wtorek, 25 lipca 2017

Wyznawajcie swe grzechy...

"A Jezus znowu rzekł do nich: Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane" (Ewangelia Jana 20, 21 - 23, tłum. "Biblia  Tysiąclecia")
Fot. Blessed faun / Flickr (CC BY-NC-ND 2.0)

"Poza Kościołem nie ma zbawienia i bez sakramentów świętych nie ma zbawienia" - napisał do mnie ostatnio pewien człowiek. Odpowiedziałem mu mniej więcej tak: "A czy wiesz, że Słowo Boże nie zawiera wzmianki o innych sakramentach, jak tylko chrzest na wyznanie wiary i wieczerza, rozumiana jako spożywanie chleba i wina - symboli upamiętniających ciało i krew Chrystusa, ofiarę Chrystusa złożoną za nas na krzyżu? Słowo Boże mówi nam też o zesłaniu Ducha Świętego - które jednak nie jest żadnym rytuałem, do którego potrzebny jest duchowny (biskup), a dokonuje się tak po prostu, gdy człowiek się modli do Boga. Co więcej! Bóg nie ustanowił żadnych kapłanów. Wyznaczył kiedyś ludzi do służby kapłańskiej - w czasach przed Chrystusem - by pośredniczyli pomiędzy ludźmi a Nim. Potem przyszedł do nas, jako Chrystus Pan, zniżył się do człowieka i już z nami pozostał, jest pomiędzy swym ludem i już nikt nie musi pośredniczyć!" W Polsce, gdzie wciąż jest ogromny wpływ Kościoła katolickiego i przywiązanie do katolickiej tradycji, ta prawda jest dla wielu ludzi szokująca i trudno im to pojąć! Chrześcijaństwo bez sakramentów? Niemożliwe! Księża niepotrzebni? Niemożliwe!

Jako przykład "sakramentu" na kartach Pisma Świętego i powołania kapłańskiego człowiek ów powołał się na zacytowany powyżej fragment Ewangelii Jana - istotną część "wielkiego finału" posługi Jezusa na Ziemi, już po zmartwychwstaniu. Bardzo lubię, gdy w takiej polemice pojawia się Biblia, gdyż wówczas jest naprawdę o czym porozmawiać - zupełnie inaczej, niż wówczas, gdy wiarygodność "świętej" i "apostolskiej" Tradycji Kościoła katolickiego jest opierana na... "świętej" i "apostolskiej" Tradycji Kościoła katolickiego! ;) Fragment ten zdaje się z pozoru w 100% potwierdzać nauczanie Kościoła katolickiego... "Aha!" - zdają się krzyczeć katoliccy apologeci, wyciągając go w polemikach religijnych i wydaje się im, że oto "roznieśli w proch i pył" poglądy protestanckie. "Mówicie, że wiara wasza opiera się na 'sola scriptura? No to macie Pismo!" Zdaje się... TYLKO zdaje się!

Czy człowiek w ogóle może odpuszczać grzechy drugiemu człowiekowi? Oczywiście może - gdy stał się sam ofiarą grzechu bliźniego, gdy ten wyrządził mu zło. Mówimy o odpuszczeniu winy - choćby w Modlitwie Pańskiej: "...i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom..." Jednak tym, który może odpuszczać grzechy jest tylko sam Bóg. Czyni to chętnie, gdyż jest On "nieskory do gniewu i bardzo łaskawy" (Psalm 145, 8) i... OSOBIŚCIE! To do Niego musimy przyjść, by oczyścić swe serce! Możemy to uczynić, gdyż On sam jest z nami. On stał się człowiekiem dla naszego zbawienia i nad przepaścią grzechu, która oddzielała nas, ludzi, od Boga, przerzucić most - swe własne ramiona, belkę swego krzyża, na której były one rozpięte. I tylko Niego samego, Jezusa Chrystusa, potrzebujemy, by wyspowiadać się i powstać z grzechu, by naprawić naszą relację z Bogiem.

No dobrze, ale przecież Jezus daje tą misję ludziom? To oczywiście prawda i nie odważyłbym się temu zaprzeczyć. Rzecz w tym, że nie chodzi ani o wyręczanie Boga, ani też o pośrednictwo! Naszą misją jest bycie raczej kimś w rodzaju "duchowego asystenta". Aby nim być nie trzeba być księdzem, nie trzeba być też pastorem, nie trzeba mieć ukończonych studiów teologicznych, ani specjalnego błogosławieństwa od przywódców Kościoła - może nim być każdy nowonarodzony chrześcijanin, każdy Brat i każda Siostra z Kościoła! Tak! Nigdzie nie jest napisane, że nie może tej posługi pełnić kobieta! Jezus nie wypowiedział tego posłannictwa wobec jakiejś wybranej grupy szczególnie powołanych - On to uczynił wobec wszystkich zgromadzonych uczniów, prawdopodobnie nawet nie samych tylko apostołów! By pełnić tą posługę trzeba być uczniem Pana - potrzeba wiary, duchowej mądrości; potrzeba Ducha Świętego, który będzie kierował i pomagał rozeznawać. Właśnie dlatego Jezus tchnął na uczniów - był to symboliczny akt, bo na prawdziwe zesłanie Ducha Świętego, napełnienie Nim, uczniowie musieli jeszcze  trochę poczekać - dopiero gdy to się stało, byli w pełni gotowi i odpowiednio "wyposażeni".

"Komu odpuścicie - będą im odpuszczone" - cóż to znaczy? By tak się stało, musi być autentyczna skrucha, żal za grzechy - a także chęć poprawy i gotowość naprawienia wyrządzonych krzywd. Przykładem takiego nawrócenia może być postawa celnika Zacheusza: "Zacheusz natomiast podniósł się i oświadczył wobec Jezusa: panie, oto połowę mojego majątku przeznaczam dla ubogich, a jeśli na kimś coś wymusiłem, oddaję poczwórnie. Jezus zaś odpowiedział: Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu..." (Ewangelia Łukasza 19, 8 - 9, tłum. EIB). Jesteśmy powołani do tego, by upewniać ludzi o skruszonych sercach o tym, że ich grzechy zostały odpuszczone, o Bożym przebaczeniu. Wybitny biblista, William Barckley, tak pisze: "Jest wielkim przywilejem Kościoła przekazać nowinę i oznajmić fakt Bożego przebaczenia człowiekowi".

