokazuje potrzebę uchwycenia się Chrystusa. Słowo Boże zaś jest przewodnikiem w tej drodze - mamy w nim zapis, jak iść przez życie, gdzie się kierować a co omijać. Autor obrazu ukazuje nam Chrystusa jako największą z naszych życiowych potrzeb, jako jedyną drogę - której możemy być pewni i kroczyć nią bezpiecznie - i nadzieję, która nigdy nie zawodzi.

Nasze życie na tym świecie nie jest łatwe i często "jesteśmy w tarapatach" i czujemy, że toniemy, wpadamy w otchłań. Większość tych tarapatów to coś chwilowego, czego doświadczamy "tu i teraz". Często walczymy z "przeciwnościami losu", lub z sytuacjami, w które sami się wpakowaliśmy. Czujemy się jak w matni, albo na polu minowym i szukamy jakiegokolwiek ratunku. Mamy różne wizje ocalenia - np. w nagłej poprawie sytuacji materialnej, usunięciu przeciwników, itp. Ale to pomniejsze tarapaty, które mają mniej lub bardziej ograniczony zasięg. Zdarzają się to tu, to tam, w życiu tych czy tamtych ludzi... Ale są też i takie tarapaty, które są ponadczasowe i dotyczą nas wszystkich. To jest grzech, który jest w życiu każdego i każdej z nas! I ciągnie nas w dół, do otchłani! A tam czekam nas niechybna śmierć - i to gorsza, niż tortury i śmierć ciała! Z pomniejszych tarapatów można być ocalonym na wiele różnych sposobów. Z tych największych droga ocalenia jest tylko jedna!

Wszystko jest w Bożych rękach... Absolutnie wszystko! My zaś potrzebujemy tylko jednego: wierzyć! Wiara to nie przekonanie o istnieniu Boga. To nie tylko "wiara w niego" ale "wiara Jemu" - posłuszeństwo, miłość i zaufanie. Z tą wiarą, z samym Bogiem jako Ojcem i Opiekunem, możemy przejść przez całe życie, choćby było "ekstremalną drogą" i na koniec zasnąć w pokoju, z uśmiechem. A potem żyć wiecznie w pokoju! 

"Powierz Panu drogę swoją, zaufaj Mu, a On wszystko dobrze uczyni" (Psalm 37, 5 - BW). Bóg potrafi przeprowadzić przez "ciemną dolinę" na "zielone pastwiska" (Psalm 23). On wyzwala, daje nadzieję, umacnia, pokrzepia i rozświetla drogę. Jest nieomylny i widzi to, czego my nie widzimy. My czasem czujemy się jak w ciemności, nie widząc wyjścia - lecz dla Boga ciemność nie istnieje. On zna drogę dla nas i jest gotowy nas prowadzić. Jest z nami na każdym "życiowym zakręcie", na wszystkich naszych "życiowych wertepach". Przeprowadza bezpiecznie nawet przez śmierć do życia! Musimy tylko wierzyć i ufać!

Epilog łatwowierności


W dyskusjach z katolikami o katolickich wierzeniach, dogmatach i praktykach, zawsze gdzieś się pojawiają w końcu tzw. "święci" i rzekomo dokonujące się w ich życiu i za ich wstawiennictwem cuda. Często przy tym wskazuje się stygmatyków, w tym najsłynniejszego z nich - o. Pio. Osobiście znam człowieka tak zafascynowanego o. Pio, że np. czyta książki tylko o nim. Ci "święci", w których życiu było wiele "cudów", zdają się być dla katolików jakby "elitą wśród świętych", "najświętszymi z świętych". A ponieważ często podsuwany mi jest ów o. Pio, to pozwalam sobie skreślić kilka słów.

