sobota, 12 sierpnia 2017

Biblijne - niebiblijne

"Dlatego niech was nikt nie osądza z powodu jedzenia i picia lub z powodu święta, nowiu czy szabatów" (List do Kolosan 2, 16 - tłum. EIB)
Zawsze mnie bardzo bawi, gdy czytam, że chrześcijanie powinni obchodzić tylko święta ustanowione przez Boga. Grzmią niektórzy, że "Boże Narodzenie to pogaństwo" i że... "Wielkanoc to pogaństwo" i że "nie są to święta biblijne, ustanowione przez Boga", "pierwsi chrześcijanie ich nie obchodzili, więc i my nie mamy ich obchodzić"! Cóż... Miłośnicy "świąt tylko biblijnych" powinni wiedzieć, że owe "święta biblijne" nie były wszystkie ustanowione przez Boga! "Obchodzono wówczas w Jerozolimie rocznicę poświęcenia świątyni. Była zima i Jezus przechadzał się po świątyni w Portyku Salomona" (Ewangelia Jana 10, 22 - 23, tłum. EIB). Jezus - nie mniej ni więcej - ale jak inni pobożni żydzi, obchodził Chanukę - święto jak najbardziej "biblijne" (!), którego inicjatorami byli ludzie, nie Bóg! Trudno uwierzyć, by był to tylko "przypadek", że Jezus akurat tego dnia nawiedził Świątynię. Jeszcze trudnniej uwierzyć, by uczynił to jako Bóg, gdyby miał cokolwiek przeciwko świętom religijnym ustanowionym przez ludzi w celu uczczenia Boga! Gdyby należało obchodzić tylko święta nakazane przez Boga - jak tego chcą niektórzy "prawdziwi chrześcijanie" ;) - to Jezus by własnie demonstracyjnie nie poszedł tego dnia do Świątyni!

W calutkiej Biblii nie ma ani jednego słowa (!), które by pouczało nas, że nie powinniśmy ustanawiać żadnych świąt religijnych i pozostać tylko przy tych, które ustanowił dla nas sam Bóg! Nasuwa się więc zaraz wniosek: ci, którzy tak głoszą, tak potępiają Boże Narodzenie lub Wielkanoc jako "niebiblijne", sami głoszą... niebiblijne nauki! Boże Narodzenie - jeśli tylko pognać Gwiazdora i szał komercji - jest świętem chrystocentrycznym i naprawdę nie jest ważne, że Jezus nie urodził się 25 grudnia, a późnym latem lub wczesną jesienią. Wielkanoc  tym bardziej jest świętem chrystocentrycznym - jeśli wyrzucić durne zajączki i kurczaczki - zwłaszcza, że to święto Paschy. A że nie obchodzili ich pierwsi chrześcijanie? Pierwsi chrześcijanie nie robili w Kościele wielu rzeczy - np. nie grali na gitarach i "klawiszach"... Więc co? My też nie mamy grać na cześc Pana na tak "pogańskich" instrumentach? Bóg nie zabronił nam wprowadzać świąt - zwłaszcza takich, które są na Jego chwałę!

Nazywamy siebie "ewangelicznymi chrześcijanami", "biblijnie wierzącymi" - i to jest prawda. Jednak to wcale nie oznacza, że wszystko w naszej wierze musi być "biblijne i tylko biblijne" - istotne jest tylko to, by Biblia była zachowana i by wszystko, co czynimy - także nasze święta  - działo się w ramach określonych przez Boga i było na Jego chwałę, byśmy nie przekraczali Bożych ustaw.

piątek, 11 sierpnia 2017

Gdy "wiara"... śmierdzi

Źródło: WP.pl

Gdy uświadamiam sobie, że takim językiem posługują się ludzie usiłujący być "elitą" narodu i "autorytetami" dla innych, a w "szczególności młodego pokolenia"... robi mi się potwornie smutno! Tym bardziej,  gdy często mówią i pokazują się jako tzw. "wierzący i praktykujący".

Gdzie się im zgubiło CHRYSTUSOWE przykazanie: "Będziesz miłował..."? Cóż po "wierze" i "modlitwach", gdy bliźniego traktuje się jak... szmatę? Bóg mówi: Zanim przyjdziesz do mnie ze swoimi modłami i darami, idź najpierw do drugiego człowieka! Obejmij go! Przebacz, jeśli coś tobie zawinił. Przeproś za to, coś ty jemu zawinił. I błogosław mu!" Mamy ludziom błogosławić - życzyć wszelkiego dobra - a nie przeklinać, nie złorzeczyć! Bóg naprawdę nie jest zainteresowany naszą "pobożnością" i "godzinami na klęczkach"... Bóg nie ma "licznika", który wylicza ile czasu spędzamy w Kościele, na prywatnych modlitwach czy nad Biblią i "literaturą chrześcijańską". Boga wcale nie obchodzi, czy jesteśmy w kościele codziennie, częściej czy rzadziej i ile mówimy o wierze. Boga obchodzi jacy jesteśmy - tak naprawdę, a nie według deklaracji - i czy pozwalamy Mu żyć w naszym życiu, czy żyjemy według Ewangelii. A nie można żyć Ewangelią i pogardzać drugim człowiekiem!

Bóg nie jest zainteresowany naszą "pobożnością" i "godzinami na klęczkach", jeśli nie miłujemy innych ludzi, którzy są wokół nas. A to dlatego że Bóg kocha KAŻDEGO człowieka - i to niepomiernie bardziej niż nasze wszystkie modlitwy, nabożeństwa i ofiary składane "na Kościół"! Może nam się wydawać, że nasza wiara i modlitwy są "wspaniałym kadzidłem" dla Boga, ale jeśli nie potrafimy miłować, jeśli nasze życie nie jest głęboko przesiąknięte Ewangelią, to w istocie jest to... smród, odrażający dla ludzi i Boga. Jeśli nie miłujemy i nie czynimy dobra, nie błogosławimy wokół, to modlitwa nasza jest... pustą gadaniną. Jeśli nie kochamy ludzi, których Bóg stworzył i miłuje, to nasze pieśni pochwalne dla Niego, są zwykłym zawodzeniem, żałosnym jękiem. Bóg nie znosi "praktyk religijnych" ludzi, którzy czynią zło i złorzeczą bliźnim!