A cóż znaczy: "komu nie odpuścicie - nie będą im odpuszczone"? Czasem grzesznik przychodzi, by wyznać grzechy, ale w jego sercu nie ma prawdziwej skruchy i wcale nie myśli, by zmienić coś w swoim życiu. Być może szuka tylko chwilowego usprawiedliwienia. Są tacy ludzie, których "uwiera" grzech - są świadomi, że czynią źle - ale szukają tylko ulgi na chwilę, a potem... "A tam, najwyżej znów się wyspowiadam i będzie ok". Bóg nie odpuszcza win tylko dlatego, że się je wyzna - bo patrzy w serce i widzi, gdy nie ma w nim prawdziwej skruchy! Gdy odmawiamy odpuszczenia grzechów, jest to znakiem dla bliźniego, że coś jest jeszcze - albo bardzo - "nie tak", że musi jeszcze dokładnie przyjrzeć się swemu życiu, medytować nad Słowem Bożym i rozmawiać z Bogiem, wsłuchiwać się w to, co On ma mu do powiedzenia o jego życiu i czynach. I tu jest nawet bardziej potrzebna asysta - by pomóc takim ludziom "przepracować problem" i towarzyszyć modlitwą! 

Nie ma obowiązku wyznawać grzechów wobec kogokolwiek - jest to jednak bardzo pożyteczne, zwłaszcza w przypadku grzechów, z którymi sobie nie radzimy. Może być to pijaństwo. Mogą być to narkotyki lub papierosy. Może być to pornografia i lubieżne myśli. Może być to bardzo wiele różnych sideł, jakie każdego dnia rzuca nam pod nogi diabeł. Tak, to trudne tak się otworzyć, tak zaufać drugiemu człowiekowi. Jednak gdy to uczynimy, wówczas rośnie szansa na duchowe zwycięstwo - bo już nie jesteśmy sami z naszym grzechem, lecz mamy "towarzysza boju", który znając nasze upadki, będzie mógł nam lepiej służyć, będzie obserwował i pomagał wstawać. "Bracia, jeśli człowiek zostanie przyłapany na jakimś upadku, wy, którzy jesteście duchowi, poprawiajcie takiego w duchu łagodności. Uważajcie przy tym na siebie, abyście wy nie ulegli pokusie. Jedni drugich brzemiona noście. W ten sposób wypełnicie Prawo Chrystusa" (List do Galacjan 6, 1 - 2, tłum. EIB). "Wyznawajcie zatem grzechy jedni drugim i módlcie się o siebie nawzajem..." (List jakuba 5, 16 - tłum. EIB).

Najlepszym podsumowaniem są znów słowa Williama Barckleya o tym poleceniu Chrystusa Pana: "Zdanie to nie oznacza, że moc do odpuszczania grzechów była kiedykolwiek powierzona jakiemuś człowiekowi. Oznacza to natomiast, że została w ten sposób powierzona moc głoszenia tego przebaczenia; moc ostrzegania, że przebaczenie nie jest dostępne dla nie skruszonych. Zdanie to ustanawia obowiązek Kościoła przekazania wieści o przebaczeniu dla pokutującego serca i ostrzegania niepokutujących, że zaprzepaszczają oni Boże miłosierdzie".

niedziela, 23 lipca 2017

Islam w Europie - zagrożenie czy wyzwanie?

Fot. Edward Musiak / Flickr (CC BY-NC-ND 2.0)
"Oliwia, lat 46, jest muzułmanką z dużego polskiego miasta na południu. Do islamu dochodziła przez dwadzieścia lat. Wychowała się w katolickiej rodzinie. - Zawsze uważałam, że jestem bogobojna, ale coś mi w Kościele nie pasowało. Na proste pytania nie mogłam znaleźć odpowiedzi - opowiada.
Na przykład Trójca Święta. Jest jeden Bóg, a jednocześnie - nie jest jeden? Albo: Po co modlimy się do świętych, skoro możemy od razu do Boga? No i spowiedź - człowiek potrzebny do rozmowy z Bogiem. Tego Oliwia już zupełnie nie rozumiała. Sprawę religii odłożyła na półkę. Przestała chodzić do kościoła.
Kilka lat temu odwiedziła ze znajomymi Szarm-el Szejk w Egipcie. Poznała tam muzułmanów, wielkie wrażenie zrobił na niej lokalny DJ.  Grzeczny, uprzejmy - zwłaszcza wobec kobiet. Nie pił i nie palił. - Kosmita jakiś - myślała.
Te znajomości sprawiły, że zainteresowała się islamem. Przeczytała cały Koran. - Czytając, czułam się, jakbym wracała do domu - opowiada.
Wyjaśnia: islam i chrześcijaństwo są bardzo podobne. To religie miłości - do Boga i bliźniego. Tyle tylko, że islam jest dużo prostszy.
Żeby zostać muzułmaninem, wystarczy wypowiedzieć Szahadę - wyznanie wiary. Oliwia chciała to zrobić w podniosłej atmosferze. Na uniwersytecie w Kairze stanęła przed dziekanem - imamem. Jej przyjaciele z Egiptu byli świadkami. Wypowiedziała słowa: "Zaświadczam, że nie ma Boga oprócz Boga jedynego, a Muhamad jest jego wysłannikiem".
Czuła się jak w kościele na ślubie lub komunii. Prawie nie pamięta, co mówił dziekan, tak była przejęta. W głowie utkwiły jej słowa, że chusta jest jak korona dla kobiety.
Po powrocie do Polski Oliwia, jak co roku, przygotowała wigilię. Na stole groch z kapustą, kluski z makiem, karp, żur. Przyjechała mama, siostra z rodziną, syn. Oliwia wigilię zaczęła od przeczytania słów: W imię Boga Miłosiernego, Litościwego! Chwała Bogu, Panu światów, Miłosiernemu, Litościwemu, Królowi Dnia Sądu. Oto Ciebie czcimy i Ciebie prosimy o pomoc. Prowadź nas drogą prostą, drogą tych, których obdarzyłeś dobrodziejstwami; nie zaś tych, na których jesteś zagniewany i nie tych, którzy błądzą.
Wszyscy słuchali w ciszy. Na koniec mama powiedziała: - Piękna modlitwa. Nie słyszałam jej wcześniej.
- Nic dziwnego - odpowiedziała Oliwia. - Bo to fragment Koranu.
Jej rodzina myślała, że ten islam to chwilowe wariactwo. Mama pytała, czy nie może być taka jak wszyscy. Teraz już przyzwyczaiła się do fragmentów Koranu na wigilii." (źródło: Gazeta.pl)

Po przeczytaniu tego reportażu, zrobiło mi się bardzo, bardzo smutno! Mam też kilka myśli, którymi pragne się dziś tutaj podzielić z wami.