Francesco Forgione - który zyskał sławę pod zakonnym imieniem Pio (Piotr) - był kapucynem w San Giovanni Rotondo, gdzie żył od 1916 roku i gdzie umarł w roku 1968. Już w 1911 roku twierdził, że na jego ciele pojawiają się stygmaty: "Ostatniej nocy stało się coś, czego nie potrafię wyjaśnić ani zrozumieć. W połowie mych dłoni pojawiły się czerwone znaki o wielkości grosza. Towarzyszył mi przy tym ostry ból w środku czerwonych znaków. Ból był bardziej odczuwalny w środku lewej dłoni. Był tak wielki, że jeszcze go czuję. Pod stopami również czuję ból." Zasłynął jako spowiednik. Podobno miał dar jasnowidzenia oraz bilokacji - czyli mógł być w wielu miejscach na raz. Obrósł licznymi legendami - miał m.in. rzekomo spowiadać w bazylice watykańskiej, fizycznie będąc w klasztorze w San Giovanni. Przypisuje się mu wiele cudów, ale największym zdaje się... nagła popularność klasztoru w San Giovanni, do którego zaczęło przybywać wielu pielgrzymów, których przyciągała osoba o. Pio.

Interesuję się historią - także historią Kościoła katolickiego. Zawsze interesowały mnie klasztory i sanktuaria. Czy wiecie, czego potrzebowały, by stać się popularne - by przyciągać pielgrzymów i... ich sakiewki? Potrzebowały "cudowności" - relikwii "świętych", "cudownych" obrazów i wszystkiego "co się w głowie nie mieści"! Zaszczepiono w naiwnych ludziach wiarę w "potężną moc", która jest związana ze "świętościami", ze "świętymi ludźmi", z konkretnymi miejscami. Kościół katolicki rozwinął na tej bazie ogromny i zyskowny biznes. "Interes" wyczuli także liczni krętacze, którzy - z błogosławieństwem Kościoła lub bez niego - masowo sprzedawali różne "cudowności": powietrze z betlejemskiej stajenki, mleko "Najświętszej Panienki", ciernie z "korony cierniowej", kawałki "krzyża świętego", itd. Jednego z takich ukazują nam H. Sienkiewicz w swoich "Krzyżakach". Jeszcze będąc katolikiem zauważyłem, że z wszelkimi "cudami" wiąże się przyciąganie ludzi i... bardzo wymierne korzyści! Bez o. Pio i jego "cudów" kto by usłyszał o klasztorze w San Giovanni Rotondo i zapragnął tam pojechać, by "otrzeć się o świętość"?

Wiecie dlaczego nie wierzę w stygmaty? Słowo Boże zapewnia nas, że Jezus złożył za nas ofiarę na krzyżu i jest jedynym Zbawicielem. Jedynie Jego rany miały jakikolwiek sens, gdyż poniósł śmierć dla naszego zbawienia! Rany "stygmatyków" nie mają zaś żadnego sensu, bo w żaden sposób nie mogą oni w tym dziele zbawienia za ich sprawą uczestniczyć (to herezja!) ani też nie są drogą do duchowej doskonałości! Ciekawe dlaczego apostołowie i pierwsi chrześcijanie nie doświadczyli "stygmatyzacji" - nie ma mowy o tego rodzaju ranach ani w Ewangeliach, ani w Dziejach Apostolskich, ani w Listach Apostolskich, ani też w licznych zachowanych pismach wczesnochrześcijańskich. Pierwszym "stygmatykiem" na kartach historii jest... "święty" Franciszek z Asyżu", żyjący na przełomie XII i XIII wieku! A były to czasy, gdy rozwijał się silnie kult "męki pańskiej" i przekonanie, że umartwianie się jest dobrą drogą do nieba - z czego między innymi narodził się ruch biczowników, którzy szli procesjami przez Europę okładając siebie - samych lub nawzajem - biczami, często z żelaznymi kolcami. "Stygmaty" były jakby zwieńczeniem tych przekonań. Żadne cierpienia nie są "drogą do nieba" - jedynie ofiara, którą złożył za nas Jezus Chrystus!