"Wiecie o tym, że przodkom powiedziano: Masz nie zabijać, a kto popełni zabójstwo, będzie podlegał karze. Ja wam natomiast mówię: Każdy, kto żywi gniew względem swojego brata, będzie podlegał karze. Kto podepcze jego godność, stanie przed Radą Najwyższą, a kto nazwie głupcem, skończy w ogniu miejsca wiecznej kary. Dlatego jeślibyś składał swój dar na ołtarzu i tam by ci się przypomniało, że twój brat ma coś przeciwko tobie, zostaw swój dar przed ołtarzem, pojednaj się najpierw z bratem, a potem wróć i dokończ ofiarowania. Nie odwlekaj ugody z przeciwnikiem. Załatw sprawę, zanim rozpocznie się proces, aby przeciwnik nie podał cię sędziemu, a sędzia podwładnemu, i abyś nie trafił za kraty. Zapewniam cię, wyjdziesz stamtąd dopiero, gdy oddasz ostatni grosz" (Ewangelia Mateusza 5, 21 - 26, tłum. EIB).

"Co mnie po mnóstwie waszych ofiar? - mówi Pan. - mam już dosyć całopaleń baranów i tłuszczu tucznych zwierząt; nie pragnę już krwi cielców i jagniąt, i kozłów. Gdy przychodzicie, aby zjawić się przede Mną, to czy ktoś od was oczekiwał tego wydeptywania moich dziedzińców? Nie składajcie już ofiary daremnej. Kadzenie? To dla mnie obrzydliwość. Nów i szabat, i zwoływanie zebrań - nie mogę znieść fałszu spotkań i zgromadzeń! Waszych nowiów i waszych świąt nienawidzi dusza moja. Stały się mym ciężarem, zmęczyłem się ich znoszeniem! A gdy wyciągacie wasze ręce, zasłaniam przed wami oczy; choćbyście pomnożyli modlitwy, nie będę słuchał! Wasze ręce umoczone są we krwi, a wasze palce w bezprawiu! Obmyjcie się! Oczyśćcie się! Usuńcie sprzed mych oczu wasze złe uczynki! Przestańcie czynić źle! Uczcie się czynić dobrze!..." (Izajasza 1, 11 - 17, tłum. EIB). "Nienawidzę waszych świąt, odrzucam je! Nie pachną mi wasze uroczystości. Nawet gdy mi składacie te całopalenia i ofiary z pokarmów, nie odczuwam przyjemności. Nie patrzę na ofiary pojednania z waszych tłustych cieląt! Zabierzcie ode Mnie jazgot waszych pieśni! Nie chcę słuchać brzdąkania waszych lutni!" (Amosa 5, 21 - 23, tłum. EIB).

"Nie każdy, kto się do mnie zwraca: Panie, Panie, wejdzie do Królestwa Niebios. Wejdzie tam tylko ten, kto pełni wolę mojego Ojca, który jest w niebie. W tym dniu wielu mi powie: Panie, Panie, przecież prorokowaliśmy w Twoim imieniu, w Twoim imieniu wypędzalismy demony i w Twoim imieniu dokonaliśmy wielu cudów. Wowczas im oświadczę: Nigdy was nie poznałem. Odejdźcie ode Mnie wy wszyscy, którzy dopuszczacie się bezprawia" (Ewangelia Mateusza 7, 21 - 23, tłum. EIB).

A kto Kościoła nie posłucha...

"Tylko wszystko sprawdzajcie - trzymajcie się tego, co dobre, ale unikajcie zła we wszelkiej postaci" (1. List do Tesaloniczan, 5, 21 - 22, tłum. David Stern, "Komentarz żydowski do Nowego Testamentu")
Doczekałem się, że Kościół katolicki zabiera głos w sprawie tzw. święta 'holi' - widowiskowego posypywania się kolorowymi proszkami. Mówi się: to jest "fun", to jest wesoła zabawa. Nie mówi się natomiast, że zwyczaj ten jest... obrzędem religijnym ściśle związanym z wierzeniami hinduisty- cznymi, z kultem hinduistycznych bóstw. Zapytałem kiedyś znajomego Hindusa, chrześcijanina i pastora jednego z lokalnych Kościołów o to, jak on to widzi i czy uważa, że chrześcijanie mogą czy nie mogą w tym uczestniczyć. Jego opinia była bardzo jednoznaczna: nie! Człowiek, który wyrósł w religii hinduistycznej, który zna ją "od podszewki" i wie też, jak jest "eksportowana" na "zachód", mówi: nie! i postrzega "zwykłą zabawę" jako praktykę nie do pogodzenia z chrześcijaństwem, jako zwyczaj pogański i duchowo niebezpieczny. Gdy Polak odpowiada na taki głos: "co za bzdury!", to ja się pytam: "czy masz większą wiedzę o hinduizmie, niż Hindus - człowiek, którego dziadkowie to praktykowali, rodzice to praktykowali i sam  był uczony tych praktyk?" Właśnie na "nie" sprawa powinna się dla chrześcijan definitywnie zakończyć. Podobnie o jodze słyszę: "to niegroźne ćwiczenia, nie mające nic wspólnego z religią" - a tymczasem Hindusi, nawracając się, porzucają jogę! Kto ma większą wiedzę o źródłach tych praktyk - Europejczyk, który nigdy pewnie nawet w Indiach nie był, czy Hindus, który w tych obyczajach i praktykach wyrósł i był wychowywany od dziecka? Wracając do "holi" - raduję się, że są ludzie, którzy mają odwagę mówić prawdę o tej głupawej "zabawie"!

Nie powinniśmy ślepo iść za modą w tym świecie, lecz musimy dogłębnie analizować to, co niesie nam ten świat i przeróżne trendy z Biblią w ręku. Nie wolno nam myśleć: "przyjmiemy to tylko jako zabawę, bo jest fajne", lecz musimy sobie stawiać pytania: "skąd to pochodzi; z czym się to wiąże; jakie ma znaczenie tam, skąd ten zwyczaj pochodzi?" Możemy przejmować pewne rzeczy od pogan - jeśli są one do pogodzenia ze Słowem Bożym, z życiem chrześcijańskim. To nawet pożyteczne - bo pozwala nam oddać to im z powrotem, jako częściowe poznanie - dajmy na to 1% - i mówić o Ewangelii Chrystusa, która jest dopełnieniem - pozostałymi 99%. Powinniśmy umieć doceniać to, co dobre i wartościowe. Natomiast musimy radykalnie odrzucać wszystko, co wiąże się w jakikolwiek sposób z kultem bóstw pogańskich i okultyzmem - a do tej kategorii zalicza się "holi", joga, mantry, itp.