Proste prawdy - prosta wiara

Kościół katolicki to system skomplikowanych dogmatów i praktyk - obcych Słowu Bożemu, których nie znajdujemy nigdzie w nauczaniu Jezusa i Apostołów. Nie daje dobrych odpowiedzi na logiczne pytania odnośnie wiary - gdy "drąży się temat" logicznymi pytaniami, wcześniej czy później dostaje się odpowiedź: "Taką wiarę Kościół zachował, to jest wiara apostolska i tak trzeba wierzyć!" Bohaterka reportażu postawiła sobie w życiu bardzo ciekawe i logiczne pytania. Przykre, że nie otrzymała właściwych odpowiedzi. Przykre jest też, że nie otrzymując w Kościele katolickim właściwych i logicznych odpowiedzi, nie sięgnęła do Biblii i nie zaczęła szukać ludzi, którzy by jej te sprawy wyjaśnili. 

W zborach ewangelicznych jest oczywiście wiara w Trójcę Świętą - i ta wiara jest solidnie tłumaczona na podstawie samej Biblii, a nie oparta na dogmacie będącym formą przymusu i zastraszania. Tam znalazła by też potwierdzenie dla swych jakże słusznych wniosków, że kult świętych jest praktyką absurdalną, że nie potrzeba żadnego pośrednictwa czy orędownictwa przed Bogiem - bo Bóg jest blisko i pragnie mieć społeczność z człowiekiem - i dlatego narodził się jako człowiek, Jezus Chrystus. Jezus mówi: "Ja jestem drogą, prawdą i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze Mnie. Skoro Mnie znacie, poznacie i mojego Ojca; od teraz też Go znacie - i zobaczyliście Go. (...) Kto Mnie zobaczył, zobaczył Ojca" (Ewangelia Jana 14, 6 - 7, tłum. EIB). Bóg ustanowił pośredników - w czasach przed Chrystusem. Potem pośrednicy przestali być potrzebni, gdyż sam zszedł między ludzi.

Kobiecie tej bym powiedział: Trzeba było zacząć czytać Biblię - jedyne Słowo Boże - i porządkować swoje życie według nauk, które zawiera, a równocześnie szukać ludzi, którzy czynią podobnie. Wcale nie jest trudno znaleźć - chociaż zbory boże nie są wszędzie, jak parafie katolickie, ani nie są tak liczne! Biblia i wiara ewangeliczna są odpowiedzią na niemal wszystkie pytania i wątpliwości, jakie mogą się pojawić w ludzkich sercach - także na te, na które Kościół katolicki nie jest w stanie odpowiedzieć. Ludzie coraz częściej nie zadowalają się lipną teologią i dogmatami wiary. Kościół katolicki coraz częściej przegrywa z tego powodu, że nie jest w stanie ani prosto odpowiedzieć na proste pytania, jakie pojawiają się w umysłach ludzi szukających prawdy, ani też logicznie przedstawić korzeni swych nauk, udokumentować, że faktycznie są one naukami apostolskimi. Trudno się dziwić temu, że ludzie z Kościoła katolickiego odpływają - szkoda tylko, że tak często tracą przez to całkowicie wiarę, a obecnie też coraz częściej szukają "prawdy" u pogan - we wszelkich formach neopogaństwa, buddyzmie czy w islamie. Księża widzą ten odpływ i nawet panikują - szukają przyczyn w "świecie", a mają je we własnym Kościele! Odpływ wiernych powinien być dla nich sygnałem: "Czas wracać do Prawdy, do Biblii, do prostoty wiary Kościoła czasów apostolskich!"

Jaki Bóg? Jaki Jezus?

Uderzyły mnie słowa o Wigilii i czytaniu Koranu przy wieczerzy.  Jest to takie modne w naszych czasach mieszanie religii - 80% islamu, 20% chrzescijaństwa. Może dlatego, że "to takie fajne rodzinne święta"? Może dlatego, żeby "nie zrażać rodziny"? A może dlatego, by pokazać rodzinie i przyjaciołom, że islam jest "równie dobrą wiarą, że "muzułmanin wierzy w tego samego Boga", a "Koran jest od Boga i równy Biblii"? Pewnie chodzi o wszystko to razem po trochu - ale najbardziej o ostatni punkt. Niepokoi i smuci fakt, że ojciec tej kobiety, czytając Biblię... zaakceptował islam i Koran. Kto wie, czy córka - zafascyniowana Koranem - nie pomogła mu w "zrozumieniu Biblii".

Zasadnicze pytanie: Jaki jest sens obchodzić Boże Narodzenie (którego Wigilia jest częścią), nie wierząc w to, że Bóg się narodził jako Jezus Chrystus? Według nauk islamu Jezus był tylko człowiekiem, prorokiem - i to mniejszym niż Mahomet. Jezus zaś był i jest Bogiem, Stworzycielem świata, który narodził się z własnej woli jako człowiek. Muzułmanie wiedzą o Jezusa, ale nie wierzą w Niego - kwestionują jego nauki, zapisane w Biblii, które traktują jako zafałszowane. Jezus nigdy nie powiedział o sobie wprost: "Ja jestem Bogiem" - mówił natomiast o sobie wielokrotnie "Jam Jest", co tak naprawdę znaczy to samo i za co Żydzi zresztą chcieli Go ukamieniować jako "bluźniercę", a także odbierał hołd należny Bogu. Muzułmanie kwestionują też jego śmierć i zmartwychwstanie. Ich Jezus - Isa - to więc nie nasz Jezus! Jaki jest sens świętować urodziny - choćby tak symboliczne, jak Boże Narodzenie (bo wiemy przecież dobrze, że Jezus nie urodził się 25 grudnia na początku roku 0!) - kogo się nie uznaje?