Warto zwrócić też uwagę na miejsca, w których pojawiają się "stygmaty" katolickich mistyków... Pio opisuje: środek dłoni. Tam też widzimy je na jego zdjęciach a także na zdjęciach innych stygmatyków. Przez wiele wieków ukazywano Chrystusa przybitego do krzyża gwoździami umieszczonymi właśnie w dłoniach. Spójrzcie na stare krzyże i obrazy! Rzecz w tym, że Jezus nie mógł być przybity do krzyża w taki sposób! Spójrzcie na jakiekolwiek zdjęcie rentgenowskie dłoni! Chrystus miał takie same dłonie! Aby ciało Chrystusa utrzymało się na krzyżu, gwoździe musiały przechodzić w miejscach, gdzie są kości i chrząstki - bo tylko w ten sposób można było ciało przytwierdzić do krzyża! Cóż warte są więc i czego dowodzą "stygmaty", które rzekomo są związane ściśle z męką Pana, skoro pojawiają się one w niewłaściwych miejscach? 

wtorek, 27 listopada 2018

"To moje życie..."

"Następnie Bóg powiedział: Uczyńmy człowieka na nasz obraz, na nasze podobieństwo. Niech panuje nad rybami mórz, nad tym, co lata pod niebem, nad bydłem, nad całą ziemią i nad wszelkim płazem, który po niej pełza. Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz. Stworzył go na obraz Boga - stworzył ich jako mężczyznę i kobietę. (...) Wtedy to Pan, Bóg, ukształtował z prochu ziemi człowieka, tchnął w jego nozdrza dech życia i stał się człowiek żywą istotą" (Księga Rodzaju 1, 26 - 27 i 2, 7 - EIB)


Tak często słyszę, gdy ktoś mówi: "To moje życie i mogę robić, co chcę..." Tak często także mnie się zdaje; "To moje życie i mogę robić, co chcę..." Ale czy naprawdę nasze życie należy do nas samych?

Na początku Bóg stworzył człowieka. Stworzył nas na swoje podobieństwo, a ponieważ Bóg jest istotą wolną, wolnością obdarował człowieka. Stworzył nas jako myślących, poszukujących, błądzących. Bóg przemawia do nas, lecz pozwala nam na to, byśmy Go nie słuchali. Bóg chce nas prowadzić, lecz pozwala nam swą rękę odrzucić. Kto nie słucha Boga, ten słucha diabła - zawsze kogoś się słucha, za kimś idzie i komuś służy. Bóg pozwolił nam zdecydować o tym, kogo mamy za przywódcę i mistrza. Bóg chciał mieć wolnych ludzi, chociaż wiedział, że będzie to oznaczać cierpienie.

Ojciec tchnął w nas życie. Nasze życie jest Jego tchnieniem. Czy nasze życie należy do nas? Bóg nigdy nie zrzekł się prawa własności do swojego tchnienia - naszego życia. Apostoł Jan napisał o Jezusie: "Do swojej własności przyszedł, ale swoi Go nie przyjęli" (Ewangelia Jana 1, 11). Jesteśmy wolni, ale to nie znaczy, że należymy do samych siebie. Bóg ma do nas prawo. Nasze życie należy do Boga, gdyż jest Jego tchnieniem - i to niezależnie od tego, czy w Niego wierzymy, czy też nie, czy jesteśmy Jego uczniami, czy też odrzucamy jego Słowo. Bóg dał nam wolność - wielką wolność - ale nie wyrzekł się swoich praw do tego, co stworzył - do świata i do człowieka. Wszystko otrzymaliśmy od Niego, ale wszystko to wciąż do Niego należy - włącznie z nami, z naszym życiem. 

On sam jest życiem a nasze życie jest Jego tchnieniem. On może je dawać, albo zabierać - wedle własnego uznania. My możemy kwestionować istnienie Boga, przeżyć całe życie tak, jakby Jego nie było, żyć zawsze w buncie przeciwko Bogu, ale i tak, gdy umieramy, nasze życie - Jego tchnienie powraca do Niego. Możemy żyć w buncie przeciwko Bogu, ale... nie jesteśmy w stanie wyrwać Mu swego własnego życia! Ta "naszość naszego życia" jest więc mocno iluzoryczna. Wydaje nam się, że jesteśmy "panami samych siebie", ale nawet jeśli postanowimy popełnić samobójstwo, to ginie tylko nasze ciało, a życie - to co jest jego istotą, tchnienie Boga - powraca do Boga i czeka na sąd. O samobójcach często się mówi: "odebrał sobie życie", ale tak naprawdę odebrał tylko życie swemu ciału.