Ktoś kiedyś powiedział: największym sukcesem diabła jest fakt, że ludzie przestają w niego wierzyć. Dzięki temu może on "sprzedawać" ludziom wiele takich "niewinnych zabaw", czy "korzystnych dla zdrowia ćwiczeń"... To oczywiście prawda, że niewielu nauczycieli jogi wprowadza też otwarcie filozofię i praktyki religijne i że "holi" ograniczane jest do obrzucania się farbkami w proszku - tym praktykom odcięto po prostu religijną "metkę", wiedząc, że w ten sposób łatwiej się to "sprzeda" na obszarze chrześcijańskim, czy raczej post-chrześcijańskim, ateistycznym, że wielu chrześcijan i ludzi anty-religijnych nie będzie chciało religii, ale "bez religii" chętnie to przyjmą i uznają za "bezpieczne" i "fajne". To wszystko, o czym dziś tutaj mówię, są to elementy new age - "holi", joga, mantry, kosmici, reinkarnacja, buddyzm... To taki "duchowy supermarket", gdzie każdy wybiera, co mu odpowiada i tworzy własną "miksturę" - duchową, relaksacyjną, zabawową... New age to i religia i nie religia - to system duchowy, który wymyka się naszym tradycyjnym definicjom, i przez to chyba jeszcze bardziej niebezpieczny. Diabłu wcale nie zależy, byśmy czcili jakieś konkretne bóstwo, byśmy byli religijni - jego zadowala, że nie będziemy posłuszni Bogu, że odwrócimy się od Niego i będziemy żyli "po swojemu", a Pismo Święte odsuniemy od siebie jako "przestarzałą księgę"!

Często w podobnych wypadkach czytam: "A co to ich (Kościół) obchodzi, co im to przeszkadza?", "Nie wolno się bawić?", "Niech się zajmą sobą i odpierniczą się od ludzi!", "Nie zarabiają na tym, to im to wadzi..." Kościół katolicki nie jest dla mnie żadnym autorytetem i do księży mam bardzo ograniczone zaufanie. To, co głoszą, ja konfrontuję z Biblią i jeśli jest to "kompatybilne", chętnie przyklaskuję: "Amen!" i tak jest w tym konkretnym wypadku - o zagrożeniach związanych z "holi" pisałem zresztą już wielokrotnie w różnych miejscach i bardzo dawno temu.

Wielu ludzi w naszych czasach ma bardzo dziwne wyobrażenie o Kościele - i już nie chodzi mi o katolicyzm, ale o Kościół w ogóle - jakie to chrześcijaństwo "powinno być" i czym się wyłącznie (!) "powinno zajmować". Pogadać o Bogu - byle "wewnątrz", bo "na zewnątrz" to już "nie bardzo" (no bo przecież "wiara to sprawa bardzo osobista" i "nie wypada jej pokazywać innym"!) - złożyć łapki do modlitwy, oczy wznieść ku górze... Tak: "Alleluja! Ale fajnie!" Kościół "powinien" być "lajtowy", "wyluzowany", "otwarty" i najlepiej ograniczony do... kościoła (budynku) - zwłaszcza, jeśli przekonania są "nieświatowe". Tam, w kościele (budynku) można prowadzić "życie wiary" - jednak nie wspominając o grzechu, dewiacjach, zagrożeniach duchowych, a mówić tylko: "Dobrze! Fajnie! Ważne, że tobie się podoba..." - a poza nim życie "światowe", rozrywkowe, "róbta co chceta"...

Wiele osób "zainfekowanych"  duchowością new age zaczyna stawiać Kościołom wymagania, pouczać "jak być powinno"! Są i tacy, którzy wprowadzają new age do wspólnot - i katolickich i protestanckich - a nawet zakładają zbory / mega-kościoły, gdzie nie ma już nauki chrześcijańskiej, tylko czysty new age! Takie "fajne" społeczności, gdzie jest wszystko, co się ludziom może spodobać - i tylko nie ma prawdy, bo prawda jest trudna i wymagająca, i wielu się  przez to nie podoba, bo ludzie nie lubią słuchać o Bogu, który ma wymagania i stawia warunki człowiekowi... Oni by chcieli być... panami w Kościele, kształtować Kościół według siebie - a tymczasem Kościół nie podlega żadnemu człowiekowi, jest własnością Boga i to Bóg w nim jest Panem, którego Słowo jest absolutnie decydujące i który ma jedyne prawo zarządzać Kościołem! Dlatego Kościół NIE MA PRAWA SIĘ ZMIENIAĆ! Nie ma prawa ulegać "aktualnym tendencjom"! Nie ma prawa "wyluzować" i "otwierać się na świat"! Oczywiście tak się dzieje - im bardziej tak jest, tym mniej dana społeczność jest Kościołem, a tym bardziej przekształca się w jakieś... luźne towarzystwo duchowo - religijne, któremu coraz bardziej "wszystko jedno".

piątek, 4 sierpnia 2017

Zagubieni

"Dwaj bogaci kupcy postanowili pewnego dnia zając się poszukiwaniem najcenniejszej rzeczy na świecie. Mieli   się spotkać, kiedy tylko ją znajdą.
Pierwszy z nich nie miał wątpliwości: wyruszył na  poszukiwania gemmy. Przebył morza i pustynie, wspiął się na góry i zwiedzał miasta, aż wreszcie ją odnalazł. Była to najwspanialsza gemma, jaka kiedykolwiek świeciła pod słońcem. Wrócił zatem do kraju i czekał na przyjaciela.
Wiele lat upłynęło, zanim ów się pojawił. Bo tak naprawdę wyruszył na poszukiwanie Boga. Zasięgał rady najsłynniejszych nauczycieli we wszystkich  krajach - ale nie znalazł Boga. Studiował, czytał, ciągle jednak nie mógł znaleźć Boga. Wyrzekł się wszystkiego, ale Boga nie znalazł.
Pewnego dnia, po tak długich poszukiwaniach, kiedy siedział sobie nad brzegiem rzeki, zobaczył kaczkę szukającą w gęstwinie trzcin swoich maleństw, które się od niej oddaliły. Małe były liczne i swawolne, a kaczka szukała ich aż do zachodu słońca, dopóki nie zgromadziła wokół siebie wszystkich swoich dzieci. Wówczas człowiek uśmiechnął się i powrócił do kraju.
Kiedy znów ujrzał go przyjaciel, pokazał  mu swoją gemmę, po czym zapytał z drżeniem:
- A ty, co znalazłeś cennego? Pewnie coś wspaniałego, skoro potrzebowałeś na to tyle lat. Widzę to po twoim uśmiechu...
- Szukałem Boga - odrzekł tamten.
- I znalazłeś Go? - spytał zdziwiony przyjaciel.
- Odkryłem, że to On mnie szukał."