Prawda - ale gdzie i jaka?

Obecnie coraz częściej muzułmanie odkrywają, że Bóg to ten, który przemawia poprzez Biblię i narodził się jako Jezus Chrystus. Wielu muzułmanom Koran przestaje wystarczać, bo nie znajdują tam odpowiedzi, i sięgają po Biblię, i nawracają się. Do wielu innych Bóg przychodzi w odpowiedzi na ich modlitwy o poznanie prawdy i Boże prowadzenie. Fakt, ze modlą się do Allaha, którego wskazał im Mahomet, ale Bóg nie jest obojętny na modlitwy pogan! Gdy modlą się o prawdę i prowadzenie, On nie odrzuca, On wysłuchuje! Coraz częściej słyszymy o przypadkach, gdy Bóg przemawia do muzułmanów, a nawet ukazuje się im - jako Jezus Chrystus! Bóg dociera w ten sposób do ludzi szczerze poszukujących Go. Myślę też, że chce dotrzeć także do tych, którzy muzułmanami nie są a zaczynają się interesować islamem i jest to niewątpliwie Jego dzieło, że nawróceni z islamu nie tylko są coraz liczniejsi, ale też coraz odważniej mówią o tym, czego doświadczyli, i te wiadomości są już na co dzień w internecie, i może przyjdzie taki dzień, gdy wpisując w wyszukiwarce "islam", znajdzie się więcej informacji o Jezusie, Bogu Biblii, i o nawróceniach z islamu, niż o samym islamie.

Wierzę, że Bóg chce docierać i do tych, którzy w oszukiwaniu prawdy i prostych odpowiedzi na pytania o wiarę, zaczynają się interesować islamem czy innymi pogańskimi wierzeniami i praktykami. To powinien być znak, że nie mają tam czego szukać, że nie otrzymają tam tego, czego szukają! Koran zawiera, można powiedzieć, pół prawdy - jest nią to, co zostało przez Mahometa... skopiowane (dość nieudolnie - sam mahomet był zreszta prawdopodobnie analfabetą) z Bibii! Reszta to filozofia Mahometa i jego uczniów. Pełnia prawdy jest tylko u Boga i w Słowie Bożym. To, co mówi Bóg i co jest w Słowie Bożym, jest tak sprzeczne z naukami Mahometa i treścią Koranu, że nie ma tak naprawdę niczego, co by łączyło chrześcijaństwo z islamem, nie ma żadnej "wspólnej prawdy".

Wolność człowieka

Bóg uczynił człowieka wolnym. Pozwala nam wybierać - także w kwestiach wiary. Pozwala nam błądzić i grzeszyć. Pozwala nam słuchać fałszywych proroków i czcić fałszywych bożków. Mówi nam jednak: tylko Ja jestem Bogiem i tylko u Mnie jest zbawienie! Pokazuje nam drogę, ale nie przymusza nas, byśmy za Nim szli i byli Jemu posłuszni! Bóg wzywa nas do nawrócenia, wiary i chrztu - ale pozwala nam iść, tam, gdzie sami się skierujemy. Tyle, że każda inna droga jest fałszywa, a jej "meta" tragiczna, przed czym On nas ostrzega w swoim Słowie. Bóg pozwala człowiekowi wybrać islam - chociaż ten nie pochodzi od Boga i nie prowadzi do Boga. Tyle, że jedna jest tylko droga "ku niebu:", droga zbawienia - jest nią Jezus Chrystus, Bóg sam - a wszystkie inne prowadzą w zupełnie innym kierunku!

Zagrożenie czy wyzwanie?

W dalszej części tego - bardzo interesującego naprawdę - reportażu jest mowa o narastającej agresji i "islamofobii". Jest też wiele kłamstw o islamie - "terroryści nie są muzułmanami", itp., a przecież wiemy, że właśnie nimi są i realizują słowa Mahometa: zabijajcie niewiernych! Trzeba jasno powiedzieć: Bóg nienawidzi islamu, lecz miłuje muzułmanów, dobrze im życzy i pragnie, by się nawrócili, pragnie ich zbawić! Bóg przeklina islam - z którym nie ma i nie chce mieć nic wspólnego - ale nie przeklina i nie złorzeczy muzułmanom! Ten, kto pogardza drugim człowiekiem, kto chciałby go "posłać do diabla", im dalej - tym lepiej, jest tak samo zgubiony i daleki od prawdy, jak muzułamanie, z terrorystami muzułmańskimi włącznie. Ten, kto pogardza drugim człowiekiem i z nienawiścią odnosi się  do muzułmanów - nawet jeśli oparta jest ona na strachu, do którego muzułmanie doprowadzili - kieruje się do piekła tak samo, jak wrzeszczący "Allahu akbar!" terroryści islamscy.

Muzułmanin jako taki nie stanowi zagrożenia - póki nie słucha radykałów religijnych i nie wczytuje się za bardzo w ideologię Mahometa zawartą w "Kornie". Czy należy ich odpychać, pogardzać nimi i kazać się "wynosić"? Nie! To, co powinniśmy czynić, jest dawno jasno określone: "Idźcie więc i pozyskujcie uczniów pośród wszystkich narodów. chrzcijcie ich w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego i uczcie przestrzegać wszystkiego, co wam przykazałem" (Ewangelia Mateusza 28, 19 - 20). Islamski podbój Europy - migranci, powstające meczety, rozdawanie Koranu, coraz bardziej radykalni imamowie i wyznawcy, narastający terror islamski - są poważnym problemem i zagrożeniem. Z drugiej jednak strony mamy też pewien komfort - wcale nie potrzebujemy daleko jeździć, by szukać pogan, bo to oni przyjeżdżają do nas.