Nie jesteśmy w stanie stworzyć życia. Oczywiście jesteśmy dość zaawansowani. Umiemy sklonować zwierzęta i umielibyśmy sklonować ludzi - co jednak byłoby nieetyczne. Ale to wcale nie znaczy, że umiemy stworzyć życie - w najlepszym razie umiemy kopiować. Jest taki dowcip. Naukowcy postanowili rzucić wyzwanie Panu Bogu. "Słuchaj, wiemy już tak wiele, że sami potrafimy dawać życie" - mówią. "W porządku! Pokażcie więc, co umiecie" - odpowiedział Bóg. "OK. Potrzebujemy do tego trochę prochu ziemi" - powiedzieli naukowcy i schylili się, aby go nazbierać. "Jeden moment!" - krzyknął Bóg - "Ten proch jest mój, bo ja go stworzyłem. Zacznijcie więc od początku, jak Ja, i stwórzcie go sobie sami!"

Jakże możemy być "panami życia", skoro nie leży w naszych kompetencjach ani jego początek, ani też kres? Życie jest darem - nie jest jednak naszą własnością i dlatego nie panujemy nad nim całkowicie. Możemy nim dysponować jedynie w pewnych, określonych przez Boga ramach. W końcu zaś będziemy musieli "zdać sprawę" ze swego życia przed Tym, od którego ono pochodzi. Jest On naszym Panem niezależnie od tego, czy w Niego wierzymy i uznajemy Jego panowanie, czy też w Niego nie wierzymy, a jednak kiedyś się o tym jego panowaniu przekonamy.

środa, 26 września 2018

Bilet do Raju

"Uświęcajcie się i bądźcie świętymi, bo ja jestem święty" (3. Księga Mojżeszowa 11, 44 BW)

Tak często słyszymy o kimś: "to jest zły człowiek", albo "to jest dobry człowiek". Ocena ta zwykle oparta jest na dobrych lub złych uczynkach danej osoby. Jest wielu ludzi - po ludzku patrząc - bardzo dobrych. Nawet jeśli nie są wierzący, to - zdarza się tak - potrafią czynić więcej dobra, niż niejeden chrześcijanin i wielu chrześcijan mogłoby (i powinno) ich naśladować. Czasem spotykam się z próbą dowodzenia na ich przykładach, że nie potrzeba być wierzącym, aby być dobrym człowiekiem. Są też i tacy, którzy przekonują, że starczy być dobrym, żeby "trafić do nieba". Dobrzy ludzie są wspaniali, ale to jest jeszcze zbyt mało!

Wiecie... Nikt nie "trafi do nieba" tylko dlatego, że jest dobrym człowiekiem! A to dlatego, że nikt nie jest tak do końca dobry - bo każdy z nas czyni nie tylko dobro, ale też wiele zła. "A gdy się [Jezus] wybierał w drogę, przyviegł ktoś, upadł przed nim na kolana i zapytał go: Nauczycielu dobry, co mam czynić aby odziedziczyć żywot wieczny? A Jezus odrzekł: czemu mię nazywasz dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko jeden Bóg" (Ewangelia Marka 10, 17 - 18 BW). "A oni tym bardziej się zdumiewali i mówili między sobą: Któż więc może być zbawiony? Jezus spojrzał na nich i rzekł: U ludzi to rzecz niemożliwa, ale nie u Boga; albowiem u Boga wszystko jest możliwe" (Ewangelia Marka 10, 26 - 27 BW). "Nikt w oczach jego nie będzie usprawiedliwiony wskutek uczynków Prawa. Dzięki Prawu poznaje się [jedynie] grzech. Teraz zaś sprawiedliwość Boża ukazała się poza Prawem i została zaświadczona przez Prawo i Proroków. Jest to sprawiedliwość Boża dzięki wierze w Jezusa Chrystusa dla wszystkich, którzy wierzą. Nie ma żadnej różnicy. Wszyscy bowiem zgrzeszyli i wszyscy są pozbawieni chwały Bożej, dostępują zaś usprawiedliwienia darmo, dzięki jego łasce, przez odkupienie dokonane w Chrystusie Jezusie, którego uczynił Bóg przez wiarę narzędziem przebłagania w krwi Jego" (List do Rzymian 3, 20 - 25 BWP).