Fot. Jeffrey Wright / Flickr (CC BY 2.0)


Historię tą znalazłem w książce Pier'a d'Aubrigy "Ślady". Zdecydowanie nie jest warta polecenia, gdyż jest zbiorem opowiastek zdecydowanie w "duchu new age" - który to ruch pogański szerokim  frontem wdarł się tak do Kościoła katolickiego (wydawcą książki są księża  klaretyni), jak i podszywa się pod "protestantyzm" - i wartościowych treści praktycznie w niej nie ma - ta opowiastka jest jednym z bardzo nielicznych wyjątków.

Oczywiście nie brakuje w Biblii wersetów o szukaniu Pana: "Szukałem Pana, a  On mnie wysłuchał i uwolnił  od wszelkiej trwogi" (Psalm 34, 5), "Szukajcie Pana, gdy się pozwala znaleźć, wzywajcie Go, dopóki jest blisko" (Księga Izajasza 55, 6), "Szukajcie mnie, a żyć będziecie" (Księga Amosa 5, 4) "Szukajcie Pana, a żyć będziecie!" (Księga Amosa 5, 6), "Szukajcie Pana wszyscy pokorni ziemi, którzy pełnicie Jego nakazy; szukajcie sprawiedliwości, szukajcie pokory, a może ukryjecie się w dzień gniewu Pańskiego" (Księga Sofoniasza 2, 3), "Szukajcie Pana i mocy Jego, szukajcie zawsze oblicza Jego" (Psalm 105, 4)... Spoza Biblii, ale mądrze: "Umiłujcie sprawiedliwość, sędziowie ziemscy! Myślcie o Panu właściwie i szukajcie Go w prostocie serca" (Księgą Mądrości 1, 1 - "Biblia Tysiąclecia"). Jednak Bóg nam nigdzie nie zginął, ani się przed nami nie ukrył - to my się zagubiliśmy w gąszczu naszych grzechów. Gdy spotykamy Boga, zawsze okazuje się, że zawsze był On przy nas, a tylko my byliśmy głusi, ślepi i... głupi.

środa, 2 sierpnia 2017

Tak mało nieba w nas

Już jakiś czas temu mówiło się głośno o nawróceniu Justina Biebera. Od pewnego czasu nawet na koncertach potrafi zaśpiewać także o Bogu. Wiadomo, że chodzi na nabożeństwa do nowojorskiego Kościoła "Hillsong". Teraz - jak informują media - przerwał wielką i zyskowną trasę koncertową, by... poświęcić swój czas Bogu. Deklaruje też zerwanie ze swym wcześniejszym życiem. Chwała Bogu!

Nawrócenie Justina jest jednak "nie w smak"... katolikom. Na portalach społecznościowych podnoszą się głosy, że "padł ofiarą sekty", że "nawrócenie może być tylko na katolicym", że "chodzi tylko o autopromocję w mediach" a "pastorom chodzi tylko o jego pieniądze"... Ktoś napisał: "Pastorek znalazł sobie źródło dochodu". Nie wytrzymalem i zadałem jedno pytanie: "A księża nie zbierają na tacę?" Nie wspominając już o o. T.R. i jego "dziełach". Gdyby Justin zaprzyjaźnił się z księżmi, przyłączył się do jakiejś wspólnoty, chodził na katolickie msze, przyjmował komunie, wybrał się na  pielgrzymkę do Rzymu, byliby szczęsliwi i wychwalaliby go pod niebiosa. Moim zdaniem wcale nie "boli" ich, że Justin "daje na tacę" - zapewne i być może niemało - ale, że robi to w "niewłaściwym" Kościele, że "daje pastorowi" a nie katolickim księżom. Znając życie, gdyby ufunndował on monstrancję lub kaplicę, pisaliby o jego nawróceniu i ofiarności z zachwytem.

Do "Hillsongu" mam stosunek - delikatnie rzecz ujmując - mocno ambiwalentny, ale... "Przestańcie osądzać, abyście nie zostali osądzeni.  Bo  normy, według których sądzicie, odniosą i do was, a miarą, którą stosujecie, odmierzą również wam" (Ewangelia Mateusza 7, 1 - 2, tłum. EIB). Justina też nikt nie ma prawa osądzać i oceniać jego decyzji i wiary. Jest celebrytą - jednak wcale nie znaczy to, że wiara, którą od pewnego czasu deklaruje, jest "na pokaz". Jakie są podstawy, by kwestionować jego nawrócenie? Jego wcześniejsze życie? Gdyby na tej podstawie weryfikować członkostwo w Kościele... nie byłoby Kościoła! A może jego "medialność" i rzesze fanów? Lubi śpiewać i na tym zarabia. Wylansowano go / wylansował się - i dzięki temu zarabia rewelacyjnie. Ale czy to znaczy, że jego nawrócenie jest "nieprawdziwe"? Jest "obiektem zainteresowań" mediów, więc media też piszą o jego życiu duchowym. Nie wolno nam (!) z tego powodu kwestionować czyjegoś nawrócenia i duchowości. "(...) w niebie większa będzie radość z jednego skruszonego grzesznika, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują opamiętania" (Ewangelia Łukasza 15, 7 - tłum. EIB). A jeśli Justin będzie dawał dziesięcinę? Przecież własnie to powinnismy robić, jeśli jesteśmy Kościołem - to dar dla Pana, na Jego cele. Bóg prosi nas o niewiele - o dziesięć procent od tego, co od Niego otrzymujemy. Ci, którzy wietrzą w tym "chciwość" Kościoła czy pastorów, niech zajmą się własną kieszenią i tym, ile sami łożą na swój Kościół!

"Większa jest radość w niebie..." Dlaczego nam, ludziom, czasem tak trudno w tej radości uczestniczyć? Może dlatego, że... tak mało nieba w nas?

wtorek, 25 lipca 2017

Wyznawajcie swe grzechy...