Obawy wobec islamu są zrozumiałe i w pełni uzasadnione. Mnie też przeraża islamizacja Europy i niekontrolowany napływ migrantów, który niewątpliwie trzeba zatrzymać. Jednak nie czuję lęku wobec osób o ciemnej karnacji i nie oburzam się widząc Arabów czy kobiety - nawet Europejki - w islamskich chustach. Starch jest od diabła, od Boga zaś odwaga. Zamiast odsyłać muzułmanina "do diabła", wolę mówić o Bogu, Ewangelii i zbawieniu. Czasem tylko mówię: "Jeśli nie podoba się tobie nasza wiara i cywilizacja europejska, zawsze możesz wrócić tam, skąd przyjechałeś" (Europejczycy stanowią może z 1% muzulmanów żyjących w Europie!) Islam w Europie sprawia, że przestajemy się czuć bezpiecznie, ktoś burzy naszą "strefę komfortu"... Ale chrześcijaństwo - takie prawdziwe, misyjne, zaangażowane - to przecież właśnie wyjście poza tą "strefę komfortu", wyjście z miarę bezpiecznej, choć czasem chybotliwej, łodzi na wody - niekiedy mocno wzburzone - tego świata! A może Bóg posyła muzułmanów do Europy, by tu usłyszeli Ewangelię, tylko... nie bardzo ma ją tu kto im ją głosić? I może dlatego islam się umacnia, bo nasze chrześcijaństwo jest słabe i zaskorupione w naszej "strefie komfortu"?

środa, 12 lipca 2017

By Chrystus się nie wstydził

"Tylko sprawujcie się w sposób godny Ewangelii Chrystusowej..." (List do Filipian 1, 27 - tłum. "Biblia Tysiąclecia")
Hmmm... To jest niezły "czelendż"! 
Angielskie słowo "challange" zrobiło w ostatnich latach oszałamiająca karierę. Zaczęło się od wylewania na siebie kubłów lodowatej wody ("ice bucket challange") - co miało służyć przekazowi szczytnej idei, a przekształciło się w wygłupianie się dla samego tylko wygłupiania się i w kolejne - coraz bardziej durne, a nawet niebezpieczne - "czelendże". "Challange" - czyli po prostu: "wyzwanie"...

Zacytowane na wstępie słowa z Ewangelii przemknęły mi dziś szybko pośród wpisów na Facebooku. Tak szybko, że nawet nie "zakodowałem" sobie, kto i gdzie je umieścił. Jednak przy tym na tyle skutecznie "wpadły w oko", że siadłem potem i długo zastanawiałem się: a czy ja sprawuję się w sposób godny Ewangelii Chrystusowej? Czy przynoszę Chrystusowi chlubę czy wstyd? Ze smutkiem wyznaję, że zbyt często przynosiłem w swym życiu - i zbyt często nadal przynoszę - wcale nie to, co powinienem! Czasem tak bardzo "chcę dobrze" - i nawet wydaje mi się, że "robię dobrze" - a gdzieś jednak uchybiam i czynię lub mówię coś, czego Jezus by nie uczynił i nie powiedział. Dość często unosi mnie też w życiu "fala" gniewu, emocji - i wychodzą ne ze mnie, zamiast przykazanej miłości bliźniego. I bardzo mnie to złości - bywam na siebie bardziej zły, niż na kogokolwiek innego!

Żyć tak, by nie wstydził nas się Chrystus, żyć się "w sposób godny Ewangelii Chrystusowej" - to "wysoko zawieszona poprzeczka". Realizacja tego zadania oznacza codzienną walkę z samym sobą, gromienie siebie samego i tego, co w nas gdzieś głęboko tkwi i wzbiera ponad miarę - to codzienne kopanie głeboko we własnym sercu i wyrywanie tego, co Bóg wskazuje jako chwast, jako coś niepożądanego. Bycie chrześcijaninem, człowiekiem żyjącym "w sposób godny Ewangelii" to wcale nie doskonałość - bo ludzi doskonałych nie ma - lecz ustawiczna, codzienna pielęgnacja własnego serca. 

sobota, 1 lipca 2017

Samo życie

"Masz kochać swego bliźniego tak, jak samego siebie" (Ewangelia Mateusza 22, 39 - tłum. EIB)
Fot. Chechi Peinado / Flickr (CC BY NC-ND 2.0)
Jedno z największych polskich miast. Tak wiele w nim kościołów! Tak wielu księży, którzy odprawiają setki mszy, wiele godzin spędzają w konfesjonałach i szkołach, gdzie każdego dnia uczą dzieci i młodzież "prawd wiary"! Nad miastem wznoszą się dziesiątki wież zwieńczonych krzyżami. Tam, gdzie one są, tak wiele spotyka się wspólnot ludzi pobożnych, bądź też zwyczajnie bardzo religijnych i skupionych na doskonaleniu swej wiary i wypełnianiu praktyk religijnych... To wielkie miasto jest jednym z największych ośrodków akademickich w naszym kraju, więc jest tu też bardzo wiele duszpasterstw akademickich - niejedno z nich jest znane w kraju, a nawet poza granicami. Skupiają one setki i tysiące młodych ludzi, którzy tłumnie schodzą się na msze, spotkania i bardzo wiele starają się robić - niekiedy z ogromnym rozmachem. To miasto, którego gospodarze i mieszkańcy lubią się chlubić: "Właśnie tu zaczęła się Polska i polskie chrześcijaństwo!"

Późne piątkowe popołudnie w tym wielkim mieście z bogatą historią i tradycją i tak wieloma krzyżami.  Tramwaj - jeden z wielu, które krążą po nim od jednego krańca, po drugi. Nie ma tłoku, lecz miejsca siedzące są pozajmowane. Wiele młodych twarzy - niby już rok akademicki skończony, lecz może jeszcze nie wszyscy studenci się rozjechali "po domach". Średnia wieku wszystkich pasażerów pojazdu - 30 lub 35 lat. niejedna twarz pochylona nad ekranem smartfona. Inni ze słuchawkami na uszach, zatopieni w dźwiękach ulubionej muzyki. Jeszcze inni wpatrują się w życie miasta za oknem. Jednych cieszy zaczynający się weekend, innych zaś perspektywa wakacyjnej "laby". Tak wygodne są siedzenia w tych nowoczesnych tramwajach! Tak przyjemnie siedzieć i cieszyć się chwilą!