W świetle nauk Pisma Świętego... nie ma kogoś takiego, jak "dobry człowiek"! Bóg ukazuje nam, że ludzkość upadła i że każdy z nas popełnia zło. To nie jest ważne, że dokonamy czegoś dobrego, jeśli równocześnie czynimy zło. To nie jest ważne, że możemy Bogu pokazać jakiś swój dobry uczynek, bo On za to może nam pokazać wiele naszych złych uczynków. Choćbyśmy codziennie czynili dobro, to jednak nie "pójdziemy do nieba", albowiem codziennie również czynimy zło!

Nie jesteśmy powołani do bycia "dobrym człowiekiem", bo nie jesteśmy w stanie być naprawdę w 100% dobrymi ludźmi. Możemy być źli, lub lepsi - jeśli czynimy mniej zła, więcej dobra - ale nigdy sami z siebie nie jesteśmy całkowicie dobrzy. Dlatego Jezus podkreśla tak bardzo, że tylko Bóg jest dobry, a nikt z ludzi. Bóg oczekuje od nas świętości - a ponieważ sami nie jesteśmy do tego zdolni, otrzymujemy to jako dar. Źródłem świętości i tym, co nas uzdalnia do dążenia do niej jest łaska zbawienia i podjęcie uczniostwa z Jezusem jako Mistrzem. Jezus, wziąwszy na siebie nasze winy, obdarza nas swoją świętością - i tylko w Nim możemy być uświęceni i usprawiedliwieni. On jedyny był dobry - bo jest Bogiem - i dzięki temu mógł zająć nasze miejsce, odebrać naszą karę na sobie i prowadzi nas do nieba!

Żaden człowiek nie jest dostatecznie dobry, by zostać zbawiony. Tylko Jezus jest dostatecznie dobrym, by zbawiać. Wiara zaś jest warunkiem koniecznym. Dlatego Jezus zapewnia: "Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki" (Ewangelia Jana 11, 26 BT). Nie dobroć, lecz świętość jest "biletem do raju", a szafarzem tej jest tylko sam Bóg, Jezus Chrystus.

sobota, 15 września 2018

Ekskomunika - dlaczego jest tak ważna?

"A jeśliby zgrzeszył brat twój, idź, upomnij go sam na sam; jeśliby cię usłuchał, pozyskałeś brata swego. Jeśliby zaś nie usłuchał, weź z sobą jeszcze jednego lub dwóch, aby na oświadczeniu dwu lub trzech świadków była oparta każda sprawa. A jeśliby ich nie usłuchał, powiedz zborowi; a jeśliby zboru nie usłuchał, niech będzie dla ciebie jak poganin i celnik" (Ewangelia Mateusza 18, 15 - 17)
Każdemu z nas niewątpliwie zdarzyło się w dzieciństwie nieraz "tupnąć na kogoś nogą" i powiedzieć dobitnie: "nie odzywam się do ciebie!"  Niejednokrotnie bywało to mocno przesadzone - bo poszło o jakieś głupoty - i szybko szło w niepamięć. Czasem jednak służyło to w słusznej sprawie, było manifestacją, że poczuliśmy się o coś urażeni, że ktoś uczynił coś złego, źle się wobec nas - lub kogoś innego - zachował.

Słowa Jezusa mogą być zaskakujące. On, który tyle mówił o miłosierdziu i przebaczaniu, nagle mówi o izolowaniu się od tych, którzy dopuszczają się nieprawości, grzechu. Tego rodzaju ostracyzm jest niekiedy bardzo wskazany i wręcz konieczny - dla ich i własnego dobra.