"A Jezus znowu rzekł do nich: Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane" (Ewangelia Jana 20, 21 - 23, tłum. "Biblia  Tysiąclecia")
Fot. Blessed faun / Flickr (CC BY-NC-ND 2.0)

"Poza Kościołem nie ma zbawienia i bez sakramentów świętych nie ma zbawienia" - napisał do mnie ostatnio pewien człowiek. Odpowiedziałem mu mniej więcej tak: "A czy wiesz, że Słowo Boże nie zawiera wzmianki o innych sakramentach, jak tylko chrzest na wyznanie wiary i wieczerza, rozumiana jako spożywanie chleba i wina - symboli upamiętniających ciało i krew Chrystusa, ofiarę Chrystusa złożoną za nas na krzyżu? Słowo Boże mówi nam też o zesłaniu Ducha Świętego - które jednak nie jest żadnym rytuałem, do którego potrzebny jest duchowny (biskup), a dokonuje się tak po prostu, gdy człowiek się modli do Boga. Co więcej! Bóg nie ustanowił żadnych kapłanów. Wyznaczył kiedyś ludzi do służby kapłańskiej - w czasach przed Chrystusem - by pośredniczyli pomiędzy ludźmi a Nim. Potem przyszedł do nas, jako Chrystus Pan, zniżył się do człowieka i już z nami pozostał, jest pomiędzy swym ludem i już nikt nie musi pośredniczyć!" W Polsce, gdzie wciąż jest ogromny wpływ Kościoła katolickiego i przywiązanie do katolickiej tradycji, ta prawda jest dla wielu ludzi szokująca i trudno im to pojąć! Chrześcijaństwo bez sakramentów? Niemożliwe! Księża niepotrzebni? Niemożliwe!

Jako przykład "sakramentu" na kartach Pisma Świętego i powołania kapłańskiego człowiek ów powołał się na zacytowany powyżej fragment Ewangelii Jana - istotną część "wielkiego finału" posługi Jezusa na Ziemi, już po zmartwychwstaniu. Bardzo lubię, gdy w takiej polemice pojawia się Biblia, gdyż wówczas jest naprawdę o czym porozmawiać - zupełnie inaczej, niż wówczas, gdy wiarygodność "świętej" i "apostolskiej" Tradycji Kościoła katolickiego jest opierana na... "świętej" i "apostolskiej" Tradycji Kościoła katolickiego! ;) Fragment ten zdaje się z pozoru w 100% potwierdzać nauczanie Kościoła katolickiego... "Aha!" - zdają się krzyczeć katoliccy apologeci, wyciągając go w polemikach religijnych i wydaje się im, że oto "roznieśli w proch i pył" poglądy protestanckie. "Mówicie, że wiara wasza opiera się na 'sola scriptura? No to macie Pismo!" Zdaje się... TYLKO zdaje się!

Czy człowiek w ogóle może odpuszczać grzechy drugiemu człowiekowi? Oczywiście może - gdy stał się sam ofiarą grzechu bliźniego, gdy ten wyrządził mu zło. Mówimy o odpuszczeniu winy - choćby w Modlitwie Pańskiej: "...i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom..." Jednak tym, który może odpuszczać grzechy jest tylko sam Bóg. Czyni to chętnie, gdyż jest On "nieskory do gniewu i bardzo łaskawy" (Psalm 145, 8) i... OSOBIŚCIE! To do Niego musimy przyjść, by oczyścić swe serce! Możemy to uczynić, gdyż On sam jest z nami. On stał się człowiekiem dla naszego zbawienia i nad przepaścią grzechu, która oddzielała nas, ludzi, od Boga, przerzucić most - swe własne ramiona, belkę swego krzyża, na której były one rozpięte. I tylko Niego samego, Jezusa Chrystusa, potrzebujemy, by wyspowiadać się i powstać z grzechu, by naprawić naszą relację z Bogiem.

No dobrze, ale przecież Jezus daje tą misję ludziom? To oczywiście prawda i nie odważyłbym się temu zaprzeczyć. Rzecz w tym, że nie chodzi ani o wyręczanie Boga, ani też o pośrednictwo! Naszą misją jest bycie raczej kimś w rodzaju "duchowego asystenta". Aby nim być nie trzeba być księdzem, nie trzeba być też pastorem, nie trzeba mieć ukończonych studiów teologicznych, ani specjalnego błogosławieństwa od przywódców Kościoła - może nim być każdy nowonarodzony chrześcijanin, każdy Brat i każda Siostra z Kościoła! Tak! Nigdzie nie jest napisane, że nie może tej posługi pełnić kobieta! Jezus nie wypowiedział tego posłannictwa wobec jakiejś wybranej grupy szczególnie powołanych - On to uczynił wobec wszystkich zgromadzonych uczniów, prawdopodobnie nawet nie samych tylko apostołów! By pełnić tą posługę trzeba być uczniem Pana - potrzeba wiary, duchowej mądrości; potrzeba Ducha Świętego, który będzie kierował i pomagał rozeznawać. Właśnie dlatego Jezus tchnął na uczniów - był to symboliczny akt, bo na prawdziwe zesłanie Ducha Świętego, napełnienie Nim, uczniowie musieli jeszcze  trochę poczekać - dopiero gdy to się stało, byli w pełni gotowi i odpowiednio "wyposażeni".

"Komu odpuścicie - będą im odpuszczone" - cóż to znaczy? By tak się stało, musi być autentyczna skrucha, żal za grzechy - a także chęć poprawy i gotowość naprawienia wyrządzonych krzywd. Przykładem takiego nawrócenia może być postawa celnika Zacheusza: "Zacheusz natomiast podniósł się i oświadczył wobec Jezusa: panie, oto połowę mojego majątku przeznaczam dla ubogich, a jeśli na kimś coś wymusiłem, oddaję poczwórnie. Jezus zaś odpowiedział: Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu..." (Ewangelia Łukasza 19, 8 - 9, tłum. EIB). Jesteśmy powołani do tego, by upewniać ludzi o skruszonych sercach o tym, że ich grzechy zostały odpuszczone, o Bożym przebaczeniu. Wybitny biblista, William Barckley, tak pisze: "Jest wielkim przywilejem Kościoła przekazać nowinę i oznajmić fakt Bożego przebaczenia człowiekowi".