Jeden z setek przystanków w tym wielkim mieście pełnym (wciąż dość pełnych w niedzielę) "świątyń" i wzniesionych wysoko krzyży. Do tramwaju wsiada mężczyzna w średnim wieku. Lekko posiwiała broda wskazuje, że chociaż nie jest jeszcze stary, to jednak nie jest już młodzieniaszkiem. Dźwiga na plecach wielki plecak, a do tego jeszcze dwie pokaźnych rozmiarów torby - w sumie może ok. 40 kilogramów. Idzie wzdłuż tramwaju, szukając miejsca. Widać, że bagaż mu ciąży. Przesuwa się krok za krokiem, ze sporym trudem. Chwieje się pod ciężarem, postękując z wysiłku po cichutku - zwłaszcza, gdy tramwaj hamuje, przyspiesza, skręca... Daje sobie radę, lecz widać, że ciężar jest blisko granic jego sił.

W tym mieście - tak pełnym kościołów i krzyży - z pewnością znajdzie miejsce, ktoś zechce wstać, by wędrowiec spoczął? Mija kolejne osoby. Chłopak, koło którego przeciska się ze swym ładunkiem, podnosi wzrok znad smartfona. Ładna nastolatka spogląda przelotnie, po czym znów odwraca swój wzrok ku szybie i wpatruje się w miasto. Niejeden pewnie myśli: "Fajnie, że mi się udało i mam miejsce - ten to ma przerąbane!" W tym pełnym kościołów i krzyży mieście, tak bardzo dumnym ze swego "tysiącletniego chrześcijańskiego dziedzictwa" mieście... nie podnosi się ze swego wygodnego miejsca NIKT! Być może zwrócą uwagę, może nawet sięgną po swe telefony, by uwiecznić "zabawny moment", gdy obcy w końcu przewróci się wraz ze swym plecakiem i torbami, gdy tramwaj znów szarpnie. Będzie można wstawić na Facebooka lub YouTube'a i zebrać "lajki"... Obcy jednak daje radę, choć ledwo, więc "nic ciekawego".

Jakie jest znaczenie tego "chrztu" sprzed ponad 1000 lat? Jaki owoc "chrześcijańskiego wychowania" i wpajanych od dziecka "prawd wiary"? Jaki owoc tysięcy mszy i spowiedzi? Czy kościelne wieże, bijące dzwony i wzniesione wysoko krzyże są świadectwem treści, czy też zwykłym detalem w panoramie miasta? Czy krzyż Chrystusa i wiara mają jeszcze jakiekolwiek znaczenie, czy jest to już tylko zwykłe przyzwyczajenie i "taka tradycja"?

Wydaje mi się, że zbyt wielką wagę przykłada się u nas do tego, co... wcale nie jest istotne. Walczy się o to, by w szkolnych salach wisiały krzyże. Walczy się o "wartości" - toczy się batalie z bluźniercami, którzy kpią z religii, z "lewakami", ze "zboczeńcami", z aborcją... Każdego dnia walczy się o "Polskę katolicką". Chcę podkreślić: to także jest ważne  - choć walczy się nieraz w sposób przesadny - ale nie jest najważniejsze. Wiecie... Jezusowi nigdy nie zależało na krzyżach na ścianach i wieżach. Jezusowi nigdy nie zależało na świątyniach, kadzidłach i mszach. Jezusowi nigdy nie zależało na tym, by być szanowanym - on wiedział, że ludzie będą z Niego szydzić, że Jego krzyż będzie opluty. Jezusowi nigdy nie zależało na dogmatach - "prawdach wiary", w które "trzeba wierzyć". Jezusowi nigdy nie zależało na 'sakramentach" i celebracjach. Jezus nie przyszedł, by tworzyć religię! Jezusowi zależało na tym, by zbawiać ludzi, by ludzie poznali Boga i uczyli się żyć na Boży sposób - tak, jak to podoba się Bogu.

Bóg jest miłością i dlatego w Słowie Bożym mamy tak często wezwanie: "Będziesz miłował!" Jeśli nie miłujemy, żadne religijne praktyki i symbole nie mają żadnego znaczenia. Jeśli nie miłujemy, na nic modlitwy, przestrzeganie przykazań i nabożne uczestnictwo w praktykach religijnych. "(...) miłosierdzia chcę, nie ofiary, waszego poznania Boga bardziej, niż całopaleń" (Ozeasza 6, 6 - tłum. EIB). "Jedni drugich brzemiona noście. W ten sposób wypełnicie Prawo Chrystusa" (List do Galatów 6, 2 - tłum. EIB). "Ikona" wiary w życiu to nie tyle pozycja na klęczkach i ręce złożone do modlitwy, lecz ręce wyciągnięte z miłością ku drugiemu człowiekowi. Nie ma sensu uczyć "prawd wiary" - jest potrzeba uczyć realnego życia z Bogiem, "zatopienia się" w Bogu, który jest miłością, zasłuchania w Jego Słowo... Nie potrzebujemy religii - potrzebujemy życia po Bożemu na co dzień! Formacja chrześcijańska to nie tylko "w co wierzyć", ale "jak żyć"!