Jest on swego rodzaju dotkliwą karą, która winna być wymierzona - tak, jak klaps dziecku - w celach wychowawczych. Powinna być jak "czerwone światło" dla grzesznika - sygnał, że źle czyni i że jego zachowanie, jego przewinienia nie mogą być i nie będą tolerowane i że powinien zatrzymać się i zawrócić. Z drugiej strony zaś jest to także forma samoobrony, higieny duchowej. Zło bowiem niezwykle łatwo się rozprzestrzenia. Gdy padamy ofiarą czyichś złych uczynków, łatwo budzi to w nas gniew przeciwko bliźniemu - który trudno opanować, a który łatwo staje się grzechem, przeradzając się w pogardę i nienawiść. Także różnego rodzaju grzechy łatwo przenoszą się z człowieka na człowieka. Nasz upadek często zaczyna się od wpływów drugiej osoby - bo ktoś poczęstuje papierosem, podsunie alkohol lub narkotyki, zaprosi do obejrzenia "pornola", etc. Bóg zalecił swemu Kościołowi ekskomunikę grzeszników, by nie stanowili duchowego zagrożenia w Kościele - nie tyle by nie siali zgorszenia, lecz by nie siali spustoszenia, nie niszczyli Kościoła grzechem.

Wiemy z dokumentów, że we wczesnym Kościele traktowano tą wskazówkę Chrystusa bardzo poważnie. Ten, kto "utknął" w grzechu był wyłączony ze społeczności. Był traktowany rzeczywiście jak poganin. Ekskomunika. Dzisiaj kojarzy nam się ona z Kościołem katolickim i właściwie ogranicza się do pozbawienia dostępu do tzw. "sakramentów". Pierwotnie jednak było to rzeczywiste i pełne wyłączenie ze społeczności Kościoła. Słowo to oznacza "poza wspólnotą". Osoby "z wyrokiem" nie mogły uczestniczyć w nabożeństwach, wspólnych modlitwach i rozważaniu Słowa Bożego. Były traktowane na równi z poganami. Nie znaczy to wcale, że powinniśmy takich ludzi ostatecznie odrzucać ze wzgardą.

"Poganin i celnik" to w Izraelu w czasach Chrystusa byli ludzie pogardzani, z którymi się nie rozmawiało, bo byli "nieczyści". To z tego powodu Jezus szokował i gorszył pobożnych żydów, gdyż jednak nie  unikał pogan i celników. Wyciągał i do nich dłoń, a na koniec polecił swym uczniom iść i głosić im Ewangelię. Tak samo i tym, którzy upadli - choć powinniśmy odsunąć się od nich na "bezpieczną odległość" - mamy jednocześnie zwracać się do nich z miłością i troską (nie ma w tym żadnej sprzeczności), głosić im Ewangelię i modlić się o ich nawrócenie. Bo skoro są "jak poganin i celnik" to znaczy także, że są oni "polem misyjnym" - ludźmi nienawróconymi, którzy potrzebują Boga.

Gdy byłem dzieckiem nie jeden raz dostałem klapsa na pupę. Nie jeden raz też usłyszałem od taty i mamy: "Nie będę z tobą rozmawiać!" To wcale nie oznaczało przecież, że mnie nie kochają, że teraz to już tak będzie na zawsze, że mnie odrzucili. Przeciwnie - musiałem zostać z pewnymi sprawami sam, by zrozumieć, że źle uczyniłem, że muszę za coś przeprosić, coś "naprostować" w swoim życiu. I była to dobra metoda. Jezus - zachęcając do ostracyzmu wobec zatwardziałych grzeszników - uczy nas, jak mamy się chronić, ale też daje wskazówki wychowawcze.

czwartek, 23 sierpnia 2018

Trud

Przyszedłem do Chrystusa w modlitwie.
"Panie, tak ciężko jest żyć..." - szepnąłem cicho.
"Naprawdę?" - uśmiechnął się
i poszedł z krzyżem na Golgotę