A cóż znaczy: "komu nie odpuścicie - nie będą im odpuszczone"? Czasem grzesznik przychodzi, by wyznać grzechy, ale w jego sercu nie ma prawdziwej skruchy i wcale nie myśli, by zmienić coś w swoim życiu. Być może szuka tylko chwilowego usprawiedliwienia. Są tacy ludzie, których "uwiera" grzech - są świadomi, że czynią źle - ale szukają tylko ulgi na chwilę, a potem... "A tam, najwyżej znów się wyspowiadam i będzie ok". Bóg nie odpuszcza win tylko dlatego, że się je wyzna - bo patrzy w serce i widzi, gdy nie ma w nim prawdziwej skruchy! Gdy odmawiamy odpuszczenia grzechów, jest to znakiem dla bliźniego, że coś jest jeszcze - albo bardzo - "nie tak", że musi jeszcze dokładnie przyjrzeć się swemu życiu, medytować nad Słowem Bożym i rozmawiać z Bogiem, wsłuchiwać się w to, co On ma mu do powiedzenia o jego życiu i czynach. I tu jest nawet bardziej potrzebna asysta - by pomóc takim ludziom "przepracować problem" i towarzyszyć modlitwą! 

Nie ma obowiązku wyznawać grzechów wobec kogokolwiek - jest to jednak bardzo pożyteczne, zwłaszcza w przypadku grzechów, z którymi sobie nie radzimy. Może być to pijaństwo. Mogą być to narkotyki lub papierosy. Może być to pornografia i lubieżne myśli. Może być to bardzo wiele różnych sideł, jakie każdego dnia rzuca nam pod nogi diabeł. Tak, to trudne tak się otworzyć, tak zaufać drugiemu człowiekowi. Jednak gdy to uczynimy, wówczas rośnie szansa na duchowe zwycięstwo - bo już nie jesteśmy sami z naszym grzechem, lecz mamy "towarzysza boju", który znając nasze upadki, będzie mógł nam lepiej służyć, będzie obserwował i pomagał wstawać. "Bracia, jeśli człowiek zostanie przyłapany na jakimś upadku, wy, którzy jesteście duchowi, poprawiajcie takiego w duchu łagodności. Uważajcie przy tym na siebie, abyście wy nie ulegli pokusie. Jedni drugich brzemiona noście. W ten sposób wypełnicie Prawo Chrystusa" (List do Galacjan 6, 1 - 2, tłum. EIB). "Wyznawajcie zatem grzechy jedni drugim i módlcie się o siebie nawzajem..." (List jakuba 5, 16 - tłum. EIB).

Najlepszym podsumowaniem są znów słowa Williama Barckleya o tym poleceniu Chrystusa Pana: "Zdanie to nie oznacza, że moc do odpuszczania grzechów była kiedykolwiek powierzona jakiemuś człowiekowi. Oznacza to natomiast, że została w ten sposób powierzona moc głoszenia tego przebaczenia; moc ostrzegania, że przebaczenie nie jest dostępne dla nie skruszonych. Zdanie to ustanawia obowiązek Kościoła przekazania wieści o przebaczeniu dla pokutującego serca i ostrzegania niepokutujących, że zaprzepaszczają oni Boże miłosierdzie".

niedziela, 23 lipca 2017

Islam w Europie - zagrożenie czy wyzwanie?

Fot. Edward Musiak / Flickr (CC BY-NC-ND 2.0)
"Oliwia, lat 46, jest muzułmanką z dużego polskiego miasta na południu. Do islamu dochodziła przez dwadzieścia lat. Wychowała się w katolickiej rodzinie. - Zawsze uważałam, że jestem bogobojna, ale coś mi w Kościele nie pasowało. Na proste pytania nie mogłam znaleźć odpowiedzi - opowiada.
Na przykład Trójca Święta. Jest jeden Bóg, a jednocześnie - nie jest jeden? Albo: Po co modlimy się do świętych, skoro możemy od razu do Boga? No i spowiedź - człowiek potrzebny do rozmowy z Bogiem. Tego Oliwia już zupełnie nie rozumiała. Sprawę religii odłożyła na półkę. Przestała chodzić do kościoła.
Kilka lat temu odwiedziła ze znajomymi Szarm-el Szejk w Egipcie. Poznała tam muzułmanów, wielkie wrażenie zrobił na niej lokalny DJ.  Grzeczny, uprzejmy - zwłaszcza wobec kobiet. Nie pił i nie palił. - Kosmita jakiś - myślała.
Te znajomości sprawiły, że zainteresowała się islamem. Przeczytała cały Koran. - Czytając, czułam się, jakbym wracała do domu - opowiada.
Wyjaśnia: islam i chrześcijaństwo są bardzo podobne. To religie miłości - do Boga i bliźniego. Tyle tylko, że islam jest dużo prostszy.
Żeby zostać muzułmaninem, wystarczy wypowiedzieć Szahadę - wyznanie wiary. Oliwia chciała to zrobić w podniosłej atmosferze. Na uniwersytecie w Kairze stanęła przed dziekanem - imamem. Jej przyjaciele z Egiptu byli świadkami. Wypowiedziała słowa: "Zaświadczam, że nie ma Boga oprócz Boga jedynego, a Muhamad jest jego wysłannikiem".
Czuła się jak w kościele na ślubie lub komunii. Prawie nie pamięta, co mówił dziekan, tak była przejęta. W głowie utkwiły jej słowa, że chusta jest jak korona dla kobiety.
Po powrocie do Polski Oliwia, jak co roku, przygotowała wigilię. Na stole groch z kapustą, kluski z makiem, karp, żur. Przyjechała mama, siostra z rodziną, syn. Oliwia wigilię zaczęła od przeczytania słów: W imię Boga Miłosiernego, Litościwego! Chwała Bogu, Panu światów, Miłosiernemu, Litościwemu, Królowi Dnia Sądu. Oto Ciebie czcimy i Ciebie prosimy o pomoc. Prowadź nas drogą prostą, drogą tych, których obdarzyłeś dobrodziejstwami; nie zaś tych, na których jesteś zagniewany i nie tych, którzy błądzą.
Wszyscy słuchali w ciszy. Na koniec mama powiedziała: - Piękna modlitwa. Nie słyszałam jej wcześniej.
- Nic dziwnego - odpowiedziała Oliwia. - Bo to fragment Koranu.
Jej rodzina myślała, że ten islam to chwilowe wariactwo. Mama pytała, czy nie może być taka jak wszyscy. Teraz już przyzwyczaiła się do fragmentów Koranu na wigilii." (źródło: Gazeta.pl)

Po przeczytaniu tego reportażu, zrobiło mi się bardzo, bardzo smutno! Mam też kilka myśli, którymi pragne się dziś tutaj podzielić z wami.