Podróż

Poprosiłem Boga w modlitwie, by pokazał mi swą wielkość. Padłem na twarz przed Nim, a On zabrał mnie w niesamowitą podróż. Ukazał mi niebosiężne szczyty gór, głębokie doliny, rzeki, zielone lasy, tropikalne wyspy, fale oceanu, śnieżne pustkowia biegunów - "zafundował" mi przelot nad całym światem! Pokazał mi też niedźwiedzie, motyle, ptaki... Potem skierował mój wzrok ponad Ziemię i pokazał mi gwiazdy, galaktyki... I znów polecił spojrzeć na Ziemię - a ta zaczęła "uciekać", robić się mniejsza i mniejsza, ginąć wśród planet, gwiazd i galaktyk. Wreszcie pokazał mi energie - ukazane symbolicznie jako kolory; zmieniające się niczym w niezwykłym "kalejdoskopie". Wreszcie Bóg spytał: WIDZISZ?

piątek, 30 czerwca 2017

Prawda

"Niechaj więc mowa wasza będzie: Tak - tak, nie - nie, bo co ponadto jest, to jest od złego" (Ewangelia Mateusza 5, 37)
Prawda - Bóg jest Prawdą. Prawda więc musi być głęboko wpisana w życie każdego chrześcijanina. Prawda musi być w naszym sercu i musi z niego wypływać - musi być we wszystkim, co piszemy, mówimy i czynimy. Prawda jest jednym z najpiękniejszych darów, jakie możemy ofiarować drugiemu człowiekowi - nawet jeśli jest dla niego "gorzka". Z "gorzkiej" prawdy zawsze jest jakiś pożytek - ze "słodkich" kłamstw nie ma żadnego, każde kłamstwo jest głeboko nasączone jadem. Prawda jest cudownym klejnotem, który wnosimy na ten świat. 

Każde słowo, które wypowiadamy lub piszemy, wypowiadamy i piszemy nie tylko przed ludźmi czy dla ludzi, lecz przede wszystkim przed Bogiem. Jezus mówi: "A powiadam wam, że z każdego nieużytecznego słowa, które ludzie wyrzekną, zdadzą sprawę w dzień sądu" (Ewangelia Mateusza 12, 36). Nieużyteczne słowa to wszystkie te, ktore nie służą dobru, które są nośnikiem dla kłamstwa, obelg, pogardy. Wypowiadając je, ściągaamy na siebie gniew Boga i Boży sąd. Gdy zaś mówimy prawdę, jest nad nami Boży uśmiech i błogosławieństwo.

Nie powinniśmy przysięgać. Nasze wyznanie wiary i to, jak żyjemy - nie słowa, ale czyny! - powinno być naszą przysięgą po wsze czasy. Proste wyznanie: "Jestem chrześcijaninem, dzieckiem Boga" powinno być równoważne przysiędze, że to, co mówię, jest prawdą.

wtorek, 20 czerwca 2017

Jak być dobrym sędzią?

"Przestańcie osądzać, abyście nie zostali osądzeni. Bo normy, według których sądzicie, odniosą i do was, a miarą, którą stosujecie, odmierzą i wam" (Ewangelia Mateusza 7, 1 - 2, tłum. EIB) "Przestańcie sądzić kierując się pozorami; w swoich ocenach bądźcie sprawiedliwi" (Ewangelia Jana 7, 24, tłum. EIB).
Każdego dnia stajemy się sędziami spraw i osób. Dzieje się tak, czy tego chcemy, czy też nie. Osądzanie tak naprawdę jest nie do uniknięcia i jest najzupełniej naturalne. Gdy dostrzegamy zło, które ktoś czyni, gdy nazywamy zło złem. Często z powodu wielu złych uczynków, kogoś postrzegamy jako złego człowieka - takiego, którego bezpieczniej unikać. Osądzanie jest też, jak się zdaje, zwykłą częścią "mechanizmów obronnych" w naszej psychice - oceniamy czyny i chronimy się przed złoczyńcami. Gdy patrzymy ze zgorszeniem na to, co ktoś robi i gdy mówimy o tym z przyganą - także napominając bliźniego - również dokonujemy osądu. Bóg nie zabrania nam osądzania, lecz jeśli się tego podejmujemy, musimy przestrzegać reguł.

Fot. Sarah Hina / Flickr (CC BY-NC 2.0)




Pierwszą i najważniejszą sprawą jest: potrafić sądzić przede wszystkim siebie samego, własne uczynki. Trzeba pamiętać, że sami jesteśmy grzesznikami i dopuszczamy się wiele zła. Ten, kto potrafi surowo osądzać siebie samego, jest przy tym zdecydowanie łagodniejszym sędzią wobec bliźnich. Gdy Chrystus wspomina o "miarach" w osądzie, jest w tym gdzieś także pytanie: czy potrafisz być równie surowy i wymagający względem siebie samego? Czy gotów jesteś być osądzony tak surowo, jak sam osądzasz innych? Mamy sądzić uczynki, grzech - będąc miłosiernym wobec sprawcy, grzesznika. Mamy być skorzy do miłości i łaskawości, gotowi służyć - nie wymierzać sprawiedliwość, by bliźni nasz zobaczył, co złego się zdarzyło,  by żałował za grzechy i by jego życie mogło być przemienione przez Boga. Bóg chce działać w sercu grzesznika  - a nasze złe sądy mogą być do tego poważną przeszkodą.

Powinniśmy zawsze pamiętać, że naszą rolą nie jest rola sędziego, który stoi na straży prawa i jest powołany do obnażania wszelkich win i wymierzania z całą surowością przewidzianej przez prawo kary. To kiedyś uczyni z grzesznikami Bóg. Naszym powołaniem jest być bliźnim dla każdego innego człowieka - także tego, który uczynił lub czyni (i choćby nadal potem czynił) wiele zła. W jednym swych rozważań nt. miłości Jan Twardowski - odwołując się do przypowieści pana Jezusa o Miłosiernym Samarytaninie - zwraca uwagę, że zamiast zastanawiać się: "ale kto jest moim bliźnim?", raczej powinniśmy rozważyć kwestię jak my sami wywiązujemy się z własnego powołania na bliźniego, z naszych obowiązków - z których pierwszym i najważniejszym jest miłość, jakimi bliźnimi jesteśmy dla ludzi z naszego otoczenia.

Nim cokolwiek uczynimy lub powiemy, powinniśmy zastanowić się: co chcemy osiągnąć i czemu ma to służyć. Ludzki osąd to zbyt często zwykłe tworzenie listy tego, co można wytknąć drugiemu człowiekowi, by "udowodnić", jak bardzo jest zły, pełen kłamstw i wszelkiej ohydy. Obserwuję od wielu lat takie "rozprawy" - także robione przez ludzi uważających się za "chrześcijan", nawet "ewangelicznie wierzących - i... nieodmiennie mam wrażenie, że osądzający tak brutalnie, próbują w ten sposób "leczyć" jakieś własne kompleksy i maskować własną nieprawość iście "faryzejską świętością". Być może sami czują się lepsi, gdy "udowodnią", że ktoś inny jest gorszy ?