Proste prawdy - prosta wiara

Kościół katolicki to system skomplikowanych dogmatów i praktyk - obcych Słowu Bożemu, których nie znajdujemy nigdzie w nauczaniu Jezusa i Apostołów. Nie daje dobrych odpowiedzi na logiczne pytania odnośnie wiary - gdy "drąży się temat" logicznymi pytaniami, wcześniej czy później dostaje się odpowiedź: "Taką wiarę Kościół zachował, to jest wiara apostolska i tak trzeba wierzyć!" Bohaterka reportażu postawiła sobie w życiu bardzo ciekawe i logiczne pytania. Przykre, że nie otrzymała właściwych odpowiedzi. Przykre jest też, że nie otrzymując w Kościele katolickim właściwych i logicznych odpowiedzi, nie sięgnęła do Biblii i nie zaczęła szukać ludzi, którzy by jej te sprawy wyjaśnili. 

W zborach ewangelicznych jest oczywiście wiara w Trójcę Świętą - i ta wiara jest solidnie tłumaczona na podstawie samej Biblii, a nie oparta na dogmacie będącym formą przymusu i zastraszania. Tam znalazła by też potwierdzenie dla swych jakże słusznych wniosków, że kult świętych jest praktyką absurdalną, że nie potrzeba żadnego pośrednictwa czy orędownictwa przed Bogiem - bo Bóg jest blisko i pragnie mieć społeczność z człowiekiem - i dlatego narodził się jako człowiek, Jezus Chrystus. Jezus mówi: "Ja jestem drogą, prawdą i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze Mnie. Skoro Mnie znacie, poznacie i mojego Ojca; od teraz też Go znacie - i zobaczyliście Go. (...) Kto Mnie zobaczył, zobaczył Ojca" (Ewangelia Jana 14, 6 - 7, tłum. EIB). Bóg ustanowił pośredników - w czasach przed Chrystusem. Potem pośrednicy przestali być potrzebni, gdyż sam zszedł między ludzi.

Kobiecie tej bym powiedział: Trzeba było zacząć czytać Biblię - jedyne Słowo Boże - i porządkować swoje życie według nauk, które zawiera, a równocześnie szukać ludzi, którzy czynią podobnie. Wcale nie jest trudno znaleźć - chociaż zbory boże nie są wszędzie, jak parafie katolickie, ani nie są tak liczne! Biblia i wiara ewangeliczna są odpowiedzią na niemal wszystkie pytania i wątpliwości, jakie mogą się pojawić w ludzkich sercach - także na te, na które Kościół katolicki nie jest w stanie odpowiedzieć. Ludzie coraz częściej nie zadowalają się lipną teologią i dogmatami wiary. Kościół katolicki coraz częściej przegrywa z tego powodu, że nie jest w stanie ani prosto odpowiedzieć na proste pytania, jakie pojawiają się w umysłach ludzi szukających prawdy, ani też logicznie przedstawić korzeni swych nauk, udokumentować, że faktycznie są one naukami apostolskimi. Trudno się dziwić temu, że ludzie z Kościoła katolickiego odpływają - szkoda tylko, że tak często tracą przez to całkowicie wiarę, a obecnie też coraz częściej szukają "prawdy" u pogan - we wszelkich formach neopogaństwa, buddyzmie czy w islamie. Księża widzą ten odpływ i nawet panikują - szukają przyczyn w "świecie", a mają je we własnym Kościele! Odpływ wiernych powinien być dla nich sygnałem: "Czas wracać do Prawdy, do Biblii, do prostoty wiary Kościoła czasów apostolskich!"

Jaki Bóg? Jaki Jezus?

Uderzyły mnie słowa o Wigilii i czytaniu Koranu przy wieczerzy.  Jest to takie modne w naszych czasach mieszanie religii - 80% islamu, 20% chrzescijaństwa. Może dlatego, że "to takie fajne rodzinne święta"? Może dlatego, żeby "nie zrażać rodziny"? A może dlatego, by pokazać rodzinie i przyjaciołom, że islam jest "równie dobrą wiarą, że "muzułmanin wierzy w tego samego Boga", a "Koran jest od Boga i równy Biblii"? Pewnie chodzi o wszystko to razem po trochu - ale najbardziej o ostatni punkt. Niepokoi i smuci fakt, że ojciec tej kobiety, czytając Biblię... zaakceptował islam i Koran. Kto wie, czy córka - zafascyniowana Koranem - nie pomogła mu w "zrozumieniu Biblii".

Zasadnicze pytanie: Jaki jest sens obchodzić Boże Narodzenie (którego Wigilia jest częścią), nie wierząc w to, że Bóg się narodził jako Jezus Chrystus? Według nauk islamu Jezus był tylko człowiekiem, prorokiem - i to mniejszym niż Mahomet. Jezus zaś był i jest Bogiem, Stworzycielem świata, który narodził się z własnej woli jako człowiek. Muzułmanie wiedzą o Jezusa, ale nie wierzą w Niego - kwestionują jego nauki, zapisane w Biblii, które traktują jako zafałszowane. Jezus nigdy nie powiedział o sobie wprost: "Ja jestem Bogiem" - mówił natomiast o sobie wielokrotnie "Jam Jest", co tak naprawdę znaczy to samo i za co Żydzi zresztą chcieli Go ukamieniować jako "bluźniercę", a także odbierał hołd należny Bogu. Muzułmanie kwestionują też jego śmierć i zmartwychwstanie. Ich Jezus - Isa - to więc nie nasz Jezus! Jaki jest sens świętować urodziny - choćby tak symboliczne, jak Boże Narodzenie (bo wiemy przecież dobrze, że Jezus nie urodził się 25 grudnia na początku roku 0!) - kogo się nie uznaje?

Prawda - ale gdzie i jaka?

Obecnie coraz częściej muzułmanie odkrywają, że Bóg to ten, który przemawia poprzez Biblię i narodził się jako Jezus Chrystus. Wielu muzułmanom Koran przestaje wystarczać, bo nie znajdują tam odpowiedzi, i sięgają po Biblię, i nawracają się. Do wielu innych Bóg przychodzi w odpowiedzi na ich modlitwy o poznanie prawdy i Boże prowadzenie. Fakt, ze modlą się do Allaha, którego wskazał im Mahomet, ale Bóg nie jest obojętny na modlitwy pogan! Gdy modlą się o prawdę i prowadzenie, On nie odrzuca, On wysłuchuje! Coraz częściej słyszymy o przypadkach, gdy Bóg przemawia do muzułmanów, a nawet ukazuje się im - jako Jezus Chrystus! Bóg dociera w ten sposób do ludzi szczerze poszukujących Go. Myślę też, że chce dotrzeć także do tych, którzy muzułmanami nie są a zaczynają się interesować islamem i jest to niewątpliwie Jego dzieło, że nawróceni z islamu nie tylko są coraz liczniejsi, ale też coraz odważniej mówią o tym, czego doświadczyli, i te wiadomości są już na co dzień w internecie, i może przyjdzie taki dzień, gdy wpisując w wyszukiwarce "islam", znajdzie się więcej informacji o Jezusie, Bogu Biblii, i o nawróceniach z islamu, niż o samym islamie.

Wierzę, że Bóg chce docierać i do tych, którzy w oszukiwaniu prawdy i prostych odpowiedzi na pytania o wiarę, zaczynają się interesować islamem czy innymi pogańskimi wierzeniami i praktykami. To powinien być znak, że nie mają tam czego szukać, że nie otrzymają tam tego, czego szukają! Koran zawiera, można powiedzieć, pół prawdy - jest nią to, co zostało przez Mahometa... skopiowane (dość nieudolnie - sam mahomet był zreszta prawdopodobnie analfabetą) z Bibii! Reszta to filozofia Mahometa i jego uczniów. Pełnia prawdy jest tylko u Boga i w Słowie Bożym. To, co mówi Bóg i co jest w Słowie Bożym, jest tak sprzeczne z naukami Mahometa i treścią Koranu, że nie ma tak naprawdę niczego, co by łączyło chrześcijaństwo z islamem, nie ma żadnej "wspólnej prawdy".

Wolność człowieka

Bóg uczynił człowieka wolnym. Pozwala nam wybierać - także w kwestiach wiary. Pozwala nam błądzić i grzeszyć. Pozwala nam słuchać fałszywych proroków i czcić fałszywych bożków. Mówi nam jednak: tylko Ja jestem Bogiem i tylko u Mnie jest zbawienie! Pokazuje nam drogę, ale nie przymusza nas, byśmy za Nim szli i byli Jemu posłuszni! Bóg wzywa nas do nawrócenia, wiary i chrztu - ale pozwala nam iść, tam, gdzie sami się skierujemy. Tyle, że każda inna droga jest fałszywa, a jej "meta" tragiczna, przed czym On nas ostrzega w swoim Słowie. Bóg pozwala człowiekowi wybrać islam - chociaż ten nie pochodzi od Boga i nie prowadzi do Boga. Tyle, że jedna jest tylko droga "ku niebu:", droga zbawienia - jest nią Jezus Chrystus, Bóg sam - a wszystkie inne prowadzą w zupełnie innym kierunku!

Zagrożenie czy wyzwanie?

W dalszej części tego - bardzo interesującego naprawdę - reportażu jest mowa o narastającej agresji i "islamofobii". Jest też wiele kłamstw o islamie - "terroryści nie są muzułmanami", itp., a przecież wiemy, że właśnie nimi są i realizują słowa Mahometa: zabijajcie niewiernych! Trzeba jasno powiedzieć: Bóg nienawidzi islamu, lecz miłuje muzułmanów, dobrze im życzy i pragnie, by się nawrócili, pragnie ich zbawić! Bóg przeklina islam - z którym nie ma i nie chce mieć nic wspólnego - ale nie przeklina i nie złorzeczy muzułmanom! Ten, kto pogardza drugim człowiekiem, kto chciałby go "posłać do diabla", im dalej - tym lepiej, jest tak samo zgubiony i daleki od prawdy, jak muzułamanie, z terrorystami muzułmańskimi włącznie. Ten, kto pogardza drugim człowiekiem i z nienawiścią odnosi się  do muzułmanów - nawet jeśli oparta jest ona na strachu, do którego muzułmanie doprowadzili - kieruje się do piekła tak samo, jak wrzeszczący "Allahu akbar!" terroryści islamscy.

Muzułmanin jako taki nie stanowi zagrożenia - póki nie słucha radykałów religijnych i nie wczytuje się za bardzo w ideologię Mahometa zawartą w "Kornie". Czy należy ich odpychać, pogardzać nimi i kazać się "wynosić"? Nie! To, co powinniśmy czynić, jest dawno jasno określone: "Idźcie więc i pozyskujcie uczniów pośród wszystkich narodów. chrzcijcie ich w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego i uczcie przestrzegać wszystkiego, co wam przykazałem" (Ewangelia Mateusza 28, 19 - 20). Islamski podbój Europy - migranci, powstające meczety, rozdawanie Koranu, coraz bardziej radykalni imamowie i wyznawcy, narastający terror islamski - są poważnym problemem i zagrożeniem. Z drugiej jednak strony mamy też pewien komfort - wcale nie potrzebujemy daleko jeździć, by szukać pogan, bo to oni przyjeżdżają do nas.

Obawy wobec islamu są zrozumiałe i w pełni uzasadnione. Mnie też przeraża islamizacja Europy i niekontrolowany napływ migrantów, który niewątpliwie trzeba zatrzymać. Jednak nie czuję lęku wobec osób o ciemnej karnacji i nie oburzam się widząc Arabów czy kobiety - nawet Europejki - w islamskich chustach. Starch jest od diabła, od Boga zaś odwaga. Zamiast odsyłać muzułmanina "do diabła", wolę mówić o Bogu, Ewangelii i zbawieniu. Czasem tylko mówię: "Jeśli nie podoba się tobie nasza wiara i cywilizacja europejska, zawsze możesz wrócić tam, skąd przyjechałeś" (Europejczycy stanowią może z 1% muzulmanów żyjących w Europie!) Islam w Europie sprawia, że przestajemy się czuć bezpiecznie, ktoś burzy naszą "strefę komfortu"... Ale chrześcijaństwo - takie prawdziwe, misyjne, zaangażowane - to przecież właśnie wyjście poza tą "strefę komfortu", wyjście z miarę bezpiecznej, choć czasem chybotliwej, łodzi na wody - niekiedy mocno wzburzone - tego świata! A może Bóg posyła muzułmanów do Europy, by tu usłyszeli Ewangelię, tylko... nie bardzo ma ją tu kto im ją głosić? I może dlatego islam się umacnia, bo nasze chrześcijaństwo jest słabe i zaskorupione w naszej "strefie komfortu"?