Jeśli mamy osądzać, to na pewno nie w taki sposób! Osąd nie może polegać na pogrążaniu, lecz służyć ratunkowi! "Nie posłał Bóg Syna na świat, aby świat sądził, lecz aby świat był przez niego zbawiony" (Ewangelia Jana 3, 17). I my jesteśmy powołani, by w tej zbawczej misji uczestniczyć. Jesteśmy powołani do "prac naprawczych" na tym świecie, nie zaś do równania z ziemią tego, co znajdujemy! Osądzać czyny, by człowieka podźwignąć z upadku.

Osąd nasz zawsze powinien być oparty na Słowie Bożym i jego dobra znajomość musi być dla nas priorytetem. "Ty (...) trwaj w tym, czego się nauczyłeś i o czym jesteś przekonany, wiedząc od kogo się tego  nauczyłeś, zwłaszcza, że od dziecka znasz Pisma święte, które mogą cię obdarzyć mądrością - dla zbawienia przez wiarę w Chrystusa Jezusa. Całe Pismo natchnione jest przez Boga i pożyteczne do nauki, do wykazywania błędu, do poprawy, do wychowywania w sprawiedliwości, aby człowiek Boży był w pełni gotowy, wyposażony do wszelkiego dobrego dzieła" (2. List do Tymoteusza 2, 14 - 17, tłum. EIB). Tym, co możemy robić, jest konfrontacja uczynków ludzkich - a także słów nauczania - ze Słowem Bożym. W ten sposób raczej uczestniczymy w osądzie, niż sami go dokonujemy - bo tylko przekazujemy osąd, którego już dokonał Bóg.

Tym, co często sprawia problemy przy właściwym osądzie, są nasze emocje - zwłaszcza, gdy sami doświadczamy skutków czyichś złych uczynków. Zbyt często dajemy im upust! Te chwasty w sercu łatwo się rozrastają. U tego samego ks. Twardowskiego znajduję myśl, że łatwo kochać Boga, ale dużo trudniej drugiego człowieka, bo Bóg jest dobry, a ludzie często są wredni. Jeśli nie potrafimy zapanować nad własnymi emocjami - żalem i złością - lepiej wcale nie sądzić uczynków tego, który nas skrzywdził, a po prostu "przykryć" to przebaczeniem i je pielęgnować. Najlepiej być może nie tylko nie osądzać, ale wcale nie wracać do tego, co złego doświadczyliśmy od innych. Jeśli nie potrafimy "na chłodno" ocenić sytuacji i czyjegoś postępowania, a także dociec jego przyczyn, lepiej to zostawić Bogu.

Bardzo często nasze sądy obciążone są tym, co my "wiemy", naszymi poglądami, a nawet naszymi własnymi doświadczeniami. Te ostatnie wcale nie muszą być tak "uniwersalnym narzędziem" do poznania prawdy, jak nam się zdaje. Zbyt często, dokonując osądu, zatrzymujemy się na tym, co "wiem na pewno" - własną (często dramatycznie ograniczoną!) "wiedzę" traktując jak dogmat, "prawdę objawioną i uniwersalną" - zapominając, jak bardzo jesteśmy ograniczeni, jak wielu spraw nie jesteśmy świadomi, w jak wielu kwestiach jesteśmy po prostu ignorantami, jak łatwo popadamy  pychę - "wiem swoje, a kto myśli inaczej, ten jest paskudnie zwiedziony!" Dość często spotykam ludzi, którzy wcale nie chcą dowiedzieć się o tym, co starają się osądzać, więcej, nie są zainteresowani faktami i dowodami, z oburzeniem odrzucają każdą próbę skorygowania ich poglądów w danej kwestii - to, co nie zgadza się z ich "wiedzą" i "poznaniem", to dla nich "herezje". Ich sądy nad innymi ludźmi są bardzo surowe, wręcz oszczercze i brutalne. Słowo Boże nie pozostawia wątpliwości - surowemu sądowi sami zostaną poddani. Tyle, że Sędzia będzie sprawiedliwy i o kompletnej wiedzy i poznaniu - nie tak, jak oni sami.

Gdy pewnego dnia faryzeusze przyprowadzili do Jezusa prostytutkę, by wydał na nią wyrok zgodny z Prawem, On... nie wydał żadnego wyroku, choć ona była winna. Faryzeusze pragnęli jej osądzenia i skazania na surową karę (chociaż Żydom wówczas nie wolno było skazywać na śmierć, a więc w pełni stosować surowego, starotestamentowego Prawa) - Jezus zaś jej nawrócenia, by zerwała z grzechem i wróciła do Boga. Bóg wcale nie jest skory do gniewu, do karania, do wymierzania sprawiedliwości - Bóg jest łagodny i pełen miłosierdzia! Miłosierdzie często jest ważniejsze, niż sprawiedliwość.

Czasem słyszę, jak ktoś mówi: Bóg jest surowy, wymagający (wręcz "tyran") i bezwzględny! Tymczasem prawda jest inna: ludziom znacznie łatwiej jest być surowym, wymagającym i bezwzględnym, niż miłosiernym i łaskawym. Bóg zaś z natury swej jest miłosierny i łaskawy, a surowość i "bezwzględność" (fakt, że nie "przymyka oka" na nic i jest bardzo "zasadniczy") przychodzi mu z trudem. Wcale nie jest chętny do tego, by nas sądzić i karać - to dla Niego smutna konieczność.

Nim wydamy jakikolwiek sąd - nawet gdy wina jest ewidentna, gdy jasne jest, że bliźni nasz uległ złu i popełnił grzech, może nawet zbrodnię - powinniśmy zawsze najpierw poznać wszystkie fakty i modlić się, pytając Boga, co On o tej sprawie myśli i co my w tej sprawie powinniśmy uczynić. Warunkiem dokonania dobrego i sprawiedliwego sądu jest szukanie mądrości i werdyktu u Boga.